NIE ZAKŁÓCILIŚMY OBRAD. ZAKŁÓCILIŚMY PLAN

Pytacie, co wydarzyło się wczoraj.

Poczekajcie do jutra 😊

Najpierw pani przewodnicząca opublikuje protokół z posiedzenia Komisji Skarg, Wniosków i Petycji z 15 czerwca. Potem pokażę, jak ten dokument ma się do nagrania.

Będzie ironicznie. Będzie sarkastycznie. Przede wszystkim jednak będzie rzeczowo i zgodnie z dowodami.

Bo prawda jest bardzo prosta:

skarg nie można już było „uwalić”.

Kiedy okazało się, że dysponuję urządzeniem pozwalającym zweryfikować twierdzenia gminy, trzeba było przełknąć wcześniejsze słowa i przyznać, że komisja próbowała odrzucić sprawę na podstawie twierdzeń, które nie wytrzymały konfrontacji z faktami.

Ostatecznie komisja uznała obie skargi za zasadne.

Można byłoby pomyśleć, że to koniec sprawy.

Niestety nie.

Teraz trzeba było jeszcze zrobić wszystko, aby informacja o uznaniu skarg została schowana tak głęboko, żeby mieszkaniec czytający protokół za miesiąc albo za dwa lata nie zorientował się, co właściwie komisja ustaliła i dlaczego zmieniła stanowisko.

I tutaj zaczyna się prawdziwy majstersztyk.

Pierwsze strony protokołu to rozbudowany urzędowy ping-pong: ten powiedział, tamten odpowiedział, ktoś zapytał, ktoś zaprzeczył.

Wszystko jednak opisano w taki sposób, aby osoba przyłapana na przekazywaniu nieprawdziwych informacji wyglądała niemal jak Robin Hood, a mieszkańcy, którzy zadawali pytania i wykazali sprzeczności – jak agresywny tłum szturmujący urząd.

Niemal z łzami w oczach słuchałem, jak gmina i pani Tomczyk troszczą się o mieszkańców, przytulają nas do piersi, Pan Zdancewicz jest obrońcą prawa i wszystko robią uczciwie. Czytałem, że ich wcześniejsze podważanie moich słów wynikało jedynie z niewiedzy.

Dodajmy: niewiedzy trwającej od 2023 roku.

Wypowiedzi pani przewodniczącej zostały natomiast potraktowane wyjątkowo oszczędnie: skróty myślowe, przemilczenia i starannie dobrane zdania.

Prawdziwym hitem jest jednak fragment, który – na razie cytuję z pamięci – brzmiał mniej więcej tak:

„W związku z zakłóceniem obrad komisji członkowie opuścili posiedzenie w godzinach od… do…, a następnie wrócili i wznowili obrady”.

Ładnie?

Krótko, schludnie i urzędowo.

Komisja została „zakłócona”, jej członkowie musieli wyjść, a następnie bohatersko powrócili i kontynuowali pracę.

Tyle zapisano w protokole.

A teraz zobaczmy, co zostało utrwalone na nagraniu i jak wyglądał rzeczywisty przebieg posiedzenia.

  1. Członkowie komisji przyznają w trakcie dyskusji, że istniały podstawy do uznania skargi za zasadną.
  2. Pan Marek Sudnik wyciąga ze sterty dokumentów przygotowane wcześniej i wydrukowane stanowisko, zaczynające się od słów:„Komisja po wnikliwej analizie…”
  3. Radna Ewa Ślepska odczytuje to stanowisko. Wynika z niego, że komisja rzekomo szczegółowo przeanalizowała sprawę i uznała, że skargę należy odrzucić – mimo że jeszcze kilka minut wcześniej wypowiedzi członków komisji prowadziły do przeciwnego wniosku.
  4. Przewodniczący Marek Sudnik nie zarządza głosowania. Członkowie komisji siedzą i patrzą przed siebie. Zaczynam się śmiać i proszę, aby komisja wreszcie zagłosowała nad stanowiskiem, które przed chwilą zostało odczytane. Informuję także, że przebieg posiedzenia jest nagrywany, więc będzie można porównać wcześniejsze wypowiedzi z późniejszym głosowaniem.
  5. Pani sołtys Gorczycy apeluje do komisji, aby jej członkowie się opamiętali, ponieważ sytuacja zaczyna wyglądać źle i może przynieść wstyd zarówno komisji, jak i całej gminie.
  6. Przewodnicząca Rady Gminy Katarzyna Tomczyk poleca członkom komisji odejść na bok i naradzić się poza salą.
  7. Przewodniczący komisji wraz z dwiema paniami Ewami wychodzi na balkon. Towarzyszy im pani Monika Brzostowska, a po chwili dołącza pani Katarzyna Tomczyk.

I tutaj pojawia się najważniejszy szczegół:

przewodniczący komisji nie ogłosił przerwy.

Posiedzenie nadal trwało.

Tyle że jego część – obejmująca ustalanie dalszego stanowiska komisji – została przeniesiona poza salę i odbywała się poza jawnością, do której mieszkańcy mieli prawo.

  1. Przez pewien czas spokojnie czekam. Kiedy jednak zaczynam słyszeć, jak pani Tomczyk instruuje członków komisji, głośno protestuję przeciwko uzgadnianiu stanowiska poza jawnym posiedzeniem.
  2. Wtedy pada słynne już zdanie:„Kaśka, chodź, bo tu się wszystko nagrywa”.
  3. Komisja wraca. Jej członkowie są wyraźnie zdezorientowani i nie wiedzą, jak dalej postąpić. Żądam natychmiastowego przeprowadzenia głosowania. Obie panie Ewy głosują za uznaniem skargi za zasadną. Przewodniczący, kilkukrotnie proszony o oddanie głosu, ostatecznie wstrzymuje się.
  4. Pytam przewodniczącego, czy może jednoznacznie opowiedzieć się „za” albo „przeciw”. Wtedy sekretarz Maciej Zdancewicz zabiera głos i stwierdza, że nie należy naciskać na członków komisji.

Tak wygląda zdarzenie utrwalone na nagraniu.

Tak odbyło się to w rzeczywistości.

Pominąłem jedynie zdziwione pytanie, które padło z ust jednej Pani Ewy po mojej informacji, że posiedzenie jest nagrywane:

„A czy tak można?”

Wszyscy obecni na sali musieli przyznać, że można.

A tak całe zdarzenie ma wyglądać w wersji urzędowej:

„W związku z zakłóceniem obrad komisji członkowie opuścili posiedzenie, a następnie wrócili i wznowili obrady”.

Widzicie różnicę?

W pierwszej wersji mamy wcześniej przygotowane stanowisko o odrzuceniu skargi, brak zarządzenia głosowania, reakcję moja i pani sołtys, złapanie komisji na gorącym uczynku na oszustwie, polecenie przewodniczącej Rady, wyjście członków komisji bez ogłoszenia przerwy, naradę poza jawnym posiedzeniem, instruowanie komisji, protest mieszkańca, powrót i głosowanie zakończone uznaniem skargi.

W wersji protokolarnej mamy natomiast „zakłócenie obrad” oraz komisję, która z nieznanych przyczyn musiała opuścić salę.

Czyli nie komisja wyszła, aby poza salą ustalić, co ma zrobić.

Nie przewodnicząca Rady poleciła jej członkom wyjść.

Nie próbowano poza jawnym posiedzeniem uzgodnić dalszego stanowiska.

Nie.

To mieszkańcy „zakłócili obrady”.

Komisja została niemal napadnięta przeze mnie i panią sołtys Gorczycy, a jej członkowie musieli ratować się ucieczką na balkon.

Tak właśnie tworzy się urzędową rzeczywistość. Nie zawsze przez napisanie nieprawdy wprost. Czasami wystarczy wyrwać wydarzenie z kontekstu, pominąć najważniejsze fakty i odwrócić role.

Osoby, które domagały się jawnego głosowania i uczciwości stają się winne „zakłócenia”.

Osoby, które opuściły salę bez ogłoszenia przerwy i ustalały cichaczem stanowisko na uboczu, zostają przedstawione jako ofiary sytuacji.

To pani Tomczyk poleciła komisji wyjść.

Komisja posłuchała.

I wyszedł ZONK.

Zapytałem również, kto sporządził protokół. Zarówno obecny przewodniczący komisji, pan Demski, jak i pani Tomczyk wskazali, że jego jedyną autorką jest pani Monika Brzostowska.

Według przedstawionego wyjaśnienia to właśnie ona w taki sposób zapamiętała i opisała przebieg posiedzenia.

Przyjmuję więc do wiadomości oficjalne stanowisko najważniejszych osób w gminie.

Po wysłuchaniu kolejnych fragmentów poprosiłem o przerwanie czytania. Nie zamierzałem uczestniczyć w przedstawieniu, w którym udokumentowane wydarzenia zastępuje się wygodną opowieścią, a odwracanie ról nazywa protokołowaniem.

Jeżeli opublikowany dokument rzeczywiście będzie przedstawiał wydarzenia w ten sposób, stanie się świadectwem nie tylko sposobu sporządzania protokołów.

Będzie także świadectwem stosunku do prawdy, jawności działania samorządu oraz mieszkańców, którzy mają prawo wiedzieć, co robią wybrani przez nich radni.

Nie będę dziś rozstrzygał, czy taki zapis jest skutkiem braku rzetelności, dyspozycyjności, świadomej próby stworzenia wygodnej wersji wydarzeń, czy też pomroczności jasnej – dla tych co pamiętają co to jest (Sprawa Przemysława Wałęsy).

Każdy będzie mógł porównać dokument z nagraniem i ocenić to sam.

Panie Ewy zagłosowały wczoraj za przyjęciem protokołu opisującego przebieg tamtego posiedzenia właśnie w taki sposób.

Być może liczą na to, że mieszkańcy nie zobaczą różnicy między urzędowym zdaniem a rzeczywistym przebiegiem wydarzeń.

Zobaczą.

Dwie radne kolejny raz firmują cudzą narrację własnymi nazwiskami. Niczego na tym nie zyskują, ale to one będą musiały spojrzeć mieszkańcom w oczy i wyjaśnić, dlaczego zaakceptowały taki opis.

Dla mnie granica została przekroczona.

Jeżeli jutro przeczytam protokół zawierający tak rażąco zniekształcony obraz wydarzeń, skończy się czas łagodnych eufemizmów.

Nie dlatego, że chodzi o mnie.

Dlatego, że jeżeli można w taki sposób opisać nagrane, jawne posiedzenie, to co można zrobić mieszkańcowi, który nie ma nagrania, wiedzy, czasu ani możliwości obrony?

Władza nie jest właścicielem prawdy.

Urzędnik nie jest właścicielem dokumentów.

Komisja nie jest prywatnym klubem radnych.

Gmina należy do mieszkańców.

Zapowiadam więc jasno: będę współpracował z każdym, kto zechce przywrócić w tej gminie jawność, uczciwość i odpowiedzialność.

Jeżeli nie znajdzie się nikt gotowy to zrobić, sam rozważę start w wyborach.

Nie po stanowisko.

Mam dobrą pracę.

Po to, żeby takie praktyki się skończyły.

Bo nie wystarczy wymienić nazwiska na drzwiach. Trzeba odbudować standardy działania gminy od samych fundamentów.

Mam dość.

Mam dość protokołów, które zamiast dokumentować wydarzenia – kreują wygodną rzeczywistość.

Mam dość przerzucania odpowiedzialności na mieszkańców.

Mam dość traktowania jawności jak przeszkody, a pytań jak ataku.

Nie zakłóciliśmy obrad. Zakłóciliśmy plan. Plan przygotowany przez komisję 15 czerwca jeszcze przed wejściem do sali. Problemem okazało się nagranie. Wiedziałem co chcą zrobić i przygotowałem się.

Jeżeli prawdą jest to, co powiedzieli pan Demski i pani Tomczyk – że jedyną autorką protokołu i zawartego w nim opisu wydarzeń jest pani Monika Brzostowska – sprawa ma dla mnie oczywisty wymiar.

Osoba, która potrafi w taki sposób opisać nagrane posiedzenie, pominąć jego najważniejsze momenty, odwrócić role i odpowiedzialnością za sytuację obciążyć mieszkańców, nie powinna odpowiadać za dokumentowanie pracy organów samorządu.

Widocznie w tej kadencji taka szczególna „elastyczność” w podejściu do faktów jest w urzędzie potrzebna i zgodna z polityką obecnej władzy. Jednak po kolejnych wyborach nie powinno już być miejsca na urzędowe tworzenie wygodnych wersji rzeczywistości.

Rzadko cokolwiek obiecuję. Jako poważny człowiek staram się szanować własne słowo i nie składać deklaracji, których nie będę w stanie dotrzymać.

Tym razem zrobię wyjątek.

Jeżeli przedstawione wyjaśnienia są prawdziwe, dopilnuję, aby sprawa odpowiedzialności pani Moniki Brzostowskiej za sposób sporządzenia tego protokołu nie została zapomniana ani zamieciona pod dywan.

Będę dążył do tego, aby od pierwszego dnia następnej kadencji w samorządzie nie było miejsca dla osób, które zamiast rzetelnie dokumentować wydarzenia, uczestniczą w budowaniu wygodnej dla władzy narracji.

Nie jest to groźba ani osobista zemsta.

To zapowiedź wyciągnięcia służbowych konsekwencji – zgodnie z prawem, na podstawie dokumentów i nagrań.

Obiecuję, że tego dopilnuję.

Dziś po godzinie 21.00 opublikuję tekst z gatunku historii alternatywnej.

Wezmę wydarzenie znane niemal wszystkim i opiszę je językiem zastosowanym w tym protokole – z przemilczeniami, odwracaniem ról i urzędowym „odkręcaniem kota ogonem”.

Szczególnie polecam ten tekst osobom, które wczoraj zagłosowały, że właśnie w taki sposób należy zapisywać historię.

A jutro, po publikacji protokołu, każdy będzie mógł sam ocenić:

kto zakłócił obrady, a komu zakłócono starannie przygotowany plan.

Komisja Skarg w dniu 21.09.2026 czyli 3h maraton

Do tematu wrócimy w środę.

Jeżeli Komisja zrobi to, co dziś przegłosowała, włączymy reflektor i pokażemy dokładnie, jak wyglądało rozpatrywanie tej sprawy. Dotyczy to jednak tylko dwojga radnych, ponieważ trzeci członek Komisji inteligentnie wymiksował się z tego spektaklu. 🙂

Nie chodzi przy tym o ponowne głosowanie — tutaj Komisja raczej nie miała już innego wyjścia. Skarga została uznana. Pani Tomczyk od razu jednak zaznaczyła, że nie oznacza to zwrotu pieniędzy mieszkańcom.

Najciekawsze jest coś innego: sposób, w jaki sporządzono protokół z posiedzenia Komisji z 15 czerwca.

Dlatego środowy materiał będzie miał jeden z dwóch tytułów:

„Uczciwość i demokracja wygrały”

albo:

„W wyniku zakłócenia porządku członkowie Rady opuścili na chwilę posiedzenie Komisji, czyli co Monika Brzostowska zapamiętała”

Porównamy to, co pani Monika zapamiętała i zapisała, z tym, co rzeczywiście zostało nagrane. Swoją drogą będzie miałą nietęgą minę gdy usłyszy, ze dzisiaj Pani Przewodnicząca sama się przyznała jak to było i nijak nie da się przyłożyć ani przyłatać do tego co Pani Monika napisała, a dwie Panie Radne przegłosowały.

Spróbujemy również odpowiedzieć na niezwykle interesujące pytanie: dlaczego — według Przewodniczącej Rady Gminy — kilkukrotne odsłuchanie zapisu rzeczywistych wydarzeń miałoby zniekształcać rzeczywistość? Oczywiście miała na myśli rzeczywistość narracyjną gminy.

Który tytuł okaże się właściwy? To zależy już od Komisji.

Myślę, że przedstawionym materiałem może zainteresować się również Wojewoda.

A na koniec jeszcze jedna rzecz, na której również się skupimy.

Było ciemno, bo prund zabrali. Zrobiło się swojsko i przytulnie, więc zebrało się wszystkim na odrobinę szczerości. Nie było przytulania ani gry w butelkę — była za to wymiana informacji dotychczas nie do końca znanych i trzymanych pod kołderką tajemnicy.

Nie wiem, czy radni okazali się tak dobrymi aktorami, czy po prostu zaczęli otwierać oczy. Kiedy jednak pytania zaczęły przyciskać panią przewodniczącą do ściany, ta stopniowo uchylała rąbka tajemnicy. Radni mogli się przekonać, że pani przewodnicząca wie o wielu problemach gminy, stratach finansowych i ekonomicznych błędach o których oni sami — jak wynikało z ich reakcji — nie byli dotychczas informowani.

Może zrozumieją, iż są traktowani jako przyciski do głosowania, a przecież nikt nie tłumaczy się przyciskom.

Podsumowanie dla osób, które prosiły o interwencję:

  • Radna Ewa Citkowska potwierdziła, że zna problem szybko poruszających się pojazdów wojskowych na ulicy Orlej. Zadeklarowała rozmowę na temat możliwości zamontowania urządzeń spowalniających.
  • Sekretarz Maciej Zdancewicz zobowiązał się, że szlaban przed szkołą zostanie wreszcie naprawiony.
  • Skrzyżowanie ulic Orlej i Kąty, na granicy Płaskiej i Gorczycy, ma zostać naprawione. Sprawy mają dopilnować radni Ewa Citkowska i pan Demski. W trakcie rozmowy radni wskazywali również na brak należytej kontroli Urzędu Gminy nad sposobem wykonywania prac przez podwykonawcę.
  • Radny Demski zadeklarował, że przyjrzy się sprawie słupków ograniczających przy progach zwalniających na ulicy Spokojnej, aby kierowcy nie omijali progów i nie rozjeżdżali sąsiedniego terenu.

Teraz pozostaje sprawdzić, ile z tych deklaracji zamieni się w konkretne działania.

Wygnanie z Raju. Historia alternatywna

Na początku Pan Bóg spojrzał na świat i wydał Mu się on smutny, nijaki i niepełny.

Wybrał więc niewielki fragment ziemi i postanowił stworzyć go od nowa.

Najpierw stworzył lasy — wielkie, zielone i pełne zwierza. Potem rozpostarł pola, łąki i mokradła. Zagłębienia ziemi napełnił wodą i nazwał je: Serwy, Paniewo, Orle, Pobojno, Krzywe, Mikaszewo i Gorczyckie.

A gdy skończył, spojrzał na swoje dzieło i pomyślał:

— Dobre jest.

Następnie stworzył ludzi. Twardych, pracowitych i uczciwych. Takich, którzy potrafili żyć z lasu, ziemi i wody, a kiedy trzeba było — pomagać sobie nawzajem.

I spojrzał Bóg na ludzi, i uznał, że dobrzy są.

Żyli więc w owym raju, Płaską zwanym. Może nie byli najbogatsi. Może życie ich nie rozpieszczało. Lecz kochali swoją ziemię i nie chcieli jej opuszczać.

Pośrodku raju rosło wielkie drzewo. Było tak okazałe i ważne, że z czasem zaczęto nazywać je Urzędem. Mieszkańcy wierzyli, że będzie dawało im cień, schronienie i owoce sprawiedliwości.

Lecz pewnego dnia u korzeni drzewa pojawił się perz.

Najpierw jedna cienka łodyga. Potem druga. Wkrótce perz oplótł pień i rozpełzł się po całym ogrodzie. Wyjaławiał ziemię, zagłuszał zdrowe rośliny i plątał ścieżki tak skutecznie, że nikt już nie wiedział, dokąd one prowadzą.

Mieszkańcy pytali:

— Skąd wziął się ten perz?

Lecz Drzewo Urzędu milczało, dokumentów nie wydawało, a udzielenie odpowiedzi odkładało na czas późniejszy.

Aż pewnej wiosny, przed samym Drzewem Poznania Dobrego i Złego, Urzędem zwanym, perz rozstąpił się i odsłonił kawałek ziemi.

Wyrósł z niej kwiat.

Był żółty, osobliwy i wzrostu raczej skromnego, lecz patrzył na wszystkich z góry. Słońca potrzebował wiele, uwagi jeszcze więcej, a każdą kroplę deszczu uważał za należną wyłącznie sobie.

Kwiat przemówił:

— Od dziś ogród będzie rozkwitał jak nigdy dotąd.

I od owego dnia Płaska zaczęła zamierać.

Rośliny więdły, drogi obrastały dziurami, woda nabierała niespotykanych wcześniej właściwości, a zwierz wszelki coraz częściej zastanawiał się nad zmianą miejsca zamieszkania.

Kwiat jednak zapewniał:

— Wszystko rozwija się prawidłowo.

A perz przytakiwał mu jednogłośnie.

Spojrzał wtedy Bóg z niebios i zasmucił się wielce.

— Wolna wola jest wolną wolą — powiedział — lecz nawet wolna wola nie zwalnia od myślenia. Skoro sami pozwoliliście, aby perz zapuścił korzenie i rozrósł się po całym ogrodzie, sami też będziecie musieli przekonać się, jakie wydaje owoce. Czas waszej próby potrwa pięć lat.

I tak mijały kolejne lata czasu próby…

Pierwszego roku mieszkańcy jeszcze wierzyli, że perz przemieni się w zboże.

Drugiego zaczęli podejrzewać, że jednak perzem pozostanie.

Trzeciego jeden ze sprawiedliwych przetarł oczy i dostrzegł, że ogród nie rozkwita, lecz zarasta.

Czwartego bielmo zaczęło opadać z oczu kolejnych mieszkańców.

A gdy piąty rok zbliżał się ku końcowi, przejrzeli niemal wszyscy. Nawet ci, którzy wcześniej przekonywali, że perz daje cień, chroni przed suszą i stanowi wielką szansę rozwojową dla całego ogrodu.

Ostatniego dnia piątego roku mieszkańcy wyszli z domów. Każdy wziął to, co miał: jeden motykę, drugi grabie, trzeci kartę do głosowania.

I wspólnymi siłami wyplewili perz oraz wszystkie fikuśne kwiaty, które wyrosły wokół Drzewa Urzędu.

A ogród powoli zaczął odżywać. Woda znów stawała się przejrzysta, zwierz wracał do lasów, a drogi zaczynały sobie przypominać, że nie są poligonem. Drzewo Urzędu zaś ponownie uczyło się służyć mieszkańcom — zamiast oczekiwać, że mieszkańcy będą służyć jemu.

Dobry Bóg, widząc to, podarował mieszkańcom kamienną tablicę. Wyrył na niej modlitwę, aby nigdy więcej nie zapomnieli dnia próby:

Panie Boże,
dałeś nam młodość — i zabrałeś.
Dałeś nam zdrowie — i zabrałeś.
Dałeś nam cierpliwość — i też prawie zabrałeś.
Dałeś nam plagę…

W tej sprawie tylko uprzejmie przypominamy,
że pięcioletni termin powoli dobiega końca
i prosimy o możliwie szybką reakcję.

Amen.

Quos Deus perdere vult, prius dementat

Dla tych, którzy łacinę znają głównie z kościoła, recept i przekleństw, najpopularniejsze tłumaczenie tej maksymy brzmi mniej więcej tak: kogo bogowie chcą zgubić, temu najpierw odbierają rozum.

Polska wersja ludowa jest bardziej obrazowa: jak Pan Bóg chce kogoś kopnąć w tyłek, to najpierw odbiera mu rozum.

Patrząc na działania naszego Wójta, zaczynam się jednak zastanawiać, czy Bóg nie kopnął za mocno albo — za przeproszeniem — nie pomylił celu. W końcu niezbadane są wyroki boskie, zdarzają się na świecie przypadki, o których filozofom się nie śniło, a łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Ale zaszalałem. Muszę przestać, bo jeszcze na mądrego wyjdę.

Wracamy więc do opisywanego przypadku — przepraszam, wypadku — a może, zgodnie z prawdą, do decyzji opatrzności Bożej.

 Dotknięcie nastąpiło i wywołało lawinę konsekwencji.  Urzędowy pomyślunek wyraźnie zwolnił, pytania zaczęły krążyć po gminnych korytarzach, a odpowiedzi — jak to odpowiedzi — znowu nie odnalazły właściwych drzwi.

Od dwóch miesięcy proszę o informacje dotyczące tego, co Gmina namieszała w związku z moim licznikiem wody.

Doszło do wycieku. Z dokumentów wynika, że Gmina miała informację o problemie, ale niczego skutecznie z nią nie zrobiła. Poprosiłem więc o proste wyjaśnienie:

– dlaczego nie podjęto działań,
– kto za to odpowiada,
– jaki jest numer polisy ubezpieczeniowej Gminy, z której mogłyby zostać pokryte moje roszczenia.

I co?

I nic.

Przypominam się. Ponawiam pytania. Wysyłam kolejne wiadomości.

I nadal nic.

Kopię każdej wiadomości otrzymują również gorliwi wyznawcy Wspólnej Sprawy. Ci sami, którzy tak chętnie opowiadają o działaniu dla dobra mieszkańców. Kiedy jednak mieszkaniec ma konkretny problem i pyta o odpowiedzialność Gminy, cały ten dwór nagle milknie. Nasi dzielni obrońcy wspólnej sprawy zachowują się jak surykatki podczas alarmu: błyskawicznie znikają w norkach i czekają, aż zagrożenie minie.

Czasami naprawdę szkoda mi mieszkańców tej gminy.

Mnie stać na walkę. Mam wiedzę, determinację i nie boję się zadawać pytań. Ale co ma zrobić zwykły mieszkaniec — często starszy, mniej obeznany z przepisami, a niekiedy zależny od decyzji Wójta, urzędu albo osób z nimi powiązanych?

Ma grzecznie spuścić głowę i pogodzić się ze stratą?

Wracając jednak do istoty sprawy: zaczynam podejrzewać, że oprócz opisanego wyżej boskiego dotknięcia pojawiła się również jakaś osobliwa potrzeba miłosnych igraszek. Najwyraźniej w Gminie Płaska zwykły wniosek już nie wystarcza. Żeby otrzymać odpowiedź, mieszkaniec powinien jeszcze odpowiednio nisko się ukłonić i pocałować władzę tam, gdzie kończą się jej argumenty.

Nie wiem, dlaczego akurat mnie wybrano do tej szczególnej formy dialogu. Nie czuję się zaszczycony i zdecydowanie wolę tradycyjną korespondencję urzędową.

Żeby jednak ego Naszego Słońca Gminy nadmiernie nie ucierpiało, proponuję kompromis: wirtualny pocałunek poparty równie wirtualnym, delikatnym masażem.

W zamian oczekuję już tylko rzeczy wyjątkowo ekstrawaganckiej:

odpowiedzi na zadane pytania.

Czekam na nią drugi miesiąc. Bez niej nie mogę zakończyć likwidacji szkody.

Panie Wójcie, naprawdę nie trzeba wystawiać do całowania żadnej części ciała. Wystarczy wykonać swoje obowiązki i odpowiedzieć mieszkańcowi.

Mniej wypinania. Więcej odpowiadania.

Nota redakcyjna

Prosimy nie traktować powyższego tekstu jako jakiegokolwiek przytyku. Nasza władza nie popełnia błędów, działa wyłącznie w interesie mieszkańców i nieustannie stoi na straży ich praw — szczególnie wtedy, gdy mieszkańcy ośmielają się o nie upominać.

Powyższy tekst stanowi jedynie żałosne kwilenie niewdzięcznego mieszkańca, któremu wydaje się, że został skrzywdzony, ponieważ nie potrafi zrozumieć, jak wiele władza dla niego robi. Autor niewątpliwie wymaga pilnej reedukacji w duchu Wspólnej Sprawy oraz wdzięczności za odpowiedzi, których jeszcze nie otrzymał.

Cytat dnia z kabaretu Ani Mru-Mru „Smok”:

„Widzisz, Macieju, dziwny jest ten świat – trzeba naprawdę kogoś wielkiego w dupę kopnąć, żeby się los do ciebie uśmiechnął”

Szczęśliwe zakończenie

Kochani dziękujemy bardzo za pomoc. Odzew był kosmiczny. Wojsko, policja, straż graniczna i mieszkańcy gminy tyralierą przedzierali się przez lasy i mokradła poszukując zaginionych. Każdy dał z siebie wszystko. Pot, krew i łzy. Nikt na takie drobiazgi nie zważał.

Dodatkowo media z całej Polski pomagały nam bezpłatnie. Nawet słynny detektyw przyjechał wspomóc nas swoją wiedzą. Byli też łowcy z Archiwum X, ale te ich kręgi w zbożu były cokolwiek za idealne.

A tutaj się okazało, że nam się robaczki w gminie zadekowały. Może czas w trattorii się przedłużył albo jakieś after party wpadło. Pytanie tylko czy wiedzieli, że ich szukamy czy z piwnic gminnych wygonił ich lekki chłodek, gdy wungiel wrzucali. Tak, tak. Do wsi węgiel na zimę przywożą i sam w poniedziałek widziałem jak okienka piwniczne otwierają i wrzucają szuflami.

Ale wracając do głównego tematu. Żeby być zupełnie precyzyjnym — nie wiem, czy wszyscy już się odnaleźli, ale pismo z jednym autografem dotarło.

Jest jeszcze pewien drobiazg. Niby nic, a jednak obrazek bardzo wdzięczny.

Wiadomość przyszła z adresu Rady Gminy, natomiast w stopce jako nadawca podpisał się Urząd Gminy.

Żeby była jasność: obsługę biurową Komisji zgodnie ze Statutem zapewnia Wójt. Formalnie taka stopka może być więc całkowicie prawidłowa.

Symbolicznie wygląda to jednak przepięknie: niezależna Komisja przemawia do mieszkańca głosem Urzędu.

Skoro pani Ewa napisała, jest nadzieja, że do poniedziałku odnajdzie się również reszta Komisji. Godzina posiedzenia jest popołudniowa, więc powrót do rzeczywistości powinien przebiec łagodnie.

Tylko po dwóch miesiącach ciszy nagle zrobiło się bardzo pilnie. Zawiadomienie wysłano w piątek, a posiedzenie wyznaczono na poniedziałek. Około 75 godzin, razem z całym weekendem.

Termin wygląda słabo, ale świadczy bardziej o kulturze piszącego niż odbierającego. Gdybym to ja po dwóch miesiącach milczenia dał pani Ewie trzy dni na przygotowanie się do posiedzenia, zapewne nie uznałaby tego za wzór samorządowej elegancji. Być może pojawiłby się nawet mały foch. Albo większy.

Na godzinę 14:56 w BIP nadal nie było żadnej informacji o tym podobno jawnym posiedzeniu. Ja zostałem zawiadomiony, członkowie Komisji zapewne również, ale mieszkańcy — najwyraźniej tradycyjnie — mieli dowiedzieć się po fakcie albo drogą objawienia.

A poza tym dzień jak co dzień.

Pani Ewa wie, w co wchodzi, i nadal chce się w to bawić. To cóż ja, prosty człowiek, mam mówić, kiedy ktoś na siłę chce sobie odmrozić uszka?

Mam tylko jedną drobną radę przed poniedziałkiem:

Przeczytajcie te zawiadomienie ze zrozumieniem.

Z ostatniej chwili. zażądałem zgodnego z prawem ogłoszenia posiedzenia komisji Skarg.

O 15.23 słowo ciałem się stało.

Szanowni członkowie komisji Skarg, wniosków i petycji: Panie Demski, Pani Citkowska, Pani Ślepska

Szanowna Komisjo,

chciałbym już w pierwszych słowach mojego listu wyrazić zaniepokojenie. Czy aby na pewno nic złego się Państwu nie stało? Nie odzywacie się tak długo, termin już minął 2 miesiące temu, a ostatnie zdjęcie, jakie posiadam, pochodzi jeszcze sprzed Trattorii La Commissione.

Mam nadzieję, że u Państwa wszystko dobrze.

Życzę dużo zdrowia, sił, pomyślności we Wspólnej Sprawie oraz wytrwałości w służbie — oczywiście mieszkańcom. Ale przede wszystkim należytego docenienia tej ciężkiej pracy.

Tak, ciężkiej. My, prostaczkowie, nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wielkim wysiłkiem jest spotkać się cztery razy w roku na pół godziny. Czasami jeszcze trafi się jakiś łysy mieszkaniec i z półgodzinnego posiedzenia robią się dwie godziny. Pot pod pachami, klata wilgotna, a po powrocie do domu dodatkowo pranie. Po prostu szok i chamstwo ludu. Jak oni śmią? Śmieją? Czy jakoś tak. A ile razy przy tym człowiek ubrudzi ręce, serce, a przede wszystkim sumienie — tego prosty mieszkaniec nigdy nie zrozumie. Jak z tym żyć?

A zatem, Wysoki Sądzie Nowych Okoliczności — przepraszam — Komisjo Skarg, Wniosków i Petycji: czy został już ustalony termin posiedzenia?

Nie to, żebym Państwa poganiał. To przecież nie przystoi. Co wolno wojewodzie, tego nie wolno mieszkańcowi. Naprawdę doceniam, że od 29 lipca trwa poszukiwanie Nowych Okoliczności, dzięki którym będzie można naprawić to, co wydarzyło się podczas poprzedniego posiedzenia Komisji. Jestem za to wdzięczny i chciałbym tę wdzięczność należycie okazać.

Może przyniosę na posiedzenie ciasto albo cukiereczki? Kawę macie lurę, więc mógłbym przynieść własną. Już zmieloną, bo zauważyłem, że młynka nie posiadacie. Mogę nawet dowieźć ekspres. A co tam — zaszalejmy. Po obradach jakaś lokalna trattoria i dobre wino. W końcu powinniśmy się lepiej poznać, skoro do końca roku zapewne spotkamy się jeszcze kilka razy. Nie wypada przecież patrzeć na siebie jak na obcych.

Mam tylko niewielką prośbę: aby naprawianie błędu popełnionego podczas poprzedniego posiedzenia — spokojnie, nikomu nie powiem — odbyło się w poniedziałek albo w piątek.

Oczywiście rozumiem, że możecie być Państwo wzburzeni, iż jakiś cham, prostak czy inny mieszkaniec śmie zakłócać ostatnie dni lata. Za tę śmiałość przepraszam i proszę o możliwie niski wymiar kary.

Kłaniam się zatem Szanownej — a może tylko ustawowo powołanej — Komisji i proszę o poinformowanie mnie o terminie posiedzenia z odpowiednim wyprzedzeniem. Byłoby niezręcznie, gdyby termin wybrany w demokratycznym głosowaniu Komisji, a całkowicie przypadkowo wskazany wcześniej przez panią przewodniczącą Rady Gminy, kolidował z moim wyjazdem.

Dlatego byłoby miło poznać go z dwutygodniowym wyprzedzeniem — takim, o jakim Szanowna Komisja doskonale wie. Tego życzę sobie oraz mieszkańcom gminy, których zamierzam zaprosić.

Z góry dziękuję również za umożliwienie mi swobodnego wypowiedzenia się bez odbierania głosu. Z pewnością docenię ten gest.

Kłaniam się nisko
i z niecierpliwością oczekuję znaku życia.

No i kolejny rok zmarnowany

Właśnie ogłoszono wyniki dotacji na 2026 rok. Gmina Płaska: 0 zł. Lokalna Grupa Działania Kanał Augustowski: 0 zł. I co najsmutniejsze, mostek nad Kanałem Augustowskim: również 0 zł.

Zero to liczba wyjątkowo elegancka. Okrągła, łatwa do zapamiętania i niewymagająca skomplikowanych obliczeń. Świetnie nadaje się też do podsumowania kolejnego roku gminnej skuteczności.

Można oczywiście powiedzieć, że dotacji nie dostaje się automatycznie. To prawda. Tyle że u nas problemem nie jest wyłącznie przegrany nabór. Problem w tym, że nawet gdyby pojawiła się dobra okazja, Gmina nie ma już z czego wyłożyć wkładu własnego. Budżet przypomina portfel po weselu: paragonów dużo, wspomnienia mgliste, a pieniędzy brak.

Gdzie zniknęły pieniądze

Zacznijmy od blisko 600 tys. zł dofinansowania na inwestycję w Wysokim Brzegu, które Gmina straciła. Pani Zalewska przekonuje, że właściwie nic się nie stało, wszystko jest w porządku, a kredyt zaciągnięty chwilę później nie ma z tym żadnego związku.

To mniej więcej tak, jakby ktoś rozbił samochód, kilka dni później zaciągnął kredyt niewiele wyższy od kosztu naprawy, a następnie zapewniał, że oba zdarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Oczywiście można w to uwierzyć. Można też wierzyć, że kredyt sam przyszedł do Urzędu i poprosił o podpis.

Pozostaje więc zaśpiewać nieoficjalny hymn wszystkich polskich katastrof: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”.

Zapewne czysty zbieg okoliczności. W gminnych finansach przypadki występują częściej niż pozycje w budżecie.

Nie udało się jeszcze przepchnąć sprzedaży światłowodu, więc pieniędzy z tej transakcji także nie można było wydać. Majątek nadal istnieje, co w obecnej sytuacji można już uznać za umiarkowany sukces.

Sprzedano za to nieruchomość w Gruszkach, ale na pytanie, w jakich terminach i w jakich kwotach mają być spłacane raty, konkretnej odpowiedzi nie otrzymałem. Jeżeli ostatnia rata przypadnie za osiem lat, być może wystarczy na kawę dla Wójta i dwie kajzerki z serkiem dla Przewodniczącej.

Do remontu szkoły trzeba było dopłacić. Za co? Tajemnica. Przy kolejnej zmianie budżetu zapewne dowiemy się, że na szkołę potrzeba jeszcze więcej. Dlaczego? To pytanie dla miłośników Archiwum X.

Radni jak zwykle mogą podnieść ręce, nie pytając, kto popełnił błędy, ile będzie kosztowało usunięcie usterek i za jakie dodatkowe roboty znowu zapłacimy. Czasami zastanawiam się, czy głosują z przekonania, czy ktoś zamontował im pośladkowy mechanizm automatycznego podnoszenia rąk, uruchamiany jednym spojrzeniem Przewodniczącej.

Z remontem remizy miało być podobnie spokojnie. 7 lipca pani Zalewska napisała mi, że wszystko jest pod kontrolą. I rzeczywiście: pod kontrolą są nawet dopłaty będące skutkiem niewykonanych lub niedopilnowanych prac. Tylko rachunek tradycyjnie trafia do mieszkańców.

Do tego dochodzą kary bez widocznych winowajców, zwolnienia podatkowe, awarie oraz koszty bałaganu przy tak podstawowych sprawach jak prawidłowa głębokość posadowienia wodociągu.

W gminie odpowiedzialność ma najwyraźniej właściwości gazu: wypełnia całe pomieszczenie, ale nie da się jej złapać.

Rock Water czyli zabawa na koszt mieszkańców

Osobny rozdział należy się Rock Water, ulubionej zabawce Wójta. Proszę wskazać choć jedną osobę poza nim, nawet w najbliższym kręgu gminnego słońca, która powie, że impreza w obecnej formule ma sens. Ja takiej osoby nie spotkałem. Za to niemal wszyscy powtarzają jedno: w tej formie to nie działa.

Z mojego zgrubnego wyliczenia wynika, że w tym roku dołożyliśmy do tej zabawy około 150 tys. zł. Wliczam pieniądze przekazane GOK oraz straty.

Oczywiście można powiedzieć, że kultura kosztuje. Problem w tym, że tu najbardziej rozwija się kultura dokładania. Równie intensywnie rozwija, a w zasadzie cofa się się wiedza Wójta, że przecież nie wydaje własnych pieniędzy. Niestety w każdej klasie trafia się uczeń szczególnie odporny na naukę.

Wieloletnia Prognoza Finansowa bez wielkich nadziei

Spójrzcie na Wieloletnią Prognozę Finansową. Nawet władze Gminy przyznają już w dokumentach, że w kolejnych latach nie ma pieniędzy na inwestycje ani większe remonty.

Nie mamy rezerwy. Nie mamy wkładu własnego. Za to mamy coraz dłuższą listę rzeczy, do których trzeba dopłacić.

Czy za rok będzie lepiej? Nie będzie. Zobaczymy za to, o ile wzrosną wydatki na wynagrodzenia.

W szkole uczy się około 170 dzieci, koszty stałe zostają, a subwencja maleje. Matematyka jest tu bezlitosna, choć na szczęście w Urzędzie zawsze można nagrać TikToka.

Na Boga, to był żart. Nie oddawajcie mu kamery.

Wójt nagrywa filmy o kontrolach podatku, z którego roczny wpływ wynosi około 25 tys. zł, i złośliwie ostrzega o wezwaniach na kontrole. Kiedy zapytałem, jak ten sam podatek pobierany jest na majątku gminnym, zapadła cisza.

Termin 14 dni na odpowiedź minął, ale odpowiedź najwyraźniej wybrała wolność i udała się w nieznanym kierunku. Ktoś schował się i czeka, aż mieszkańcy zapomną.

Jeżeli Gmina stosuje korzystną dla siebie interpretację przepisów, chętnie ją poznam. Być może mieszkańcy również mogą z niej skorzystać i wystąpić o zwrot zapłaconego podatku. Chyba że podstawa tego zwolnienia jest tajna — podobnie jak informacje o zwolnieniach podatkowych udzielanych członkom rodzin osób związanych z gminną władzą.

Jeszcze chwila i dokumenty otrzymają gryfa „ściśle tajne”, a dostęp do nich będzie możliwy dopiero po okazaniu legitymacji Wspólnej Sprawy.

Za to pobieranie pieniędzy od mieszkańców za wodę i śmieci idzie sprawnie. Jak już wielokrotnie pisałem, część tych opłat naliczana jest bez właściwej podstawy prawnej.

Najwyraźniej uznano, że kolejnej próby sięgnięcia do kieszeni mieszkańców nie można sobie odmówić. Powstaje więc remake pod tytułem „Nowe okoliczności”.

Reżyseria i scenariusz: Katarzyna Tomczyk.
Produkcja: Maciej Zdancewicz.

Muzyka i kostiumy: Michał Skubis
W rolach głównych: Grzegorz Demski, Ewa Ślepska i Ewa Citkowska.

Zapowiada się komediodramat z elementami horroru. Komedia będzie dla autorów. Dramat i horror tradycyjnie przypadną mieszkańcom.

Gdy chodzi o odpowiedź na pytanie, Urząd potrzebuje czasu. Gdy chodzi o sięgnięcie do kieszeni mieszkańca, procedura odzyskuje młodzieńczą sprawność.

Rok 2027 może zaboleć

Pokazywałem już na konkretnych liczbach, że stawki podatków w Gminie Płaska należą do najwyższych wśród sąsiednich gmin. Pokazywałem także, że potrafimy płacić tyle co w Warszawie.

Do kwietnia 2026 roku dwuosobowe gospodarstwo w naszej gminie płaciło za odpady więcej niż lokal w Warszawie, gdzie opłata wynosiła 60 zł niezależnie od liczby mieszkańców.

A teraz wróbelki ćwierkają, że trwają przymiarki do podwyżek podatków w 2027 roku. Jeżeli do nich dojdzie, zaboli wszystkich, lecz najmocniej tych, którzy mają najmniej: emerytów, osoby o niskich dochodach i rodziny wielodzietne.

Bo gmina musi się wyżywić. Na własne funkcjonowanie przejada już ponad połowę naszych dochodów, ale apetyt najwyraźniej dopisuje.

Bal trwa

Mostku nie będzie. Dotacji nie będzie. Pieniędzy na wkład własny też nie ma. Będą za to kolejne zmiany budżetu, kolejne dopłaty i kolejne zapewnienia, że wszystko jest pod kontrolą.

Bal musi trwać. Na Titanicu orkiestra również grała do końca. Różnica jest taka, że tam muzycy nie próbowali jeszcze obciążyć pasażerów podatkiem od góry lodowej.

Specjalna operacja azbestowa. Wójt zaanektował nie tę Kopanicę

Kochani, na mieszkańców naszej gminy padł blady strach.

Wszyscy patrzymy za wschodnią granicę i obawiamy się, że wojna może kiedyś zawitać również do nas. Tymczasem zupełnie po cichu nasz Wójt sam rozpoczął ekspansję terytorialną.

Pierwszy atak przeprowadzono na sąsiednią gminę Nowinka.

Operacja otrzymała kryptonim „Azbest”.

Muszę przyznać, że nie sądziłem, iż nasz Urząd jest zdolny do przeprowadzenia tak szybkiej i skutecznej ofensywy. Nie użyto czołgów, artylerii ani nawet gminnego samochodu.

Nie zwołano Rady Gminy.

Nie przeprowadzono konsultacji społecznych.

Nie zapytano mieszkańców.

Nie poinformowano nawet pani Wójt Nowinki.

Wystarczył jeden załącznik do przetargu.

Plan operacji był prosty. Z terenu gminy Płaska należało odebrać azbest, między innymi z Kopanicy.

Problem w tym, że Kopanice są dwie.

Jedna to osada leśna w gminie Płaska. Druga to wieś w sąsiedniej gminie Nowinka. Obie leżą niemal obok siebie, po dwóch stronach granicy. To jakieś 500 metrów różnicy.

Urzędnik najwyraźniej na chwilę oderwał wzrok od mapy, pomylił Kopanice i zamiast naszej wpisał do dokumentacji tę należącą do sąsiadów.

W ten sposób jednym zdecydowanym ruchem urzędowego Worda Wójt zaanektował nie tę Kopanicę, którą trzeba, i włączył fragment gminy Nowinka do gminy Płaska. Pomyłka jest nawet trochę zrozumiała, gdyż Nasza Kopanica to osada leśna, w zasadzie chałupina.

Operacja przebiegła bez jednego wystrzału. Obce terytorium zostało zajęte razem z jedną nieruchomością, 250 m² płyt azbestowych oraz 3,75 tony strategicznego surowca.

Tak rodzą się imperia.

Czasami wystarczy pomylić miejscowości w tabeli.

Jak donoszą nasze źródła, pani Wójt Nowinki otrząsnęła się już z pierwszego szoku. Początkowo miała nie dowierzać, że można stracić część gminy przez źle przygotowany załącznik. Po zapoznaniu się z dokumentacją uznała jednak, że w Płaskiej wszystko jest możliwe.

Nowinka planuje więc kampanię jesienno-zimową.

Pierwszym celem operacji ma być odbicie własnej Kopanicy. Następnie wojska mają przekroczyć granicę gminy Płaska i w ramach odwetu zająć Gruszki.

Na tym jednak nie koniec. Ponieważ Gruszki staną się enklawą otoczoną terytorium Płaskiej, Nowinka zamierza podobno zażądać wytyczenia specjalnej drogi eksterytorialnej.

Korytarz ma połączyć gminę Nowinka z nowo zdobytym terytorium. Przejazd mieszkańców Płaskiej będzie prawdopodobnie możliwy po okazaniu dowodu osobistego, zaświadczenia o niezaleganiu z podatkami oraz pisemnej zgody pani przewodniczącej.

Wybór Gruszek nie jest przypadkowy.

Po szczegółowej analizie nasi sąsiedzi uznali, że jest to najbardziej strategiczna, wpływowa i doinwestowana część gminy Płaska. Jej zdobycie może przesądzić o wyniku całej wojny, a być może również o losach kilku kolejnych sesji Rady Gminy.

Wójt Płaskiej dowiedział się już o planowanym kontrataku i podobno rozważa powszechną mobilizację mieszkańców.

Możliwe jest również zwołanie nadzwyczajnej sesji Rady Gminy, podczas której radni jednogłośnie nie dowiedzą się, o co chodzi, ale dla bezpieczeństwa zagłosują.

A ja tak sobie myślę…

Może, Panowie, wyjedźmy na tydzień?

Nowinka spokojnie zajmie Gruszki, a pani przewodnicząca Tomczyk siłą rzeczy zostanie mieszkanką sąsiedniej gminy. Tam będzie mogła dalej rozwijać swoją działalność z dotychczasowym rozmachem.

Myślę, że po pół roku Nowinka odda nam Gruszki całkowicie za darmo mając dość szarogęszenia się tej którego imienia nie wolno powtarzać – parafrazując Harry Pottera.

Możliwe nawet, że będzie chciała dopłacić, byle pozbyć się problemu.

I nie daj Boże, żeby ktoś tę propozycję przyjął.

Brrrrrr.

Pozostaje jeszcze sprawa Kopanicy.

Gdy pani Wójt Nowinki zorientuje się, że nasz Wójt przejął jej wieś razem z 250 m² azbestu, może dojść do wniosku, że nie była to żadna aneksja.

To był przerzut odpadów.

Bo nie od dzisiaj wiadomo, że jaka gmina taki przerzut czy tam inny przemyt.

Najzabawniejsze jest jednak to, że gdyby urzędnik uważniej spojrzał na mapę, nie trzeba byłoby napadać na sąsiednią gminę.

Mamy przecież własną Kopanicę.

Motto Urzędu Gminy Płaska:

Granice administracyjne są pojęciem umownym. Zwłaszcza kiedy w sąsiednich gminach miejscowości nazywają się tak samo, a tabelę przygotowuje się w pośpiechu.

KTO PATRZYŁ I KTO SŁUCHAŁ? MONITORING PO PŁASZCZAŃSKU

W poniedziałek, 14 września, około godziny 9.40 przeszedłem obok Urzędu Gminy Płaska, szkoły i Gminnego Ośrodka Kultury. Byłem również na stadionie, w okolicy ogólnodostępnego boiska i siłowni zewnętrznej.

Zwyczajny spacer przez centrum Płaskiej.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że niemal przez cały ten czas znajdowałem się w zasięgu kamer należących do trzech różnych instytucji i działających w trzech odrębnych systemach monitoringu.

Urząd patrzył.

Szkoła patrzyła.

GOK patrzył.

Tylko jakoś nikt nie uznał za stosowne poinformować mnie, kto patrzy, po co patrzy, jak długo przechowuje nagrania i kto ma do nich dostęp.

Nie zauważyłem ani jednej tablicy informującej o monitoringu. Ani przed wejściem w monitorowany obszar, ani przy Urzędzie Gminy, ani przy szkole, ani przy GOK-u, boisku czy siłowni.

A przecież to nie wszystko.

Kamery znajdują się również:

  • w okolicy kościoła;
  • na polu namiotowym;
  • na jednym ze skrzyżowań.

Na razie nie wiadomo, kto administruje tymi kamerami, jaki dokładnie obszar obejmują, do którego systemu są podłączone, kto może oglądać obraz oraz czy także tam zastosowano jakiekolwiek oznaczenia i zabezpieczenia.

Kamera na ścianie nie jest klauzulą informacyjną.

Wielki Brat patrzy. Tylko zapomniał się przedstawić

Monitoring oznacza przetwarzanie danych osobowych. Wizerunek człowieka, sposób jego poruszania się, miejsce i czas pobytu, samochód oraz numer rejestracyjny mogą pozwalać na ustalenie konkretnej osoby.

Dlatego człowiek powinien zostać poinformowany o monitorowaniu zanim wejdzie w zasięg kamery.

Powinien wiedzieć przynajmniej:

  • że teren jest monitorowany;
  • w jakim celu;
  • kto jest administratorem danych;
  • jak można skontaktować się z administratorem i inspektorem ochrony danych;
  • jak długo przechowywane są nagrania;
  • kto może je oglądać;
  • gdzie znajduje się pełna informacja o przetwarzaniu danych;
  • jakie prawa przysługują osobie nagranej.

W Płaskiej na pierwszy rzut oka można dowiedzieć się tylko jednego:

Kamery są.

Cała reszta wygląda na tajemnicę państwową. Albo gminną, czyli jeszcze tajniejszą.

Trzy systemy, trzy zestawy pytań

Ponieważ monitoring Urzędu Gminy, szkoły i GOK-u to trzy osobne systemy, każdy z nich powinien mieć własnego administratora, określony cel, podstawę prawną, zasady dostępu i dokumentację.

Dlatego pytam:

  1. Kto jest administratorem monitoringu działającego przy Urzędzie Gminy Płaska?
  2. Kto jest administratorem monitoringu szkoły?
  3. Kto jest administratorem monitoringu GOK-u, boiska, stadionu i siłowni zewnętrznej?
  4. Kto administruje kamerami przy kościele, na polu namiotowym i na skrzyżowaniu?
  5. Na jakiej podstawie prawnej uruchomiono każdy z tych systemów?
  6. Jaki dokładnie jest cel działania poszczególnych kamer?
  7. Dlaczego przed wejściem w ich zasięg nie ma widocznych tablic informacyjnych?
  8. Gdzie opublikowano pełne klauzule informacyjne dotyczące każdego z systemów?
  9. Jak długo przechowywane są nagrania?
  10. Kto ma prawo oglądać obraz na żywo, a kto może odtwarzać i kopiować nagrania?
  11. Ilu pracowników otrzymało upoważnienia do dostępu?
  12. Czy prowadzony jest rejestr logowań i operacji wykonywanych przez użytkowników?
  13. Czy można sprawdzić, kto, kiedy i za pomocą jakiego urządzenia łączył się z rejestratorem?
  14. Czy dostęp do systemów jest możliwy przez prywatne telefony?
  15. Czy administratorzy przeprowadzili analizę ryzyka i ocenili skutki monitoringu dla prywatności mieszkańców?
  16. Czy monitoring został wpisany do rejestru czynności przetwarzania?
  17. Czy określono zasady udostępniania nagrań Policji oraz innym podmiotom?
  18. Czy kamery obejmują sąsiednie posesje, drogę publiczną i chodnik biegnący przez wieś?
  19. Dlaczego nie zastosowano wyciemnień, czyli masek prywatności, jeżeli kamery obejmują obszary, których obserwowanie nie jest konieczne?
  20. Czy kamery mają mikrofony?
  21. Czy którykolwiek z systemów rejestruje, zapisuje albo przekazuje dźwięk?

Kamera miała chronić budynek. Dlaczego obserwuje wieś?

Gmina może stosować monitoring przestrzeni publicznej dla zapewnienia bezpieczeństwa, porządku publicznego lub ochrony mienia. Nie oznacza to jednak prawa do nagrywania wszystkiego, co znajdzie się przed obiektywem.

Każda kamera musi mieć określony cel, a jej pole widzenia powinno być ograniczone do tego, co rzeczywiście niezbędne.

Jeżeli kamera ma chronić wejście do budynku, a przy okazji pozwala obserwować mieszkańców idących chodnikiem, przejeżdżające samochody, fragment drogi albo sąsiednią nieruchomość, administrator powinien wyjaśnić, dlaczego uznał taki zakres za konieczny.

RODO wymaga minimalizacji danych.

Mówiąc prościej: nie wolno nagrywać całej wsi tylko dlatego, że kamera potrafi.

W szkole nie wystarczy przykręcić kamerę do ściany

Monitoring szkoły podlega dodatkowo Prawu oświatowemu.

Powinien być niezbędny dla bezpieczeństwa uczniów i pracowników albo ochrony mienia. Jego wprowadzenie wymaga odpowiednich uzgodnień i konsultacji, między innymi z radą pedagogiczną, radą rodziców oraz samorządem uczniowskim.

Dlatego pytam również:

  • kiedy monitoring szkolny został formalnie wprowadzony;
  • kto podjął tę decyzję;
  • jakie konsultacje przeprowadzono;
  • czy istnieją z nich protokoły;
  • które obszary obejmują kamery;
  • kto ma dostęp do obrazu dzieci;
  • czy możliwy jest zdalny podgląd obrazu ze szkoły na prywatnym telefonie;
  • czy system rejestruje również głos.

To nie są techniczne drobiazgi.

Mówimy o monitorowaniu dzieci.

A teraz pytanie najważniejsze

Docierają do mnie informacje, których na tym etapie nie jestem w stanie samodzielnie potwierdzić.

Dlatego nie stawiam jeszcze ostatecznego zarzutu. Pytam publicznie i oczekuję jednoznacznej odpowiedzi.

Czy prawdą jest, że jeden z pracowników wymienionych wyżej instytucji zainstalował na telefonie aplikację zapewniającą stały, zdalny dostęp do jednego z systemów monitoringu?

Czy prawdą jest, że za pomocą tej aplikacji mógł obserwować obraz na żywo również poza miejscem pracy?

Czy miał do tego pisemne upoważnienie?

Czy administrator wiedział, na jakim urządzeniu zainstalowano aplikację i w jaki sposób telefon został zabezpieczony?

Czy prawdą jest, że obraz z monitoringu był pokazywany osobom postronnym?

Czy prawdą jest wreszcie, że aplikacja umożliwiała również słuchanie dźwięku z otoczenia kamer i był on odtwarzany dla osób postronnych?

Nie podaję obecnie imienia i nazwiska tej osoby, chociaż jej tożsamość jest lokalnie powszechnie znana. Nazwijmy ją dla uproszczenia Panem P.

Nie robię tego z jednego powodu: zanim wskaże się człowieka publicznie, należy dać instytucji możliwość wyjaśnienia, czy osoba ta miała upoważnienie, jaki był jego zakres oraz czy przełożeni wiedzieli o sposobie korzystania z aplikacji.

Być może wynikało to z niewiedzy, lekkomyślności albo zwykłej chęci zaimponowania innym możliwościami systemu.

Nie zmieniałoby to jednak skutków.

Jeżeli informacje o stałym podglądzie, słuchaniu rozmów oraz pokazywaniu obrazu osobom postronnym są prawdziwe, mogło dochodzić do wielokrotnych naruszeń prawa oraz praw mieszkańców Gminy Płaska.

Głupota nie legalizuje dostępu do cudzych danych.

Chęć zaimponowania znajomym nie jest podstawą prawną przetwarzania wizerunku i rozmów mieszkańców.

A aplikacja w telefonie nie zmienia publicznego monitoringu w prywatną telewizję pracownika.

Jeżeli którakolwiek z tych informacji jest prawdziwa, przestajemy rozmawiać o braku tabliczki.

Zaczynamy rozmawiać o możliwym nieuprawnionym dostępie do danych osobowych, udostępnianiu ich osobom postronnym, braku kontroli nad systemem oraz możliwym naruszeniu ochrony danych.

Monitoring wizyjny czy podsłuch?

Przepisy dotyczące monitoringu Urzędu Gminy i szkoły mówią o rejestrowaniu obrazu. Nie dają zwykłemu monitoringowi ogólnego prawa do nagrywania rozmów mieszkańców.

Rejestrowanie dźwięku jest znacznie głębszą ingerencją w prywatność niż sam obraz. Może ujawniać sprawy rodzinne, zdrowotne, zawodowe, finansowe, polityczne i osobiste.

Bez szczególnej podstawy prawnej oraz wykazania rzeczywistej konieczności takie przetwarzanie jest nielegalne.

I tu pojawia się problem bardzo osobisty.

Bywałem na gminnych imprezach. Rozmawiałem z ludźmi na stadionie, przy GOK-u i w innych miejscach publicznych.

Nie wiem, czy kamery miały aktywne mikrofony.

Nie wiem, czy ktoś słuchał tych rozmów.

Nie wiem, czy dźwięk był zapisywany.

Nie wiem, czy osoba mająca aplikację mogła uruchomić odsłuch w dowolnym momencie.

Nie wiem również, czy nie rozmawiałem tam o sprawach, które są wyłącznie moją prywatną własnością, a ktoś postronny – siedząc z telefonem w ręku – mógł tego słuchać.

I właśnie dlatego administrator ma obowiązek poinformować mieszkańców o monitorowaniu, ograniczyć dostęp do danych i wykazać, że cały system działa zgodnie z prawem.

Nie po kontroli.

Nie po skardze.

Nie wtedy, gdy ktoś zacznie zadawać pytania.

Od pierwszego dnia działania kamer.

To nie jest zabawka kupiona za publiczne pieniądze

RODO przewiduje poważne konsekwencje: kontrolę Prezesa UODO, nakaz ograniczenia albo zaprzestania przetwarzania, usunięcie danych, zmianę zabezpieczeń oraz administracyjną karę pieniężną.

Osoba, której prawa naruszono, może również dochodzić odszkodowania lub zadośćuczynienia.

Wysokość kary dla jednostek publicznych określają przepisy krajowe. Nie działa tu proste hasło o „4 procentach przychodu”, właściwe dla przedsiębiorstw.

Nie oznacza to jednak, że publiczną instytucję można ukarać wyłącznie symbolicznym pogrożeniem palcem.

Najważniejsze jest coś jeszcze: ewentualną karę ostatecznie pokryje instytucja finansowana z pieniędzy mieszkańców.

Dlatego zanim ktoś odpowie, że „przecież nic się nie stało”, warto ustalić:

kto patrzył, kto słuchał, kto miał dostęp i komu jeszcze to pokazywał.

Które przepisy mogły zostać naruszone?

Ostateczną ocenę należy do Prezesa UODO, a w sprawach cywilnych lub karnych – do właściwych sądów i organów ścigania. Jeżeli jednak opisane okoliczności się potwierdzą, odpowiedzialność mogą ponosić administratorzy poszczególnych systemów, reprezentowani przez Wójta Gminy Płaska, dyrektora szkoły oraz dyrektora GOK-u.

Wójt Gminy Płaska – monitoring gminny

W przypadku monitoringu pozostającego pod kontrolą Gminy lub Urzędu mogło dojść między innymi do naruszenia:

  • art. 5 ust. 1 RODO – zasad legalności, przejrzystości, ograniczenia celu, minimalizacji danych, ograniczenia czasu przechowywania oraz poufności;
  • art. 6 RODO – jeżeli nie istnieje odpowiednia podstawa prawna dla całego zakresu przetwarzania;
  • art. 12 i 13 RODO – przez brak wymaganych informacji dla osób wchodzących w zasięg kamer;
  • art. 24 i 25 RODO – jeżeli system nie został zaprojektowany i zorganizowany z uwzględnieniem ochrony prywatności;
  • art. 30 RODO – jeżeli monitoring nie został odpowiednio opisany w rejestrze czynności przetwarzania;
  • art. 32 RODO – jeżeli dostęp do obrazu lub dźwięku nie został odpowiednio zabezpieczony;
  • art. 33 i 34 RODO – jeżeli doszło do nieuprawnionego ujawnienia danych, a zdarzenia nie oceniono, nie zarejestrowano lub nie zgłoszono;
  • art. 35 RODO – jeżeli należało przeprowadzić ocenę skutków dla ochrony danych, a jej nie wykonano;
  • art. 9a ustawy o samorządzie gminnym – między innymi w zakresie celu monitoringu, wykorzystywania nagrań, czasu ich przechowywania, zabezpieczenia oraz obowiązku oznaczenia monitorowanego terenu.

Wójt powinien również wyjaśnić, kto odpowiada za kamery przy kościele, na polu namiotowym i na skrzyżowaniu oraz czy należą one do któregokolwiek z systemów gminnych.

Dyrektor szkoły – monitoring uczniów, pracowników i terenu szkoły

W przypadku szkoły mogło dojść do naruszenia tych samych przepisów RODO, a dodatkowo:

  • art. 5, 6, 12, 13, 24, 25, 30 i 32 RODO;
  • art. 108a Prawa oświatowego – jeżeli monitoring wprowadzono bez wykazania jego niezbędności, wymaganych uzgodnień i konsultacji;
  • przepisów dotyczących wykorzystywania nagrań wyłącznie w celu, dla którego zostały zebrane;
  • obowiązku odpowiedniego oznaczenia monitorowanych pomieszczeń i terenu;
  • zasad ograniczających czas przechowywania nagrań;
  • obowiązku zastosowania środków chroniących nagrania przed dostępem osób nieuprawnionych.

Prawo oświatowe pozwala szkole rejestrować obraz w ściśle określonym celu. Nie tworzy ogólnego upoważnienia do słuchania i nagrywania rozmów uczniów, rodziców, nauczycieli oraz osób przechodzących w pobliżu szkoły.

Dyrektor szkoły powinien zatem odpowiedzieć nie tylko za rozmieszczenie kamer, lecz także za sposób nadawania uprawnień, dostęp przez urządzenia mobilne oraz bezpieczeństwo obrazu dzieci.

Dyrektor GOK-u – monitoring GOK-u, stadionu

Jeżeli GOK jest administratorem własnego systemu, jego dyrektor powinien wykazać zgodność monitoringu przede wszystkim z:

  • art. 5, 6, 12, 13, 24, 25, 30 i 32 RODO;
  • zasadą rejestrowania wyłącznie obszaru niezbędnego do osiągnięcia konkretnego celu;
  • obowiązkiem kontrolowania, kto ma dostęp do obrazu;
  • obowiązkiem zabezpieczenia dostępu zdalnego;
  • obowiązkiem uniemożliwienia udostępniania obrazu i dźwięku osobom postronnym;
  • obowiązkiem oceny i ewentualnego zgłoszenia naruszenia na podstawie art. 33 i 34 RODO.

Szczególnego wyjaśnienia wymaga, czy kamery na stadionie, boisku i przy siłowni obejmują również imprezy gminne oraz rozmowy prowadzone przez uczestników.

Jeżeli obraz lub dźwięk udostępniano bez uprawnienia

Jeśli potwierdzi się, że pracownik korzystał z monitoringu poza zakresem upoważnienia, udostępniał go osobom postronnym albo bez podstawy słuchał rozmów mieszkańców, zastosowanie mogą mieć również:

  • art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych – dotyczący przetwarzania danych przez osobę nieuprawnioną albo w sytuacji, gdy ich przetwarzanie jest niedopuszczalne;
  • art. 267 Kodeksu karnego – jeżeli ktoś bez uprawnienia uzyskiwał dostęp do informacji dla niego nieprzeznaczonych albo posługiwał się urządzeniem lub oprogramowaniem w celu ich uzyskania;
  • art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego – chroniące prywatność, wizerunek oraz tajemnicę komunikowania się;
  • art. 82 RODO – przewidujący prawo do odszkodowania za szkodę majątkową lub niemajątkową wynikającą z naruszenia RODO.

Stwierdzam, że brak oznaczeń widać gołym okiem, a pozostałe okoliczności wymagają natychmiastowego i udokumentowanego wyjaśnienia.

W poniedziałek około godziny 9.40 przeszedłem przed trzema instytucjami.

Teraz chciałbym wiedzieć:

  • przez ile kamer zostałem zarejestrowany;
  • jak długo będzie przechowywany mój wizerunek;
  • kto oglądał obraz;
  • czy nagrano również mój głos;
  • kto miał dostęp za pomocą telefonu;
  • czy pokazywano ten obraz innym osobom.

To chyba nie jest wygórowane oczekiwanie.

Zwłaszcza wobec instytucji, które obserwują mieszkańców, ale same najwyraźniej bardzo nie lubią być obserwowane.

WIELKI BIEG KOMISJI SKARG IM. KATARZYNY TOMCZYK, VEL „NOWE OKOLICZNOŚCI”

Piszecie, że ostatnio zrobiło się tutaj zbyt poważnie. Podobno nawet arabica z cukrem smakowała jak kawa z gminnego automatu – gorzko, podejrzanie i bez informacji, kto ją zatwierdził.

Przepraszam. Czas na coś lżejszego.

Porozmawiajmy więc o spełnianiu marzeń oraz prezencie, który jeszcze w tym miesiącu ma mi przygotować Komisja Skarg, Wniosków i Petycji.

Z tego, co ćwierkają ptaszki, Wójt musi ponownie zmienić budżet i potrzebuje sesji Rady Gminy. Czyli znowu się pos…ło.

Jest tylko drobny problem: przed sesją trzeba wreszcie zebrać Komisję Skarg i rozpatrzyć moją sprawę. Termin minął prawie trzy miesiące temu, ale w Płaskiej czas płynie inaczej. Zwłaszcza gdy zegarek patrzy na dokumenty.

Słyszę również, że trwają poszukiwania odpowiedniej interpretacji. Być może pojawią się nawet słynne „nowe okoliczności” – gminny odpowiednik królika wyciąganego z kapelusza, kiedy przepisy i dokumenty zaczynają mówić coś niewygodnego.

Problem w tym, że tym razem kapelusz będzie przezroczysty.

Czekam więc na posiedzenie komisji. Prosiłem, aby odbyło się w poniedziałek albo w piątek, żebym mógł osobiście i aktywnie w nim uczestniczyć. Liczę, że nikt nie spróbuje wyznaczyć terminu wyłącznie po to, abym ze względu na pracę 300 kilometrów od Płaskiej nie mógł przyjechać.

Taki numer nie zakończy sprawy. Da tylko materiał na kolejny tekst. Bo ja będę. Będzie również dokładne podsumowanie – bez skrótów, upiększeń i wygodnego zaniku pamięci.

Słowa nieparlamentarne pozostawię tym, którym zabraknie argumentów. Ja przyjdę z dokumentami.

Samo posiedzenie zapowiada się wyjątkowo interesująco – oczywiście pod warunkiem, że do tego czasu komisja nadal będzie miała pełny skład.

Nie planuję awantury. Nie będzie krzyków, obrażania ani rzucania krzesłami. Będzie znacznie gorzej.

Będą dokumenty, daty, przepisy i pytania wymagające konkretnych odpowiedzi.

Będę rejestrował posiedzenie, a protokół ma odzwierciedlać jego rzeczywisty przebieg. Bez skrótów typu „odbyła się dyskusja”, gdy przez czterdzieści minut nikt nie potrafił odpowiedzieć na jedno pytanie. Bez znikających wypowiedzi. Bez anonimowego „członek komisji stwierdził”.

Każda odpowiedź, odmowa odpowiedzi oraz próba zmiany tematu będzie miała autora, imię, nazwisko i swoje miejsce w opisie posiedzenia.

To nie będzie zwykłe gminne pitu-pitu, podczas którego wybiera się prowadzącego, stwierdza istnienie nowych okoliczności i wszyscy rozchodzą się z poczuciem dobrze wykonanej czynności administracyjnej.

To będzie spokojna, merytoryczna szermierka. Z tą różnicą, że ja przyjdę z dokumentami, a nie z wachlarzem wymówek.

Szczególnie ciekawi mnie postawa Katarzyny Tomczyk. Zapewne przybiegnie, aby ponownie spróbować przejąć kontrolę nad sytuacją, która właśnie rozpoczęła twarde lądowanie.

Przewodnicząca Rady będzie musiała zdecydować, czy ważniejsze są fakty i interes mieszkańców, czy kolejna próba udowodnienia, że rację można mieć nawet wtedy, gdy dokumenty twierdzą coś przeciwnego.

A może ponownie usłyszymy znajome:

„Kaśka, chodź tutaj prędko, bo to się nagrywa…”

Jeżeli w rozliczeniach mieszkańców rzeczywiście popełniono błąd, uczciwe rozwiązanie jest proste: przyznać to, przeprosić, poprawić i zwrócić nienależnie pobrane pieniądze.

Tyle że uczciwe rozwiązania wymagają odwagi.

Zobaczymy, czy Wspólna Sprawa wybierze tę drogę, czy ponownie wystartuje w biegu przez pole „nowych okoliczności”. Trochę im nawet współczuję – oczywiście tylko do chwili, gdy przypomnę sobie, że dobrowolnie zgodzili się pełnić funkcje publiczne i pobierać za to diety.

Naprawdę istnieje proste wyjście. Można wstać i powiedzieć:

„Jestem uczciwym człowiekiem. Nie będę firmować swoim nazwiskiem czegoś, z czym się nie zgadzam. Radnym nie muszę być.”

Mandat kiedyś się kończy. Nazwisko zostaje.

Kiedy tylko termin posiedzenia zostanie ogłoszony, poinformuję o nim mieszkańców. Warto przyjść i zobaczyć wszystko osobiście.

Szczególnie serdecznie zapraszam miejscowego poszukiwacza nabiału. Mogę już dzisiaj uczciwie powiedzieć, że członkowie komisji, którzy pojawią się na posiedzeniu i zmierzą się z pytaniami, będą mieli jaja – niezależnie od tego, czy zgodzą się ze mną, czy nie.

W przypadku nieobecnych wynik poszukiwań będzie można oficjalnie uznać za negatywny.

Zapowiada się widowisko ciekawsze niż 973 odcinek tureckiej telenoweli. Będzie podobnie: napięcie, tajemnice, lokalne układy i bohaterowie przekonani, że nikt nie pamięta poprzedniego odcinka.

Tyle że tym razem będzie nagranie i protokół.

Na tegoroczną Gwiazdkę nie czekam nawet w połowie tak niecierpliwie, jak na możliwość tej intelektualnej i merytorycznej rozmowy.

Dziękuję Komisji za mój wymarzony prezent. Obiecuję rozpakować go bardzo dokładnie.