Uaktywnił sie hejter

aktualizacja 3

Po spotkaniu i wyjaśnieniu uważam temat za zamknięty. Młodość ma prawo do błędów. Sam wiele ich popełniłem gdy miałem naście lat.

aktualizacja 2:

mamy ranek. Przyszło powiadomienie, że mój Hejter znowu siedzi na stronie i sprawdza czy jego posty się pojawiły. Mam nadzieję, że znalazłeś, bo są bardzo widoczne. Jeżeli potrzeba, to daj znać to Ci strzałki dorobię 🙂

aktualizacja :

widzę, ze znowu wszedł 188.146.30.15. Siedzi chyba sobie w Białymstoku – o kurka zdradziłem 😉

Wszystko się zgadza. Rodowity mieszkaniec Płaskiej z dziada Pradziada. Jego komentarze są już dostępne pod postami. Wszystkie 6 sztuk (pięć pod słowem na piątek i jeden pod słowem na czwartek).

W dniu dzisiejszym uaktywnił się jakiś zakapior.

Otrzymałem wiadomość z emaila: xkowalski@gmail.com


0 zatwierdzonych
xkowalski@gmail.com
188.146.30.15
że jeszcze debilu nikt Ciebie nie zakopla

Poniżej odpowiedzi na pytania z drugiej wiadomości. Napisana z błędami, ale może wykształcenie nie wyszło lub to ruski troll:

Witam kolejny raz mam pare pytań do Pana.
1- Czy jest Pan stałym mieszkaniecem Gminy Plaska ?

TAK
2- Czy jest Pan rodowitym mieszkańcem Płaskiej ?

NIE, ale związany prawie 30 lat
3- Na jakiej podstwie postawił się Pan jako obronca Gminy było jakieś glosowanie w tej sprwie chyba nie ??

Ja pisze o tym, o czym Pan/Pani milczy, czyli o przekrętach. Nieskromnie powiem, że wg wielu osób pomogłem w znaczący sposób pozbyć się ostatniego Wójta. Wtedy gdy Ty ze strachu siedziałeś zapewnie w domu
4- Skąd wogle Pan pochodzi i czego Pan szuka w tej Gmnie ?

Odpowiedź na pytania 1 i 2 wystarczy?
5 – Prosze o szczerą odpowiedż skoro Pan wymaga tego od innych

Mnie stać na płacenie na tę Gminę, ale jest tutaj coraz więcej starszych ludzi, których płacenie za środki, które są tracone, po prostu przygniata. Jakbyś się interesował/a trochę gminą, to byś wiedział/a, ze pomimo zmiany władzy prywata pozostała, znajomości są najważniejsze, ale kasa jest przepuszczana bardziej. Jeżeli zatem uważa Pan/Pani, że podrabianie dokumentów jest w porządku, to ja raczej Pana/Pani nie przekonam.
6 – Ana koniec może Pan dopisze co ma Pan na celu bo wielu z nas nie wie tego ?!

Widzi Pan, zapewne się Pan nie interesuje Gminą, gdyż wiedzą to radni poprzedniej i obecnej kadencji. Wiedzą obaj wójtowie i wg mnie wszyscy urzędnicy w Gminie

X
0 zatwierdzonych
xkowalski@gmail.com
188.146.30.15
No to tetaz pojedzniemy sobie na Pana temat spokojnie bedzie bardzo ciekawie. Sporo informacji posiadamy juz ale spokojnie jak Pan mowi niech cisnienie rosnie . Panie z innego miasta . To glos ludzi tej Gminy. Zaczynamy

I ostatnia wiadomość:

Nie wiem, czy jesteś kobietą czy mężczyzną, ale jak już wysyłasz groźby karalne to pamiętaj, że istnieje coś takiego jak IP. To tak jakbyś adres pokoju podał. Przecież każdy policjant jest w stanie z dokładnością do 30 metrów podać Twoją lokalizację kiedy wysyłałeś te paszkwile. Nie mówiąc o tym na kogo zarejestrowany jest telefon

Jutro jadę na komisariat zgłosić groźby karalne i mowę nienawiści. Z moimi danymi oni cię namierzą w 5 minut łącznie z zaparzenie kawy.

Nawet ja prosty, a może nie tak prosty informatyk wiem, że to wyszło z T-mobile z Podlaskiego, chociaż znam już nawet miejscowość, ale Rodo. I dziwne, ale nie jest to Płaska. Nie znam jeszcze Twojego nazwiska, ale spokojnie.

Sprawę i tak będziesz miał. Do pierdla nie pójdziesz, ale zostaniesz nazwany z imienia i nazwiska przed całą Gminą, dostaniesz nawiasy, jakąś karę pieniężną lub prace społeczne? Naprawdę było warto zawalać sobie papiery ?

xkowalski dostał ode mnie emaila ze strony. To zapewne szczeniak, więc nie chcę mu bruździć. Tutaj dygresja. Istnieje podejrzenie, że to czyjś dzieciak w szkole (rodzice powinni się zainteresować, bo koszty takiej akcji mogą być spore), chociaż daleko posunięta dysleksja oraz mądrość bijąca z czynów sugeruje, że z uczeniem powinien chyba sobie dać spokój, bo tu już nic mu nie pomoże. Lepiej od razu zacząć studiować instrukcje obsługi łopaty, a może to zająć kilka lat. Wie co musi zrobić jutro do 12.00, aby sprawa rozeszła się po kościach. W przeciwnym wypadku przeciągnę go po wyroku karnym również po sądach cywilnych i zobaczy jak portfelik pustoszeje.

A do Wójta: nawet za poprzedniej władzy, mówienie prawdy nie prowadziło do mniej lub bardziej zawoalowanych gróźb. Przecież jak to będzie ktoś blisko powiązany z Wspólna Sprawą, to będzie gwóźdź do trumny. Fakt, że jest to ktoś z jakimś deficytem, bo „odwalił” to udostępniając swoje dane, wcale nie usprawiedliwia nikogo.

Słowo na piatek

Wreszcie nadszedł ten historyczny moment. Piątek, piąteczek, piątunio. Dzień, na który czekaliśmy niemal jak na finał kolejnego sezonu serialu sensacyjnego pt. „Co wydarzyło się w listopadzie?”.

Pani Przewodnicząca Rady Gminy ma odpowiedzieć na pytanie: co się tam właściwie stało i czyje rączki mieszały w garczku, a w zasadzie leżały na klawiaturze.

I proszę mi wierzyć — napięcie jest większe niż przy otwieraniu koperty z rachunkiem za wodę (przepraszam nie mogłem się powstrzymać 😉 ).

Wróbelki ćwierkają, że odbyły się już dwa spotkania kryzysowe. Dwa. A to znaczy, że sprawa jest poważna, bo w naszej gminie spotkania kryzysowe robi się tylko wtedy, gdy coś naprawdę „siadło”. Zapewne nie wiem wszystkiego — i pewnie lepiej dla mojego ciśnienia.

Ale to nie koniec atrakcji.

Jeden z mieszkańców zwrócił mi uwagę na detal, którego wcześniej nie zauważyłem. I tu naprawdę — chapeau bas. Bo trzeba mieć sokole oko.
Na screenie ze strony internetowej Gminy Płaska, który udostepniłem wczoraj w Słowie na czwartek jak byk widnieje komunikat sugerujący, że urząd chce człowieka… delikatnie mówiąc… oskubać na wodzie.

Nawet serwery już chyba nie wytrzymują. Najwyraźniej stwierdziły:
„My w tym udziału brać nie będziemy”.

Słowo na czwartek

Poniżej dwa tematy, które mam nadzieję Was zainteresują. Szczególnie polecam ten o śmieciach.

A jutro piątek. Jak na razie większość radnych jest twarda, a Pani Przewodnicząca schowała się głęboko. A co tam jutro skieruję jeszcze pytanie do Urzędu, żeby nie mogli udawać dziewicy orleańskiej. A jak będą, to ktoś z zewnątrz będzie musiał rozstrzygnąć spór.

A teraz shorty. Informacja z strony internetowej Naszej Gminy. Gmina wprowadza pojemniki na nową frakcje odpadów.

Nie wiem co oni wzięli, ale poproszę próbkę 🙂

I jeszcze jedno pytanie. Jak wydacie już te prawie 50 tyś zł na cyberbezpieczeństwo to nie będę widział czegoś takiego po wybraniu E-WODA w menu głównym na stronie?

I stało się, wczoraj kurier się wkurzył. Ale to i tak dobrze, że to nie karetka, bo ktoś mógłby umrzeć przez upór Wójta

Oto krótka kronika urbanistycznej fantazji, czyli jak na czterech kilometrach zmieścić trzy ulice i jedną konstytucyjną zagadkę.

Wyobraźcie sobie ciąg drogowy, który zaczyna się niewinnie: ulica Paniówka. Spokojna nazwa, swojska, jedna posesja — jakby gmina mówiła: „to tylko przystawka”. Co prawda — bądźmy precyzyjni — gdzie rzeczka Paniówka, a gdzie ulica Paniówka, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tak jak Czesi chcą dostępu do morza, to i mieszkańcy Gorczycy mogą marzyć o rzeczce (niewinny żart:-) ). W końcu od szczegółów jest rzeczywistość, a od fantazji administracja. A tej, jak widać, nie brakuje.

Wójt najwyraźniej ma wyobraźnię. I to bujną. Taką, co nie zna granic ani map, ani logiki. Być może była impreza. Może dłuższa. A może po prostu wieczorne dowcipy przy stole — te wszystkie „a wyobraźcie sobie, że nazwiemy to tak samo, tylko inaczej” — następnego ranka magicznie awansowały do rangi oficjalnej decyzji administracyjnej.

I tak żart stał się ulicą. Dowcip — adresem. A fantazja — problemem, który od rana próbuje rozwiązać kurier, listonosz, kierowca karetki i pół gminy z GPS-em w ręku. Bo w Polsce, jak wiadomo, granica między kabaretem a dokumentem urzędowym bywa cienka jak linia na mapie… o ile ktoś ją w ogóle narysował. 200 metrów dalej następuje płynne przejście w ulicę Spokojną. Nazwa obiecująca. Uspokaja. Człowiek myśli: „tu już nic mnie nie zaskoczy”. I właśnie wtedy, na deser, droga przechodzi w ulicę Nad Paniówką. Bo czemu nie. W końcu cztery kilometry to wystarczająco dużo miejsca na mały thriller administracyjny.

Wczoraj, chwilę przed 17.00, do moich drzwi zawitał kurier. Energiczny, zdecydowany, z trzema paczkami w objęciach. Wszystkie adresowane do pani Jadwigi …(RODO) Problem w tym, że pani Jadwiga mieszka przy Paniówka, a nie przy Nad Paniówką. Różnica subtelna jak między solą a cukrem — tylko że w praktyce oznacza zupełnie inny koniec świata.

Rozpoczęło się dochodzenie. Nazwy podobne. Droga ta sama. Kobiet w systemie — wiele. Logika poległa w pierwszej rundzie. Kurier, próbując objąć umysłem fakt, że na jednym asfalcie mamy Paniówkę, Spokojną i Nad Paniówką, podsumował sytuację w sposób tak dosadny, że — z szacunku dla języka polskiego — pozostanie to moją błogą tajemnicą. Najłagodniejsza wersja brzmiała mniej więcej: „no popier…ło was, dwie Paniówki w jednym miejscu?”

I w tym momencie przestaje być śmiesznie.

Bo paczka to paczka. Najwyżej nie dojedzie dziś. Ale wyobraźmy sobie karetkę. Zawał. Liczy się czas. Dyspozytor: „Paniówka”.  Ratownik: „Nad Paniówką?”. Cztery kilometry później pacjent nadal czeka, a system adresowy prowadzi filozoficzną debatę o tożsamości ulic.

Urbanistyka z poczuciem humoru jest fajna — do momentu, gdy humor ten trzeba reanimować.

A na poważnie. Wiadomo, skąd wziął się ten błąd, i nie jest moją intencją krytykowanie ani obwinianie kogokolwiek za jego powstanie. Tego typu sytuacje mogą się zdarzyć i same w sobie nie muszą być niczyją winą.

Problem polega jednak na czym innym. Gdy błąd został zauważony i jednoznacznie zidentyfikowany, mimo wielokrotnych zgłoszeń i monitów, nikt nie podjął realnych działań, aby się nim zająć. W tym czasie sytuacja zaczęła się komplikować. Pierwsza osoba zakończyła budowę, prawdopodobnie dokonała meldunku, a to oznacza, że obecnie konieczne będzie prostowanie i korygowanie szeregu dokumentów urzędowych.

O problemie informuję i piszę od kwietnia 2025 roku. Brak reakcji na wczesnym etapie sprawił, że kwestia, którą można było rozwiązać stosunkowo prosto, z czasem urosła do rangi poważnego i kosztownego problemu administracyjnego.

Cuda na śmieciach. Po 22 dniach mamy pierwsze zwiększenie deficytu na koniec roku

Tak sobie przeglądam projekty uchwał na kolejną sesję. Radni też zapewne uważnie czytają. No nie aż tak złośliwy nie będę. U większości lektura krótka, dynamiczna, wręcz sprinterska — bo jak wszyscy wiemy, standardowa procedura wygląda tak: pięć sekund „wnikliwej analizy”, kiwnięcie głową i przyjęcie przez aklamację. Demokracja w wersji ekspres. Kawa dłużej stygnie niż trwa dyskusja.

I tak myślę sobie, że niektórzy to naprawdę mają dobrze.

Jeszcze na sesji 26 listopada Wójt, głosem godnym finału opery tragicznej, tłumaczył, że opłaty za śmieci muszą wzrosnąć, bo system się nie domyka, budżet płacze, a worki z odpadami prawie same proszą o podwyżkę. Wszyscy dostaliśmy rachunek grozy. Trudno, życie.

Aż tu nagle — cud. Pieniądze się znalazły. Ulga. Radość. Obniżki! Już człowiek chce otwierać szampana… i wtedy dociera, że to nie dla mnie. Nie dla Ciebie. To promocja dla wybrańców. Taka strefa VIP w gospodarce odpadami.

I może się mylę (choć coraz trudniej w to wierzyć), ale wygląda to tak, jakby wszystko było zaplanowane już w listopadzie. Nagle zmiana jednostek na m³, żeby przypadkiem ktoś za szybko nie porównał stawek. Bo jak wiadomo, najskuteczniejszą metodą na przejrzystość jest lekkie zamieszanie w tabelkach.

My, mieszkańcy? Klasycznie — co roku w górę. Ubiegłoroczne naliczenia zresztą budzą poważne wątpliwości prawne, ale to jeszcze wyjdzie.

Za to osobną kategorią są budynki niezamieszkane: nadleśnictwa, instytucje, urzędy, szkoły. Tacy szczęśliwcy systemowi. Weźmy przykład nadleśnictwa.
W 2023 r. — po przeliczeniu z litrów to ok. 280 zł/m³.
W listopadzie 2025 — po przeliczeniu z litrów to 800 zł/m³.
A teraz? 250 zł/m³.

Czyli niby najpierw górę, a po dwóch miesiącach po cichutku elegancki zjazd w dół, nawet poniżej stawek sprzed dwóch lat. My konsekwentnie pod górkę, a wybrańcy — rollercoaster z happy endem. Wychodzi na to, że najlepszą strategią finansową jest… nie mieszkać.

Wisienka na torcie: oczyszczalnie. Człowiek inwestuje, dba o środowisko, działa ekologicznie, a potem dowiaduje się, że wywóz z oczyszczalni zostaje drogi, a z szamba tanieje prawie do historycznych stawek. Morał? Ekologia jest ważna — ale nie przesadzajmy.

Naprawdę, znać Wójta to dobra rzecz. Momentami mam wrażenie, że to najpewniejsza forma programu socjalnego.

A budżet? Też ciekawy. Wreszcie wiem, czemu nie było pieniędzy na wyrównanie ulicy Spokojnej. Spokojna musi poczekać, bo w Gruszkach dzieje się szybki rozwój cywilizacyjny. Prawie 100 tys. trzeba było dorzucić do drogi. Ja naprawdę nikomu nie żałuję, ale czy to nie powinien być zrównoważony rozwój wszystkich zamieszkanych miejsc w gminie? Od dwóch lat wszystko tam idzie jakby sprawniej. Zadziwiająca dynamika. Prawie jak specjalna strefa ekonomiczna.

Człowiekowi od razu przypominają się historie o przesuwaniu pieniędzy „do siebie”. Ziobro miał swoje Strażackie wozy, sprzęty agd, ale u nas w gminie nie jesteśmy gorsi, teraz drogi na Pobojno, w Gruszkach, Rudawka, oczyszczalnie w zamkniętym ośrodku dla bogatych… Rozmach. Kiedyś pisałem, że przy remoncie w remizie z Mercedesa robi się Skoda — byłem w błędzie. Teraz to raczej Polonez, tylko że z kolejną dopłatą.

A na koniec wisienka organizacyjna: sesja we wtorek. Przypadek? Oczywiście. Tego dnia akurat nie mogę być. Cóż za pech kalendarza. I znów nikt nie zada niewygodnych pytań.

Bo u nas wszystko działa sprawnie. Szczególnie wtedy, gdy nikt nie patrzy.

Swoją drogą jestem ciekaw kto poprowadzi obrady. Zobaczymy czy oni mają jakieś granice. Boję się, że nie.

Orędowniku pokaż, że jesteś mężczyzną

Jak widać, diabełek ma dziś dobrą passę — już zdążył wygrać rundę i wyrwać aniołkowi aureolkę. Historia jednak uczy, że nawet po takim faulu człowiek wciąż może dokonać dobrego wyboru. Pytanie tylko, czy chce.

I tu pojawia się Pan,
Panie Przewodniczący Komisji Rewizyjnej, Orędowniku dróg, szos oraz wszelkich utwardzonych traktów — asfaltowych, betonowych i tych, po których sumienie porusza się nieco wolniej.

Zwracam się z uprzejmą, choć już nie pierwszą prośbą:
czy zamierza Pan wreszcie przekazać informację, o którą pytam od dłuższego czasu — informację wskazującą, jakie materiały otrzymał Pan przed sesją Rady Gminy, która odbyła się w dniu 26 listopada?

To drobiazg.
Ale właśnie ten drobiazg pozwoli ustalić, czy mieliśmy do czynienia z przestępstwem, czy jedynie z kolejnym niefortunnym „nieporozumieniem proceduralnym”.

Jest to obywatelskie wezwanie mieszkańca, który — pozwolę sobie na szczerość — dysponuje dowodami na działania nielegalne i chciałby je skonfrontować z faktami, a nie z ciszą.

Oczywiście w pełni rozumiem, że jeśli brał Pan udział w opisanych zdarzeniach — lub jeśli mógłby być nimi objęty ktoś z Pana najbliższej rodziny — przysługuje Panu prawo do milczenia, wynikające z art. 175, 182 oraz 185 Kodeksu postępowania karnego. To prawo święte i nienaruszalne.

Pozostaje jednak pytanie natury nieprawnej, lecz moralnej:
czy Przewodniczący Komisji Rewizyjnej, powołany do patrzenia władzy na ręce, naprawdę chce przejść do historii jako ten, który wolał odwrócić wzrok?

Bo choć diabełek dziś triumfuje, to aureolkę — przynajmniej w teorii — zawsze można jeszcze podnieść z ziemi.

Swoich nie zostawiamy.
W obliczu zmasowanego ataku emocji, sumienia i innych nieprzewidzianych okoliczności — potrzebne jest wsparcie.
Dlatego wysyłamy na pomoc słynnego Misia na miarę naszych możliwości. Na miarę możliwości Gminy Płaska.
Skuteczność gwarantowana, budżet zachowany, morale w drodze 🐻🦸‍♂️

Krótka, najnowsza historia pewnego remontu

Nie wiem, o czym pisać. Bo gdzie nie spojrzysz – prywata. Wypływ gotówki. Zaniedbania. I jakaś przedziwna, niemal artystyczna zmowa, żeby absolutnie nic nie wyszło. Nic. Zero. Null.

W oczekiwaniu na piątek – może na bombę atomową, a może tylko na kapiszon – sięgnijmy po historię. Historię piękną, podniosłą i… piekielnie drogą dla kasy Gminy.

To opowieść o megalomanii poprzedniego Wójta. O braku nadzoru nad pracami. O brnięciu w ślepą uliczkę z taką determinacją, jakby na końcu czekał Nobel, a nie mur. I to także mały kamyczek, o przepraszam duży głaz do ogródka nowego Wójta, z którym rozmawiałem pod koniec 2024 roku. Powiedziałem mu wtedy o inwestycji jako czteromilionowym mercedesie, który z impetem jedzie prosto na ścianę, a po zderzeniu – w najlepszym wypadku – zostanie z niego Skoda.

Obrazowo: zamówiłem mercedesa, zapłaciłem za mercedesa, a przy odbiorze dostaję Skodę i jeszcze każą się cieszyć.

Usłyszałem, że to jego decyzja, że on woli się „dogadywać” i że wszystko zakończy się dobrze. No cóż – dogadywanie się z fizyką zwykle kończy się siniakiem.

31 grudnia 2025 zapytałem Wójta i mecenasa, jak się sprawy mają. Odpowiedź była klasyczna, podręcznikowa, wręcz wzorcowa: to nie my, to poprzedni Wójt. Standard ludzi, którzy świetnie ustawiają się do zdjęcia, ale jakoś tak… rączki bez odcisków.

Nie chce mi się pisać wszystkiego, bo to wstyd i rozpacz w jednym. Pokażę tylko jeden, konkretny przykład tego, co nazywam „nicnierobieniem” oraz brakiem troski o dobro wspólne. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Usłyszałem, że brak egzekwowania zapisów umownych od wykonawcy to wina Projektanta. Nie znam umów, nie znam szczegółów – tajemnica poprzedniego i obecnego Wójta.

Przyjąłem więc roboczo, że tak jest. I pytam: I co w tej sprawie zrobiliście?

Cisza.
Wójt patrzy na mecenasa. Mecenas patrzy na Wójta.
Gra w „gorące krzesła”, tylko bez muzyki.

Pytam dalej: skoro Projektant zawinił, to jakie kroki podjęto w ramach zapisów umownych dotyczących fuszerki projektu?
Cisza.

Pytam: z którego roku jest umowa?
Cisza.

Jakie są zapisy dotyczące odpowiedzialności Projektanta?
Cisza.

To może chociaż: kiedy umowę zawarto i kiedy ją zakończono?
Cisza.

Każdemu przysługuje roszczenie z tytułu odpowiedzialności cywilnej. Termin? Trzy lata. Mówię więc: ludzie, dziś jest 31 grudnia – jeśli ktoś dziś zgłosi roszczenie, ratujemy lata 2022–2025. Jeżeli jutro, czyli 1 stycznia to będzie tylko 2023-2025, czyli tracimy rok 2022.

I wtedy nastąpiło przebudzenie. Wezwanie Pani sekretarki. Sprawdzanie dat. Kserowanie umów. Urząd Gminy nagle przypomniał sobie, że istnieje dokumentacja.

Kochani, powtórzę to, co powiedziałem przy trzech świadkach – mogą mnie pozwać, jeśli mają ochotę. Powiedziałem Wójtowi, że jeśli ma się wielkie ambicje i chce się być Wójtem, to trzeba dbać o Gminę. A jeśli brakuje wiedzy lub kompetencji, to zatrudnia się ludzi, którzy je mają.

Dla mnie standardem jest to, że kancelarie prawne wiedzą, iż nie jestem prawnikiem. Ja zgłaszam problem. Oni przedstawiają opcje. Dyskutujemy. Wybieramy najlepsze rozwiązanie. Czasem idziemy na spór, czasem odpuszczamy – ale zawsze jest to świadomy wybór, a nie efekt zbiorowego wzruszenia ramion.

Tymczasem w Gminie najwyraźniej wszyscy osiągnęli stan pełnego „niksenu” – holenderskiej filozofii błogiego odpoczynku i wolności od obowiązków. Polski odpowiednik? „Nicnierobienie”.

Problem w tym, że nawet nicnierobienie nie zwalnia z rachunków. Panie Wójcie, biorąc pod uwagę projekt, wydane pieniądze i efekt końcowy – czy to będzie kolejny milion, który „Wspólna Sprawa” przepuściła, zaraz po skandalu drogowym?

Ale spokojnie. Dla mieszkańców mam dobrą wiadomość: dwa miliony to przecież niewiele. Jakieś tysiąc złotych na głowę. Bez względu na wiek. Niemowlęta też się dorzucą – demokracja kosztuje.

Mam też złą wiadomość. Bardzo złą. I nie, to jeszcze nie koniec.

To, co widzimy, to zaledwie czubek góry lodowej. Jak uczy elementarna wiedza z zakresu katastrof morskich i samorządowych – na powierzchni jest około 30%. Reszta, solidne 70%, czai się pod wodą. W ciemnej, lodowatej toni dokumentów, aneksów, „uzgodnień”, „interpretacji” i telefonów zaczynających się od słów: „tego lepiej nie ruszać”.

Pytanie więc nie brzmi: ile pieniędzy straciliśmy, tylko: o jakiej straconej kasie jeszcze nie wiemy.

Bo to, co już wypłynęło, wygląda źle. Bardzo źle. A skoro wypłynęło samo, bez nurkowania, audytu i przeczesywania szaf pancernych, to aż strach pomyśleć, co leży głębiej. Tam, gdzie faktury są „w trakcie wyjaśniania”, odpowiedzialność jest „rozproszona”, a winny – jak zawsze – „już nie pracuje”.

Góra lodowa ma tę przewagę nad budżetem gminy, że przynajmniej jest szczera. Nie udaje wyspy. Nie twierdzi, że to tylko drobny kawałek lodu i „sytuacja jest pod kontrolą”. Tymczasem u nas zapewnia się, że wszystko widać, wszystko policzone, wszystko zamknięte. Oczywiście – zamknięte w szufladzie, do której nikt nie ma klucza.

Więc kiedy słyszycie, że „to już wszystko”, pamiętajcie: to tylko te 30%, które wystają nad powierzchnię. Reszta czeka. Cicho. Spokojnie. Aż przyjdzie moment, w którym znowu ktoś powie: „tego nikt nie mógł przewidzieć”.

I wtedy dopiero okaże się, że Titanic to była mała łódka wiosłowa.

Na koniec mała złośliwość, bo nie byłbym sobą. Wójt pieniędzy się nie boi – Pani Przewodnicząca podniosła mu apanaże. Samo głosowanie tej uchwały było prawdziwym majstersztykiem. Tyle energii w uzasadnieniu nie widziałem od dawna – gdyby ją zsumować z kilku sesji, i tak by się nie uzbierało.

Oczywiście była to transakcja wiązana, bo Radni też dostali solidne podwyżki. Klasyka gatunku: ja tobie, ty mnie. A reszta? Usłyszą:

„Ze względu na trudną sytuację gospodarczą nie możemy nic zrobić, ale jesteśmy z wami w waszym trudzie utrzymywania „Wspólnej Sprawy”.

Wzruszające. Naprawdę. Tylko portfel jakoś nie chce się wzruszyć razem z nami.

Wyborcze obiecanki cacanki o tym ,że będzie lepiej, bardziej przejrzyście, ale ORĘDOWNIK o tym zapomniał

Powyższy obraz mówi jedno, głośno i bez znieczulenia. Miód, którym tak hojnie polewano nasze serca w trakcie wyborów w imię „Wspólnej sprawy”, okazał się zwykłym kitem – nie na uszczelnianie okien, tylko na nasze oczy. Lepki, tani i skuteczny. Choć właściwie… może to my się mylimy? Może oni od początku byli krystalicznie uczciwi. W końcu nigdy nie doprecyzowali, czyja to miała być wspólna sprawa. Oni mogli mieć na myśli swoje profity, swoje stołki i swoje konta, a my – jak ciemny lud – naiwnie dopowiedzieliśmy sobie resztę, marząc o wspólnym dobru.

Klasyczne nieporozumienie: oni mówili prozą interesów, my słyszeliśmy poezję solidarności.

Znowu zapadła cisza i brak argumentów obiecanych przez szefa komisji rewizyjnej. Postanowiłem więc delikatnie zaczepić Orędownika. Pomyślałem sobie: spadł śnieg, mróz ścisnął, noc długa – może biedak zapadł w sen zimowy gdzieś w gawrze, przykryty futrem z argumentów, których nikt jeszcze nie widział. A my wszyscy stoimy na mrozie i czekamy. Cierpliwie. Jak przystało na mieszkańców.

Odpowiedź, którą otrzymałem w środku nocy, jest jednak naprawdę wiele mówiąca. Mówi bowiem bardzo jasno, gdzie Orędownik ma mieszkańców Gminy – tych samych, którzy solidarnie zrzucają się na jego wypłatę i którzy, co by nie powiedzieć, zaufali mu, że będzie uczciwy, rzeczowy i… odpowiadający na pytania.

Co istotne, wiadomość nie była skierowana wyłącznie do mnie. Trafiła również do Urzędu Gminy Płaska oraz wszystkich Radnych. A skoro tak – mamy do czynienia z pełnoprawną debatą publiczną. Debatą, w której aż huczy od argumentów. No dobrze, może nie huczy. Może raczej… delikatnie echo ciszy się niesie.

Dlatego pozwalam sobie pokazać, jak ta „dyskusja” jest kontynuowana. Proszę zwrócić szczególną uwagę na siłę argumentów oraz ich imponującą liczbę. Naprawdę. Jestem pod wrażeniem. Takiej koncentracji treści w takiej pustce dawno nie widziałem.

„Orędownik” :

Szanowny Panie,

nie zamierzam prowadzić korespondencji opartej na insynuacjach oraz narracjach literackich. 

 Z poważaniem,

Marek Juszkiewicz

Ponieważ mam nieodparte wrażenie, że Pan Orędownik nie do końca orientuje się, na czym polega mandat Radnego, który otrzymał – pozwolę sobie przypomnieć. Otóż jego elementem jest nie tylko podnoszenie ręki w odpowiednim momencie, ale również wytłumaczenie mieszkańcom, dlaczego:

– gmina traci drogę wartą kilka milionów złotych za darmo,
– przez najbliższą dekadę będzie spłacać milionowy dług za coś, czego nie ma,
– dojdą kolejne koszty w podatkach (bo przecież cudów fiskalnych jeszcze nie wynaleziono),

– pewnie jakieś dotacje na drogi nam obetną
– a na sam koniec: dlaczego uchwałę podjęto bez sprawdzenia, ile to wszystko będzie nas naprawdę kosztować.

To nie są pytania filozoficzne z gatunku „być albo nie być”. To są pytania z kategorii: ile, za co i dlaczego my. I wypadałoby, żeby ktoś, kto nazywa siebie Orędownikiem, spróbował w tej sprawie choć symbolicznie… wstawić się za mieszkańcami.

Pan Juszkiewicz zapewne nie wie – a przynajmniej nic na to nie wskazuje – że słowo „orędownik” ma bardzo konkretne, wręcz podniosłe konotacje religijne. Oznacza bowiem kogoś, kto wstawia się za nami, gdy sami nie dajemy rady. Kogoś, kto idzie krok przed, a nie chowa się za plecami.

Orędownikami – żeby daleko nie szukać – są Jezus, Maryja, Święci oraz aniołowie stróżowie. Postacie raczej z górnej półki metafizycznej, z długim stażem w ratowaniu ludzkości i zerową tolerancją dla zamiatania spraw pod dywan.

Tymczasem Pan Orędownik, wymyślając sobie taką ksywkę superbohatera, pozycjonuje się… naprawdę wysoko. Ba, wręcz niebiańsko wysoko. Tyle że – drobny szczegół – od Orędownika oczekuje się wstawiennictwa, a nie milczenia. Ochrony, a nie podawania rachunku do zapłacenia. I raczej bronienia wspólnoty niż tłumaczenia, dlaczego ma być jej coraz drożej.

Bo jeśli ktoś przyjmuje imię zarezerwowane dla postaci zbawczych i anielskich, to wypadałoby choć od czasu do czasu wykonać gest w ich stylu. Na razie jednak wygląda to tak, jakbyśmy zamiast anioła stróża dostali anioła odsyłającego – najlepiej „do Wojewody”.

Ponieważ jednak odpowiedzi nie nadchodzą, a cisza robi się coraz bardziej wymowna, pozwoliłem sobie ponownie – z pełną uprzejmością i bez użycia dymu sygnałowego – wyjaśnić Panu Markowi „Orędownikowi” Juszkiewiczowi, dokąd dokładnie popycha gminę. Bo jeśli już mamy iść w nieznanym kierunku, to dobrze byłoby wiedzieć, czy jest to droga, czy raczej kosztowna ścieżka donikąd. Może wreszcie ujawni swoje argumenty, chyba …., że ich nie ma.

Ponowna próba wytłumaczenia, że powinien odpowiedzieć:

Dzień dobry,

pozwolę sobie zauważyć, że po raz kolejny stosuje Pan manewr, który w publicystyce zwykło się nazywać „unikiem”. Gdy pada pytanie – odpowiedź znika.

A pytanie było jedno. Proste. Wręcz banalne:

proszę wskazać choć jeden argument, który – w Pana ocenie – uzasadnia przekazanie drogi Wojewodzie.

I tu pojawia się gwiazdka, bo nie mówimy o byle jakiej drodze. Mówimy o nówce, funkiel, nieśmiganej drodze po remoncie, oddanej w momencie, gdy przez kolejne lata będziemy spłacać milionowy kredyt, a do tego dojdą nowe, stałe koszty dla budżetu gminy w postaci podatku od infrastruktury w pasie drogowym, płaconego przez nas.

Świadomie pomijam w tym miejscu problemy mieszkańców Rudawki. Skoro – jak Pan wielokrotnie podkreśla – była to „ich decyzja”, to według tej logiki ich późniejsze straty również są „ich problemem”. Oczywiście cytuję Pana tok rozumowania, nie własny.

Dla porządku ustalmy kalendarium faktów:

  • w pierwszym mailu zapowiedział Pan przedstawienie argumentów – nie pojawił się ani jeden,
  • w kolejnym zwróciłem się ponownie o ich podanie, bo naprawdę chciałem zrozumieć, co sprawiło, że mianował się Pan Orędownikiem tej decyzji (brzmi to wprawdzie jak pseudonim superbohatera, ale chyba nie o komiks tu chodzi),
  • mimo racjonalnych, merytorycznych kontrargumentów – brnie Pan dalej.

Niech mi Pan wybaczy szczerość, ale przy takim poziomie determinacji widzę trzy możliwe wyjaśnienia tego – nazwijmy to – dziecięcego uporu:

  1. Ma Pan argument, ale wstydzi się go Pan wypowiedzieć na głos. Albo nie może. Albo się Pan boi.
  2. Tak postępuje ktoś, komu coś zostało obiecane w zamian.
  3. Były nieprawidłowości w utrzymaniu drogi, lecz – z powodów znanych tylko Panu – nie jest Pan w stanie podjąć decyzji przeciwko określonym osobom lub układom. 

Osobiście skłaniam się ku wersji trzeciej. Uważam, że problemy z utrzymaniem drogi istniały, lecz zamiast je naprawić – i to bez dodatkowych kosztów – pcha Pan gminę w rozwiązanie, które finansowo przypomina skok w przepaść. Najwyraźniej łatwiej jest oddać drogę niż głośno powiedzieć, co i gdzie należy poprawić.

Forma bajki, którą się posługuję, nie jest przypadkowa. To próba pokazania absurdu różnymi drogami. Skoro jeden sposób nie działa, trzeba sięgnąć po inny. Zasada jest taka, że zawsze trzeba poszukiwać języka z którym da się porozumieć z interlokutorem.

Kolejny przykład? Proszę bardzo.

Kupuję samochód na kredyt. Po roku moja żona oddaje go koleżance za darmo, ustalając, że ja dalej spłacam kredyt, a dodatkowo co roku dopłacamy koleżance na paliwo. Pytanie brzmi: czy tylko ja widzę w tym problem? Bo dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku naszej drogi.

Oczywiście spojrzenie może się zmienić, gdy okaże się, iż nie pomagam w sprzątaniu auta, nie naprawiam go i nie dbam o jego stan. Jednak czy rozwiązaniem naprawdę jest wtedy oddanie samochodu, dalsza spłata ogromnego kredytu i nowe opłaty? A może jednak usiąść, porozmawiać i zmienić sposób utrzymania?

Tyle. I tylko tyle.

Pana odpowiedź – a właściwie jej brak – mieści się dziś w kategorii:

„Nie powiem i co mi zrobisz”.

Szkoda tylko, że tej samej stanowczości nie wykazuje Pan w sprawach realnych nieprawidłowości w gminie. Informuję Pana o wiele problemach od wielu miesięcy, a co Pan Panie Orędowniku zrobił? Mam wręcz wrażenie, że absolutorium za lata 2025 i 2026 leży już spokojnie w Pana szufladzie i czeka na właściwy moment odczytania.

Ironia? Owszem.

Ale pytanie pozostaje całkiem serio.

Może więc zechce Pan wreszcie oderwać się od wygodnej pozycji obserwatora i zwrócić twarzą do osoby, która co miesiąc dokłada się do Pana wynagrodzenia. I spróbuje Pan – choćby raz – w prostych słowach wyjaśnić, dlaczego decyzje, których Pan jest orędownikiem, skutkują taką niegospodarnością i dodatkowym sięgnięciem do mojej kieszeni.

Bo jeśli obywatel ma finansować rozwiązanie, które pogarsza jego sytuację, to wypadałoby przynajmniej zachować pozory dialogu. Na razie bowiem wygląda to tak, jakby pieniądze mieszkańców były oczywistością, a tłumaczenie ich losu – zbędnym luksusem.

Ironia polega na tym, że nie pytam o przysługę. Pytam o uzasadnienie. A to – w państwie i gminie, które lubią powoływać się na transparentność – nie powinno być aktem odwagi, lecz elementarnym obowiązkiem.

Z poważaniem

A tak już zupełnie na koniec. Czekamy na piątek. Wiemy dlaczego. Jeżeli się potwierdzi, to ja będę Waszym najmniejszym zmartwieniem.

Skoro tak sie Wam spodobało to bonus :-)

W charakterze przypowieści:

I stało się w dniach dawnych, gdy pamięć ludu była krótka, a zapisy długie, że za górami wysokimi i borami nieprzebytymi leżała ziemia, którą zwano Łaską. A w ziemi tej było osiedle jedno, imieniem Udawka, a imię jego nie bez przyczyny było nadane.

I był w Udawce mąż nie końca święty, postawiony ponad innymi wolą ludu. Nie był on ani sprawiedliwy jak sędziowie dawni, ani bezbożny jak synowie Beliala, lecz stał pośrodku: znał dobro, lecz rzadko po nie sięgał. Serce jego było niespokojne, a duch jego był jak trzcina, którą każdy podmuch ugina. Odwagę swą chował jak srebro zakopane w ziemi i nie wydobywał jej, gdy była potrzebna

A droga wiodła przez Udawkę, nowa była i kamieniem obłożona, i poświęcona słowami wielkimi. Lecz rychło została zaniedbana: liść spadał na liść, śnieg na śnieg się kładł, a koleiny wypełniały się błotem. A słudzy, którym drogę powierzono, strzegli raczej swego odpoczynku niż kamienia.

I widział to mąż nie końca święty, i bolało go to w sercu, lecz nie powstał, by iść do Pana, który nad Łaską i całą okoliczną okolicą władał. Bał się bowiem oblicza Pana, bo było surowe, i głosu jego, bo był jak grzmot nad doliną. A gniew Pana był szybki, a łaska rzadka.

I wyszedł mąż nie końca święty pewnego dnia na drogę, i ugrzęzła noga jego w błocie i szatę ubrudził. I spotkał innego z ludu Łaski. I otworzył usta swoje, i wypowiedział słowa skargi nad drogą i nad sługami leniwymi. Lecz ów rzekł do niego:

„Czyż nie przeciw Panu mówisz, skoro sługi jego obwiniasz?”

I padł strach wielki na męża nie końca świętego. I zadrżały kolana jego, a serce jego stopniało jak wosk przed ogniem. I po trzykroć zaparł się słów swoich, mówiąc:
„Nie ja to rzekłem, lecz wiatr. A droga dobra jest, a liść i śnieg są znakiem czasu. A mnie droga ta nie jest potrzebna”.

I wrócił do domu swego, i usiadł w prochu, i rozważał w sercu swoim. I nie przyszedł do niego duch mądrości, lecz duch wybiegu.

I rzekł w sobie:

„Oddam drogę w ręce wojewody, a ręce moje będą czyste. Pan się nie rozgniewa, a lud pomyśli, że dzieło wielkie się dokonało”.

I powstał, i opasał biodra swoje, i poszedł do Pana. A Pan wysłuchał go i rzekł:
„Dobre są słowa twoje, bo zdejmują ciężar z ramion moich”.

I wezwali Radę starszych co zawsze głowy grawitacji poddali. I mówili do nich długo, aż zwiedli serce Rady, żeby uznali, że tak jest zapisane w porządku świata. I powiedzieli Panu „ Niech nam się stanie wedle słów Twoich”

I usłyszeli surmy i trąby grające, aż uczynili wedle słów swoich.

Wtedy podniósł się lament i płacz wielki wokół, a wokół zapadła ciemność, ale oni nie słuchali i nie patrzyli.

Lecz Czas, który jest świadkiem wszystkich spraw, nie zapomniał. I przyszły dni złe: ziemia została spustoszona, lud rozproszony, jednych pokonał las, innych niewola. A droga znów zarosła, bo nie była strzeżona, lecz przekazywana z rąk do rąk.

A Pan, mąż nie końca święty i Rada starszych zabrali srebrniki i odeszli do innej ziemi, i tam mieszkali w pokoju.

A kronikarz zapisał:

Biada temu, kto zna dobro, a go nie czyni.
Biada temu, kto ręce myje, gdy droga zarasta.
Bo Pan sądzi nie z pomysłów, lecz z uczynków.

Kto czyta, niech rozumie.

A przeczytał ten zapiski mąż wielki i świątobliwy wiele set lat później i dopisek swój złożył na okładce: „ Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż mąż nie do końca święty pochyli się nad losem maluczkich”

I spojrzał na to co napisał i dobre mu się wydało. Kazał swoim uczniom przeto przypowieść po świecie roznieść i nauczać.

Jak drogi drzewiej oddawano Wojewodzie

Historia alternatywna powodów oddania drogi. Ale, ale…

Czy naprawdę alternatywna?

Wszelkie podobieństwa jak najbardziej są całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dawno to było, dawno, za górami wysokiemi i lasami gęstemi istniała Gmina Łaska, a w jej łonie sołectwo zwane Udawką — nazwa to była znamienna, bo i sprawy tam często w udo wchodziły. W Udawce tej radny mieszkał, mąż z wyboru ludu wzięty, lecz serce miał niespokojne, a odwaga jego była raczej z tych, co ją w kufrze trzymają i tylko od święta wyjmują.

Frasunek wielki nosił na barkach, albowiem gościniec przez wieś wiodący w stanie był opłakanym, choć nowy, kamieniem świeżo brukowany i wielkimi słowy poświęcony. Lecz rychło okazało się, iż kamień kamieniem, a ręka do zamiatania potrzebna. Liście jesienne leżały jak chciały, śnieg zimowy twardniał w koleiny, a pachołkowie, co pieczę nad traktem mieć winni, pieczę mieli raczej nad własnym spokojem.

Radny widział to wszystko, wzdychał ciężko i kiwał głową z powagą wielką, lecz do Komesa, co Gminą władał, iść się nie ważył. Bał się bowiem jego oblicza surowego, głosu donośnego i zwyczaju, iż gniew swój szybciej rozdaje niźli chleb ubogim.

Pewnego dnia, gdy traktem owym szedł i nogi w błocie grzęzły, spotkał innego mieszkańca Gminy. A że język ludzki lżejszy bywa niż sumienie, począł się radny skarżyć na gościniec zaniedbany i pachołków, co bardziej umieli stać niż sprzątać. Ledwie słowa te z ust jego padły, gdy ów zapytał niby mimochodem, lecz z uśmiechem podejrzanym:

„A czy to, miły panie, na samego Komesa się skarżysz, powiadając, iż służba jego trakt zaniedbuje?”

Wtem pot straszliwy radnego oblał, kolana mu zagrały jak piszczałki na jarmarku, a serce w piersi łomotać poczęło, jakby chciało uciec pierwsze. Zaprzeczać zaraz zaczął, że to nie on, że wiatr słowa poniósł, że gościniec w istocie piękny, a liście i śnieg to ozdoba natury, nie zaniedbanie. Oświadczył też, iż do spraw drogi nijakiej uwagi nie przywiązuje, bo i tak się po niej nie jeździ.

Tak przelękniony do chałupy swej powrócił, na przyzbie przysiadł i po głowie się podrapał, myśli ciężkie snując. I oto nagle myśl mu zaświtała, bystra jak błyskawica, choć niekoniecznie mądra. Uśmiech szeroki, krzywy niczym banan z dalekich krain, lico jego ogarnął.

Rzekł sam do siebie:
„Niechże drogę odda się pod arendę wojewodzie. Standard się poprawi, a ja będę czysty jak śnieg, choć śniegu nikt sprzątać nie będzie. Komes się nie obrazi, ja ręce umyję, a lud niech się cieszy, że coś się dzieje.”

Sukmanę przygładził, pas poprawił i do sioła Łaska ruszył, by Komesowi pomysł swój przedłożyć, z miną tak niewinną, jakby to sam Światowid mu ją zesłał. Co działo się dalej — o tym kronikarze milczą, bo i pióra im wyschły, a bardowie pieśni nie śpiewają, bo gardła im zajęte były liczeniem darów.

Dość rzec, iż Komes pomysł poparł, bo i jemu wygodniej było rządzić pomysłem niż drogą. Wraz z radnym udali się tedy do strażniczki ogniska, co przy posągu Światowida drzemała, a gdy ją obudzili, tak długo mówili, aż i ona uznała, że to mądrość pradawna i wolą bogów jest.

I tak przedsięwzięcie w życie wprowadzili.

Lecz nie kończy się ta baśń, jako by chciano na jarmarku opowiadać. Nie było długo i szczęśliwie. Gmina upadła, mieszkańcy w jasyr poszli, wilcy niektórych zjedli, inni po lasach się rozpierzchli, a gościniec znów zarósł chwastem, dumą i dokumentacją.

Tylko Komes, Radny i Strażniczka, dukaty wszystkie zebrawszy, do najbliższego grodu się udali, by tam dni swoich dożyć w dostatku i spokoju, wspominając Łaskę z czułością — jako miejsce, gdzie wszystko się zaczęło, a nikt za nic nie odpowiadał.