Przez Płaską przetoczyli się Niemcy. Potem Rosjanie. Przetrwaliśmy 40 lat socjalizmu, kartki, kolejki i reformy Balcerowicza. Człowiek przeżył czasy, kiedy w sklepie był tylko ocet i musztarda, a największą atrakcją technologiczną był magnetowid „na trzy rodziny”.
Ale to, co dzieje się w naszej gminie przez ostatnie dwa lata, zaczyna powoli przekraczać wszystkie historyczne doświadczenia razem wzięte.
Kiedyś człowiek bał się milicji. Dziś boi się komunikatu gminy.
Kiedyś nie było wiadomo, co będzie jutro. Dziś nie wiadomo, co jeszcze pojawi się w dniu dzisiejszym.
Naprawdę zaczynam się zastanawiać, jak ja dotrwam do końca tej kadencji. Boję się tego, co On jeszcze nabroi.
Strach wychodzić z domu. Strach wchodzić do ciemnej piwnicy. A lodówki to już nie otwieram za żadne skarby, bo jeszcze znajdę tam:
nowy przetarg,
kolejną „tymczasową poprawę sytuacji”,
albo komisję ds. transparentności siedzącą między jogurtem a pętkiem kiełbasy.
Najbardziej fascynujące jest jednak to, że w Płaskiej wszystko zawsze jest „pod kontrolą”.
Woda? Warunkowo przydatna.
Informacja dla mieszkańców? Warunkowo dostępna.
Transparentność? Warunkowo widoczna.
Odpowiedzialność? Prawdopodobnie w remoncie.
A mieszkańcy? Mieszkańcy mają pić, płacić i nie zadawać pytań, bo przecież „trwają działania naprawcze”.
Tylko że od miesiąca słyszymy o działaniach, a jedyne co naprawdę rośnie, to poziom aluminium i poziom absurdu.
Ja już nawet nie oczekuję cudów. Ja bym chciał tylko, żeby:
woda była wodą,
komunikaty były komunikatami,
a rada gminy nie zachowywała się jak grupa ludzi objętych programem ochrony świadków.
Bo na razie wygląda to tak, jakby cała strategia zarządzania kryzysowego sprowadzała się do: „Może mieszkańcy się przyzwyczają”.
Nie wiem czy śmiać się czy płakać. O ile po moim poście kliknięcie w plik E-woda
nie powoduje już błędu. Otwiera się szansa, ze wreszcie dowiem sie co piję. Już witam się z gąską i naciskam kolejno przyciski, gdzie spodziewam się znaleźć wyniki badań:
Niestety Nasz psuj trwa dalej. Chyba, że to celowe ukrywanie. Po 1 mamy:
Komputer nieśmiało podpowiada, ze komuś literówka się wkradła w adresie strony. Chyba, ze to celowe, żeby nie pokazać danych.
A pod 2 mamy to:
Wizytówka urzędu i całej Gminy, czyli oficjalna strona internetowa, działa dokładnie tak, jak reszta tej lokalnej rzeczywistości — warunkowo przydatna do użytku.
Nasz gminny Agent 007 potrafi w ciągu 45 minut pojawić się na dwóch różnych imprezach PR organizowanych przez samego siebie. Tu przecięcie wstęgi. Tam zdjęcie przy kiełbasce. Tu „transparentność”. Tam „dialog z mieszkańcami”.
Człowiek renesansu. Facebook, aparat, uśmiech, komentarz, selfie, propaganda sukcesu — wszystko opanowane do perfekcji.
Ale kiedy trzeba:
wrzucić komplet wyników badań wody,
opublikować decyzję Sanepidu,
naprawić stronę gminy,
albo po prostu uczciwie poinformować mieszkańców, co się dzieje —
to nagle system nie działa, serwer przeciążony, specjalista nieosiągalny, a internet najwyraźniej przechodzi konserwację.
Za to gdy trzeba kreatywnie policzyć mieszkańcom wodę przy wsparciu wielkiego przewodniczącego wielkiej komisji, który „nie widzi problemu”, wtedy wszystko działa z zegarmistrzowską precyzją.
Tu żaden system się nie zawiesza. Tu kalkulator działa błyskawicznie.
Ale coś tak skomplikowanego jak działająca strona gminy z aktualnymi wynikami badań? No bez przesady.
W końcu nie można wymagać cudów od specjalisty od Pokémonów.
Może po prostu mieszkańcy źle rozumieją nowoczesny samorząd. Dzisiaj transparentność polega najwyraźniej na tym, że nic nie widać.
Dla wszystkich zainteresowanych tym, jak działa dziś Gmina Płaska i jak informowani są mieszkańcy o jakości wody, proponuję przeczytać komunikaty Sanepidu w Augustowie dotyczące wodociągu Płaska.
Z komunikatów wynika, że stężenie aluminium w wodzie wzrosło z 0,203 mg/L do 0,335 mg/L. Problem trwa już ponad 5 tygodni.
1. Co wiemy?
Problemy z podwyższonym stężeniem aluminium w wodzie praktycznie zawsze związane są z pracą stacji uzdatniania wody i procesem technologicznym wodociągów. Nie jest to zjawisko „naturalne”, które pojawia się samo z siebie. Czyli jeżeli znasz kogoś kto pracuje przy wodociągu w Płaskiej to masz szansę się dowiedzieć prawdy.
Mimo tego mieszkańcy nie otrzymują praktycznie żadnych konkretnych informacji:
co dokładnie się wydarzyło,
jakie działania naprawcze podjęto,
dlaczego problem trwa tak długo,
i kiedy można spodziewać się trwałej poprawy.
2. Co najbardziej zwraca uwagę w komunikacie Sanepidu?
Najciekawsze jest jedno zdanie:
„Dotychczasowe działania przyniosły jedynie tymczasową poprawę jakości wody”.
To oznacza, że jeżeli dziś mamy wynik 0,335 mg/L, czyli więcej niż wcześniej pokazała gmina, a Sanepid pisze o „tymczasowej poprawie”, to mieszkańcy mają prawo pytać:
jak naprawdę wysokie były wcześniejsze stężenia,
jakie były wszystkie wyniki badań,
oraz dlaczego pełna informacja nie została opublikowana wcześniej.
3. Gdzie są dokumenty?
Na stronie gminy nie ma:
decyzji Nr 7/D/HK/2026 z dnia 7.05.2026 r.,
pełnego protokołu badań SGS Polska dla Płaskiej z kwietnia
ani szczegółowej informacji o działaniach naprawczych.
Opublikowano natomiast wyniki z Gruszek — gdzie parametry wyglądały lepiej.
Mieszkańcy mają prawo oczekiwać pełnej transparentności, a nie wybiórczego publikowania danych.
4. Czy woda jest niebezpieczna?
Sanepid nie wprowadził zakazu spożywania wody, co oznacza, że nie stwierdzono bezpośredniego zagrożenia ostrego zatrucia.
Ale to nie oznacza, że sytuację należy lekceważyć.
Specjaliści zwracają uwagę, że:
Sanepid ocenia głównie ryzyko krótkoterminowe,
natomiast problem przewlekłej ekspozycji przez tygodnie lub miesiące to osobna kwestia.
Najbardziej narażone są:
dzieci,
kobiety w ciąży,
osoby starsze,
osoby z chorobami nerek.
Rozsądnym działaniem jest obecnie:
ograniczenie picia tej wody,
nieużywanie jej do przygotowywania posiłków dla dzieci,
korzystanie z wody butelkowanej lub filtrów odwróconej osmozy.
Warto też pamiętać, że po gotowaniu stężenie aluminium może dodatkowo wzrastać, ponieważ część wody odparowuje.
5. Największy problem: brak informacji
Najbardziej niepokojące nie jest nawet samo przekroczenie normy.
Najbardziej niepokojące jest to, że:
problem trwa ponad miesiąc,
parametry się pogarszają,
działania przynoszą jedynie „tymczasową poprawę”,
a mieszkańcy nadal nie dostają pełnej i jasnej informacji o sytuacji.
Woda to nie jest temat polityczny. To podstawowa kwestia zdrowia publicznego i zaufania mieszkańców do władz gminy.
A swoją drogą — gdzie jest teraz Rada Gminy? Gdzie jest „Wspólna Sprawa”? Gdzie jest wielki przewodniczący wielkiej komisji, Nasz Orędownik ?
Bo kiedy trzeba przeciąć wstęgę, zrobić zdjęcie przy grillu albo wygłosić mowę o „transparentności” — wszyscy są pierwsi w szeregu.
Ale kiedy przez ponad miesiąc mieszkańcy piją wodę z rosnącym stężeniem aluminium, to nagle zapada cisza tak głęboka, że można by nią filtrować wodę.
Może komisja nadal obraduje. Może transparentność jest chwilowo warunkowo przydatna do spożycia. A może wszyscy czekają, aż problem sam odparuje — razem z wodą w garnku.
Ponieważ od Naszego jeszcze Wójta nadal niewiele się dowiecie — bo to najwyraźniej nie wpisuje się w starannie budowany wizerunek Naszego Słońca Gminy — poniżej garść świeżych informacji.
28 kwietnia 2026 r. wykonano badanie wody w wodociągu Gruszki w prywatnym laboratorium. Z dokumentu opatrzonego pieczęcią gminy wynika, że informacja wpłynęła do UG Płaska 4 maja. Wyniki wskazują, że sytuacja w Gruszkach została już opanowana. Pozostaje jedynie czekać na oficjalne potwierdzenie z Sanepidu, tym bardziej że dzień później — 29 kwietnia — wydano zgodę na warunkowe korzystanie z tego wodociągu.
Trudno jednak nie zauważyć pewnych „ciekawostek informacyjnych”. Pierwsza informacja trafia gdzieś na BIP, czyli tam, gdzie mało kto zagląda. Druga — decyzja Sanepidu nr 6/D/HK/2026 z 29.04.2026 r. — nie pojawia się nigdzie. Przypadek? A może po prostu niewygodnie jest mówić głośno o tym, że przez miesiąc mieszkańcy byli narażeni?
No i pozostaje jeszcze jedno pytanie: dlaczego nadal brak danych z wodociągu Płaska–Gorczyca? Czy naprawdę sytuacja wygląda tam aż tak źle, że lepiej jej nie pokazywać?
Na początek przepisy prawa w polsce związane z rozporządzeniem Ministra Zdrowia: Wójt, jako zarządca infrastruktury lub podmiot odpowiedzialny za zbiorowe zaopatrzenie w wodę, ma obowiązek niezwłocznie poinformować mieszkańców o zagrożeniu zdrowia wynikającym z jakości wody.
Główny Urząd Statystyczny podał nowe dane i – niespodzianka – bezrobocie w Gminie rośnie. Było już tak ładnie od 2022, spadało, człowiek prawie uwierzył, że żyje w kraju mlekiem i miodem płynącym… a tu od 2024 klasyczne „a jednak nie”. Dlaczego od 2024 jest gorzej? „Tego jeszcze nie wie nikt” – jak śpiewał Bohdan Łazuka w 1982 roku 😊.
Mało tego – mamy wyższy wskaźnik niż średnia krajowa. Czyli jak już coś robimy, to nie w półśrodkach – od razu ponad średnią.
Przykro.
Ale spokojnie – idzie majówka. Temperatura 20+, trzy dni wolnego, grill, grabie i egzystencjalne przemyślenia między kiełbasą a chwastami. Bo pamiętajcie: po najdłuższej zimie przychodzi wiosna. Przetrwaliśmy rozbiory, wojnę i socjalizm, to i statystyki przetrwamy. W końcu jesteśmy narodem, który potrafi zrobić obiad z niczego i jeszcze zaprosić gości.
Teza mojej dysertacji naukowej:
Bezrobocie jest dowodem sukcesu i rosnącej atrakcyjności naszej gminy.
Tak, wiem – brzmi jak grant z kosmosu, ale trzymajcie się faktów:
Założenia:
Senior nikogo nie zwalnia
Junior ciągle zatrudnia, jakby miał prywatny fundusz odbudowy
Ludzie do gminy przybywają (dziękujemy, Główny Urząd Statystyczny)
Bezrobocie rośnie
Wniosek (po analizie na poziomie „Excel + kawa z wkładką”): Nowi mieszkańcy to… bezrobotni.
Logika? Żelazna. Na tym etapie nie wypada już dyskutować z nauką.
Dlaczego przyjeżdżają?
Po pogłębionych badaniach terenowych (czytaj: rozmowy przy sklepie i ławce na wzór dyskusji w Ranczu) wyłania się obraz migracji za marzeniem:
robi się cieplej – klimat zbliżającego się lata sprzyja przetrwaniu
lasy i jeziora – darmowy catering w wersji „zbierz i zjedz” do tego mozliwość utrzymania czystości na najwyższym poziomie, oczywiście wg ostatniej uchwały Rady Gminy tylko środki ekologiczne
nisza usługowa – czyli Eldorado dla przedsiębiorczych
A teraz crème de la crème – pomysły biznesowe przyszłych rekinów lokalnej gospodarki przybywających do gminy:
Start-upy przyszłości
1. Gastronomia mobilna premium Model biznesowy: autostop do Augustowa → Biedronka → pierogi + kiełbasa → ognisko → marża x3 Zero kosztów energii. Ekologicznie. Innowacyjnie. Prawie jak startup z Doliny Krzemowej, tylko bardziej na dymie.
2. WC „Kwadrans” – sektor usług luksusowych Brak toalet? To nie problem, to okazja inwestycyjna.
wynajem toi-toi w punktach premium
sprzedaż biletów wg kategorii czynności (pakiety rozszerzone w planach)
papier na listki – model subskrypcyjny w przygotowaniu
Jest też jasna polityka firmy: „Nie akceptujemy własnego papieru klientów” – standard jak w restauracji.
W miejscach o niższym ruchu? Opcja ekonomiczna: „na Małysza” – infrastruktura ziemna + marketing szeptany.
3. Mostek Experience™ Usługa adrenaliny z elementem ratownictwa. Lina asekuracyjna + szybkie wyciąganie z kanału. Turystyka przeżyciowa. Pakiet VIP: ręcznik gratis.
4. Sektor finansowy – wersja „bezgotówkowa, ale jednak gotówkowa” Słyszałem też o planach rozwiązania problemu z bankomatem. Na horyzoncie pojawiają się pierwsze lombardy, a młodsi migranci celują w nowoczesny model cinkciarstwa.
Jak to działa? Turysta robi przelew BLIK na telefon przedsiębiorcy, a ten wypłaca gotówkę… po potrąceniu skromnych 25% opłaty manipulacyjnej.
Bankomat może i zniknął, ale sektor finansowy – jak widać – ma się świetnie.
Innowacja? Jest. Marża? Jest. Etyka? W trakcie konsultacji społecznych.
Podsumowanie naukowe
Bezrobocie rośnie, bo jesteśmy atrakcyjni. Ludzie przyjeżdżają, bo widzą potencjał. Potencjał jest – tylko jeszcze nie zdążył się zmaterializować. Ale spokojnie, jest w drodze. Prawdopodobnie autostopem.
Na koniec: śmiejmy się, bo alternatywą jest czytanie raportów do końca 😉
Miłej majówki – i pamiętajcie: statystyka statystyką, ale kiełbasa sama się nie zje.
1 kwietnia gmina dostaje informację: w wodzie za dużo aluminium. Gmina: przekroczenie nie jest wielkie, świetnie, to nie trzeba nikomu mówić.
I tutaj teoria spiskowa czytelników. Ale czy na pewno spiskowa?
Nie da się ukryć, że wszystko dzieje się w samym środku awantury o pomysł wyłączenia wody w Wielką Sobotę, który Wójt wprowadzał w życie 2 kwietnia. Telefony się urywają, emocje rosną. Trzeba było całą akcje odwołać, ale bez przyznania się do winy. Więc naprawdę — czy to był dobry moment, żeby dorzucać ludziom jeszcze jakość wody?
Po co denerwować mieszkańców przed świętami takimi drobiazgami? Po co psuć PR urzędu? Może samo się samo naprawi ?
Więc zapada decyzja: cisza.
Może temat zniknie szybciej niż świąteczne ciasta. A ludzie nie będą gadać przy świątecznym stole.
Problem jednak sam się znika, więc 17 kwietnia pojawia się komunikat. Jakiś taki słabiutki. Cicho, na stronie. Bez SMS-ów — bo przecież nie ma powodu robić zamieszania. W końcu napisaliśmy, a to, że nie wchodzą na stronę UG to ich problem.
Bo w tej gminie najważniejsze jest jedno: żeby mieszkańcy się nie denerwowali. Zwłaszcza wtedy, kiedy mogliby mieć powód.
A więc stawiamy pytanie. Czy mamy zaufanie do Wójta, że celowo nie „przeoczył” informacji? Ile jeszcze informacji przeoczył dotychczas?
Mamy 29 kwietnia. Minęło dokładnie 28 dni od ostrzeżenia Sanepidu dla UG Płaska.
Tytuł 28 Days Later pasuje do naszej sytuacji aż za dobrze. Tam wirus rozprzestrzeniał się błyskawicznie. U nas informacja – przeciwnie. Izolowana lepiej niż pacjent zero.
Mijały dni, tygodnie, a mieszkańcy żyli w błogiej nieświadomości. W filmie przynajmniej było jasne, że jest zagrożenie. Tutaj trzeba się go domyślać między wierszami komunikatu wrzuconego… po dwóch tygodniach. Na fajrant.
I teraz pytanie – czy to już koniec scenariusza, czy dopiero pierwszy akt?
Czy za chwilę dostaniemy lokalne „28 tygodni później” – kiedy zaczną się problemy zdrowotne, o których nikt wcześniej nie raczył poinformować?
A może „28 lat później” – tylko zamiast zombie będzie odpływ mieszkańców, bo ile można żyć w miejscu, gdzie woda pitna staje się grą losową?
Bo różnica między filmem a rzeczywistością jest taka, że tam to była fikcja. A u nas ktoś ten scenariusz pisze na bieżąco.
Gwoli przypomnienia – żeby nasz Wójt Michał Piotr Skubis, znany również jako: „Najwyższy Strażnik Kranu i Studni”, „Wielki Zarządca Parametrów”, „Arcymistrz Komunikatów Po Fakcie” – nie musiał za chwilę poprawiać historii.
Ja rozumiem, że narrację też można „uzdatniać”. Tylko tu chodziło o wodę.
Po kolei:
1 kwietnia (to nie był żart) – UG dostaje informację o problemie
do 17 kwietnia „góra” wie wszystko. „Dół”? Hartuje zdrowie
17 kwietnia – komunikat na stronie. SMS-y przychodzą o wszystkim, tylko nie o tym
I nagle wszyscy tracą głos. „Wspólna Sprawa” – milczy. Pani Przewodnicząca – milczy. Widocznie aluminium w wodzie nie wpływa na zdolność do milczenia.
najsłabsi dostają „mikroelementy”, a Wójt prowadzi politykę zero emisji informacji
20 kwietnia – Sanepid mówi wprost: jest źle, a mieszkańcy dowiedzieli się po 3 tygodniach
28 kwietnia – Płaska „podobno” wraca do normy. Gruszki? Nie. Dalej eksperyment
Badania Sanepidu sprawdzające informację z Gminy? Podobno 30 kwietnia. Wyniki? Niestety po majówce. Idealnie – turyści przyjadą, napiją się i wyjadą… z doświadczeniem.
Strategia informacyjna? „Jak się nie zapytają, to się nie dowiedzą”.
Mieszkańcom Gruszek – współczuję.
A teraz najlepsze. Ktoś mi napisał: „Wójt ma doktorat, więc wie co robi”.
No to zajrzałem do tej nauki. I kiedy w podobno „poważnej” pracy trafiam na kadr z Pokémon GO z dumnie stojącym Snorlax…
…to już wiem.
To nie jest brak informacji. To jest rozszerzona rzeczywistość.
Parafrazując pewien świetny skecz: A co tu będzie takie, a gdzie oto piciu będzie? Ooo, to ja by też chciała, żeby piciu.
Kto stoi obok Pokemona 🙂 .
A dla tych, którzy dotrwali do końca i chcą zobaczyć „know-how”:
Wielu z nas z oburzeniem patrzy na to, co dzieje się w wielkiej polityce. Politycy kłócą się, obrzucają błotem, wieszają na sobie psy i z mównicy mówią o katastrofach moralnych, upadku państwa i konieczności natychmiastowych rozliczeń.
A potem kończy się transmisja, gasną kamery i… wszyscy jakoś potrafią razem siedzieć przy jednym stole. Bo polityka, jak wiadomo, to nie jest wojna – to raczej coś w rodzaju rodzinnej sprzeczki. Trochę hałasu, trochę teatru, a potem i tak wszyscy wiedzą, że jutro znowu trzeba razem funkcjonować.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przegrana w wyborach rzadko oznacza prawdziwą porażkę. W polityce spada się najwyżej o jedno piętro niżej. Krzesło może mniej błyszczące, gabinet może trochę mniejszy, ale wypłata wciąż taka, że nikt nie musi nagle przypominać sobie, ile kosztuje masło w promocji.
Można by pomyśleć, że to domena wielkiej polityki. Tych z Warszawy, z telewizji, z wielkich konferencji.
Ale czasem wystarczy obejrzeć stare nagrania z lokalnych sesji poprzedniej kadencji Rady. Tam dopiero można zobaczyć prawdziwy teatr. Wielkie słowa. Groźne miny. Wystąpienia pełne oburzenia. Padają oskarżenia, pojawiają się deklaracje, że „tak dalej być nie może”, że „trzeba wszystko wyjaśnić”, że „mieszkańcy zasługują na prawdę”. Słyszymy Panią Katarzynę Tomczyk jak grzmi o błędach i nieprawidłowościach.
Brzmi poważnie. Wręcz dramatycznie.
A potem mijają miesiące… Pani Katarzyna Tomczyk, Wspólna Sprawa dochodzi do władzy absolutnej i dzieje się coś niezwykłego. Nagle okazuje się, że polityczna pamięć potrafi wyparować szybciej niż kałuża w lipcowym słońcu. Tematy, które jeszcze niedawno były powodem moralnego oburzenia, rozpływają się gdzieś między jednym posiedzeniem a drugim.
Ci, którzy wczoraj byli symbolem wszystkiego, co złe, nagle funkcjonują całkiem normalnie w nowej rzeczywistości. Nawet utrzymali stołki. Współpraca kwitnie, atmosfera robi się zadziwiająco spokojna, a dawne tyrady z mównicy brzmią dziś trochę jak nagranie z kabaretu.
I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać: czy tamte wielkie słowa były naprawdę o zasadach… czy raczej o tym, żeby mikrofon dobrze zebrał dźwięk?
Bo w naszej polityce często działa stara, prosta zasada: najgłośniej szczeka się wtedy, gdy nie ma się jeszcze władzy.
A kiedy władza już przychodzi… nagle okazuje się, że nawet najbardziej bojowy pies potrafi bardzo szybko zmienić się w wyjątkowo zgodnego salonowego pupila.
I tylko mieszkańcy patrzą na to wszystko jak na kolejny sezon tego samego serialu. Z tymi samymi aktorami. Z tym samym scenariuszem. I z tym samym finałem, który wszyscy już dawno znają.
To już nawet nie jest gra o władzę. To jest gra o brak kontroli.
„Wspólna Sprawa” — jak wynika z obserwacji sytuacji — najwyraźniej zmierza po ostatni brakujący element układanki: ostatni mandat w Radzie. Nie dlatego, że bez niego nie da się rządzić. Bo rządzić się już da. Decyzje przechodzą, ręce się podnoszą, narracja się zgadza. Problem polega na czymś innym — zawsze może znaleźć się ktoś, kto zapyta, zajrzy w papiery, wyciągnie niewygodne fakty.
A tego, jak widać, trzeba się pozbyć.
Mamy obraz Rady, która nie pełni funkcji kontrolnej, tylko dekoracyjną. Pojawiają się zarzuty o selektywny obieg dokumentów i ich ukrywanie przed radnymi . Pojawia się chaos decyzyjny, brak nadzoru, sytuacje, w których podstawowe obowiązki przestają być wykonywane. I to nie są jednorazowe wpadki — to jest schemat.
W takim układzie ostatni niezależny radny to nie problem personalny. To problem systemowy.
Dlatego jego odejście mówi więcej niż tysiąc wpisów.
Bo jeśli ktoś, kto kierował się dobrem gminy, w pewnym momencie mówi „dość” i wychodzi, to znaczy, że poziom tego całego układu przekroczył granicę, przy której nie da się już udawać, że „jeszcze można coś zmienić od środka”.
I teraz najciekawsze: kto wejdzie na jego miejsce?
Bo to nie jest zwykłe „wejście do Rady”. To jest podpisanie się pod pewnym modelem działania. Modelem, w którym dokumenty nie zawsze trafiają tam, gdzie powinny, decyzje zapadają poza kontrolą, a odpowiedzialność rozmywa się jak atrament w wodzie.
Mechanizm jest stary jak świat: najpierw „chodź, będziesz miał wpływ” potem „tu już nic nie zmienisz” a na końcu „byłeś częścią, więc odpowiadasz razem z nami”.
I to jest właśnie największy paradoks tej sytuacji.
Bo władza, która tak bardzo chce mieć wszystko pod kontrolą, jednocześnie szuka kogoś, kto tę kontrolę legitymizuje swoim nazwiskiem.
Tyle że tu pojawia się problem.
Bo każdy, kto choć trochę śledzi to, co wypływa na światło dzienne — czy to w kontekście inwestycji, finansów, czy zwykłego funkcjonowania urzędu — widzi, że nie mówimy o drobnych potknięciach, tylko o narastającym bałaganie i chaosie zarządczym .
I teraz pytanie brzmi nie „czy ktoś się znajdzie”.
Tylko:
czy znajdzie się ktoś, kto zrobi to świadomie.
Bo uczciwy człowiek ma dziś prosty wybór: wejść w układ, w którym nie ma realnej kontroli i ryzykować, że zostanie jego twarzą, albo zostać z boku i nie firmować czegoś, co — delikatnie mówiąc — zaczyna coraz bardziej przypominać zamknięty system wzajemnej ochrony.
Nie chodzi o to, że „nikt uczciwy tam nie pójdzie”.
Chodzi o to, że każdy, kto tam pójdzie, automatycznie będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, po której stronie stoi.
Bo władza absolutna w gminie to nie jest wielkie hasło z podręcznika historii.
To jest bardzo prosta sytuacja: nikt nie patrzy na ręce, nikt nie pyta, nikt nie sprawdza.
A wtedy wszystko zaczyna działać… aż za sprawnie.
Do momentu, kiedy przychodzi rachunek.
I wtedy — jak zawsze — okazuje się, że odpowiedzialność jest zbiorowa.
Ale decyzje były bardzo konkretne.
Ja mogę Wam, wszystkim mieszkańcom Płaskiej obiecać, że jeżeli się znajdzie ktoś bez charakteru, powolny Wójtowi Skubisowi i Przewodniczącej Tomczyk tak jak reszta skompromitowanej Rady Gminy to będzie najbardziej zapracowanym radnym w historii Polski i będzie najbardziej publicznie rozliczanym radnym z swoich zobowiązań wobec mieszkańców. Wszystkie tematy jakie aktualnie są poruszane zostaną mu przekazane celem ich procedowania i eskalacji.I będzie z tego rozliczanym w tygodniowych interwałach. W końcu będzie to Radny, który mnie reprezentuje.
Baśń okiem Stańczyka
W pewnym grodzie, gdzie więcej mówiono niż robiono, a jeszcze więcej ukrywano niż mówiono, zasiadała rada możnych. Nazywali się Wspólną Sprawą, choć każdy widział, że bardziej chodziło o wspólne trzymanie się stołków niż sprawy.
Przy długim stole, gdzie zapadały decyzje dla całego grodu, zostało jedno wolne miejsce.
Jedno.
Niby nic. A jednak wszystko.
Bo reszta miejsc była już zajęta — przez tych, co kiwają głowami w odpowiednim momencie, przez tych, co wiedzą, kiedy milczeć, i przez tych, co nauczyli się nie zadawać pytań, na które nie ma odpowiedzi… albo nie powinno ich być.
Na uboczu, trochę w cieniu, siedział Stańczyk. Nie jako radny, nie jako możny. Jako ten, który patrzy i rozumie.
I śmiał się.
Nie głośno. Nie dla wszystkich. Raczej pod nosem, jak ktoś, kto zna zakończenie tej historii, choć inni dopiero zaczynają ją pisać.
— Szukają — mruknął. — Zawsze szukają.
Bo rada rozpuściła wieść po grodzie:
„Potrzebny radny. Ostatnie miejsce. Możliwość wpływu. Udział w rządzeniu.”
Brzmiało dumnie. Brzmiało poważnie. Brzmiało… jak zaproszenie.
Ale Stańczyk tylko pokręcił głową.
— Nie radnego szukają — powiedział do nikogo i do wszystkich jednocześnie. — Szukają alibi.
Bo każdy, kto siądzie przy tym stole, dostanie nie tylko miejsce. Dostanie też odpowiedzialność. Za decyzje, których nie podejmie. Za dokumenty, których nie zobaczy. Za sprawy, które już dawno zostały rozstrzygnięte — gdzie indziej, przy innym stole.
A potem, gdy przyjdzie czas rozliczeń, usłyszy:
„Przecież byłeś z nami. Przecież głosowałeś. Przecież wiedziałeś.”
Nawet jeśli nie wiedział.
Nawet jeśli nie miał jak wiedzieć.
Stańczyk spojrzał na puste krzesło.
— Najdroższe miejsce w całym grodzie — westchnął. — Płaci się za nie nie złotem, a twarzą.
W grodzie szeptano już nazwiska. Jedni się wycofywali, inni udawali, że nie słyszą. Bo każdy, kto miał choć odrobinę rozsądku, wiedział, że to nie jest propozycja — to jest test.
Test na to, ile jesteś w stanie przełknąć.
I jak dużo jesteś gotów nie widzieć.
A rada czekała cierpliwie.
— Ktoś się znajdzie — mówili. — Zawsze się ktoś znajduje.
Stańczyk uśmiechnął się krzywo.
— Owszem — odpowiedział. — Zawsze.
Po czym wstał, poprawił czapkę z dzwoneczkami i rzucił na odchodne:
— Tylko potem nie mówcie, że nikt nie wiedział, przy jakim stole siada.