Kalendarium: opłata za odpady i urzędowa wersja „prawa”

W ostatnich dniach grudnia zaproponowałem Wójtowi spotkanie. Nie po to, by „porozmawiać”, tylko by sprawdzić, czy w tej Gminie słowo jeszcze cokolwiek znaczy. Dwa tematy były dla mnie kluczowe: po pierwsze – niewywiązanie się z obietnicy wyrównania szutrowej części ulicy Spokojnej wraz z jej oznakowaniem, tak aby kolejne inwestycje nie były regularnie niszczone przez auta z drewnem. Po drugie – propozycja zmiany, które moim zdaniem mogłyby realnie poprawić funkcjonowanie Gminy. W tym drugim przypadku, po osiągnięciu porozumienia obiecywałem, że przez 6-9 miesięcy wstrzymam się od jakiejkolwiek krytyki, dając czas na nowy start. Chodziło o wyeliminowanie największego problemu w gminie. Uwierzcie to mógł być game changer, który miał przynieść tej gminie szansę większą niż to co mieliśmy od kilkunastu lat.

Niestety podobno Rada Gminy się nie zgodziła.

Spotkanie odbyło się 31 grudnia. Cztery osoby, trudne sprawy, ostrożne ważenie słów. Atmosfera – zaskakująco dobra jak na ciężar tematów. Tyle że dobra atmosfera nie naprawia drogi, nie rozlicza decyzji i nie sprawia, że urzędowa korespondencja zaczyna mówić prawdę. Wyszedłem z tego spotkania z wrażeniem, że jest szansa, ale każdy z nas miał inną wizję „wyniku”: ja – konkretów i terminów; druga strona – deklarowała zastanowienie się i konsultacje z radnymi. Daliśmy sobie czas do 12 stycznia.

Najsprawniej poszła sprawa oznakowania ulicy Spokojnej. Powiedziałem wprost, że drażni mnie standard, w którym w konsultacjach pokazuje się mieszkańcom jedno, a później do organizacji ruchu zleca coś innego. Tu akurat udało się dojść do porozumienia. Jeśli ostatnie poprawki na dniach zostaną uwzględnione, będzie to rzadki moment, gdy lokalna społeczność faktycznie miała wpływ na to, jak wygląda jej najbliższe otoczenie.

Ale kiedy zeszło na sedno – szutrową część ulicy Spokojnej – porozumienia już nie było. I tu jest prawdziwy problem: nie w tym, że „nie wyszło”, tylko w tym, że ta Gmina coraz częściej działa według zasady, że rzeczy pilne są zawsze za drogie, a rzeczy zbędne jakoś zawsze da się sfinansować.

Bo myśląc o ulicy Spokojnej i jej problemach w głowie mam inne „inwestycje”. Myślę o ogromnych pieniądzach wydanych na Wysokim Brzegu na Nadleśnictwo Szczebra i kilku „bamberów” z Augustowa. Mam w uszach słowa Sekretarza Zdancewicza z sesji 17 września: że „musimy zmienić prawo, bo do tej pory nie było nigdzie kanalizacji”. Tylko że oni już kanalizację mają – a my wszyscy za to zapłaciliśmy. A koszty utrzymania infrastruktury, przepompowni ? I jeszcze dostali w prezencie trzykrotnie większy przydział wody niż jakikolwiek inny mieszkaniec Gminy. Trzeba mieć wyjątkowy talent do tłumaczenia rzeczy oczywistych, żeby to sprzedać jako „normalność”.

Jeśli chcecie, to zrobimy w szkole wycieczki do Przewięzi – dzieci zobaczą, jak wygląda kanalizacja w Gminie. Taka edukacja obywatelska w praktyce: kto ma władzę, temu się robi. Kto nie ma, temu się pokazuje.

Do tego dochodzi asfalt na Pobojno – symbol inwestycyjnej logiki „bo można”. Asfalt, który prowadzi donikąd. Pieniądze wywalone w błoto, bo gdy przychodzi do wyrównania odcinka drogi, po którym codziennie jeżdżą mieszkańcy, zaczyna się opowieść o ograniczeniach, procedurach i „braku możliwości”.

I wtedy zaczyna się układać szerszy obraz. Najpierw – niby przypadkiem – przy uchwalaniu opłaty adiacenckiej zabrakło analizy finansowej i wszystko upadło. Prawnik mówił, że analiza zostanie opracowana. Mija półtora roku i… nic. A przecież za sam Wysoki Brzeg byłoby ponad 100 tysięcy złotych do budżetu. Za asfalt donikąd na Pobojnem kilku dobrze ustawionych właścicieli działek też zapłaciłoby niemało. Czy to przypadek, że tej uchwały nie ma? Nie wiem. Ale jeśli ktoś mi mówi, że to „zbieg okoliczności”, to oczekuję przynajmniej, że nie będzie mnie traktował jak dziecko.

Do tego dziś radny Juszkiewicz nazywa siebie orędownikiem oddania nówki drogi i płacenia przez następną dekadę około miliona złotych kredytu za tę przyjemność. Do tego dojdą kolejne opłaty roczne za zajęcie pasa. Nie mówię o mieszkańcach Rudawki, którzy prawdopodobnie nie wiedzą w co się władowali. Mam nadzieję, że nie. I co? I nic – brak wyliczeń kosztów, brak twardej analizy, brak odpowiedzialności. Na sesji emocje sięgają poziomu, na którym Przewodnicząca Rady – w złości – łamie prawo, uspokojona dopiero przez prawnika. Widać, jak emocje opadają dopiero wtedy, gdy pada zdanie: „uchwała przeszła”. Czyli nie liczy się, czy było legalnie i sensownie – liczy się, że „przeszło”.

Podsumowanie jest bolesne, ale proste: jak w kraju – ci, co mają, dostają za darmo. Pozostałym spadają resztki z pańskiego stołu.

I w tym miejscu przechodzę do pierwszego przykładu z cyklu: jak Urząd Gminy Płaska wg mnie świadomie łamie prawo, jak radni kryją sprawcę, a komisja rewizyjna nie podejmuje działań, choć sprawa dotyczy pieniędzy mieszkańców.

Kalendarium: opłata za odpady i urzędowa wersja „prawa”

Zgodnie z polskim prawem opłata za gospodarowanie odpadami komunalnymi jest daniną publiczną o charakterze podatku. To nie jest „umowa” ani „dobra wola” – to obowiązek, który wymaga podstawy prawnej i właściwej procedury. W praktyce oznacza to, że Gmina musi doręczyć decyzję w trybie przewidzianym przepisami, a obowiązek płacenia według nowej stawki powstaje dopiero od momentu skutecznego doręczenia, wraz z pouczeniem. Z tego wszystkiego to właśnie te pouczenie to jedna z ważniejszych spraw bo ono pozwala egzekwować brak zapłaty.

W lipcu 2025 roku dowiedziałem się, że mam rzekomą niedopłatę. 21 lipca napisałem do Pana Nasewicza, że do kwietnia płaciłem według starych stawek, bo decyzję otrzymałem dopiero 10 kwietnia. Logika jest tu prosta: skoro doręczenie nastąpiło 10 kwietnia, to nie można żądać ode mnie wyrównywania „wstecz”, jakby ktoś cofnął czas. Zresztą takie jest prawo.

19 sierpnia, po miesiącu, Pan Nasewicz odpisał, dodając w kopii Wójta i Sekretarza. Odpowiedź była napisana tak, jakby maczał w niej palce mecenas – dużo paragrafów, dużo urzędowego tonu. Jednak nie zauważyłem tam ani grama uczciwości. Dla zwykłego Kowalskiego taka odpowiedź wygląda poważnie: „Skoro cytują przepisy, to pewnie mają rację”. W tym przypadku chodziło jednak nie o wyjaśnienie, tylko o zastraszenie i przykrycie błędu. Urząd wiedział, że popełnił błąd – i że naprawa oznaczałaby konsekwencje: wizerunkowe, finansowe i formalne. Zamiast to skorygować, postanowił brnąć w zaparte.

Problem polega na tym, że ja akurat mam dostęp do narzędzi i wiedzy, których przeciętny mieszkaniec nie ma. Na co dzień nadzoruję rozliczenia większej liczby gospodarstw domowych niż liczy Gmina Płaska, mam dostęp do Lexa i współpracuję z kancelariami. Znam orzecznictwo i wiem, że w tej sprawie istnieje jednolita linia orzecznicza. A ona mówi jedno: interpretacja przedstawiona przez Pana Nasewicza była nie do obrony.

Dlatego tego samego dnia wysłałem mu kilka wyroków sądów, które jednoznacznie wskazują, jak w Polsce wygląda prawo w tej kwestii. I wtedy zaczął się drugi problem – problem instytucjonalnego milczenia.

Próbowałem zainteresować sprawą Pana Juszkiewicza, bo jako przewodniczący komisji rewizyjnej powinien bronić mieszkańców i badać takie sytuacje. Z mojej wiedzy wynika, że komisja nawet się tym nie zajęła. A do dziś dźwięczą mi w uszach słowa, które brzmią bardziej jak deklaracja sprawcy niż kontrolera: „Nie dopuszczę do wystawiania korekt nawet jak są słuszne, bo to zakłóci pracę urzędu”. Proszę to przeczytać jeszcze raz: mamy sytuację, w której – w mojej ocenie – mieszkańcom nalicza się należności niezgodnie z prawem, a problemem nie jest oddanie pieniędzy z odsetkami, tylko „zakłócenie pracy urzędu”.

Próbowałem też zainteresować Przewodniczącą Rady. Cisza. A nawet gorzej niż cisza. Po skonfrontowaniu usłyszałem, że przez pewien czas korespondencja z mojej skrzynki nie była przekazywana radnym, mimo próśb. Usłyszałem, że osoba obsługująca Radę Gminy „specjalnie” nie pokazywała maili ani Przewodniczącej, ani innym radnym. Jeśli to prawda, to mamy już nie tylko problem prawny, ale i problem z elementarną przejrzystością funkcjonowania organu uchwałodawczego.

17 września, około 32 minuty sesji, usłyszałem, jak Sekretarz Zdancewicz wymienia się informacjami z Panem Juszkiewiczem w sprawach zgłaszanych przeze mnie. Wrażenie było jedno: temat był wcześniej „ustawiony”, a prawda miała nie paść albo paść w wersji bezpiecznej dla Urzędu. Pojawiały się nieścisłości czy kłamstwa, ale nie pociągnęło to za sobą żadnych konsekwencji.

19 września, widząc, jak to wygląda, wysłałem maila z 19 sierpnia do wszystkich radnych (otrzymał go także Wójt i Pani Przewodnicząca). Chciałem, żeby widzieli argumenty prawne i nie mogli twierdzić, iż nie wiedzieli o problemie. Z nieoficjalnych informacji wynika, że większość radnych była za tym, by „siedzieć cicho”. W samorządzie cisza bywa walutą – im ciszej, tym wygodniej.

6 października odpisał Pan Zdancewicz. Odpowiedź była przykładem mijania się z prawem i wprowadzania w błąd, na tyle poważnym, że przytoczono nawet konkretną sprawę sądu administracyjnego, ale w sposób zmieniający sens wyroku. Przyznaję: wtedy powiedziałem sobie, że się wypisuję. Poczułem, że mam do wyboru tylko dwie interpretacje: albo ktoś naprawdę uważa mnie za łatwowiernego i naiwnie liczy, że „łyknę” każdą urzędową formułkę, albo – co gorsza – pisanie pism oderwanych od faktów przestało tu kogokolwiek uwierać. Że można już bez skrępowania produkować dokumenty, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego, a ich treść jest po prostu nieprawdziwa. Przestałem pisać do Urzędu. Zastanawiałem się nawet nad zamknięciem bloga. Przez trzy miesiące milczałem.

Wróciłem w listopadzie, gdy zobaczyłem, co „odwaliła” Pani Przewodnicząca Rady. Wróciłem, gdy zauważyłem, że kiedy ja milczę, Wójt zapomina o obietnicach złożonych na piśmie w lipcu. I wróciłem z prostego powodu: ludziom trzeba pomagać, jeśli się umie i może. Trzeba zapalać światło, żeby wszyscy widzieli, co kryje się za ładnymi słowami.

Dlatego 16 grudnia napisałem do Pana Zdancewicza jasno: w imieniu mieszkańców kieruję sprawę do sądu, jeśli Urząd się „nie ogarnie”. Wskazałem, że jego odpowiedź pomija przedstawione przeze mnie orzecznictwo i w sposób nieuprawniony zmienia sens przywołanego wyroku SA/Gd 1619/19. Przesłałem fragment uzasadnienia SKO wraz z sygnaturą akt tego wyroku i wielu innych, które jednoznacznie potwierdzały wcześniej dostarczone wyroki sądów z jednolitą linią orzeczniczą – nowa stawka obowiązuje właściciela nieruchomości od momentu skutecznego doręczenia zawiadomienia, a nie z mocą wsteczną. Zapytałem wprost, ile osób nie ma dostępu do wiedzy i narzędzi, a więc może być przez Urząd wprowadzanych w błąd w różnych sprawach.

Poprosiłem też Przewodniczącą Rady o przekazanie tego maila radnym – wcześniej sama prosiła, by nie rozsyłać korespondencji do wszystkich, bo „ona się tym zajmie”. Oczywiście jak zwykle nic nie przekazała, więc 21 grudnia zrobiłem to sam. Oczekiwałem również, że Przewodniczący Komisji Rewizyjnej odniesie się do nieprawidłowości w ramach ustawowych kompetencji. Z dostępnych mi informacji wynikało, że miał wiedzę o problemie od miesięcy, ale nie podjął działań zmierzających do korekty.

31 grudnia poruszyłem temat także z radcą Gminy – wyglądał, jakby nie wiedział, o czym mówię. Jakby sprawa nie istniała. Jakby była „czyjaś”, tylko nie urzędowa.

Dziś sytuacja jest prosta. Do końca stycznia zostały dwa tygodnie. Odpowiedź na mój email – zgodnie z informacją na stronie – powinna była zostać udzielona w ciągu 14 dni, czyli do 30 grudnia. Jednak minął miesiąc. Jeśli do końca stycznia nie otrzymam informacji wskazującej, jakie stawki – zgodnie z polskim prawem – faktycznie mnie obowiązywały, trudno. Poprosimy SKO, lub WSA, by rozstrzygnęły problem. A ten może mieć jeszcze drugie dno: jeśli rzeczywiście decyzje dotyczące opłaty za wywóz odpadów były wydawane dla mieszkańców dopiero w lipcu, to możemy mówić o konieczności wydania nowych decyzji za 2025 rok dla znacznej części Gminy, bo różnych stawek i różnych momentów obowiązywania – bez podstawy prawnej – nie da się obronić.

I na koniec jeszcze jeden obrazek, który pokazuje logikę „budżetowania” kosztem mieszkańców. Końcówka 2024 roku: nie odczytano liczników, rozliczono ryczałtem. Dzięki temu w pierwszym kwartale 2025 roku można było policzyć nas drożej za wodę. Ile Gmina na tym zarobiła? Tego już nikt nie sprawdzi, bo ktoś uznał, że 31 grudnia 2024 roku – mimo końca kwartału, końca roku i mimo uchwały Rady Gminy – liczników po prostu nie odczytano. Przypadek? A jeśli to nie przypadek, to dlaczego Przewodnicząca Rady i przewodniczący komisji rewizyjnej – choć wiedzą – nic z tym nie robią? Ewidentne złamanie regulaminu dostarczania wody oraz uchwały Rady Gminy o nowej stawce za wodę w 2025 roku.

To jest historia o jednej gminie. To jest historia o mechanizmie: o obietnicach bez pokrycia, o inwestycjach bez sensu, o pieniądzach mieszkańców traktowanych jak rezerwa awaryjna, i o systemie, w którym kontrola ma nie przeszkadzać, a prawda ma nie wychodzić na światło dzienne.

I dlatego właśnie to światło zapalam.

BONUS Prawda z taśmy – czyli co naprawdę padło po 32. minucie sesji Rady

W nawiązaniu do nagrania z sesji Rady Gminy z dnia 17 września 2025 r. nie sposób przejść obojętnie wobec wypowiedzi, które padły po 32. minucie obrad. Wypowiedzi Pana Zdancewicza – kluczowego urzędnika gminy – nie tylko budzą poważne wątpliwości co do ich prawdziwości, ale również rodzą pytania o skalę i systemowość problemu, z którym mieszkańcy mierzą się od co najmniej roku.

Nie mówimy tu o drobnych nieścisłościach. Mówimy o pieniądzach mieszkańców, o fakturach wystawianych niezgodnie z uchwałami Rady Gminy, o decyzjach administracyjnych, które – jak się okazuje – albo nie były wydawane, albo były wydawane wybiórczo.

Po pierwsze – faktury i „ryczałtowa rzeczywistość”
Padło stwierdzenie, że błędy w fakturach „nie miały wpływu na ich wartość”. To zdanie nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Rozliczenia za okres październik–grudzień 2024 r. zostały dokonane ryczałtem, z wykorzystaniem danych nie rzeczywistych, lecz wyliczonych proporcjonalnie. Co więcej – w 2025 roku zastosowano błędne formuły matematyczne przy wyliczaniu opłaty stałej. To nie jest drobna pomyłka. To naruszenie prawa miejscowego.

Po drugie – ignorowanie stanowisk organów skarbowych
Do Urzędu Gminy i Rady trafiły oficjalne informacje Izby Skarbowej oraz Urzędu Skarbowego w Ełku, jednoznacznie wskazujące, że faktury były wystawione błędnie. Mimo to korekty dla mieszkańców nie zostały dokonane. Czy naprawdę ktoś uważa, że to działanie zgodne z prawem?

Po trzecie – korekty tylko dla „upartych”
Po zgłoszeniu błędów wystawiono korekty faktur za wodę za I kwartał 2025 roku – ale tylko dla jednej osoby, tej, która problem nagłośniła. Pozostali mieszkańcy takich korekt nie otrzymali. Prawo wybiórcze? Równość wobec urzędu tylko na papierze?

Po czwarte – radni wprowadzeni w błąd
Wypowiedź o wysyłce decyzji dotyczących stawek za wywóz śmieci była co najmniej myląca. Decyzje te wysyła się po każdej zmianie stawki – a w naszej gminie zmiany te następowały niemal co roku. Sens pytania był prosty: dlaczego tym razem procedura została zawalona po raz pierwszy?

Po piąte – „informacja nieobowiązkowa”
Na końcu padło stwierdzenie, że informacja dotycząca nakazów podatkowych nie jest obowiązkowa. To stwierdzenie stoi w sprzeczności z prawem. Opłata za wywóz odpadów jest lokalną daniną publiczną o charakterze podatku – a więc wymaga wydania decyzji administracyjnej.

Po szóste – wygoda urzędu ponad prawem mieszkańców
Czy nadal aktualne jest stanowisko, które usłyszałem rok temu od Pana Juszkiewicza w obecności Przewodniczącej Rady – że korekty faktur nie zostaną wystawione, bo „zdestabilizowałoby to pracę urzędników”? Od kiedy wygoda administracji jest ważniejsza od prawa obywatela?

Po siódme – rok ciszy i co dalej?
Minął rok od momentu, gdy Urząd i Rada znają skalę problemu. Czy jako przewodniczący komisji rewizyjnej ktoś wreszcie dopilnuje:

  • prawidłowego wydania decyzji dotyczących wywozu odpadów za 2025 r.,
  • zgodnego z uchwałami wystawienia faktur za wodę za okres X–XII 2024,
  • korekt faktur za I kwartał 2025 dla wszystkich mieszkańców,
  • korekt za II kwartał zgodnie z decyzjami organów skarbowych?

Po ósme – odpowiedzialność, a nie zamiatanie pod dywan
Jakie decyzje zostaną podjęte wobec niewykonania planu budżetowego oraz uchwały Rady Gminy w sprawie stawek za odpady? Zaniedbania leżą po stronie pracownika, sekretarza i Wójta – to nie jest już kwestia opinii, lecz faktów.

Po dziewiąte – odsetki też są faktem
Nieprawidłowo wystawione faktury będą wymagały zwrotów – wraz z odsetkami. Te odsetki narosły nie dlatego, że mieszkańcy milczeli, lecz dlatego, że Urząd i osoby odpowiedzialne przez długi czas nie reagowały.

To nie jest osobisty spór. To jest pytanie o to, czy w naszej gminie prawo obowiązuje wszystkich jednakowo – także tych, którzy je stosują.

Wysyłam to do Pana Juszkiewicza jako oficjalne zgłoszenie. Jestem ciekawy jak to umorzy.

Milion za nic, czyli jak demony przeszłości jednego człowieka niszczą przyszłość mieszkańców Gminy

Na wstępie krótko: zapowiadany materiał ukaże się jutro. Pojawiło się dodatkowe zlecenie, a ja szanuję inteligencję czytelników zbyt mocno, by publikować tekst niedopracowany. Słowo jednak zostało dane, więc zamiast ciszy proponuję inny temat. Równie ważny. Równie niewygodny. I doskonale pokazujący, jak władza potrafi odkleić się od rzeczywistości.

W grudniu wysłałem do Urzędu Gminy Płaska email z jednoznacznym sprzeciwem wobec przekazania drogi do Rudawki na rzecz Województwa. Gdyby była to droga sprzed remontu – byłbym pierwszy, który podniósłby rękę „za”. Ale mówimy o drodze świeżo po ogromnej inwestycji, finansowanej kredytem, który wszyscy mieszkańcy gminy spłacają od lat.

Do spłaty pozostało około miliona złotych. Spłata potrwa zapewne jeszcze ponad dekadę. I w tym miejscu pojawia się „genialny” pomysł: oddajemy drogę, ale kredyt zostaje po naszej stronie. Proszę się na chwilę zatrzymać i naprawdę to przemyśleć. Oddajemy majątek, nowy, po remoncie, a zobowiązania finansowe zostają. Czy to jest racjonalne? Czy to jest gospodarne? Czy ktokolwiek, kto zarządza własnymi pieniędzmi, uznałby to za normalne?

To jednak nie koniec. Po przejęciu drogi przez Województwo, gmina będzie zobowiązana do uiszczania opłat za wszelką infrastrukturę znajdującą się w pasie drogowym – kable, rury, przyłącza. To mogą być ogromne kwoty. I tu kolejny absurd: dowiadujemy się, że dopiero w tym roku ktoś zamierza policzyć, jakie będą te koszty. Najpierw decyzja, potem rachunek. Logika godna kabaretu, nie samorządu.

Spróbujmy to zebrać w całość. Rada Gminy podejmuje decyzję o oddaniu drogi. Trudno uwierzyć, że był to oddolny pomysł radnych – wszystko wskazuje na inicjatywę Wójta. Na pewno Pani Przewodnicząca Rady Gminy zachowuje się jakby przegłosowanie tej uchwały dawało jej korzyść. Odtwórzcie nagranie z głosowania tej konkretne uchwały – sygnatura czasowa 1.07.52, Pani Przewodnicząca łamie prawo. Widać jak z boku mecenas tłumaczy jej, że przed chwila „odwaliła” przestępstwo. Po chwili słyszymy jak przeprasza i dodaje zadowolona po cichu, że i tak się przegłosowało (sic!) To co „odwala” Przewodnicząca Rady to powinien być sąd. Szczególnie interesująco wygląda fakt, że jednym z najgorętszych orędowników przekazania drogi jest przewodniczący komisji rewizyjnej, która… ma kontrolować Wójta. Przypadek? Być może. Ale z tych, które warto dokładnie obejrzeć.

Efekt jest taki: gmina oddaje swój majątek, dalej spłaca milionowy kredyt, a do tego co roku będzie przelewać kolejne pieniądze do Województwa za korzystanie z własnej infrastruktury. Przy takim układzie chętnie sam przejąłbym tę drogę – jeszcze bym gminie coś „oddał”, skoro to taki interes życia.

W korespondencji padają wielkie słowa, zapowiedzi argumentów, które mają uzasadnić tę decyzję. Problem w tym, że… żaden argument się nie pojawia. Jest za to rys historyczny, który wszyscy znamy, oraz próby usprawiedliwiania obecnych decyzji dawnymi zaniedbaniami.

Pada też argument o bałaganie po remoncie i rzekomych problemach gwarancyjnych. Tylko że osoby, które dziś najgłośniej o tym mówią, wcześniej milczały. Czy Pan nie był Radnym poprzedniej i jest obecnej kadencji ? Co Pan zrobił w tej sprawie? Gdy można było reagować, interweniować, egzekwować naprawy – była cisza. Teraz ten argument ma uzasadniać spalenie miliona złotych.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że cudze pieniądze wydaje się tu z wyjątkową lekkością. Bo przecież to nie prywatny kredyt. Nie prywatny dom. Nie prywatny rachunek. To pieniądze mieszkańców. Wszystkich.

Ciekaw jestem, czy którykolwiek z orędowników tej decyzji oddałby własny dom za darmo, zachowując obowiązek spłacania kredytu i ponoszenia kosztów utrzymania. Odpowiedź znamy wszyscy. Swoich pieniędzy pilnuje się znacznie uważniej. A publiczne? Cóż – „jakoś to będzie”.

Tylko że to „jakoś” zapłacimy my. I właśnie dlatego warto o tym mówić głośno.

Poniżej wiadomość od Radnego Juszkiewicza, która wg mnie obraża mieszkańców tej Gminy, a pod spodem moja odpowiedź pokazująca, że jako mieszkańcy mamy prawo wyrażać swoje zdanie:

Oddaję głos Panu radnemu Juszkiewiczowi:

Szanowny Panie,

 piszę do Pana jako wieloletni orędownik przekazania drogi gminnej przebiegającej przez Rudawkę pod Zarząd Dróg Wojewódzkich.

 Na wstępie chciałbym zapytać, z iloma mieszkańcami Rudawki rozmawiał Pan w sprawie tej drogi?

Czytając Pana wypowiedzi dotyczące tego tematu, odnoszę wrażenie, że nie są one formułowane w interesie mieszkańców Rudawki. Spieszę z wyjaśnieniem, dlaczego tak uważam.

Sprawa drogi w Rudawce sięga, o ile dobrze pamiętam, 2016 lub 2017 roku. Wówczas, po przejęciu przez województwo drogi powiatowej z Przewięzi do Rudawki, pojawiła się realna szansa na przekazanie również drogi gminnej przebiegającej przez Rudawkę, prowadzącej do czynnego wówczas przejścia granicznego w Kurzyńcu. Droga ta nie była jeszcze wówczas wyremontowana. Nie pełniłem wtedy żadnej funkcji publicznej.

 W porozumieniu z ówczesną Panią Sołtys przygotowaliśmy pismo do ówczesnego Wójta Gminy Płaska, Pana Wiesława Gołaszewskiego, z prośbą o podjęcie starań w celu przekazania tej drogi pod Zarząd Dróg Wojewódzkich. Równolegle sporządziliśmy petycję do Marszałka Województwa, podpisaną przez kilkudziesięciu mieszkańców Rudawki, dotyczącą przejęcia tej drogi.

 W wyniku naszych działań we wsi odbyło się spotkanie z przedstawicielem Sejmiku Województwa, Panem Bogdanem Dyjukiem, oraz ówczesnym Dyrektorem Zarządu Dróg Wojewódzkich. Mieszkańcy Sołectwa otrzymali wówczas jasne zapewnienie, że województwo jest zainteresowane przejęciem niewyremontowanej drogi przez Rudawkę i deklaruje jej remont w krótkim czasie. Dowiedzieliśmy się również, że rozmowy w tej sprawie były już prowadzone z Wójtem, jednak nie wyrażał on zgody na przekazanie drogi.

 Po pewnym czasie udało nam się zorganizować w Rudawce spotkanie z Wójtem, Przewodniczącą Rady oraz kilkoma radnymi. Podczas tego spotkania Wójt twierdził, że po przekazaniu działki nikt drogi nie wyremontuje. Dodatkowo wskazywał, że działka, na której zlokalizowana jest droga, warta jest wiele milionów złotych i nie może on pozbywać się majątku gminy. Podkreślam, że nie mówił o drodze jako infrastrukturze, lecz o samej działce – nie jest to pomyłka, tak właśnie argumentował swoją niechęć do jej przekazania.

 Uporu Wójta nie udało nam się przełamać. Pomimo naszych działań oraz deklarowanej chęci przejęcia zniszczonej drogi przez Zarząd Dróg Wojewódzkich, do przekazania nie doszło.

 Przed wyborami w 2018 roku, w ramach – jak to odebraliśmy – swoistej „kiełbasy wyborczej”, Wójt postanowił wyremontować drogę w Rudawce oraz drogę w Rubcowie. Na szczęście dla mieszkańców Rudawki przetarg na remont tej drogi okazał się zbyt drogi. Natomiast droga w Rubcowie, ze względu na niższą wartość zadania, została wyremontowana ze środków własnych gminy, bez żadnego zewnętrznego dofinansowania – taką decyzję podjął Wójt. Tak wyglądała gospodarność poprzedniej władzy!

 Po wyborach Wójt nadal realizował plan remontu drogi w Rudawce. Zaciągnął kredyt, pozyskał dofinansowanie i drogę wyremontowano.

 Patrząc na to z perspektywy czasu, można zapytać: czego jeszcze chcą mieszkańcy? Mają przecież nową, wyremontowaną drogę, a gmina nie powinna pozbywać się takiego majątku. Jednak znając całą historię prób przekazania tej drogi przed remontem, obraz ten nie wygląda już tak jednoznacznie.

 Powiem wprost – w mojej ocenie Wiesław Gołaszewski, poprzedni Wójt Gminy Płaska, działając w ten sposób, działał na szkodę gminy, nie przekazując tej drogi do województwa przed jej remontem. Jednocześnie odebrał gminie szansę na realizację innych inwestycji, na które mogłyby zostać przeznaczone środki pochodzące z zaciągniętego kredytu.

 Odrębną kwestią pozostaje sam remont tej drogi oraz jej późniejsze utrzymanie. Wspomnę jedynie, że droga wymagała napraw gwarancyjnych, co wielokrotnie podnosiła w swoich wystąpieniach Pani Krystyna Kotwica. Gmina nie egzekwowała tych napraw. Na uprzątnięcie placu po budowie, na którym składowana była ziemia, mieszkańcy czekali aż do zmiany na stanowisku Wójta. Mógłbym jeszcze wiele na ten temat napisać.

 Nie sądzę, abym przekonał Pana do zmiany punktu widzenia. Proszę jednak oszczędzić nam tezy, że działa Pan w interesie mieszkańców – w tym przypadku w interesie mieszkańców Sołectwa Rudawka.

 Mogę Pana zapewnić, że będę robił wszystko, co w mojej mocy, aby doprowadzić do przekazania tego fragmentu drogi gminnej i zmiany jej kategorii.

Odpowiadając na Pana pytanie, kto na tym zyska – zyskają mieszkańcy Gminy Płaska – mieszkańcy Rudawki.

Z poważaniem

Marek Juszkiewicz

Moja odpowiedź :

Szanowny Panie,

nie chodzi tu o przekonywanie kogokolwiek do racji – chodzi o podjęcie decyzji, która będzie mądra, racjonalna i uczciwa wobec mieszkańców. Przekazanie drogi miało sens przed jej remontem. Po remoncie jest już czymś zupełnie innym: niegospodarnością graniczącą z nieodpowiedzialnością.

Milion złotych – bo o takich pieniądzach mówimy – będzie przez mieszkańców spłacany latami. Prawdopodobnie przez dekadę. A to dopiero początek. Dojdą opłaty za infrastrukturę biegnącą wzdłuż drogi i pod nią. Koszty stałe, cykliczne, nieuniknione. Pieniądze, których nikt dziś nawet nie potrafi policzyć.

Pisze Pan, że jest Pan „orędownikiem” tego rozwiązania. Łatwo być orędownikiem, gdy wyrzuca się w błoto cudzy milion. Łatwo entuzjastycznie wspierać inwestycję za niemal milion złotych, prowadzącą – dosłownie – na pobocze, w las. „A co tam, to nie moje pieniądze” – taki komunikat płynie z tego podejścia.

Z mojej perspektywy to nie jest decyzja społeczna. To demonstracja władzy: ja mogę, więc zrobię. Coraz trudniej dostrzec różnicę między tym stylem zarządzania a tym, który reprezentował poprzedni wójt. Owszem, zgadzamy się – tamten podejmował złe decyzje. Ale czym ta różni się w istocie od obecnej?

Pozostaje jeszcze pytanie, czy mieszkańcy Rudawki w pełni zdają sobie sprawę z konsekwencji. Historia uczy, że wystarczy spojrzeć na Kąty – problemy z geodezyjnym wytyczeniem działek, dramaty ludzi, utrata majątku. Jeśli podobne scenariusze się powtórzą, entuzjazm szybko zamieni się w rozpacz.

Nie działa Pan racjonalnie. To nie jest działanie w interesie gminy. Sekretarz wprost przyznał, że nie policzono kosztów, jakie gmina poniesie z tytułu opłat za zajęcie pasa drogowego. Proszę zauważyć kontrast: gdy kupuje Pan telewizor za trzy tysiące złotych, porównuje Pan oferty, szuka promocji, analizuje raty. Gdy jednak w grę wchodzi milion złotych pieniędzy publicznych – słyszymy: „ja chcę i tak będzie”. Po mnie choćby potop.

To nie jest postawa przedstawiciela wspólnoty. To postawa dziecka, które dostało zabawkę i nie zamierza słuchać nikogo innego.

Po lekturze Pana maila pozostaje jeszcze jedna, zasadnicza kwestia: nie podał Pan ani jednego merytorycznego argumentu przemawiającego za przekazaniem drogi. Ani jednego. Czy to nie powinno nikogo zaniepokoić?

Upiera się Pan przy tym nieracjonalnym pomyśle, bo doskonale Pan wie, że to nie Pan za niego zapłaci. Zapłacą mieszkańcy. Ja. My wszyscy. Dlatego zapalam światło. Po to, by każdy mógł zobaczyć, co naprawdę jest nam szykowane – zanim rachunek zostanie wystawiony.

Argumenty:

Pana Argumenty ZaArgumenty moje przeciw
1. Jestem orędownikiem i zrobię wszystko. Żadnego merytorycznego argumentu. 1. Przekazujemy drogę, która jest majatkiem całej Gminy
2. Spłacimy jeszcze około milion złotych od tej oddanej drogi
3. Dojdą opłaty za zajęcie pasa
4.  Pradopodobne tragedie ludzkie z rozgraniczaniem pasa drogowego z ich działkami

Pisze Pan, z iloma mieszkańcami Rudawki rozmawiałem. Pozwolę sobie zapytać inaczej: dlaczego miałbym rozmawiać wyłącznie z nimi? Rudawka jest częścią gminy, nie autonomiczną wyspą. Jej mieszkańcy są fragmentem wspólnoty, a nie wspólnotą samą w sobie.

Gdyby konsekwencje tej decyzji dotyczyły wyłącznie ich – gdyby tylko oni mieli ponosić koszty, spłacać zobowiązania i mierzyć się z długofalowymi skutkami – wtedy rzeczywiście mogliby decydować sami. Ale tak nie jest. Decyzja, o której mówimy, obciąża wszystkich mieszkańców gminy. Każdego podatnika. Każdą rodzinę. Każdego, kto tu mieszka i płaci daniny publiczne. A skoro koszty są wspólne, to głos również powinien być wspólny.

Chyba że zmierzamy w stronę modelu, w którym wybrani decydują, a reszta ma tylko milczeć i płacić. Chyba że – wzorem Pani Przewodniczącej – zamierza mnie Pan rozliczać nie z argumentów, lecz z samego faktu zadawania pytań. Jeśli tak, to pozwolę sobie na symetrię.

Odwróćmy role. Proszę o udostępnienie protokołów z zebrań. Proszę wskazać, ilu mieszkańców gminy faktycznie uczestniczyło w podejmowaniu tej decyzji. Proszę pokazać, kiedy i w jakiej formie zapadło rozstrzygnięcie w imieniu blisko dwóch tysięcy osób.

Bo jeśli okaże się, że o sprawach obciążających całą gminę zdecydowała garstka ludzi – bez realnych konsultacji, bez rzetelnej informacji, bez mandatu społecznego – to problemem nie będzie liczba moich rozmów. Problemem będzie sposób sprawowania władzy

A już 16 stycznia w nocy „Tajemnicze spotkanie 31 grudnia. Ustalenia, milczenie i konsekwencje”

31 grudnia. Dla większości mieszkańców — koniec roku, przygotowania do świętowania, symboliczna chwila podsumowań. Dla części urzędników i osób funkcyjnych w gminie — dzień cichego spotkania, o którym mieszkańcom nie powiedziano nic. Ani przed, ani po.

To nie jest tekst o drobnej pomyłce urzędniczej. To tekst o tym, jak mieszkańcy gminy byli okradani — w świetle dokumentów, ustaw, interpretacji i działań, które z podstawami prawnymi miały niewiele wspólnego. A momentami — nie miały ich wcale.

To także kalendarium. Precyzyjne. Pokazujące:

  • kto i kiedy wiedział,
  • kto został poinformowany,
  • kto milczał,
  • a kto — co gorsza — kłamał w oficjalnych pismach, by w rozmowach nieoficjalnych przyznawać, że „sprawa jest problematyczna”, „może być przestępstwo”, ale… nic z tym nie zrobią.

Co zrobił pracownik urzędu, który jako pierwszy miał wiedzę o problemie?
Co zrobił Sekretarz Gminy, gdy przedstawiono mu wątpliwości?
Jak zachował się Wójt — jako organ wykonawczy i jako osoba odpowiedzialna za legalność działań urzędu?

I wreszcie: gdzie byli radni?
Przewodniczący komisji rewizyjnej — tej samej, która z definicji ma patrzeć władzy na ręce.
Przewodnicząca Rady Gminy — strażniczka procedur i porządku obrad.

Jak długo trwało to oszukiwanie mieszkańców?
I dlaczego narracja zaczęła się gwałtownie zmieniać dopiero w chwili, gdy padła jasna informacja: sprawa trafi do sądu?

Bo wtedy nagle:

  • „trzeba to jeszcze raz przeanalizować”,
  • „być może doszło do nieporozumienia”,
  • „sprawa nie jest taka jednoznaczna”.

A wcześniej była jednoznaczna. I wygodna.

Na koniec pozostaje jeszcze jedno pytanie — być może najważniejsze.
Czy mecenas reprezentujący Gminę wiedział o problemie wcześniej?
A jeśli wiedział — dlaczego dopuścił do dalszych działań?
I co powiedział, gdy zarzuty zostały mu przedstawione wprost, twarzą w twarz, bez urzędowych formułek i bez miejsca na ucieczkę w ogólniki?

To nie jest tekst o emocjach.
To jest tekst o odpowiedzialności.
I o tym, że władza lokalna bardzo często liczy na jedno: że mieszkańcy nie będą drążyć.

Tym razem ktoś drąży.

GOPS, czyli „mamy wszystko pod kontrolą”

Chciałbym podziękować Wójtowi. Tak — podziękować.
Bo są sytuacje, w których różnice poglądów schodzą na dalszy plan, a liczy się jedno: reakcja. Szybka, rzeczowa i ludzka.

To, co opisuję poniżej, wydarzyło się naprawdę. Wiem, że ten tekst może się wielu osobom nie spodobać. Ale nie po to się go pisze, by było miło. Pisze się go po to, by nazwać rzeczy po imieniu.

Niedziela, Płaska. Msza o 13.00. Tym razem nietypowa była pogoda — lekki mróz i intensywny opad śniegu, który w ciągu godziny zasypał samochody stojące na parkingu przy kościele. Wracam ulicą Orlą. Przede mną i za mną jadą auta ludzi wracających z kościoła. Ta sama wspólnota. To samo wyznanie. To samo poczucie spełnionego obowiązku.

Po lewej stronie jezdni idzie starsza kobieta. Ubrana zupełnie nieadekwatnie do warunków: bez czapki, bez ciepłego okrycia, z przemoczonymi nogami. Jej twarz zdradza pierwsze oznaki wychłodzenia. Próbuje zatrzymywać samochody.

Nikt się nie zatrzymuje.
Nikt nie zwalnia.
Nikt nie zapyta.

Czy to jest miłość bliźniego?
Czy to jest wspólnota?

Nie moralizuję. Powiem tylko jedno — życiowo. Kiedyś to może być wasze dziecko, wasz rodzic albo wasz współmałżonek, który stanie na drodze i będzie prosił o pomoc. A gdy nikt się nie zatrzyma, nazwiecie to znieczulicą społeczną. Przypomnijcie sobie wtedy tę niedzielę, kiedy pięć minut było ważniejsze niż drugi człowiek.

Pomogłem, jak potrafiłem. Może nieidealnie, ale po ludzku. Kobieta nie pamiętała nawet, gdzie mieszka. Nie wiedziałem, czy dzwonić na policję. Zadzwoniliśmy więc do Wójta. Odebrał. Spokojnie, rzeczowo ustaliliśmy dalsze kroki i wysłanie służb gminnych. W wielu sprawach można się spierać — ale tutaj zobaczyłem empatię i realne działanie.

I na tym historia mogłaby się skończyć.

Kilka dni później żona, jadąc do pracy, zauważyła tę samą kobietę. Tym razem leżała w zaspie śniegu. Było –10 stopni mrozu. Nie potrafiła wstać. Nie miała jednego buta. Twierdziła, że „idzie do wsi po pomoc”.

Zadzwoniliśmy. Znów zareagował Wójt. Tak, jak powinien zareagować każdy odpowiedzialny człowiek pełniący funkcję publiczną. Również osobiście w domu kobiety. Tak jak włodarz którego chciałbym pokazać wszystkim. A po wszystkim zadzwonił i poinformował o podjętych działaniach. Tyle. I aż tyle. Szacun i czapka z głów.

Jest jednak druga strona tej historii. Ciemna.

Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa usłyszane w rozmowie z GOPS-em:
„Proszę się nie przejmować, wszystko mamy pod kontrolą.”

Pod jaką kontrolą?

Kilka dni wcześniej ta sama instytucja była w domu tej kobiety — domu, w którym temperatura była taka jak na zewnątrz. Zareagowano tylko dlatego, że ktoś się zatrzymał, a Wójt wezwał pomoc. Kobieta najwyraźniej chora — skoro po odprowadzeniu do domu wychodziła w śnieżycę, a później nie wiedziała, gdzie mieszka.

Dziesięć dni później sytuacja była jeszcze gorsza.

Jeśli ja, przejeżdżając tą ulicą trzy razy, widzę dwie sytuacje zagrażające życiu, to ile takich sytuacji wydarzyło się pomiędzy?

Czy naprawdę musi dojść do tragedii?
Do pogrzebu, na którym wszyscy będą opowiadać, jak bardzo się starali — byle tylko usprawiedliwić własną obojętność?

Praca w GOPS-ie to nie jest etat „od–do”. To praca z ludźmi słabymi, często chorymi, po traumach, zagubionymi, gdzie patologia to no czasami norma. A więc to odpowiedzialność. To konieczność przewidywania skutków i reagowania, zanim stanie się najgorsze.

Nie sztuką jest siedzieć w pierwszej ławce w kościele.
Sztuką jest dostrzec bliźniego tam, gdzie jest najsłabszy.

Żeby było jasne — nie mówię o pracownikach terenowych. O ludziach, którzy codziennie mierzą się z dramatami, biedą i brakiem środków. Ich praca jest ciężka i często niewdzięczna. Zajęli się Panią, według mnie profesjonalnie. W życiu nie powiem złego słowa.

Mówię wyłącznie o kierownictwie. O osobie, która ewidentnie straciła kontakt z rzeczywistością, a miarą pracy uczyniła jedynie comiesięczną wypłatę. O kimś, kto trwa do emerytury, bo wie, że nikt jej nie zatrudni — zamiast działać.

Nie płacę podatków na czyjeś „trwanie do emerytury”.
Płacę na pomoc, empatię i realne działania.

I na koniec — do mieszkańców gminy.
Nie zgadzajcie się na bylejakość. Na urzędników, którzy dbają wyłącznie o własny komfort.

Starzejemy się. Dzieci wyjadą. Zostaniemy sami.
Zdani na takie „kontrole”.

I to jest problem, którego nie wolno zamiatać pod dywan.

Wójcie, czy naprawdę nie widzisz, ze obecna kierownik to gwarancja równi pochyłej na miarę skoczni Małysza ?

Obieg dokumentów w Radzie Gminy

Trochę współczuję Wójtowi. Nie dlatego, że jego decyzje regularnie rodzą problemy dla mieszkańców, a stan finansów Gminy jest coraz gorszy – do tego zdążyliśmy się już niestety przyzwyczaić. Bardziej dlatego, że w dół ciągnie go również Przewodnicząca Rady Gminy. I to z impetem.

To jej działania doprowadziły do dramatycznej sytuacji w GOK. To jej bierność sprawiła, że osoby odpowiedzialne za doprowadzenie gminy do finansowej zapaści za poprzedniej władzy nigdy nie zostały realnie rozliczone. To wreszcie jej styl zarządzania Urzędem (tak Urzędem !!) powoduje, że praca urzędu jest dziś nieefektywna, chaotyczna i coraz wyraźniej szkodliwa dla interesu gminy. I wreszcie – to ona nie wykonuje swojego podstawowego obowiązku: kontroli Wójta. Obowiązku, za który co miesiąc pobiera wynagrodzenie.

Ale po kolei. Dziś zatrzymajmy się przy obiegu dokumentów w Radzie Gminy. A właściwie – przy ich selektywnym „obiegu” i systemowym ukrywaniu informacji przed radnymi.

Zobowiązałem się nie relacjonować pewnego spotkania, więc ograniczę się do faktów. Zostałem poinformowany, że nieprzekazywanie korespondencji radnym było winą pracownicy obsługującej Radę Gminy. Co więcej, usłyszałem, że również sama Przewodnicząca padła ofiarą tej sytuacji.

Ponieważ jednak mówimy o działaniach, które – jeśli byłyby prawdziwe – stanowiłyby rażące naruszenie prawa, w tym prawa pracy, zadałem jedno proste pytanie: czy pracownik został z tego powodu zwolniony? Odpowiedź „nie” była momentem przełomowym. Wtedy wszystko stało się jasne. To nie był żaden „błąd pracownika”. Te informacje były celowo zatrzymywane przez Przewodniczącą.

W mijającym tygodniu skierowałem do Wójta szereg pytań dotyczących uchwał przez niego przygotowanych, a niekorzystnych dla zwykłych mieszkańców. Zadałem także pytania – poparte konkretnymi przepisami – o działania pozaprawne związane z obciążaniem mieszkańców gminy opłatami i podatkami. Na koniec poruszyłem kwestię rozliczenia imprezy Rock Water oraz bezpieczeństwa pieszych korzystających z mostku.

Przewodnicząca, na wyraźne wezwanie, potwierdziła otrzymanie kopii tej korespondencji. Nie wyjaśniła jednak, dlaczego – mimo jednoznacznej prośby – nie przekazała jej radnym.

Dlaczego? Czy dlatego, że ujawnienie skali problemów wymagałoby uczciwej rozmowy z radnymi, a ta mogłaby skończyć się utratą stanowiska? Odpowiedź na to pytanie poznamy wkrótce. I będzie ona jednocześnie odpowiedzią na pytanie o realny układ sił w gminie.

Jeżeli Przewodnicząca – choćby z powodów zdrowotnych – ustąpi ze stanowiska, będzie to znak, że demokracja w Płaskiej jeszcze działa, a władza nie jest zamknięta w szczelnym kręgu decyzyjnym, o którym od miesięcy mówią osoby dobrze poinformowane. Zapewniam: wielu byłoby zaskoczonych, gdyby oficjalnie ujawniono, kto faktycznie podejmuje dziś decyzje w gminie.

Jeżeli jednak wszystko pozostanie „po staremu” i nie dojdzie do żadnych zmian, będzie to oznaczało tylko jedno: ktoś trzyma wszystkie lejce bardzo mocno. I nie zamierza ich oddać.

Stoimy więc przed pytaniem zasadniczym, którego dłużej nie da się zamiatać pod dywan. Czy mamy do czynienia jedynie ze szkodliwym działaniem pojedynczego urzędnika, skupionego wyłącznie na utrzymaniu władzy i realizacji własnych interesów? Czy może przekroczony został już ten niebezpieczny próg, za którym zaczyna się trwała, szczelna struktura zależności – system wzajemnych osłon, milczenia i lojalności, przypominający mechanizmy znane z organizacji mafijnych?

Bo problem przestaje dotyczyć błędów, niekompetencji czy nawet złej woli jednej osoby. Problemem staje się sytuacja, w której nikt nie reaguje, nikt nie pyta, nikt nie rozlicza. Gdy instytucje kontrolne milczą, radni nie wiedzą – albo nie chcą wiedzieć – a dokumenty „znikają” w drodze do adresatów. To nie jest już chaos. To jest porządek. Bardzo konkretny porządek, oparty na strachu, interesach i wygodzie.

I właśnie dlatego to pytanie jest dziś tak ważne. Bo od odpowiedzi zależy, czy mówimy jeszcze o gminie prawa na poziomie lokalnym, czy już o układzie, w którym władza chroni samą siebie, a obywatel ma pełnić wyłącznie rolę płatnika i statysty.

Most dla pieszych nad kanałem, ważne pytania

W kilku punktach przedstawię fakty, celowo rezygnując z prywatnych komentarzy oraz emocjonalnych ocen. Zostaną one ujęte w formie pytań, aby każdy mógł samodzielnie wyciągnąć stosowne wnioski.

  1. Urząd Gminy odmawia udzielenia jednoznacznych odpowiedzi na pytania dotyczące przeglądów budowlanych. Jedyna otrzymana odpowiedź została sformułowana w sposób ogólnikowy i nieprzekazujący żadnych konkretnych informacji. Czy taka postawa organu wykonawczego nie rodzi wątpliwości co do transparentności działań Wójta?
  2. W trakcie zawodów mostek nie posiadał aktualnego przeglądu budowlanego, a zalecenia wynikające z poprzedniego przeglądu nie zostały zrealizowane. Czy, mając wiedzę o obniżonej nośności obiektu oraz braku wykonania wymaganych napraw, dopuszczenie do korzystania z mostu przez grupę biegaczy można uznać za działanie racjonalne i odpowiedzialne?
  3. Czy organizatorzy imprezy powinni zostać poinformowani o istniejących problemach technicznych mostu, na którym odbywał się fragment wydarzenia?
  4. Czy świadomość, że w momencie startu zawodów dopuszczalna nośność mostu mogła zostać przekroczona, nie powinna stanowić podstawy do zmiany wcześniejszych decyzji organizacyjnych? Czy w tym przypadku priorytetem było bezpieczeństwo uczestników, czy raczej realizacja założonych celów wizerunkowych?
  5. Z informacji wynika, że dopuszczalne obciążenie mostu wynosi 150 kg/m². Próba zweryfikowania tej wartości napotyka jednak trudności, ponieważ protokół z przeglądu nie został udostępniony opinii publicznej. Należy zauważyć, że nawet dwie dorosłe osoby poruszające się obok siebie na spacerze mogą generować nacisk przekraczający wskazany limit. Czy w tej sytuacji działania urzędników Urzędu Gminy Płaska można uznać za racjonalne i podyktowane troską o bezpieczeństwo mieszkańców, czy też stanowią one nieuzasadnione ryzyko i narażanie ludzi na potencjalne zagrożenie? Czy most nie powinien być w trybie natychmiastowym doraźnie naprawiony albo wyłączony z użytku, aby uniknąć nieszczęścia?

Augustowski festiwal biegowy 2025

Już jutro spróbujemy odpowiedzieć na pytania, które nie powinny w ogóle paść dopiero po fakcie. Czy ambicja i potrzeba pokazania rozmachu okazały się ważniejsze niż elementarne obowiązki związane z zapewnieniem bezpieczeństwa uczestnikom wydarzenia? Czy w pogoni za efektownością nie zignorowano sygnałów, które powinny zapalić czerwone światło?

I wreszcie pytanie najważniejsze, choć zarazem najbardziej niepokojące: czy dziś możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć, że korzystanie z pieszego mostu nad kanałem jest bezpieczne? To kwestie, które wymagają jasnych odpowiedzi — bez wymijania, bez uspokajających frazesów i bez przerzucania odpowiedzialności.

A przede wszystkim jakie mamy dokumenty.