Bonus o przemijaniu czasu, dogadywaniu się starej władzy z nową i trwaniu sekretarza

Wielu z nas z oburzeniem patrzy na to, co dzieje się w wielkiej polityce. Politycy kłócą się, obrzucają błotem, wieszają na sobie psy i z mównicy mówią o katastrofach moralnych, upadku państwa i konieczności natychmiastowych rozliczeń.

A potem kończy się transmisja, gasną kamery i… wszyscy jakoś potrafią razem siedzieć przy jednym stole. Bo polityka, jak wiadomo, to nie jest wojna – to raczej coś w rodzaju rodzinnej sprzeczki. Trochę hałasu, trochę teatru, a potem i tak wszyscy wiedzą, że jutro znowu trzeba razem funkcjonować.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przegrana w wyborach rzadko oznacza prawdziwą porażkę. W polityce spada się najwyżej o jedno piętro niżej. Krzesło może mniej błyszczące, gabinet może trochę mniejszy, ale wypłata wciąż taka, że nikt nie musi nagle przypominać sobie, ile kosztuje masło w promocji.

Można by pomyśleć, że to domena wielkiej polityki. Tych z Warszawy, z telewizji, z wielkich konferencji.

Ale czasem wystarczy obejrzeć stare nagrania z lokalnych sesji poprzedniej kadencji Rady. Tam dopiero można zobaczyć prawdziwy teatr. Wielkie słowa. Groźne miny. Wystąpienia pełne oburzenia. Padają oskarżenia, pojawiają się deklaracje, że „tak dalej być nie może”, że „trzeba wszystko wyjaśnić”, że „mieszkańcy zasługują na prawdę”. Słyszymy Panią Katarzynę Tomczyk jak grzmi o błędach i nieprawidłowościach.

Brzmi poważnie. Wręcz dramatycznie.

A potem mijają miesiące… Pani Katarzyna Tomczyk, Wspólna Sprawa dochodzi do władzy absolutnej i dzieje się coś niezwykłego. Nagle okazuje się, że polityczna pamięć potrafi wyparować szybciej niż kałuża w lipcowym słońcu. Tematy, które jeszcze niedawno były powodem moralnego oburzenia, rozpływają się gdzieś między jednym posiedzeniem a drugim.

Ci, którzy wczoraj byli symbolem wszystkiego, co złe, nagle funkcjonują całkiem normalnie w nowej rzeczywistości. Nawet utrzymali stołki. Współpraca kwitnie, atmosfera robi się zadziwiająco spokojna, a dawne tyrady z mównicy brzmią dziś trochę jak nagranie z kabaretu.

I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać:
czy tamte wielkie słowa były naprawdę o zasadach… czy raczej o tym, żeby mikrofon dobrze zebrał dźwięk?

Bo w naszej polityce często działa stara, prosta zasada:
najgłośniej szczeka się wtedy, gdy nie ma się jeszcze władzy.

A kiedy władza już przychodzi… nagle okazuje się, że nawet najbardziej bojowy pies potrafi bardzo szybko zmienić się w wyjątkowo zgodnego salonowego pupila.

I tylko mieszkańcy patrzą na to wszystko jak na kolejny sezon tego samego serialu. Z tymi samymi aktorami. Z tym samym scenariuszem. I z tym samym finałem, który wszyscy już dawno znają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *