Szkoła Schrödingera: dopuszczona, ale bez pozwolenia

Szkoła to chyba nasze najcenniejsze gminne aktywo, więc tym razem nie będzie śmieszkowania. Idziemy w konkrety.

Poniżej publikuję dokumenty, które otrzymałem z Gminy. Ponieważ nie każdy zna procedury budowlane, zaczynam od prostego podsumowania. Następnie przedstawiam moje pytania, odpowiedzi Gminy oraz dokumenty, aby każdy mógł sam sprawdzić, czy przedstawione przeze mnie wnioski mają w nich potwierdzenie.

  1. Podsumowując: 1 września wydano pozwolenie na użytkowanie jedynie części parteru szkoły. W protokole odbioru z 10 czerwca zapisano natomiast, że roboty objęte umową i aneksami wykonano w 100%, bez usterek i bez dodatkowych ustaleń. Dwa miesiące później Gmina sama wystąpiła jednak o pozwolenie na użytkowanie przed wykonaniem wszystkich robót. Bez tabeli rozliczeniowej, która według protokołu stanowiła jego załącznik, nie możemy sprawdzić, jak pogodzono te dwa stwierdzenia. Mam tylko nadzieję, że nie była to nagroda za sponsorowanie Rock Water: 8 000 zł w 2025 r. i 6 150 zł w 2026 r. Tym bardziej że, według mojej obecnej wiedzy, przekazaliśmy Izotermowi dodatkowo 100 000 zł.

Czy ostatnie 1,71 mln zł zostało już wypłacone wykonawcy?

  • Gmina w oficjalnej odpowiedzi twierdzi, że 22 czerwca, podczas uroczystości, budynek albo jego część były formalnie dopuszczone do użytkowania. Problem polega na tym, że przekazane pozwolenie na użytkowanie wydano dopiero 1 września 2026 r., czyli ponad dwa miesiące później. Gmina nie wskazała, która dokładnie część budynku miała być dopuszczona 22 czerwca ani na podstawie jakiego wcześniejszego dokumentu.
  • Część wyremontowanej powierzchni w dalszym ciągu nie ma prawa użytkowania, które zostanie udzielone gdy prace zostaną zakończone zgodnie z projektem.
  • W odpowiedzi Gminy jest wewnętrzna sprzeczność. W punkcie 6d Gmina odpowiada, że 22 czerwca budynek albo jego część były formalnie dopuszczone do użytkowania. Jednocześnie w punkcie 7 przyznaje, że nie posiada dokumentu, decyzji ani uzgodnienia dotyczącego podstawy wpuszczenia uczestników uroczystości. Kto zatem odpowiadał tego dnia za bezpieczeństwo gości i na jakiej podstawie udostępniono im wyremontowaną część budynku?
  • Protokół odbioru robót z 10 czerwca 2026 r., podpisany między innymi przez zastępcę Wójta Annę Ciężkowską-Zalewską, jest – według mojej obecnej wiedzy – niezgodny ze stanem faktycznym i potwierdza nieprawdę. Pani Anno, nie miała Pani prawa podpisać dokumentu zawierającego takie stwierdzenia, w szczególności jego punkt pierwszy. To działanie na szkodę Gminy. Podpisała Pani głupoty, pieniądze dla wykonawcy zostaną wypłacone, a kto teraz będzie usuwał usterki? Może Pani? Dla mnie to przestępstwo urzędnicze. Ile będzie kosztowało usunięcie „jeziorka”?
  • Jak to jest, że komisja w osobie Anny Ciężkowskiej Zalewskiej10 czerwca stwierdza wykonanie 100% inwestycji, a w dniu 28 sierpnia ta sama Pani Anna Ciężkowska- Zalewska stwierdza

Z całym szacunkiem, ale ktoś tutaj jest wg mnie niekompetentny lub kłamie w zależności od sytuacji lub wchodzą w grę inne czynniki. To spowodowało, ze zasięgnąłem informacji o tej osobie. O tym będzie osobny post, ale już dzisiaj widać, że to jest chore.

  • I na koniec ważny szczegół. Decyzja została wydana 1 września i tego samego dnia stała się ostateczna. A Starostwo nie pracuje od 7.00 🙂 . Nie mogło to nastąpić wskutek zwykłego upływu czternastodniowego terminu na odwołanie. Oznacza to, że osoba uprawniona do reprezentowania Gminy najprawdopodobniej jeszcze tego samego dnia zrzekła się prawa do wniesienia odwołania. Kto złożył takie oświadczenie? O której godzinie doręczono decyzję Gminie? Czy nastąpiło to przed rozpoczęciem zajęć, czy już po nim? I dlaczego oświadczenia o zrzeczeniu się odwołania nie przekazano, chociaż wnioskowałem o całą korespondencję z PINB? Gmina chciała uruchomić szkołę 1 września tak pilnie, że tego samego dnia odebrała decyzję i zrezygnowała z prawa do jej zaskarżenia. Dokument potwierdzający, kto i kiedy podjął tę decyzję, nie znalazł się jednak w odpowiedzi na informację publiczną.

PYTANIA NA KTÓRE Z JAKIS POWODÓW NIE UDZIELONO ODPOWIEDZI A TO ONE BYŁY PODSTAWĄ ZAPYTANIA:

Dzień dobry,

proszę o uzupełnienie odpowiedzi na mój wniosek dotyczący remontu Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Płaskiej.

Najważniejsza wątpliwość dotyczy odpowiedzi na punkty 6d i 7.

W odpowiedzi na pytanie 6d Gmina wskazała, że 22 czerwca 2026 r. budynek albo jego część były formalnie dopuszczone do użytkowania. Jednocześnie w odpowiedzi na punkt 7 Gmina poinformowała, że nie posiada dokumentu, decyzji ani uzgodnienia stanowiącego podstawę przebywania uczestników uroczystości w budynku.

Co więcej, jedynym udostępnionym dokumentem potwierdzającym dopuszczenie obiektu do użytkowania jest decyzja PINB wydana dopiero 1 września 2026 r. Decyzja ta obejmuje wyłącznie część parteru budynku i nie działa wstecz.

Proszę zatem o jednoznaczne wyjaśnienie:

  • na jakiej dokładnie podstawie prawnej i faktycznej udzielono odpowiedzi „tak” w punkcie 6d;
  • która konkretnie część budynku była 22 czerwca formalnie dopuszczona do użytkowania;
  • jaki dokument obowiązujący 22 czerwca potwierdzał to dopuszczenie;
  • czy uroczystość odbywała się w części objętej takim dopuszczeniem – zdjęcia na stronach mediów w Augustowie czy też posła RP sugerują, ią były zrobione w części remontowanej przez IZOTERM;
  • jeżeli Gmina nie posiada takiego dokumentu, czy odpowiedź udzielona w punkcie 6d była nieprawidłowa.

Odbiór od wykonawcy przeprowadzono 10 czerwca 2026 r., wniosek do PINB złożono dopiero 28 sierpnia, a pozwolenie na użytkowanie części obiektu wydano 1 września – tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Trudno przyjąć, że przez ponad dwa miesiące nie prowadzono w tej sprawie żadnych rozmów, ustaleń ani korespondencji. Potwierdzają to również nieoficjalne informacje.

Proszę zatem o przekazanie:

  1. całej korespondencji Gminy z PINB prowadzonej od 10 czerwca do 1 września 2026 r., w tym pism, e-maili, wezwań, odpowiedzi i notatek z ustaleń;
  2. dokumentów dotyczących niewykonanej windy oraz ewentualnych zastrzeżeń PINB w tym zakresie;
  3. zgłoszenia zakończenia robót dokonanego przez wykonawcę;
  4. tabeli rozliczeniowej stanowiącej załącznik do protokołu odbioru z 10 czerwca;
  5. oświadczenia o zrzeczeniu się prawa do wniesienia odwołania od decyzji z 1 września 2026 r., wraz z informacją, kto i o której godzinie je złożył.

Proszę o przesłanie dokumentów elektronicznie na adres, z którego wysłano niniejszą wiadomość.

Z poważaniem

DOKUMENTY

MOJE PYTANIA JAKIE ZADAŁEM GMINIE I OCZEKIWAŁEM ODPOWIEDZI:

działając na podstawie:

  • art. 1 ust. 1 i art. 2 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej;
  • art. 3 ust. 1 pkt 1 i 2 tej ustawy, przewidującego prawo do uzyskania informacji publicznej oraz wglądu do dokumentów urzędowych;
  • art. 4 ust. 1 pkt 1 oraz ust. 3 tej ustawy, określającego obowiązek udostępnienia informacji przez organy władzy publicznej będące w jej posiadaniu;
  • art. 6 ust. 1 pkt 1 lit. c, pkt 3 lit. d i e, pkt 4 lit. a–c oraz pkt 5 lit. c tej ustawy;
  • art. 10 ust. 1 i art. 14 ust. 1 tej ustawy,

zwracam się z wnioskiem o udostępnienie poniższych informacji publicznych oraz elektronicznych kopii dokumentów dotyczących remontu Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Płaskiej.

Wniosek składam w związku z pytaniami mieszkańców, w tym rodziców dzieci uczęszczających do tej placówki.

  1. Proszę o podanie daty odbioru końcowego inwestycji.
  2. Proszę o udostępnienie elektronicznej kopii protokołu odbioru końcowego robót wraz ze wszystkimi załącznikami, w szczególności wykazem stwierdzonych wad, usterek, robót niedokończonych oraz terminami ich usunięcia lub wykonania.
  3. Proszę o informację, na jakiej podstawie prawnej i faktycznej budynek został albo ma zostać dopuszczony do użytkowania po przeprowadzonych robotach, a w szczególności:

a) czy organ nadzoru budowlanego wydał zaświadczenie o braku podstaw do wniesienia sprzeciwu;

b) czy złożono wniosek o wydanie pozwolenia na użytkowanie budynku lub jego części;

c) czy została wydana decyzja o pozwoleniu na użytkowanie budynku lub jego części;

d) czy pozwolenie na użytkowanie zawiera warunki, ograniczenia albo obowiązek wykonania pozostałych robót w określonym terminie.

  1. Proszę o udostępnienie elektronicznych kopii wszystkich dokumentów wymienionych w pkt 3, które zostały sporządzone przez Gminę Płaska albo znajdują się w jej posiadaniu, w szczególności:
  • decyzji o pozwoleniu na użytkowanie;  
  • ewentualnego sprzeciwu organu;
  • postanowień, wezwań i decyzji organów nadzoru budowlanego;
  • dokumentów dotyczących warunkowego lub częściowego dopuszczenia budynku do użytkowania.
  1. Na podstawie art. 6 ust. 1 pkt 4 lit. a–c ustawy o dostępie do informacji publicznej proszę o udostępnienie całej korespondencji znajdującej się w posiadaniu Gminy Płaska, prowadzonej w związku z zakończeniem inwestycji i dopuszczeniem budynku do użytkowania z:
  • Powiatowym Inspektoratem Nadzoru Budowlanego;
  • Wojewódzkim Inspektoratem Nadzoru Budowlanego – jeżeli taka korespondencja wystąpiła.

Wniosek obejmuje pisma przychodzące i wychodzące, wiadomości e-mail, wnioski, zawiadomienia, wezwania, odpowiedzi, postanowienia, decyzje, protokoły kontroli oraz inne dokumenty znajdujące się w aktach sprawy.

  1. Jaki był formalny i faktyczny stan realizacji inwestycji w dniu 22 czerwca 2026 r.?

Proszę w szczególności o wskazanie:

a) czy wszystkie roboty objęte umową z wykonawcą były w tym dniu zakończone;

b) czy wykonawca zgłosił zakończenie robót;

c) czy został przeprowadzony odbiór końcowy inwestycji;

d) czy budynek albo jego część były w tym dniu formalnie dopuszczone do użytkowania;

7.     Jeżeli 22 czerwca 2026 r. budynek albo część budynku, w której odbywała się oficjalna uroczystość, nie były jeszcze formalnie dopuszczone do użytkowania, proszę o wskazanie dokumentu, decyzji, uzgodnienia lub innej podstawy, na której dopuszczono możliwość przebywania w budynku uczestników tej uroczystości;

Na podstawie art. 14 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej proszę o udostępnienie odpowiedzi oraz kopii dokumentów w formie elektronicznej, poprzez przesłanie ich na adres e-mail, z którego został wysłany niniejszy wniosek.

Jeżeli dokumenty zawierają informacje podlegające ustawowej ochronie, proszę o ich udostępnienie po anonimizacji danych chronionych, a nie o odmowę udostępnienia dokumentów w całości.

Zgodnie z art. 13 ust. 1 ustawy informacja publiczna powinna zostać udostępniona bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku. Jeżeli zachowanie tego terminu nie będzie możliwe, proszę – zgodnie z art. 13 ust. 2 ustawy – o powiadomienie o przyczynach opóźnienia oraz wskazanie terminu udostępnienia informacji.

W przypadku odmowy udostępnienia informacji publicznej albo umorzenia postępowania proszę o wydanie decyzji administracyjnej zgodnie z art. 16 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej, z podaniem konkretnej podstawy prawnej odnoszącej się do każdego nieudostępnionego dokumentu lub zakresu informacji.

Z poważaniem

Wróciłem z Płaskiej. Wszystko po staremu

Wróciłem z Płaskiej i co mogę powiedzieć?

Po staremu.

– Na skrzyżowaniu ulic Kąty i Orlej nadal są dziury. Jedną z nich miejscowo zasypano… czarną ziemią. Drogownictwo ekologiczne.

– Szlaban przy szkole przewraca się już ponad miesiąc. I nie, Panie Wójcie, to nie jest wyłącznie wina tego busa. Przecież ten szlaban nie działał prawidłowo nawet podczas odbioru. A likwidacja szkody z OC naprawdę musi trwać tak długo? Sam zajmuję się podobnymi sprawami i wiem, że można to zrobić sprawniej. Tak max 14 dni.

– Za budynkiem Urzędu Gminy rośnie bałagan. Worki z odpadami leżą oparte o ścianę. Najwyraźniej czekają, aż same się zutylizują.

Dzień jak co dzień.

A co nas czeka w tym tygodniu?

– Odbiór szkoły. Otrzymałem dokumenty. Będziecie się śmiać, chociaż właściwie należałoby zapłakać.

– Możliwe naruszenia prawa przez dyrektora szkoły, Wójta, dyrektora GOK — jeżeli nasze ustalenia się potwierdzą — oraz pana, którego na razie nazwijmy Patrykiem. W tle potencjalna kara sięgająca 1,2 mln zł.

– Temat nieoczywisty. O pewnym zwierzątku z rodziny łasicowatych. Z daleka wygląda sympatycznie: smukłe, inteligentne i sprytne. Z bliska opinie osób pracujących w Gminie i od niej zależnych są już znacznie mniej przyjemne. Sprawdzimy, ile w tych opowieściach jest prawdy.

A na początek — dzisiaj w nocy – szkoła.

Gmina twierdzi, że 22 czerwca budynek był formalnie dopuszczony do użytkowania. Tymczasem wniosek o pozwolenie złożyła dopiero 28 sierpnia, a decyzję otrzymała 1 września.

W czerwcu odebrano 100% robót, bez żadnych usterek. W sierpniu Gmina przyznała jednak, że nie wykonano wszystkich prac. Nie przekazano również tabeli rozliczeniowej, chociaż protokół odbioru wyraźnie wskazuje ją jako załącznik.

Jak można odebrać 100% czegoś, co nie zostało ukończone?

Na jakiej podstawie wpuszczono ludzi do budynku 22 czerwca?

I dlaczego zamiast całej korespondencji otrzymaliśmy tylko jeden protokół?

Szczegóły wkrótce. Pokażemy dokumenty, daty i sprzeczności. Bez domysłów. Czarno na białym.

Stabilność po płaszczańsku. Wykonawca się nie zmienia, tylko dokumentacja… na gorsze

Po ostatnim artykule widać, że wzburzenie jest duże. Dziękuję również za komentarze i zadawane pytania.

Nie znam odpowiedzi na wszystkie. I trudno się temu dziwić.

Wójt ukrywa dokumenty, istotne informacje trzeba z Urzędu wyciągać kawałek po kawałku, a odpowiedzi są zazwyczaj konstruowane tak, aby formalnie odpowiedzieć, lecz faktycznie niczego nie wyjaśnić.

Przerabialiśmy to już przy rozliczeniach za wodę.

Ponad rok zajęło mi wykazanie, że mieszkańcy zostali niewłaściwie rozliczeni. Przez cały ten czas Michał Skubis, Maciej Zdancewicz i Katarzyna Tomczyk przekonywali, że wszystko jest w porządku. Słyszeliśmy, że nie ma możliwości technicznych, że być może przepisy naszej Gminy nie pozwalają rozliczać tego inaczej, że przecież chciano dobrze i właściwie niczego więcej zrobić się nie dało.

Do sprawy zaprzęgnięto nawet Komisję Skarg, Wniosków i Petycji. Marek Sudnik, Ewa Citkowska i Ewa Ślepska uznali, że czarne jest białe, białe jest czarne, po czym – niczym Piłat – umyli ręce.

Dopiero kiedy znudziła mi się ta zabawa i poinformowałem, że dysponuję urządzeniem pozwalającym sprawdzić przedstawiane nam wyjaśnienia, nagle pojawiły się „nowe okoliczności”.

Pani Przewodnicząca Katarzyno Tomczyk – nie zamierzam już ułatwiać Pani wycofywania się z wcześniejszych twierdzeń. Może Pani przeprosić mieszkańców i wyjaśnić, dlaczego przez tak długi czas przekazywała im Pani informacje niezgodne z rzeczywistością. W przeciwnym razie mieszkańcy będą mieli prawo nazywać Panią kłamczuszkiem vel Pinokio w spódnicy.

Ale wróćmy do dróg.

Rok 2024

W kosztorysie Urzędu Gminy Płaska na utrzymanie dróg przewidziano 300 tys. zł.

Zwycięska oferta opiewała na około 128 tys. zł. Pozostałe dwie wynosiły około 189 tys. zł i 210 tys. zł.

Kto wygrał? Wiadomo.

Ile ostatecznie wystawiono faktur? Na jakie kwoty? Za jakie ilości kruszywa i jakie faktycznie wykonane prace?

Z opublikowanych dokumentów tego się nie dowiemy.

Rok 2025

Wartość zamówienia oszacowano na około 175 tys. zł. Samego postępowania nie znalazłem w BIP Gminy Płaska – dane pochodzą z platformy e-Zamówienia.

Zwyciężył, o dziwo, ten sam wykonawca co rok wcześniej. Ponownie zaoferował około 128 tys. zł. Konkurenci przedstawili oferty w wysokości około 140 tys. zł i 177 tys. zł.

Ile ostatecznie zapłaciła Gmina? Ile wystawiono faktur i czego dokładnie dotyczyły?

Z publicznie dostępnych dokumentów znów tego nie wiadomo.

Rok 2026

Wartość zamówienia oszacowano już na około 369 tys. zł.

Wygrał ten sam wykonawca, tym razem z ofertą wynoszącą około 157 tys. zł. Jedyny konkurent zaproponował około 203 tys. zł.

Ile faktur wystawiono lub jeszcze zostanie wystawionych? Jakie ilości materiału zostały zamówione, dostarczone i wbudowane? Kto sprawdzał ich jakość? Jak wyglądały odbiory?

Na razie – cisza.

Jednak bez faktur oglądamy jedynie połowę obrazu. Tę połowę, którą Urząd zdecydował się nam pokazać.

Bo np jak wytłumaczyć skok przewidywanej kwoty przez Urząd o 100% rok do roku?

Trzy lata, jeden wykonawca

Dlaczego od trzech lat wygrywa ten sam przedsiębiorca, skoro mieszkańcy regularnie skarżą się na fatalny stan dróg, sposób wykonywania prac oraz jakość stosowanego materiału?

Samo wygrywanie kolejnych przetargów przez jedną firmę nie jest oczywiście niczym nielegalnym. Jeżeli składa najkorzystniejszą ofertę i spełnia warunki postępowania, może wygrywać nawet przez następnych dziesięć lat.

Pytanie brzmi jednak inaczej:

czy warunki kolejnych postępowań rzeczywiście chroniły interes Gminy i pozwalały wymagać dobrej jakości usługi?

Nie będę ponownie zanudzał wszystkich szczegółami. Zachęcam jednak do porównania SWZ oraz projektów umów z lat 2024–2026. Warto zobaczyć, jak zmieniały się wymagania, obowiązki wykonawcy, zasady kontroli, odpowiedzialność za jakość prac i możliwość waloryzacji wynagrodzenia.

Zmiany trudno uznać za korzystne dla Gminy. Ja nie widziałem żadnej na plus dla gminy. Dla wykonawcy jak najbardziej. A już majstersztykiem jest likwidacja pozycji żwirowanie z walcowaniem. Teraz mamy dwie osobne pozycje: żwirownie i druga walcowanie.

Panie Wójcie Michale Skubis, czy stanie Pan przed mieszkańcami, spojrzy im prosto w oczy i powie, że wszystkie te rozwiązania wprowadzono wyłącznie dla dobra Gminy?

BUAHAHAHA

Proponuje spotkanie w GOK. Pan zachęcający klaskaniem zgromadzonych do poparcia Pana tezy.

Może z wsparciem rodziny, tylko na litość Pana, dajcie już spokój z tym nabiałem.

Bez dokumentów potwierdzających rzeczywiste wykonanie i rozliczenie prac takie zapewnienie może wywołać jedynie gorzki śmiech.

Wspólna Sprawa i wspólny wykonawca

Od 2024 roku mamy niepodzielnie panującą Wspólną Sprawę ze Słońcem Gminy na czele.

Mamy też jednego, niezmiennego wykonawcę dróg. Mieszkańcy narzekają, samochody cierpią, kruszywo gdzieś znika w płaszczańskiej przestrzeni, lecz wykonawca trwa niewzruszenie w służbie Gminy.

Trzeba doceniać to, co się ma.

To przecież stabilność.

Już dziś mogę otworzyć kalendarz na 2027 rok – jeżeli takie kalendarze są już w sprzedaży – i spróbować przewidzieć, kto będzie zajmował się moją drogą.

Mogę również przewidzieć, że podczas kolejnej podróży do domu zamiast przecinków będę używał tradycyjnych, jakże polskich i wzmacniających naszą kulturę narodową przerywników rozpoczynających się na litery „k” i „ch”.

Pozostaje ostatnie pytanie.

Jak należy ocenić osobę, która przygotowywała i prowadziła te postępowania?

Czy mamy do czynienia wyłącznie z brakiem elementarnej wiedzy, staranności i troski o interes Gminy? Czy dokumentację sporządzał ktoś, kto nie rozumiał konsekwencji wprowadzanych zapisów?

A może istnieją inne okoliczności – niezwiązane już z przymiotami intelektualnymi, lecz z interesami, o których mieszkańcy nie zostali poinformowani?

Nie przesądzam odpowiedzi.

Żeby jej udzielić, trzeba zobaczyć pełną dokumentację: zlecenia, obmiary, faktury, dowody dostaw materiału, protokoły odbioru, wyniki kontroli oraz korespondencję z wykonawcą.

Dlatego następny krok będzie prosty.

Zapytamy o dokumenty. A później policzymy.

Przetarg na dziewięć miesięcy. Podwyżka już po trzech?

Wczoraj przedstawiłem szczegółową analizę jednego gminnego przetargu. Na konkretnym przykładzie chciałem pokazać jakość przygotowywanych przez naszą Gminę zamówień i umów.

Dzisiaj do opisu przedmiotu zamówienia i jakości dokumentacji dokładam trzeci, najważniejszy filar: dbałość o pieniądze nas wszystkich.

Niektórzy wciąż nie rozumieją, że tak zwane „środki publiczne” nie spadają z nieba i nie rosną na urzędowych drzewach. To nasze podatki, opłaty i inne dochody Gminy. Pieniądze zabrane mieszkańcom po to, aby ktoś później — lepiej albo gorzej — wydał je w ich imieniu.

Podam prosty, być może nawet prostacki przykład. Ale staram się pisać tak, aby mechanizm był zrozumiały dla każdego.

Mąż i żona pracują i zarabiają pieniądze. Po wypłacie mąż idzie pić, gra w karty i przez trzy dni przepuszcza całą swoją pensję. Nagle okazuje się, że do końca miesiąca rodzina musi przeżyć wyłącznie z wypłaty żony.

Trzeba zacząć oszczędzać. Kupić mniej jedzenia, zrezygnować z nowych ubrań dla dzieci, a podarte spodnie po raz kolejny załatać.

Wtedy ojciec rodziny wpada na genialny pomysł. Idzie do banku, zaciąga kredyt i zadowolony przynosi pieniądze do domu. Jest nawet zdziwiony, że żona nie skacze z radości, lecz jest przerażona, złości się i krzyczy.

Ona bowiem rozumie coś, czego on zrozumieć nie chce: za miesiąc mąż może ponownie przepuścić swoją wypłatę, ale w domowym budżecie pojawi się już dodatkowy wydatek — rata kredytu.

Dokładnie tak działają publiczne pieniądze. Jeżeli urząd je zmarnuje, źle wyda albo podpisze niekorzystną umowę, rachunek nie znika. Ostatecznie płacą mieszkańcy — wyższymi podatkami, kolejnym kredytem albo rezygnacją z innych potrzeb.

Pytacie, skąd wiadomo, czy przetargi są ustawiane.

Nie wiadomo.

Jest jednak jedna rzecz, która uruchamia u mnie wszystkie dzwonki alarmowe. Kiedy firma dotychczas współpracująca z Gminą nie składa najkorzystniejszej oferty, nagle pojawiają się negocjacje. Tak było między innymi w przypadku umowy na dowóz dzieci. Ostatecznie zamówienie otrzymała właśnie firma, która pierwotnie przedstawiła droższą ofertę.

Same negocjacje mogą być zgodne z prawem. Nie twierdzę, że doszło wtedy do jakiegokolwiek niedozwolonego porozumienia. Pytam jednak, dlaczego podobny schemat pojawia się akurat wtedy, gdy dotychczasowy wykonawca nie przedstawia najkorzystniejszej oferty.

Później pocztą pantoflową zaczynają krążyć informacje o szybkim aneksie — niekoniecznie zgodnym z pierwotną treścią umowy i zwykłym zdrowym rozsądkiem.

Czy rzeczywiście taki aneks podpisano? Co dokładnie zmieniono? Na jakiej podstawie? Kto przygotował wyliczenia i ile ostatecznie zapłaciła Gmina?

Nie wiem. I właśnie w tym tkwi problem.

Gdyby Urząd Gminy Płaska udostępniał umowy, aneksy oraz dokumenty dotyczące negocjacji bez zwlekania, można byłoby wszystko sprawdzić i przeciąć spekulacje. Jednak dopóki urząd nie udostępnia dokumentów pozwalających zweryfikować te informacje, dopóty wszystkie możliwe dzwonki alarmowe będą brzęczały.

Jawność nie służy tylko mieszkańcom. Chroni również urząd przed podejrzeniami. Jeżeli wszystko odbyło się prawidłowo, najprostszym sposobem, aby to wykazać, jest pokazanie dokumentów.

Dlatego obecnie nie przesądzam, co się wydarzyło. Nie stawiam zarzutów wykonawcy ani pracownikom Gminy. Zwracam jedynie uwagę na powtarzający się ciąg zdarzeń:

  1. dotychczasowy wykonawca nie przedstawia najkorzystniejszej oferty;
  2. pojawiają się negocjacje;
  3. ostatecznie zamówienie otrzymuje dotychczasowa firma;
  4. później pojawia się informacja o szybkim aneksie;
  5. dokumentów pozwalających zweryfikować jego treść i podstawę nadal nie ma.

Dopóki Urząd Gminy Płaska nie udostępnia dokumentów pozwalających wyjaśnić te wątpliwości, mieszkańcom pozostają pytania, podejrzenia i coraz głośniejsze dzwonki alarmowe.

Jeżeli jakiekolwiek ustalenia odbywają się w zaciszu gabinetów, niejasne zapisy umów nie są wyjaśniane, a dokumenty i odpowiedzi nie są udostępniane mieszkańcom, możemy analizować wyłącznie dostępne informacje oraz końcowy rezultat.

Nie możemy wtedy stwierdzić, co naprawdę wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami. Możemy jednak sprawdzić, komu służą zapisy umowy, kto na nich korzysta, kto ponosi ryzyko i czy interes Gminy został odpowiednio zabezpieczony.

Jeżeli coś wygląda jak kot, łasi się jak kot i miauczy jak kot, a ktoś usiłuje mi wmówić, że to pies, w mojej głowie zaczynają dzwonić wszystkie alarmy.

Jeżeli dokumentacja przetargowa wygląda jak szkolne wypracowanie napisane na przerwie, pierwsze pytanie brzmi:

Jak można było coś takiego opublikować?

Drugie jest już znacznie poważniejsze:

Czy te błędy wynikają wyłącznie z braku wiedzy i elementarnej staranności, czy pozostawiono je po coś?

A później pojawia się pytanie trzecie:

Czy Wójt wie, jak przygotowywane są dokumenty, które podpisuje Gmina, czy pracownicy robią takie „numery” samodzielnie, wystawiając nasze Słońce Gminy na pośmiewisko?

Nie wiem i na razie nie będę tego rozstrzygał. Wystąpię o dokumenty. Dopiero na ich podstawie będzie można jednoznacznie ocenić, co naprawdę się wydarzyło.

Na razie opieram się na tym, co widzę w dokumentacji, oraz na tym, jak wyglądają prace wykonywane wokół mnie.

Ostatnio do naprawy dziur w drodze żwirowej wykorzystano nawet czarną ziemię zgarniętą z pobocza. Nikt tego nie poprawił. Nikt najwyraźniej nie uznał, że stało się coś niewłaściwego.

Można więc przypuszczać, że tak właśnie miało być.

Skoro czarna ziemia może udawać kruszywo, źle napisana umowa może udawać ochronę interesów Gminy, a brak dokumentów — przejrzystość, to rzeczywiście można odnieść wrażenie, że nie boją się już ani Boga, ani ludzi.

Przejdźmy zatem do kolejnego problemu w tym przetargu.

Do pieniędzy. Naszych pieniędzy.

W dokumentacji dotyczącej żwirowania i profilowania dróg nie zagrał nie tylko żwir. Nie zagrały również daty, sposób ustalenia wynagrodzenia oraz zasady jego ewentualnej waloryzacji.

Gmina przygotowała 369 tysięcy. Zwycięzca zaoferował 157 tysięcy

Przed otwarciem ofert Gmina Płaska poinformowała, że zamierza przeznaczyć na realizację zamówienia:

369 000 zł brutto.

Wpłynęły dwie oferty:

  • oferta zwycięska — 157 353,90 zł brutto;
  • druga oferta — 203 638,80 zł brutto.

Zwycięska oferta była zatem aż o 211 646,10 zł, czyli o 57,36%, niższa od kwoty przygotowanej przez Gminę. Stanowiła zaledwie 42,64% środków, które Zamawiający zamierzał przeznaczyć na realizację zadania.

Sama różnica nie dowodzi niczego niewłaściwego. Kwota przeznaczona na sfinansowanie zamówienia nie musi być identyczna z jego wartością szacunkową.

Jednak przy tak ogromnej rozbieżności należy zapytać:

Na jakiej podstawie Gmina ustaliła kwotę 369 000 zł, skoro obaj wykonawcy byli gotowi wykonać zamówienie znacznie taniej?

I pytanie drugie:

Czy kwota 157 353,90 zł rzeczywiście pokazuje przewidywany koszt całego zamówienia, czy jest jedynie wynikiem przemnożenia cen jednostkowych przez orientacyjne ilości, które później mogą zostać zmienione?

To szczególnie istotne, ponieważ dokumentacja pozwala zmienić zakres zamówienia aż o 50%.

Umowa na dziewięć miesięcy. Waloryzacja możliwa już po trzech?

Umowa ma obowiązywać przez dziewięć miesięcy od dnia jej podpisania. Jeżeli została zawarta w kwietniu, naturalnym momentem pierwszej ewentualnej waloryzacji wydawałby się październik — po upływie sześciu miesięcy jej wykonywania.

Tak jednak nie musi być.

W projekcie umowy zapisano, że strony mogą żądać zmiany wynagrodzenia w przypadku zmiany wskaźnika o co najmniej 5%:

„w skali pół roku – począwszy od upływu pierwszego półrocza 2026 roku”.

Nie napisano: „po upływie sześciu miesięcy obowiązywania umowy”.

Napisano: „po upływie pierwszego półrocza 2026 roku”.

Pierwsze półrocze kończy się 30 czerwca. Literalne brzmienie tego postanowienia może więc oznaczać, że wykonawca będzie mógł wystąpić o zmianę wynagrodzenia już po opublikowaniu danych za pierwsze półrocze — około trzech miesięcy po zawarciu dziewięciomiesięcznej umowy.

Klauzula waloryzacyjna jest obowiązkowa. Jej zastosowanie musi być jednak policzalne

Prawo zamówień publicznych wymaga wprowadzenia klauzuli waloryzacyjnej do umów zawieranych na okres dłuższy niż sześć miesięcy. Samo zamieszczenie takiego mechanizmu nie jest więc niczym nadzwyczajnym ani podejrzanym.

Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy ustalić, jak ten mechanizm miałby zadziałać.

Umowa nie wskazuje jednoznacznie:

  • jaki dokładnie komunikat GUS należy zastosować;
  • które wartości wskaźnika trzeba ze sobą porównać;
  • od jakiego dnia lub miesiąca należy liczyć zmianę;
  • czy porównywany ma być styczeń z czerwcem, średnia z sześciu miesięcy czy jeszcze inna wartość;
  • czy ceny wzrosną o cały wskaźnik, czy tylko o część przekraczającą próg 5%;
  • których cen jednostkowych może dotyczyć zmiana;
  • od jakiej kwoty należy obliczyć maksymalny limit waloryzacji wynoszący 15%.

Ostatni punkt jest szczególnie interesujący.

Umowa mówi o 15% „pierwotnie określonego wynagrodzenia”, ale jednocześnie nie określa jednej, stałej wartości wynagrodzenia. Zawiera sześć cen jednostkowych, orientacyjne ilości oraz możliwość zmiany zakresu zamówienia aż o 50%.

Mamy więc limit wynoszący 15%.

Brakuje tylko jednoznacznej kwoty, od której ten limit należy policzyć.

Czy podstawą ma być wartość zwycięskiej oferty, czyli 157 353,90 zł? Maksymalna wartość umowy? Wynagrodzenie za faktycznie zlecone prace? A może jeszcze inna kwota?

Umowa powinna na te pytania odpowiadać przed złożeniem ofert, a nie dopiero wtedy, gdy wykonawca wystąpi o dodatkowe pieniądze.

Waloryzacja obejmująca okres sprzed przetargu?

Jeżeli „zmiana o 5% w skali pół roku” miałaby oznaczać porównanie poziomu cen ze stycznia i czerwca, pojawia się kolejny problem.

Oferty składano wiosną. Wykonawca powinien więc uwzględnić w swojej cenie poziom kosztów znany w chwili przygotowywania oferty.

Dlaczego późniejsza waloryzacja miałaby obejmować styczeń, luty i część marca, czyli okres sprzed złożenia oferty i zawarcia umowy?

W takim przypadku do wyliczenia podwyżki mogłyby zostać wykorzystane zmiany cen, o których wykonawca już wiedział, składając ofertę.

Nie byłaby to wyłącznie ochrona przed nieprzewidywalnym wzrostem kosztów podczas wykonywania zamówienia. Byłoby to ponowne przeliczenie ceny przy wykorzystaniu okresu, który częściowo poprzedzał sam przetarg.

Nie twierdzę, że właśnie w ten sposób Gmina zastosowała albo zamierza zastosować ten zapis. Pytam, ponieważ dokumentacja nie daje jednoznacznej odpowiedzi.

Najpierw atrakcyjna oferta, później nowa kalkulacja?

Przy tak skonstruowanej umowie teoretycznie możliwy jest następujący scenariusz:

  1. Wykonawca składa najtańszą ofertę i wygrywa przetarg.
  2. Po około trzech miesiącach występuje o zmianę wynagrodzenia. W tym czasie mógł nawet nic nie robić.
  3. Przedstawia własne faktury, zestawienia i kalkulację wzrostu kosztów.
  4. Gmina ocenia przedstawione dokumenty i uzgadnia z wykonawcą wysokość zmiany.
  5. Ceny dotyczące niezrealizowanej części zamówienia zostają podwyższone.

Nie twierdzę, że taki wniosek został złożony ani że wykonawca otrzymał podwyżkę. Obecnie nie mam dokumentów, które pozwalałyby to potwierdzić.

Twierdzę natomiast, że sposób napisania umowy pozostawia przestrzeń do takiej interpretacji i późniejszych uzgodnień pomiędzy wykonawcą a Gminą.

Zamiast jednoznacznego algorytmu mamy wniosek wykonawcy, przygotowaną przez niego kalkulację oraz późniejszą ocenę urzędu.

A przecież każdy oferent jeszcze przed złożeniem oferty powinien wiedzieć:

  • kiedy może wystąpić o zmianę ceny;
  • jaki wskaźnik zostanie zastosowany;
  • jaki okres będzie porównywany;
  • których cen może dotyczyć waloryzacja;
  • według jakiego wzoru zostanie ona obliczona;
  • ile maksymalnie może wynieść.

Tutaj zamiast kalkulatora pozostawiono pole do interpretacji.

Co powinno zwrócić uwagę mieszkańców?

Nie jedna okoliczność, lecz ich zestawienie:

  • Gmina przygotowała na zamówienie 369 000 zł;
  • zwycięska oferta wyniosła zaledwie 157 353,90 zł, czyli 42,64% tej kwoty;
  • druga oferta również była dużo niższa od kwoty przygotowanej przez Gminę;
  • umowa ma obowiązywać tylko dziewięć miesięcy;
  • pierwsza waloryzacja może być rozpatrywana już po około trzech miesiącach;
  • okres przyjęty do badania zmiany cen może częściowo przypadać przed złożeniem ofert;
  • nie przedstawiono jednoznacznego wzoru przeliczenia;
  • nie wiadomo, których cen jednostkowych może dotyczyć zmiana;
  • nie wiadomo, od jakiej kwoty należy liczyć limit 15%;
  • zakres zamówienia może zostać zmieniony aż o 50%;
  • ostateczne rozstrzygnięcie może zależeć od dokumentów przedstawionych przez wykonawcę i ich późniejszej oceny przez Gminę.

To nie jest dowód korupcji ani porozumienia z wykonawcą. Może to być zwykły skutek niestarannie przygotowanej dokumentacji.

Zamówienia publiczne powinny być jednak przygotowywane właśnie tak, aby mieszkańcy nie musieli się zastanawiać, czy wszyscy wykonawcy od początku znali te same zasady gry.

Jeżeli wynagrodzenie może zostać zmienione, zasady tej zmiany powinny być matematyczne, jednakowe dla wszystkich i możliwe do sprawdzenia jeszcze przed złożeniem ofert.

Tutaj zamiast algorytmu pozostawiono furtkę do późniejszych ustaleń.

To nie jest jeden źle postawiony przecinek

Zamawiający nie określił jednoznacznie przedmiotu największej pozycji zamówienia i nie podał mierzalnych parametrów jakościowych materiału. Nie wskazał również jednej wartości umowy, a następnie od „pierwotnie określonego wynagrodzenia” polecił liczyć kary umowne oraz maksymalny limit waloryzacji.

Do tego dopuścił możliwość zmiany wynagrodzenia już po kilku miesiącach, nie przedstawiając kompletnego i jednoznacznego sposobu jej obliczenia.

To nie jest pojedyncza literówka.

To system wzajemnie powiązanych niejasności, które zwiększają swobodę późniejszych ustaleń, a jednocześnie osłabiają możliwość skutecznego kontrolowania wydatków Gminy.

Osoba patrząca na taką umowę z zewnątrz może więc zapytać:

Czy dokumentację rzeczywiście przygotowano w celu jak najlepszego zabezpieczenia interesu Gminy, czy raczej tak, aby jak najmniej krępowała przyszłego wykonawcę?

Można postawić również mocniejsze pytanie:

Gdyby projekt takiej umowy przygotował sam wykonawca, czy potrafiłby stworzyć dla siebie wygodniejsze warunki?

Nie twierdzę, że wykonawca uczestniczył w przygotowywaniu dokumentacji. Nie mam na to żadnych dowodów.

Zwracam jedynie uwagę na rezultat: niedookreślony przedmiot głównej dostawy, brak mierzalnych parametrów materiału, niejasna wartość umowy, trudne do policzenia kary oraz waloryzacja pozostawiająca szerokie pole do późniejszych uzgodnień.

Teraz czas na dokumenty

Zamiast snuć domysły, należy ustalić:

  • w jaki sposób obliczono kwotę 369 000 zł przeznaczoną na realizację zamówienia;
  • kiedy i przez kogo została ona ustalona;
  • jakie ceny, ilości i źródła danych przyjęto do oszacowania;
  • kto przygotował SWZ oraz projekt umowy;
  • kto sprawdził dokumentację przed jej publikacją;
  • czy treść dokumentacji była konsultowana z oferentem, dostawcą kruszywa albo innym podmiotem zewnętrznym;
  • czy badano oferty pod kątem rażąco niskiej ceny;
  • czy wykonawca wystąpił o waloryzację;
  • których cen jednostkowych dotyczył wniosek;
  • jaki wskaźnik oraz okres przyjęto do wyliczeń;
  • jakie faktury i kalkulacje przedstawił;
  • o jaką kwotę zmieniono wynagrodzenie;
  • kto i na jakiej podstawie zaakceptował przedstawione wyliczenie.

Dopiero odpowiedzi na te pytania pokażą, czy mamy do czynienia wyłącznie z kolejnym nieudanym „kopiuj–wklej”, czy z furtką, przez którą najtańsza oferta może po wyborze przestać być tak korzystna, jak wyglądała w dniu przetargu.

NAJPIERW WYGRYWAMY CENĄ. PÓŹNIEJ USTALAMY, ILE TA CENA WŁAŚCIWIE WYNOSI.

DLACZEGO NASZE DROGI TAK WYGLĄDAJĄ?

Być może właśnie znaleźliśmy odpowiedź na pytanie, dlaczego po kolejnych naprawach nasze drogi szybko wracają do stanu, który najlepiej określa słowo „gminny”.

W 2026 roku Gmina Płaska zamówiła żwirowanie i profilowanie dróg. Największa pozycja przetargu obejmuje aż 2 000 ton materiału.

Jakiego?

No właśnie.

W opisie robót czytamy o „dowozie żwiru”. W formularzu cenowym pojawia się „kruszywo naturalne”, a w projekcie umowy nagle „pospółka”.

Żwir, pospółka czy piasek? Nie wiadomo.

Nie podano frakcji. Nie określono uziarnienia. Nie wskazano, ile w materiale ma być żwiru, a ile piasku. Nie ma nawet jasnego zakazu przywożenia samego piasku, który również jest kruszywem naturalnym.

Za to cena jest jedna – za tonę „kruszywa naturalnego wraz z dowozem i rozplantowaniem”.

Jeżeli więc Gmina uzna za kruszywo naturalne raz żwir, raz pospółkę, a innym razem piasek, wszystko może zostać rozliczone według tej samej stawki. Materiały różne, jakość różna, przydatność do naprawy drogi różna – ale rubryka na fakturze ta sama.

I nie mówimy tu o kilku wywrotkach.

Mówimy o 2 000 tonach.

Porównanie dostępnych cenników pokazuje, że przy takiej ilości różnica między ceną żwiru a znacznie tańszą pospółką lub piaskiem może wynieść nawet około 100 000 zł.

Dla firmy, która wiedziałaby wcześniej, że pod hasłem „kruszywo naturalne” Gmina zaakceptuje również tańszy materiał, byłaby to niezwykle cenna informacja. Można zaoferować niską cenę, wygrać przetarg, a później oszczędzić dziesiątki tysięcy złotych na tym, co rzeczywiście trafi na drogi.

Oczywiście absolutnie nie twierdzimy, że ktokolwiek był tutaj „wtajemniczony”. Zauważamy jedynie, że dokumentację napisano tak, iż znajomość faktycznej interpretacji słów „kruszywo naturalne” mogłaby być warta nawet 100 000 zł.

Przypadek? Nie wiemy.

Bałagan? To już widać gołym okiem.

Kamienie, które mają się kleić

A co z zagęszczeniem?

Rozplantowanie jest w cenie tony. Walcowanie płatne jest oddzielnie – za każdą godzinę pracy walca. Dokumentacja nie mówi, że każda partia wysypanego materiału musi zostać zagęszczona.

Na szczęście urzędnicy przewidzieli rozwiązanie. W projekcie umowy zapisali, że dostarczany materiał powinien:

„być spoisty i mieć właściwości do łatwego samozagęszczania się w trakcie normalnego użytkowania drogi”.

I tutaj, mówiąc najprościej, coś się nie klei.

Dosłownie i technicznie.

Ten sam zapis dotyczy bowiem nie tylko tajemniczego „kruszywa naturalnego”, ale również kruszywa 50% i 100% łamanego. Tymczasem typowe kruszywo łamane nie jest materiałem spoistym. Jego ziarna nie sklejają się ze sobą. Stabilność uzyskują dzięki właściwemu uziarnieniu, klinowaniu się ziaren i mechanicznemu zagęszczeniu, najczęściej walcem.

Jeszcze prościej, dla tych, którym urzędowa technologia mogłaby wydawać się dziełem inżynierskiego geniuszu:

kamienie się nie kleją, a walec nie jest dekoracją.

Kruszywo łamane może bardzo dobrze się zagęścić, ale najpierw trzeba określić jego frakcję, skład i sposób zagęszczenia. Nie wystarczy napisać, że ma być „spoiste” i samo ułożyć się pod kołami mieszkańców.

W dokumentacji nie określono:

  • jak sprawdzić „spoistość”;
  • po jakim czasie materiał ma się samozagęścić;
  • jaki poziom zagęszczenia powinien osiągnąć;
  • kto i czym ma to zmierzyć;
  • kiedy można uznać, że droga została wykonana prawidłowo.

Czyli najpierw Gmina kupuje bliżej nieokreślone „kruszywo naturalne”. Potem wykonawca je wysypuje i rozplantowuje. Walec jest płatny osobno, więc może przyjedzie, a może nie. Na końcu mieszkańcy, jeżdżąc samochodami, mają dokończyć proces technologiczny.

To już nie jest zwykła naprawa drogi.

To gminny program aktywizacji kierowców: Urząd płaci wykonawcy, wykonawca rozsypuje, a mieszkańcy własnymi samochodami zagęszczają.

Jakość określona bardzo dokładnie

Najpiękniejsze zostawiono na koniec.

Gmina wybrała ofertę wyłącznie na podstawie ceny:

100 punktów za cenę. Zero punktów za jakość.

Prawo pozwala zastosować cenę jako jedyne kryterium, jeżeli w opisie zamówienia określono wymagania jakościowe dotyczące co najmniej jego głównych elementów.

Urząd napisał więc:

„Zamawiający zastosował kryterium ceny jako kryterium o wadze przekraczającej 60%, gdyż w opisie przedmiotu zamówienia określił wymagania jakościowe odnoszące się do co najmniej głównych elementów składających się na przedmiot zamówienia”.

Czyli Gmina oficjalnie zapewnia, że jakość została określona.

Gdzie?

Tego już nie określiła.

Nie wiadomo, czy 2 000 ton ma być żwirem, pospółką czy piaskiem. Nie ma frakcji, uziarnienia, norm ani mierzalnych zasad odbioru. Materiał ma być po prostu „odpowiedni”, „spoisty” i najlepiej, żeby sam się zagęścił.

Jakość została więc określona wyjątkowo precyzyjnie: ma być dobra. Cena natomiast – co do grosza.

I być może dlatego po każdej naprawie droga przez chwilę wygląda inaczej, ale niekoniecznie lepiej.

Bo kiedy zamawia się 2 000 ton czegoś, nie określa dokładnie czego i liczy na samozagęszczanie, efekt również może być… naturalny.

Kupujemy coś. Sypiemy gdzieś. Zagęści się samo.

Patrzymy. Pytamy. Liczymy. I tym razem także sprawdzamy, co właściwie leży pod kołami.

CARPACCIO Z BURAKÓW

Ponieważ nasze nieroby z Urzędu jak zwykle niczego nie wyjaśniły, zrobiłem to za nich. Patentowanym leniom nie chciało się poprawić nawet błędów językowych we własnym ogłoszeniu, a co dopiero sprawdzić i sprostować błędy merytoryczne.

Na ogólnopolskiej infolinii PGE (tel. 41 241 44 11) poinformowano mnie, że zasilania będzie pozbawiona nie jezioro Paniewo, jak twierdzą nasi gminni „miszczowie”, lecz ulica Nad Paniówką.

Czy Gmina również mogła to sprawdzić?

Tak.

Czy komuś w Urzędzie chciało się to zrobić?

Nie.

A jeżeli komuś dobrze jest być burakiem, to niech dalej rośnie — listkami do góry, korzonkiem w ziemi, czerwieniąc się ze wstydu. Albo z czegoś zupełnie innego.

PYTANIA I ODPOWIEDZI, CZYLI KTO TU WŁAŚCIWIE RZĄDZI?

Zadano mi ostatnio kilka pytań. Niektóre powtarzają się regularnie, dlatego czas na małe Q&A.

1. Kto rządzi w naszej gminie?

Nominalnie — Wójt.

W praktyce odnoszę jednak wrażenie, że jest zakładnikiem kilku lokalnych zależności i układów personalnych. Znaczący wpływ na podejmowane decyzje ma, moim zdaniem, jego ojciec. Największy wpływ przypisuje się jednak Przewodniczącej Rady Gminy. Taką opinię słyszę właściwie od każdego, z kim można o sprawach gminy poważnie porozmawiać.

Nie jest tajemnicą, że sama chciała zostać Wójtem. Kiedy jednak podczas nieformalnego spotkania padła kandydatura syna Nadleśniczego, zgodziła się ją poprzeć.

I tutaj trzeba oddać jej polityczny instynkt. Wiedziała, że kandydat jest niedoświadczony, raczej się nie nadaje i będzie potrzebował silnego wsparcia. Sama została przewodniczącą Rady Gminy i dzisiaj — poza pozostawioną wójtowi rolą udzielania wywiadów i występowania na TikToku — ma, moim zdaniem, największy wpływ na sprawy gminy.

Problem zaczyna się wtedy, gdy podszepty doradcy stają się ważniejsze niż głos mieszkańców.

Wpływ — tak. Odpowiedzialność — już znacznie mniejsza.

2. Dlaczego poprzednia władza nie została rozliczona?

Przez lata razem z panią Katarzyną Tomczyk mówiliśmy podczas sesji Rady Gminy o nieprawidłowościach. Było pospolite ruszenie, wielkie słowa i mobilizacja, aby odwołać poprzedniego Wójta.

Minęły ponad dwa lata. I co?

Jeszcze na początku kadencji wielokrotnie pytałem panią Tomczyk, kiedy rozpocznie się rozliczanie poprzedniej władzy. Gdy pan Zdancewicz ponownie został Sekretarzem Gminy, usłyszałem, że „to polityka” i niewiele można zrobić, ponieważ mieszkańcy wybrali go na radnego powiatowego, więc stał się praktycznie nietykalny.

Przypominałem, że wcześniej był zastępcą Wójta i odpowiadał za nadzorowanie wielu spraw: inwestycji, przetargów, wydatków i całego bałaganu, o którym przez lata publicznie mówiono. Odpowiedzią było wzruszenie ramion.

Po słynnej sesji Rady Gminy z maja 2024 roku — naprawdę polecam ją obejrzeć — wszystko stało się znacznie bardziej zrozumiałe. Starszy Skubis, kojarzony z Platformą Obywatelską, oraz Zdancewicz, kojarzony raczej z PiS-em, zaczęli publicznie prawić sobie komplementy i niemal spijać sobie z dzióbków.

Wtedy można było już podejrzewać, że wielkie rozliczenie właśnie dobiegło końca, zanim zdążyło się rozpocząć.

Kiedy rozmawiałem z panią Tomczyk o nieprawidłowościach przy budowie pomnika, braku nadzoru nad remontem remizy i odpowiedzialności za powstały bałagan, najpierw słyszałem: „później”.

Później zostało już tylko echo: óźniej, źniej, ej.

3. Jakie sprawy są najważniejsze do końca roku?

Nie da się zrobić wszystkiego naraz. Cele powinny być konkretne i możliwe do osiągnięcia. Dlatego za najważniejsze uważam:

  • powstrzymanie sprzedaży majątku gminy — naszych „sreber rodowych” — wyłącznie po to, aby pokrywać zadłużenie i utrzymywać pozory, że sytuacja finansowa jest dobra;
  • rozliczenie nadwyżek pobranych od mieszkańców w 2025 roku w ramach opłat za gospodarowanie odpadami oraz rozliczeń mediów i zwrot pieniędzy, jeżeli komisja Skarg, Wniosków i Petycji po „wnikliwej analizie” i „pojawieniu się nowych okoliczności” będzie miała odwagę przyznać, że zostały pobrane bez należytej podstawy prawnej;
  • pełne wyjaśnienie remontu szkoły. Według nieoficjalnych informacji inwestycja nadal nie została ostatecznie odebrana, a zgłaszane usterki nie są skutecznie usuwane. Ich naprawa może kosztować bardzo dużo, dlatego trzeba wskazać osoby odpowiedzialne za nadzór;
  • wyjaśnienie remontu remizy, poniesionych strat finansowych oraz odpowiedzialności osób, które miały obowiązek prawidłowo nadzorować tę inwestycję;
  • naprawę mostku w Płaskiej i podjęcie wreszcie odpowiedzialnej i przejrzystej decyzji w sprawie pól namiotowych. Jeżeli gmina nie potrafi nimi skutecznie zarządzać, trzeba zmienić system. W obecnym modelu tracimy naprawdę duże pieniądze. Gmina nie potrafiła nawet zorganizować skutecznego systemu pobierania opłat;
  • przeprowadzenie audytu prac wykonanych w ciągu ostatnich dwóch lat na gminnych wodociągach. Jeżeli najbliższa zima przyniesie mrozy podobne do ostatnich, możemy mieć bardzo poważny problem. Sprawdzenie, czy doniesienia o błędach wykonawczych przy wodociągu na ulicy Prądzyńskiego są prawdziwe;
  • gruntowną przebudowę systemu utrzymania dróg gminnych: realną kontrolę wykonawców, odbiór faktycznie wykonanych prac, a gdy będą problemy ewentualną zmianę firmy albo osoby odpowiedzialnej za nadzór, jeżeli obecny system się nie sprawdza;
  • rozpoczęcie rzeczywistego rozliczania radnych z ich działalności. Niektórzy za bardzo zapatrzyli się w reklamę Wspólnej Sprawy i zapomnieli, że zostali wybrani po to, aby służyć mieszkańcom, a nie własnemu wizerunkowi.

4. Co dalej z Rock Water?

Trzeba wreszcie uczciwie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy chcemy kontynuować Rock Water, a jeżeli tak — to w jakiej formule?

Czy festiwal powinien odbywać się w Serwach, gdzie sam dyrektor GOK mówił o problemach z miejscem dla tysiąca osób i o śmierdzących toaletach ustawionych pod sceną bo nie ma innego miejsca?

Czy chcemy nadal finansować imprezę, której frekwencja spada, a dopłaty z budżetu gminy rosną? Czy wydarzenie rzeczywiście przyciąga turystów, którzy zostają w naszej gminie i zostawiają tutaj pieniądze?

Trzeba też odpowiedzieć, gdzie mają znajdować się stoiska kół gospodyń wiejskich — przed czy za „płotem”.

To nie jest drobiazg. Produkty KGW dostępne dla wszystkich zostały sprzedane w ciągu dwóch–trzech godzin. Koła znajdujące się w części biletowanej zostały z częścią przygotowanych produktów. KGW były niezadowolone, mieszkańcy byli niezadowoleni, turyści byli niezadowoleni, a przecież to właśnie lokalne jedzenie, atmosfera i ludzie mogą być największą siłą tego wydarzenia.

Może zamiast pompować coraz większe pieniądze w tracący zainteresowanie festiwal, warto stworzyć prawdziwe Dni Płaskiej? Jeden dzień koncertowy — może nawet skromniejszy — oraz część otwarta, oparta na lokalnych atrakcjach, kołach gospodyń, mieszkańcach i turystach.

Jeżeli wydarzenie zostanie dobrze pomyślane, ludzie sami będą przekazywali sobie, że warto tutaj przyjechać. Może będzie rozwijało się wolniej, ale będzie wymagało mniejszych dopłat, a dla gminy stanie się znacznie lepszą reklamą.

Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś ma rozdmuchane ego i dla jego dalszego pompowania sięga do cudzej kieszeni.

Bo cudze pieniądze zawsze wydaje się najłatwiej.

NIE ZŁOŚĆ. ŻAL.

Tak sobie siedzę i myślę.

Jest poniedziałek, południe. Od czwartku Urząd Gminy Płaska wie, że na jego stronie znajduje się błędny i niejasny komunikat dotyczący planowanego wyłączenia prądu. Mimo to nikt nie znalazł kilku minut, żeby go poprawić albo przynajmniej wyjaśnić mieszkańcom, których miejsc i ulic rzeczywiście dotyczy.

Być może w urzędzie uznano, że najważniejsze było pokazanie mi miejsca. Jeżeli tak, mam krótką informację: nie ukaraliście mnie. To nie ja pozostawiłem na oficjalnej stronie błędny komunikat. To nie ja podpisuję się pod nim nazwą instytucji publicznej.

Mamy demokrację. Każdy ma prawo reagować na krytykę tak, jak potrafi.

Jeden poprawia błąd i wyciąga wnioski.

Drugi pozostawia go na stronie, jakby chciał wszystkim pokazać, że uwagi mieszkańców nic go nie obchodzą.

Trzeci robi miny, obraża się i chodzi dumny, nie zauważając, że każdą kolejną demonstracją obojętności sam dopisuje litery do wiszącej na jego plecach tabliczki: „Jestem idiotą”.

Tylko że tym razem nie czuję ani złości, ani satysfakcji. Czuję przede wszystkim żal. Żal, że coś, co dwa lata temu dawało nadzieję na zmianę, zostało tak szybko zmarnowane.

Ręka była podawana wielokrotnie. Były rozmowy, wskazywanie problemów i propozycje rozwiązań. Nie trzeba było zgadzać się ze mną we wszystkim. Wystarczyło czasem powiedzieć: „Tak, to błąd. Poprawimy”.

Zamiast tego widzę człowieka, któremu podaje się rękę, żeby pomóc mu wyjść z bagna, a on z uporem ją odtrąca i brnie jeszcze głębiej. Nie wiadomo już, czy robi to z dumy, ze złości, czy dlatego, że nie potrafi zawrócić.

Widzę tylko dwa możliwe wyjaśnienia sytuacji:

  1. Pracownicy urzędu przestali przejmować się jakością publikowanych informacji, a wójt nie potrafi wyegzekwować ich poprawienia.
  2. Wójt sam akceptuje taki sposób działania i świadomie pozwala, aby błędny komunikat nadal wisiał na oficjalnej stronie gminy.

Nie wiem, która możliwość jest gorsza.

Wiem natomiast, że patrzenie, jak ktoś mimo kolejnych szans i podawanej ręki uparcie brnie w bagno, nie daje żadnej satysfakcji. Budzi wyłącznie wstyd i żal.

Zwłaszcza kiedy dwa lata temu wierzyło się, że pójdzie w zupełnie inną stronę.

NIE CHODZI O BŁĘDY. CHODZI O TO, ŻE NIKT NIE CZYTA

Po ostatnim wpisie ktoś zapytał mnie, czy naprawdę warto robić tyle zamieszania. Przecież — jak stwierdził — sam wiem, że i tak nic się nie zmieni.

Gdyby chodziło wyłącznie o literówkę — nie warto.

Każdemu może się zdarzyć.

Problem zaczyna się wtedy, gdy instytucja publiczna otrzymuje niejasny komunikat, przepisuje go razem z błędami, dokłada własny błąd i publikuje bez sprawdzenia, czy mieszkańcy w ogóle będą wiedzieli, czego ta informacja dotyczy.

Cały proces widać na poniższym zestawieniu: po lewej informacja PGE, po prawej efekt pracy urzędu.

Najśmieszniej wygląda fragment, gdzie PGE zgubiło literę „r” w nazwisku Prądzyńskiego. Gmina jej nie odnalazła, za to zgubiła jeszcze ogonek przy „ą”.

Nie będę ponownie tłumaczył każdego przecinka, Paniewa, hydroforni i numerów stacji transformatorowych. Wszystko widać na zestawieniu.

Nie chodzi też o konkurs ortograficzny.

Chodzi o prostą zasadę: informacja urzędowa ma być sprawdzona, zrozumiała i użyteczna dla mieszkańca.

Jeżeli PGE przesyła niejasny materiał, urząd nie jest kserokopiarką. Powinien ustalić, co właściwie oznacza otrzymany komunikat, których mieszkańców dotyczy i jakie będą praktyczne skutki wyłączenia. A przede wszystkim powinien poprawnie podać nazwę ulicy w miejscowości, w której sam urzęduje.

To jest właśnie praca urzędu.

Nie samo naciśnięcie przycisku „opublikuj”.

Pani sołtys potrafiła sprawdzić, że hydrofornia ma mieć agregat i woda powinna popłynąć. Urząd mógł zrobić to samo przed publikacją.

Dało się wykonać telefon.

Nie było potrzebne nadzwyczajne posiedzenie Rady Gminy, ekspertyza Polskiej Akademii Nauk ani międzynarodowa pomoc humanitarna.

Wystarczyło przeczytać, pomyśleć i zapytać.

Mam dość urzędniczego debilizmu, bezmyślności i bylejakości nie dlatego, że przeszkadza mi jedna literówka. Mam ich dość, ponieważ za skutki takiego podejścia płacę z własnych podatków.

W prywatnej firmie materiał wysłany klientom bez przeczytania świadczy o jakości pracy konkretnego człowieka i jego przełożonego.

W urzędzie najwyraźniej wystarczy, że komunikat się pojawił.

Czy jest poprawny?

Czy jest zrozumiały?

Czy odpowiada na podstawowe pytania mieszkańców?

To już widocznie szczegóły techniczne.

TY PŁACISZ. ON NAWET NIE CZYTA.

Mieszkańcy zauważyli przy okazji, że w Płaskiej rodzaj męski ma ostatnio wyjątkowo ciężki czas.

Najpierw jeden z panów publicznie poszukiwał u drugiego męskich jaj.

Później bohater poprzedniego wpisu zobaczył napis „PŁASKA” i tak się rozczulił, że zaczął mizdrzyć się do znaku. Nie zauważył tylko drobnego szczegółu: chociaż Płaska jest rodzaju żeńskiego, znak pozostaje rodzaju męskiego.

Teraz ktoś spojrzał na stojącą przed urzędem nowoczesną rzeźbę generała Ignacego Prądzyńskiego. Rzeźba jest tak nowoczesna, że bez podpowiedzi trudno ustalić, kogo właściwie przedstawia.

Najwyraźniej autor komunikatu uznał więc, że skoro z pomnika trudno odczytać płeć przedstawionej postaci, z gramatyki również nie ma takiej potrzeby — i przedstawił generała mieszkańcom jako nieodmienną „panią Generał”.

Męska część mieszkańców może zatem zacząć odczuwać lekki niepokój. Nigdy nie wiadomo, kto będzie czegoś w nich szukał, kto zacznie się do nich mizdrzyć ani za kogo zostaną uznani w następnym gminnym komunikacie.

Zanim ktoś zapyta: nie, nie mam dowodów, że są to opóźnione skutki nadmiaru glinu w wodociągu.

Na razie najbardziej prawdopodobną przyczyną pozostaje zwyczajny niedobór pomyślunku.

W PŁASKIEJ RODZAJ MĘSKI MA OSTATNIO WYJĄTKOWO CIĘŻKI TYDZIEŃ.

Generała urząd nie odmienił.

Odpowiedzialności zresztą też nie.

Tak właśnie działa gminna „WSPÓLNA SPRAWA”.

PGE przygotowało ogłoszenie niechlujnie.

Ale to, że gmina tego nie poprawiła, to niechlujstwo do kwadratu. W tej formie info jest tak przejrzyste, że do jego odczytania przydałby się elektryk, kartograf i tłumacz przysięgły. Takie płaszczańskie 3 w 1.

Z strony gminy:

Planowana przerwa w dostawie energii elektrycznej – Aktualności – Gmina Płaska

Nawet przecinek po nazwie miejscowości przepisał miszcz zamiast dać dwukropek lub myślnik.

Nawet ulicę przepisał Generał, zamiast Generała, ale to że zmienił z ogłoszenia PGE Pądzyńskiego na Padzyńskiego to już naprawdę objaw napięcia przedurlopowego i olewania mieszkańców. Tego mu historia nie wybaczy. Tak się spieszył, ze nawet nie próbował sprawdzić. To przykład bezrozumnego stosowania Chata GPT przez osoby, które do tego nie dorosły.

„Paniewo” — czyli co właściwie zostanie bez prądu? Jezioro, śluza, ulica, a może ryby i kajakarze?

Można było sprawdzić, poprawić i przekazać mieszkańcom prostą informację. Ale po co? Miszcz gminny sumiennie przepisał komunikat PGE — razem z numerami stacji transformatorowych, które przeciętnemu mieszkańcowi mówią dokładnie tyle samo, co numery seryjne bezpieczników w rozdzielni. oczywiście myślami był na jutrzejszym wolnym, więc rozum i pomyślunek wyraźnie go wyprzedziły i poszły na wolne trochę wcześniej.

Najciekawsza jest jednak hydrofornia. Skoro nie będzie miała zasilania, mieszkańców interesuje przede wszystkim jedno:

Czy będzie agregat i woda będzie, czy agregatu nie będzie i wody „tyż” nie będzie?

Numer stacji trafo tej podstawowej informacji niestety nie zastąpi. Ale najważniejsze, że komunikat opublikowany. Czy ktoś go rozumie — to już widocznie problem mieszkańców.

Aktualizacja.

Pani Sołtys Płaskiej sprawdziła i podobno agregat będzie, a więc i woda będzie płynąć z kranu. Zostało pytanie co to za Paniewo bez prądu się ostanie.

Dziękuję.