
Trzy tygodnie. Nie trzy godziny, nie trzy dni — trzy tygodnie od momentu, kiedy Sanepid stwierdził problem z wodą. I co się wydarzyło przez ten czas? Jeśli ktoś szuka spektakularnych działań, zdecydowanych decyzji i troski o mieszkańców, to niestety musi zmienić kanał, bo tutaj leciał raczej teatr ciszy. A w tej ciszy pojawia się jeden szczegół, który mówi więcej niż wszystkie komunikaty razem wzięte.
Bo zgodnie z przepisami sprawa jest prosta jak konstrukcja cepa: jeśli gmina upora się z awarią i przywróci właściwe parametry wody, ma obowiązek poinformować o tym Sanepid. Ten przyjeżdża, bada próbki i oficjalnie potwierdza, że wszystko wróciło do normy. Prosta, zamknięta procedura. Tyle teoria.
A praktyka? Dziś w Sanepidzie, po blisko trzech tygodniach, usłyszałem, że takiej informacji… nie ma. Nie wpłynęła. Nie została wysłana. Nie istnieje.
Jeśli tej informacji nie ma, to są tylko dwie możliwości: albo ktoś świadomie nie dopełnia obowiązków (co samo w sobie jest kompromitujące), albo — i to jest wersja dużo bardziej prawdopodobna — nie ma czego zgłaszać, bo problem z jakością wody nadal istnieje.
Czyli przez trzy tygodnie mieszkańcy funkcjonują w stanie lekkiej loterii: pijemy wodę czy eksperyment? Bo skoro nie ma oficjalnego potwierdzenia, że wszystko wróciło do normy, to równie dobrze możemy założyć, że nie wróciło. A to już przestaje być śmieszne, a zaczyna być podręcznikowym przykładem absurdu.
I w tym całym chaosie pojawia się jeszcze jeden, bardzo znajomy element — priorytety. A właściwie ich specyficzna, lokalna interpretacja. Bo pieniądze, jak się okazuje, są. Na imprezy, na szanty, na wydarzenia, które pięknie prezentują się w mediach społecznościowych. Na inwestycje dla wybranych. Na drogi, które prowadzą donikąd, ale za to świetnie wyglądają na mapach projektowych. Na rozdawanie majątku gminy, jakby był nieskończonym zasobem. Ale kiedy przychodzi do czegoś tak banalnego, tak nudnego, tak kompletnie niefotogenicznego jak zapewnienie mieszkańcom bezpiecznej wody — nagle zaczyna brakować wszystkiego: pieniędzy, czasu, kompetencji, a przede wszystkim chęci.
Tylu awarii co mamy w ciągu 12 miesięcy to nie było od wojny. Ale co zrobić skoro kasa idzie na niepotrzebne pierdoły.
No ale czego się spodziewać, skoro zarządzanie gminą coraz bardziej przypomina prowadzenie profilu w social mediach. Tik Toki, Facebooki czy inne tfu .. Wspólne Sprawy. Liczy się przekaz, emocja, zasięg. Albo wazelina jak w ostatni poniedziałek. Problem w tym, że wody nie da się „ogarnąć” postem na Facebooku ani przykryć relacją z kolejnego wydarzenia. Tu trzeba działać, czasem szybko, czasem niewdzięcznie, bez oklasków i fleszy. I właśnie wtedy wychodzi różnica między zarządzaniem a odgrywaniem roli zarządzającego.
Zresztą, nazwijmy rzeczy po imieniu — czy to w ogóle była „awaria”? Bo jeśli coś trwa tygodniami, to przestaje być incydentem, a zaczyna być systemem.
Wiemy już prawie na pewno, że to awaria w stacji uzdatniania wody. Może za dużo koagulanta, może coś nie zagrało w filtracji, może ktoś czegoś nie dopilnował, a może po prostu nikt już nie kontroluje tego procesu tak, jak powinien. Każda z tych opcji prowadzi do tego samego wniosku: procedury bezpieczeństwa istnieją gdzieś na papierze, ale rzeczywistość dawno poszła w swoją stronę.
I gdzieś w tym wszystkim pojawia się jeszcze jedna myśl, taka trochę naiwna, ale jednak wracająca jak bumerang — może ktoś się w końcu przyzna? Może powie: tak, zawaliliśmy, tak, to nasza odpowiedzialność. Ale to trochę jak oczekiwanie, że ogień nagle zacznie się dogadywać z wodą. Tu obowiązuje inna logika — przeczekać, rozmyć, zagadać. Bo może ludzie zapomną. Tylko że problem polega na tym, że o wielu rzeczach można zapomnieć, ale nie o tym, co leci z kranu każdego dnia.
I dlatego najważniejsze pytanie wcale nie brzmi „co się stało”, tylko „dlaczego przez trzy tygodnie nikt nie uznał za konieczne doprowadzenia sprawy do końca i poinformowania, że woda znów jest bezpieczna”. A skoro tej informacji nie ma, to może odpowiedź jest prostsza, niż byśmy chcieli. Bo to już nie jest kwestia jednego błędu. To jest kwestia podejścia. A to — niestety — nie zmienia się ani szybko, ani przypadkiem.













