Rock Water 2026, jeszcze nie w głównym nurcie, ale po cichu już rozsyłają

za : RockWater Festival | Facebook

Rock Water 2026 to już nie festiwal. To pełnoprawny spin-off Harry Potter pt. „I jak tu zrobić imprezę i udawać, że to nie my”.

Na plakacie – piracki klimat, czaszki, ogień, gitara, romantyzm i wielkie granie.
W rzeczywistości – magia wyższej szkoły: znikają pieniądze, znika odpowiedzialność, a na końcu znika organizator.

Bo „Sami-Wiecie-Kto” najpierw wychodzi do ludzi jak dobry czarodziej i pyta: czy chcecie szanty?
A potem robi dokładnie to, co już dawno było ustawione, a śmierciożercy organizowali już od kilku miesięcy. Konsultacje? To nie były konsultacje. To był stand-up. Publiczność przyszła, posłuchała, pokiwała głowami, a scenariusz i tak był zapisany w księdze zakazanych zaklęć budżetowych.

Koszty? Tajne przez poufne.
Straty? „Maleńki minusik” – pewnie taki, co jak się go dobrze przyciśnie, to robi się z niego całkiem dorodny smok.
Busiki? Wożą powietrze. I to konsekwentnie, bez względu na pogodę i zainteresowanie.

A najlepsze dopiero teraz.

Organizator.
A właściwie: brak organizatora.

Bo „Ten, którego imienia nie wolno wymawiać” zrobił najpiękniejsze Abrakadabra odpowiedzialności i zniknął szybciej niż polityk po niewygodnym pytaniu. Zorganizował ekipę, która miała to ogarniać – tylko że część tej ekipy, kiedy zobaczyła, co jest pod dywanem, zrobiła klasyczne nara i teleportowała się w siną dal.

I tak mamy festiwal, który:

  • oficjalnie się jeszcze nie przyznaje,
  • nieoficjalnie już się promuje,
  • a faktycznie… wygląda jak projekt, którego nikt nie chce podpisać własnym nazwiskiem.

Plakat wisi. Zespoły grają.
Szantana, Luxtorpeda, Róże Europy – wszystko się zgadza. Tylko jedno się nie zgadza: kto za to odpowiada i dlaczego robi z tego grę w chowanego.

Rock Water 2026 się odbędzie – jasne. Sami Wiecie Kto musi mieć zdjęcia do albumu.
Warszawiacy, mieszkańcy Augustowa, Sejn przyjdą, wypiją, pośpiewają i wrócą do domu.

A następnego dnia zostanie po tym coś więcej niż śmieci i puste kubki.

Zostanie klasyczne pytanie z tej całej magicznej historii:
jakim cudem coś, co podobno było „do przedyskutowania”, od miesięcy było już dawno postanowione?

I kto tu tak naprawdę jest Voldemortem.

Bo spokojnie – wszyscy wiedzą.
Tylko jak zwykle… nikt oficjalnie nie powie.

A na deser jeszcze jeden drobiazg z tej magicznej opowieści: od kilku lat nikt nie zadał sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, czy ten cały festiwal faktycznie przynosi gminie jakiekolwiek dochody. Zero badań, zero konkretów, zero liczb. Czyli klasyczne: wydajemy, organizujemy, bawimy się… a czy to się w ogóle opłaca – to już najwyraźniej wiedza równie tajna jak horcruxy.

Za to kiedy kurz opada, okazuje się, że sponsorami są głównie podmioty, które akurat wykonują usługi dla gminy albo żyją z niej całkiem wygodnie. Tu ktoś dostaje kanalizację, tam nagle rosną budżety na remonty prowadzone przez sponsorów… ale spokojnie – to wszystko oczywiście czysty przypadek. Jak wiadomo, w tej historii nic się ze sobą nie łączy.

REKLAMA:

RZECZYWISTOŚĆ:

Komunikat po uroczystości otwarcia inwestycji (wersja dla potomnych)

FB Sucha Rzeczka eksplodował. Jak wejdziecie to zobaczycie zdjęcia: Wójt samotnie w „morzu ciał ludzkich” oraz znudzonych oficjeli w trakcie przemówienia. A kto lubi trochę wazeliniarstwa to zapraszam na stronę Dziennika Powiatowego z Augustowa, gdzie jest film z przemówieniem.

W imieniu Wójta pragniemy wyrazić głęboką wdzięczność wszystkim, którzy zaszczycili swoją obecnością uroczystość otwarcia inwestycji wodociągowej w Suchej Rzeczce — inwestycji, która już teraz śmiało patrzy w przyszłość, choć sama jeszcze do niej nie końca dotarła. Także dlatego, ze jak zauważył Sołtys, Sołectwo zostało zaszczycone wodociągiem w połowie, a reszta czeka. Cóż, wierchuszka dostała kanalizację na Wysokim Brzegu, więc i kasiorki nie starczyło na całą inwestycję w Suchej Rzeczce.

Bez Państwa to wydarzenie mogłoby się nie odbyć. A już na pewno nie miałoby tak spektakularnego rozmachu frekwencyjnego, który — według skrupulatnych obliczeń — osiągnął imponującą liczbę 23 osób.

W skład tego żywego organizmu społecznego weszli:

  • 1 Wójt (z mikrofonem, kartką i wizją),
  • 5 oficjeli (z wyrazem skupienia tak subtelnego, że niemal niewidocznego),
  • 3 przedstawicieli mediów (czuwających, by historia nie przeszła niezauważona),
  • 1 ksiądz (na wypadek, gdyby inwestycja wymagała wsparcia wyższych instancji),
  • 1 Sołtys (reprezentujący lokalną stabilność),
  • oraz 12 mieszkańców — tłum na tyle liczny, by można było mówić o zgromadzeniu, choć jeszcze nie o zgromadzeniu spontanicznym.

Przemówienie Wójta, odczytane z kartki z godną podziwu konsekwencją, stanowiło centralny punkt wydarzenia. Kontakt wzrokowy z publicznością został ograniczony do minimum, co pozwoliło skupić się na treści, a nie na zbędnych emocjach. W tle zaś — jak subtelna scenografia — majaczyła inwestycja, przypominając, że proces tworzenia bywa ważniejszy niż jego zakończenie.

Wójt zauważył, co podajemy za Przeglądem Powiatowym, że:

„Miałem w głowie znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. Jakie są szanse zdobycia tych środków? Dzięki wytężonej pracy zespołu Urzędu Gminy Płaska i Rady Gminy Płaska udało nam się znaleźć odpowiedzi na te pytania…”

Co zostało odebrane jako niezwykle szczere nawiązanie do stanu inwestycji oraz uniwersalnej kondycji ludzkiej.

Na szczęście, dzięki determinacji zespołu Urzędu Gminy i Rady Gminy, odpowiedzi udało się znaleźć. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w przyszłości równie skutecznie zostaną odnalezione brakujące odpowiedzi.

Na zakończenie pozwalamy sobie na drobną refleksję: skoro tak sprawnie idzie odpowiadanie na pytania z głowy Wójta, być może warto skierować tę energię również w stronę działań praktycznych. Zespół mamy, wiemy jak poszukiwać, więc działajmy. Efekt mógłby być — nie wahajmy się użyć tego określenia — przełomowy.

A wtedy kolejna uroczystość mogłaby już dotyczyć nie tylko wizji, ale i rzeczywistości.

Jak to by powiedział Ryszard Rynkowski „Wypijmy za błędy”

Dla „bohatera” dzisiejszego dnia i dwóch „uroczystych podsumowań” strat finansowych, dodatkowych kredytów w związku z błędami i przyszłych awarii wodociągów na Prądzyńskiego.

A nam maluczkim nie mających nic wspólnego z powyższym pozostaje jedynie:

Magazyny energii – anatomia upadku Gminy

Poniżej publikuję oficjalną odpowiedź Wójta Michał Skubisa.
Dokument ten w sposób niezwykle klarowny ukazuje poziom merytorycznego przygotowania Wójta oraz sposób myślenia władzy, która dziś decyduje o sprawach mieszkańców Gminy.

Nie będę tego szerzej komentował — mamy weekend, człowiek chce odpocząć, a nie nurkować w rzeczywistości, gdzie logika bywa traktowana jako opcjonalna funkcja systemu.

Zamiast komentarza — będzie bajka.
Potem odpowiedź Wójta.
A na końcu… tłumaczenie na język ludzki.

🏰 O skrzyniach, co ich nie ma, i o umowie, co już jest

W gminie Płaskiej, gdzie lud pracowity, a grosza pilnuje jak oka w głowie, rozeszła się wieść osobliwa.

Przybyli bowiem urzędnicy i ogłosili:

„Damy Wam skrzynie na prąd, co światłość słońca zatrzymają,
a Wy z tego wielki pożytek mieć będziecie!”

Lud, choć niegłupi, rzekł:

— Dobrze więc, pokażcie nam te skrzynie.
— Powiedzcie, ile kosztują.
— Rzeknijcie, czy się to opłaci.

Na co urzędnicy, bez cienia wahania:

„Nie wiemy.”


— Jak to nie wiecie? — zdumiał się lud.
— To może choć powiecie, ile my zapłacimy?

— Pięć części ze stu.

— A ile wynosi owych sto?

— Tego również nie wiemy.


Tu już niektórzy poczęli się uśmiechać krzywo.

— A jakież to skrzynie będą?
— Czy dobre, czy liche?
— Czy długo służyć będą, czy rychło się rozsypią?

Na to urzędnicy:

„To się dopiero okaże.”


Wtem jeden z gospodarzy, co rachować potrafił lepiej niż niejeden pisarz, wystąpił i rzecze:

— Policzyłem ja, że skrzynia ta może więcej kosztować, niźli pożytku przyniesie. Czy potwierdzicie to?

Urzędnicy spojrzeli, kiwnęli głowami i odparli:

„Każdy sam niech sobie rozważy.”


Lecz największa osobliwość dopiero miała nadejść.

Bo urzędnicy rzekli:

„Podpiszcie wpierw umowę.”

— Jakąż umowę? — spytał lud.

— Taką, że gdyby coś poszło nie tak, oddacie wszystko.

— Co wszystko?

— Całość kosztów skrzyni.

— Tej, której ceny nie znacie?

— Tej właśnie.


Tu już wśród ludzi rozległ się pomruk.

— Czyli mamy zgodzić się na coś, czego:
nie widzieliśmy,
nie wyceniliśmy,
nie policzyliśmy,

a gdyby się nie powiodło — zapłacić za wszystko?

Na co urzędnicy odparli z powagą:

„Takie są zasady projektu.”


I dodał jeden z nich jeszcze, jakby mimochodem:

„Ale nie lękajcie się.
Dołożymy wszelkich starań.”


Wtem najstarszy z gospodarzy, co niejedną już obietnicę słyszał i niejedną umowę widział, westchnął ciężko i rzekł:

— Dawniej to bywało tak, że najpierw towar pokazywano, potem cenę podawano, a na końcu umowę spisywano.

— A tu widzę nową modę:
najpierw umowa,
potem niewiadoma,
a na końcu rachunek.


I rozeszli się ludzie w zamyśleniu, jedni kuszeni obietnicą, drudzy trwożeni rachunkiem, którego nikt jeszcze nie widział.


📜 Morał

Gdy ktoś rzecze: „Podpisz teraz, a szczegóły poznasz później” —
to nie dar Ci daje, jeno ryzyko w piękne słowa odziane.

A kto bierze na siebie koszt czegoś, czego nikt jeszcze nie potrafi nazwać —
ten nie uczestnik projektu, lecz jego zabezpieczenie.

A teraz pismo, które poziom inteligencji, wiedzy i profesjonalizmu porazi bardziej niż uderzenie pioruna w czasie wiosennej burzy:

Wzorem wcześniejszych postów, gdy na usta cisną się tylko słowa niecenzuralne i człowiek ma dosyć patrzenia na poziom przygotowania Wójta, ale chce zachować poziom obiektywizmu i uczciwej oceny stanu faktycznego, proszę zawsze sztuczną inteligencję, aby na chłodno i bez emocji opisała co sądzi o odpowiedzi i poziomie merytoryczności oraz profesjonalizmie Gminy:

🧾 Ocena profesjonalizmu Gminy (na podstawie odpowiedzi i dokumentów)

🔴 1. Poziom przygotowania merytorycznego

Na podstawie odpowiedzi Gminy można stwierdzić:

👉 brak realnego przygotowania merytorycznego do wdrożenia projektu na etapie naboru

Uzasadnienie:

  • brak danych o kosztach inwestycji („nie jest możliwe wskazanie”)
  • brak danych o kosztach eksploatacji
  • brak parametrów technicznych urządzeń
  • brak warunków gwarancji i serwisu

👉 To oznacza, że:
Gmina ogłasza projekt, nie znając jego kluczowych parametrów.


🟠 2. Brak podstawowych elementów zarządzania projektem

❗ Brakuje:

  • harmonogramu realizacji (poza ogólnym „2027”)
  • kamieni milowych
  • etapów decyzyjnych dla mieszkańca
  • momentów, w których można się wycofać

👉 To wskazuje na:
niski poziom zarządzania projektem z punktu widzenia uczestnika


🔴 3. Brak transparentności decyzyjnej

Gmina oczekuje:

  • podpisania umowy
  • deklaracji udziału

przy jednoczesnym:

  • braku ceny końcowej
  • braku parametrów sprzętu
  • braku kosztów utrzymania
  • braku warunków serwisowych

👉 To można opisać jako:

„model decyzyjny oparty na niepełnej informacji”


🔴 4. Asymetria informacji i ryzyka

Gmina:

  • nie zna kosztów
  • nie zna parametrów
  • nie podaje szczegółów

Mieszkaniec:

  • ma podjąć decyzję
  • podpisuje umowę
  • ponosi ryzyko finansowe (do 100% kosztów)

👉 To jest bardzo istotne:

od uczestnika wymaga się więcej wiedzy i odpowiedzialności niż posiada organizator projektu


🟠 5. Jakość odpowiedzi na zapytanie

Odpowiedź Gminy:

✔ poprawna formalnie
❌ niewystarczająca merytorycznie

Cechy:

  • ogólnikowa
  • unikowa
  • nieodnosząca się do konkretnych wyliczeń
  • nieadresująca kluczowych ryzyk

👉 można to nazwać:

„odpowiedzią administracyjną zamiast eksperckiej”


🔴 6. Brak przygotowania uczestnika projektu

Z dokumentów wynika:

  • brak realnej analizy opłacalności dla mieszkańców
  • brak symulacji kosztów
  • brak edukacji uczestników

👉 przy jednoczesnym:

  • wymaganiu spełnienia warunków technicznych (np. instalacja, wentylacja)

🧠 Syntetyczna ocena (najważniejsze zdanie)

👉 Poziom profesjonalizmu Gminy należy ocenić jako niewystarczający na etapie naboru, ponieważ projekt jest komunikowany i oferowany mieszkańcom bez podstawowych danych technicznych, finansowych i organizacyjnych niezbędnych do podjęcia świadomej decyzji.

🧩 Podsumowanie jednym zdaniem

👉 To nie jest brak formalnej poprawności — to jest brak przygotowania projektu z perspektywy uczestnika.

13 kwietnia 2026 zapisze się w annałach Gminy

13 kwietnia Wójt Gminy Płaska ogłosił dwie uroczystości. Dawno nigdzie o nim nie pisali, zdjęć nie robili, więc — jak to bywa — ciśnienie medialne zaczęło rosnąć. A jak rośnie, to trzeba upuścić. Najlepiej publicznie. Najlepiej z wstęgą. A jeszcze lepiej — z dwiema.

Ale czy naprawdę mamy powód?

Chyba nie. A zresztą „13” to data raczej pechowa. A jak wiadomo — nieszczęścia lubią chodzić parami. Więc może to nie przypadek, że zaplanowano aż dwie uroczystości jednego dnia.

O 11:00 celebrujemy zakończenie inwestycji wodno-kanalizacyjnej. Nie będę już wracał do tego, że mieszkańcy nie są zapraszani tam, gdzie pieniądze popłynęły szerokim strumieniem — na Wysoki Brzeg. Tam najwyraźniej obowiązuje inna taryfa obecności. Bardziej „exclusive”. Nie dla wszystkich. Nie dla pasa kiełbasa.

Ale wracając do Suchej Rzeczki — czy na pewno wszystko się udało? Tak realnie? Nie na papierze, tylko w ziemi?

I właściwie… co my świętujemy?

– Panie Wójcie, czy świętujemy 800 000 zł dodatkowego kredytu z 30 marca 2026, który pojawił się jak królik z kapelusza, kiedy zabrakło pieniędzy po przetargowych manewrach? Jakby Pan nie pamiętał to sam podpisał Pan Zarządzenie nr 186/26.
– Panie Wójcie, czy świętujemy zwrot 570 893 zł dotacji — taki mały, symboliczny gest w stronę instytucji finansujących?
– A może świętujemy 35 661 zł odsetek? Taki lokalny wkład w rozwój bankowości? Chyba że planuje Pan niespodziankę i pokryje to z własnej kieszeni — wtedy rzeczywiście byłoby co świętować.

A skoro już świętujemy wodociągi — to może pochwali się Pan, ile kosztowało nas to, że zamarzały w zimę?
Może powie Pan mieszkańcom, ile jeszcze zapłacimy za ich naprawy? Tak, tak, nie odwraca Pan głowy i nie ucieka wzrokiem, mówię o tym odcinku z zasuwą w tle.
A może odpowie Pan: czy to prawda, że ostrzeżenia były, tylko jakoś nie było czasu, żeby je przeczytać?

Jak Pan zareagował na pismo od Strabaga?
Czy mieszkańcy mają traktować zamarzający wodociąg jako nową atrakcję sezonową?

A może porozmawiamy o zebraniach wiejskich?
O tych protokołach, z których pytania znikają szybciej niż woda z nieszczelnej instalacji? Tak mówię o zadanych pytaniach dotyczących wodociągu na Prądzyńskiego. Nie ma pytań? Zniknęły? Patologia? – parafrazując pewien kabaret z lodówką i piwem w tle 😉

A może o tym, jak to się stało, że przy remoncie ulicy Prądzyńskiego nie znalazło się miejsce na modernizację sieci wodociągowej?
Przypadek? Zbieg okoliczności? A może po prostu ktoś miał ważniejsze rzeczy na głowie?

A może porozmawiamy o protokołach Rady Gminy — tych, w których podobno nie ma śladu po propozycjach nowego odcinka wodociągu przy okazji remontu drogi?
Zniknęły? Nie powstały? A może uznano, że lepiej nie komplikować rzeczywistości faktami?

A może zapytam najprościej: co właściwie celebrujemy?
Bo wygląda to trochę tak, jakby inwestycja była… jeszcze w trakcie.

Czy potwierdzi Pan, że wszystko jest już podłączone, że wszystko działa? A ja może zrobię zdjęcie, gdy będę wracał wieczorem do domu.
Czy ktoś to sprawdził — czy tylko przecięto wstęgę?

Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że przecinanie wstęgi opanowano do perfekcji. Trochę jak w „Alternatywy 4” — najpierw uroczystość, potem ewentualnie rzeczywistość. Malowanie trawy też pewnie dałoby się zorganizować, gdyby zaszła potrzeba.

O 11:45 mamy kolejną uroczystość. Dwie imprezy jednego dnia — tempo godne kampanii wyborczej albo maratonu medialnego.

Czy to aż takie parcie na szkło?
Czy może po prostu — skoro już się wychodzi do ludzi — to trzeba „odhaczyć” wszystko za jednym razem?

Ale do rzeczy. Tym razem podsumowujemy inwestycję w drogę DW672.

Rozumiem, że usłyszymy o ogromnym wkładzie Wójta.
Że to proces wieloletni.
Że wizja dojrzewała od lat.
Że już w wieku przedszkolnym powstawały pierwsze koncepcje układu drogowego gminy.

Rozumiem też, że przy okazji pojawi się temat wodociągu w pasie drogowym — tego samego, który dziś budzi tyle pytań i …… wielki żal, że nic nie zrobiono z ostrzeżeniami.

Tylko czy ktoś na tej uroczystości odpowie na choć jedno z nich?

Bo świętować można wszystko.
Naprawdę wszystko.

Pytanie tylko — czy mieszkańcy też mają powód.

Magazyny energii – rzeczowa analiza

Znowu zrobił to samo. Zebranie w środę, bo wie, że nie będę.Więc może w ten sposób.

Same magazyny energii są rozwiązaniem, które w wielu przypadkach ma bardzo duży sens i może przynieść korzyści. Jednak, jak w każdej inwestycji, kluczowe są szczegóły – szczególnie koszty, warunki umowy oraz sposób użytkowania instalacji.

Dlatego przed podjęciem decyzji warto dokładnie zrozumieć, z czym się to wiąże. Jeżeli decyzja będzie świadoma i dopasowana do naszej sytuacji, to udział w projekcie może być zasadny. Problem pojawia się wtedy, gdy podejmujemy decyzję bez pełnej wiedzy lub pod wpływem emocji.

Poniżej przedstawiam kwestie i pytania, które skierowałem do Gminy, z prośbą o ich omówienie na spotkaniu. Celem nie jest krytyka samego projektu, który sam w sobie jest pożądany i oczekiwany, ale zwrócenie uwagi na elementy i wprowadzone przez UG Płaska ograniczenia, które mogą mieć istotny wpływ na koszty i opłacalność – tak, aby każdy mógł podjąć decyzję świadomie.

Magazyn energii przy instalacji fotowoltaicznej co do zasady jest rozwiązaniem poprawnym i w wielu przypadkach pożądanym. Należy jednak pamiętać, że jego opłacalność nie jest taka sama dla wszystkich i zależy od kilku kluczowych czynników, takich jak:

  • sposób rozliczania energii (net metering lub net billing),
  • ilość energii oddawanej do sieci,
  • koszty utrzymania instalacji (serwis, ubezpieczenie),
  • jakość zastosowanego sprzętu.

W analizowanym przypadku warto zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii organizacyjnych.

W projekcie to Gmina odpowiada za wybór wykonawcy oraz urządzeń w drodze przetargu/konkursu ofert. Oznacza to, że uczestnik projektu nie ma wpływu na wybór firmy ani konkretnego sprzętu. W praktyce jakość instalacji oraz późniejsze koszty użytkowania będą zależeć od wyniku tego postępowania.

Kolejną istotną kwestią jest brak informacji o ostatecznej cenie inwestycji na etapie podpisywania umowy. Zgodnie z dokumentacją, koszt zostanie określony dopiero po rozstrzygnięciu przetargu i podpisaniu aneksu. Oznacza to, że decyzja o przystąpieniu do projektu podejmowana jest bez znajomości pełnej ceny.

Warto również zwrócić uwagę na koszty eksploatacyjne, które nie zawsze są brane pod uwagę na początku. Oprócz wkładu własnego, wg dokumentacji na stronie UG Płaska, pojawią się:

  • koszty przeglądów serwisowych,
  • obowiązkowe ubezpieczenie instalacji,
  • przeglądy instalacji elektrycznej.

Koszty te wg dokumentacji ponosi użytkownik i mogą one istotnie wpłynąć na końcową opłacalność inwestycji. Oczywiście Gmina może zawrzeć w dokumentacji konkursu ofert, iż przeglądy będą w cenie. Myślę jednak że tak się nie ziści i będziemy skazani na konkretna firmę i cenę rynkową x2 lub x3.

Z punktu widzenia ekonomicznego bardzo ważne jest również to, w jaki sposób rozliczana jest energia elektryczna. W przypadku starszych instalacji (net metering), sieć energetyczna pełni już częściowo funkcję magazynu energii. W takiej sytuacji dodatkowy magazyn energii daje ograniczone korzyści (możemy zachować 20% energii, ale same magazyny mają sprawność 90% czyli de facto nasz zysk to 10% energii oddawanej do sieci). W przypadku net billingu (energia sprzedawana) sytuacja jest inna – magazyn może pozwolić na lepsze wykorzystanie wyprodukowanej energii.

Należy też pamiętać, że magazyn energii działa w cyklu dobowym (dzień–noc), a nie sezonowym. Oznacza to, że nie przechowuje energii z lata na zimę, a jedynie przesuwa jej wykorzystanie w ciągu dnia. Gdy nie wykorzystamy energii produkowanej za dnia w zużyciu nocnym to rano magazyn nic nie przyjmie, gdyż będzie „pełny” – uproszczony opis, ale zgodny z rzeczywistością. W praktyce wykorzystuje więc tylko część energii oddawanej do sieci. Pamiętajmy też, iż w zimę magazyn energii raczej się nie naładuje.

Istotne są również zapisy umowy i regulaminu, które mogą ograniczać możliwość modyfikacji instalacji w okresie trwałości projektu (np. rozbudowy instalacji fotowoltaicznej). Może to mieć wpływ na przyszłą opłacalność systemu.

Podsumowując – magazyn energii może być dobrym rozwiązaniem, ale nie w każdym przypadku będzie opłacalny. Kluczowe znaczenie mają szczegóły projektu, koszty utrzymania oraz indywidualna sytuacja użytkownika.

Taki magazyn dobrej klasy z czasem przełączania poniżej 10-20 ms może pełnić funkcję UPS-a i chwilowe wyłączenia w czasie burzy lub wiatru będą dla użytkownika całkowicie niezauważalne.

Dlatego przed podjęciem decyzji warto uzyskać odpowiedzi na poniższe pytania.

PYTANIA DO UG PŁASKA

Przykładowa opłacalność magazynu energii. Proszę o potwierdzenie poprawności wyliczeń dla instalacji fotowoltaicznej z grantu realizowanego przez Gminę 5 lat temu.

Założenia:

  • instalacja PV: 5 kWp
  • magazyn energii: 7,5 kWh (retrofit)
  • energia przekazana do sieci: 2,421 MWh
  • sprawność magazynu: 90%
  • magazyn przechwytuje 50%. Cena sprzedaży 0,266 zł/kWh, zakup 1,08 zł/kWh
  • wkład własny: 1400 zł (5%)
  • serwis: 400 zł/rok
  • ubezpieczenie: 250 zł/rok
  • przegląd 5-letni elektryczny: 400 zł co 5 lat (80 zł/rok)
  • brak awarii przez 5 lat

Łączny koszt utrzymania: ~730 zł/rok


Zestawienie opłacalności dla wkładu własnego 1400 zł

ParametrNet meteringNet billing
Roczna korzyść z magazynu~150–250 zł~800–900 zł
Roczne koszty utrzymania (serwis, ubezpieczenie, przegląd po 5 latach bez awarii)~730 zł~730 zł
Roczny wynik finansowy-480 do -580 zł+70 do +170 zł
Zwrot inwestycji (1400 zł)❌ brak (strata roczna)⚠️ ok. 8–20 lat
Realna opłacalność❌ nieopłacalne⚠️ na granicy opłacalności ze względu na żywotność baterii i nieuniknione awarie

Realny koszt inwestycji i wkład własny

  • Jaki jest przewidywany rzeczywisty koszt magazynu energii (np. dla 5 kWp PV i ~7,5 kWh magazynu, retrofit). Wielkość magazynu na podstawie warunków grantu z przed 5 lat. Zakładam, iż Urząd założył już wstępnie jakąś klasę urządzenia? Z rynku wynika, że to ok. 20–33 tys. zł (realnie 25–27 tys. zł). Czy Gmina ma własne szacunki Jaki będzie faktyczny wkład mieszkańca (czy faktycznie ~1,2–1,5 tys. zł)? Czy istnieje maksymalna kwota, której mieszkaniec nie przekroczy? To jest najważniejsze, bo decyduje czy projekt ma sens finansowy.

Aneks i możliwość rezygnacji (kluczowe ryzyko)

Cena końcowa będzie znana dopiero po przetargu (aneks do umowy)

  • Czy można zrezygnować bez konsekwencji, jeśli cena okaże się za wysoka?
  • Czy brak podpisania aneksu oznacza karę lub uznanie niewywiązania się z umowy?

Bez tej odpowiedzi uczestnik podpisuje „w ciemno”.

 Koszty utrzymania przez 5 lat (często pomijane)

Czy Urząd wykonał weryfikację?

  • obowiązkowe przeglądy serwisowe – kto płaci i ile?
  • obowiązkowe ubezpieczenie – jaki koszt roczny?
  • przegląd instalacji elektrycznej co 5 lat – czy wymagany przez projekt?

Te koszty mogą „zjeść” cały zysk z magazynu przy małej instalacji lub net meteringu.

Możliwość rozbudowy instalacji PV

  • Czy można zwiększyć moc instalacji PV w ciągu 5 lat?
  • Czy zapisy w regulaminie i projekcie umowy o zakazie modyfikacji to uniemożliwiają?

Bez rozbudowy magazyn może być nieopłacalny (szczególnie przy net meteringu lub małej instalacji ok 5kWp).

Jakość i parametry sprzętu

  • Jakie urządzenia są założone (firma, technologia, parametry)?
  • Czy będą to magazyny:
    • LiFePO₄ (standard rynkowy)?
    • z systemem EMS/BMS?
  • Czy system będzie magazyn AC czy DC?
  • Jakie retrofity ?
  • Jakie są minimalne wymagania jakościowe?

Uczestnik nie ma wpływu na wybór — a jakość ma ogromne znaczenie.

Co jeśli sprzęt będzie słaby lub zmienią się parametry w trakcie konkursu prowadzonego przez UG Płaska

  • Czy można zrezygnować, jeśli:
    • zmniejszona zostanie pojemność zakładanego magazynu,
    • Gmina wybierze niższej klasy sprzęt,
    • jakość będzie poniżej oczekiwań?

Obecnie brak jasnej odpowiedzi w dokumentacji.

Gwarancja i odpowiedzialność wykonawcy

  • Ile wynosi gwarancja na magazyn (czy ~10 lat jak na rynku)?
  • Czy obejmuje także montaż?
  • Jaki jest zakres rękojmi? Czy ustawowe prawa wynikające z rękojmi będzie mógł realizować użytkownik, chociaż nie będzie on stroną umowy?
  • W przypadku wady niedającej się usunąć czy użytkownik będzie miał prawo do obniżenia ceny, wymiany sprzętu na nowy, gdyż po 5 latach to on ma być właścicielem magazynu?
  • Czy wykonawca ma ubezpieczenie OC na czas montażu?

To zabezpiecza mieszkańca na wypadek problemów.

Serwis – kto płaci i ile to kosztuje

  • Czy przeglądy są płatne jeżeli tak to ile wynosi koszt roczny?
  • Czy UG Płaska ma zamiar zawrzeć w dokumentacji konkursowej maksymalną dopuszczalną kwotę za przegląd roczny?

Często niską cenę w konkursie Wykonawca „odbija sobie” na drogim serwisie.

Odpowiedzialność za usterki

  • Jak użytkownik (nie-elektryk) ma rozpoznać usterki oprócz głównych związanych z wyłączeniem?
  • Czy system będzie monitorowany zdalnie przez Gminę, łącznie z komunikatami błędów?
  • Kiedy użytkownik ponosi koszty napraw?

Obecny zapis przerzuca ryzyko na mieszkańca.

Usterki nieobjęte gwarancją

  • Jakie konkretnie przypadki będą uznawane za:
    • „niewłaściwe użytkowanie”
    • „uszkodzenia nieobjęte gwarancją”?

Bez listy wykonawca może interpretować to dowolnie.

Czy warunki mogą się pogorszyć

  • Czy zakres obowiązków mieszkańca może się zwiększyć w trakcie projektu?
  • Czy mogą pojawić się dodatkowe koszty?

Czy UG Płaska ma zamiar pomóc mieszkańcom przed podpisaniem umowy

Nie wszyscy mogą zrozumieć wymagania techniczne takie jak wentylacja pomieszczenia czy np. uziemienie budynku, których brak spowoduje konieczność poniesienia dodatkowych kosztów lub zapłaty 100% kosztów montażu magazynu

Równowaga umowy

  • Dlaczego umowa:
    • nakłada większość obowiązków na mieszkańca
    • ogranicza jego prawa
    • a jednocześnie ogranicza odpowiedzialność Gminy?

Dwóch prawników przeglądających projekt stwierdziło, iż projekt jest skrajnie niekorzystny dla uczestnika projektu. Cokolwiek Gmina nie zrobi, odpowiedzialność i ryzyko ponosi mieszkaniec.


Ryba psuje się od głowy

Panie Juszkiewicz,

obiecałem, że w wolnej chwili odniosę się do Pana zaczepki – i niniejszym to czynię. Postaram się przy tym uporządkować kilka kwestii, które w ostatnim czasie – zaskakująco dla niektórych, a całkiem przewidywalnie dla innych – zaczęły budzić w naszej lokalnej społeczności coraz większe emocje.

Zacznijmy od faktów, bo te – w przeciwieństwie do narracji – mają tę niewygodną cechę, że istnieją niezależnie od tego, czy komuś pasują. Obecnie mamy wakat w Radzie. Aby jednak zrozumieć jego znaczenie, warto cofnąć się o krok i przypomnieć, jak ten organ funkcjonował jeszcze niedawno.

Rada składała się – upraszczając, choć nie upraszczając nadmiernie – z dwóch wyraźnie odmiennych postaw.

Z jednej strony mieliśmy osoby o silnej osobowości.

Przewodnicząca – konsekwentna, zdeterminowana i, trzeba przyznać, odporna na wszelkie formy niezależności myślenia, które mogłyby zakłócić przyjętą linię działania. W jej stylu zarządzania próżno było szukać przestrzeni dla pluralizmu czy autentycznej debaty. Raczej dominował model, który – pozwolę sobie na pewne skrócenie – można by opisać jako „cel uświęca środki”, choć w praktyce bywało to bliższe wersji: „po trupach do celu, byle szybko i bez zbędnych pytań”.

Z drugiej strony był radny Tomasz – człowiek z doświadczeniem, który wnosił do prac Rady element refleksji, rzeczowości i, co dziś wydaje się niemal ekstrawagancją, zwykłej dociekliwości. Zadawał pytania, drążył tematy istotne dla mieszkańców i nie unikał spraw trudnych, nawet jeśli były one niewygodne dla władzy wykonawczej. Pełnił rolę swoistego bezpiecznika – przypominał, że samorząd to nie tylko sprawne zarządzanie, ale przede wszystkim odpowiedzialność wobec wspólnoty, a nie wobec układu.

Jego decyzja o rezygnacji nabiera w tym kontekście szczególnego znaczenia. Można ją oczywiście sprowadzić do prostego faktu: radny odchodzi. Można też – i to wydaje się uczciwsze – odczytać ją jako sygnał. Sygnał, że doszedł do granicy, za którą nie był już w stanie skutecznie reprezentować swoich wyborców. Nie mógł realizować postulatów, które deklarował. Nie miał realnej przestrzeni, by sprzeciwić się decyzjom, które uznawał za dla nich krzywdzące.

W takiej sytuacji powiedzenie „dość” przestaje być oznaką słabości. Staje się wyborem – być może trudnym, być może kosztownym – ale opartym na odpowiedzialności. I choć w lokalnej polityce nie jest to postawa szczególnie popularna, to jednak budzi coś, co coraz rzadziej pojawia się w życiu publicznym: szacunek.

Bo właśnie tutaj ujawniają się dwie postawy.

Pierwsza – trwać mimo wszystko. Nawet kosztem własnych przekonań, nawet kosztem obietnic składanych wyborcom. Byle trwać.

Druga – uznać, że dalsze uczestnictwo w takim układzie oznaczałoby milczącą zgodę na coś, z czym nie sposób się utożsamiać. Ta druga jest zdecydowanie mniej wygodna. I właśnie dlatego – paradoksalnie – znacznie bardziej wiarygodna.

Na drugim biegunie mamy grupę radnych Wspólnej Sprawy – środowisko tak konsekwentne, że aż przewidywalne. Ich nazwiska rzeczywiście nie są tu kluczowe, bo – niezależnie od sytuacji – efekt końcowy pozostaje ten sam. Decyzje zapadają wcześniej, a sesja bywa jedynie formą ich publicznego odczytania. Można by powiedzieć: sprawność organizacyjna na wysokim poziomie. Złośliwi nazwaliby to jednak klasycznym przykładem zasady „mierni, ale wierni” – i trudno byłoby im całkowicie odmówić racji.

Obserwując przebieg sesji, można było odnieść wrażenie, że rola części radnych ewoluowała w kierunku czysto formalnym. Zamiast realnego udziału w procesie decyzyjnym – obecność. Zamiast debaty – potwierdzanie ustaleń. A próby wyłamania się z tej logiki? Bywały, owszem – i niemal zawsze spotykały się z reakcją tak zdecydowaną, jakby ktoś naruszył niepisany regulamin lojalności.

Niepokojące były również sytuacje, które – jak wskazywali nawet prawnicy obsługujący gminę – balansowały na granicy obowiązujących przepisów. A to już nie jest kwestia stylu zarządzania, lecz standardów, które w samorządzie powinny być czymś więcej niż tylko dekoracją.

Nie sposób pominąć szerszego kontekstu. Coraz częściej pojawiają się głosy o nadmiernej koncentracji wpływów i atmosferze, w której rzeczywista niezależność staje się towarem deficytowym. W niewielkiej społeczności, gdzie relacje zawodowe i instytucjonalne splatają się ze sobą, takie mechanizmy działają szczególnie skutecznie – i szczególnie cicho. Właśnie dlatego bywają tak trudne do uchwycenia, a jednocześnie tak odczuwalne.

Oczywiście istnieje też postawa bardziej pragmatyczna – nazwijmy ją łagodnie konformistyczną. Dostosowanie się do istniejącego układu, wybór świętego spokoju zamiast konfliktu, przetrwanie zamiast reprezentowania. To również element rzeczywistości. Nie nowy, nie zaskakujący – ale wciąż wart nazwania, choćby po to, by nie udawać, że go nie ma.

Panie Marku – bo i do Pana kieruję te słowa – historia samorządów uczy jednego: nawet najbardziej bierne społeczności potrafią w pewnym momencie powiedzieć „sprawdzam”. Wybory nie są tylko procedurą. Bywają momentem, w którym mieszkańcy wyznaczają granice akceptacji – dla działań, dla stylu rządzenia, dla ludzi.

Na koniec pozostaje jeszcze jedna, może najmniej wygodna uwaga. Żyjemy w czasach, w których pamięć nie znika wraz z końcem kadencji. Internet archiwizuje nie tylko decyzje, ale także sposób ich podejmowania, ton wypowiedzi, gesty i milczenie. To, co dziś wydaje się jedynie lokalnym epizodem, jutro może stać się materiałem do szerszej oceny – również przez tych, którzy dopiero będą budować swoją opinię o tym, czym jest życie publiczne.

I być może właśnie ta świadomość powinna skłaniać wszystkich uczestników tego życia do większej odpowiedzialności. Bo ostatecznie nie chodzi o to, kto dziś ma rację. Chodzi o to, kto jutro będzie w stanie jej bronić – bez konieczności tłumaczenia się z własnych kompromisów.

Jaki Wójt leje wodę, nie czekając na Śmigus Dygus

Jednak – uwaga, cud nad cudami – okazało się, że nawet decyzja tak spektakularnie nietrafiona, jak wyłączenie wody w Wielki Piątek (czyli w samym środku przedświątecznego chaosu, gdy ludzie próbują jeszcze ogarnąć życie, a nie walczyć o dostęp do kranu), może zostać… zmieniona. I to uwaga w niecałe 24h.

na:

I nagle, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (albo raczej po zderzeniu z rzeczywistością i reakcją mieszkańców), „pilna sytuacja” przestała być pilna. Co prowadzi do dość oczywistego wniosku: to nie była żadna dramatyczna awaria, tylko zwyczajnie zaplanowana akcja – tylko najwyraźniej źle wymierzona w czasie.

Co więcej, w drugim ogłoszeniu pojawia się informacja, że zmiana terminu nastąpiła „z przyczyn technicznych”. No cóż – jeśli przez „przyczyny techniczne” rozumiemy głos mieszkańców, telefony, oburzenie i zwykły zdrowy rozsądek, to rzeczywiście wszystko się zgadza. Szkoda tylko, że trzeba to ubierać w taką formę, zamiast po prostu powiedzieć wprost, że decyzja była nietrafiona.

A to wszystko dzieje się w Wielkim Tygodniu, tuż przed Wielkanocą – czasie, który dla wielu nie jest tylko datą w kalendarzu, ale okresem wyciszenia, refleksji i zwyczajnej uczciwości wobec drugiego człowieka. To moment upamiętniający mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, którego centrum stanowi Triduum Paschalne. Trudno więc uznać, że kłamstwo, półprawdy czy uniki komunikacyjne szczególnie wpisują się w ducha tych dni. Chyba że ktoś uznaje, że bliżej mu do mniej chlubnych postaci tej historii, a srebro jest jego herbem.

Wracając jednak do meritum – można próbować tłumaczyć sytuację tym, że ktoś przyjechał z dużego miasta i zwyczajnie nie dostrzega specyfiki życia w małej miejscowości czy na wsi. Tego, że pewne rzeczy mają tu inny ciężar, inny rytm i inne znaczenie – zwłaszcza w tak ważnych momentach jak święta. Ale nawet to nie tłumaczy braku podstawowego wyczucia sytuacji oraz braku empatii.

Człowiek zaczyna się więc zastanawiać: co właściwie dzieje się w głowie Wójta? Bo jeśli to miał być przykład zarządzania, to raczej w kategorii eksperymentów społecznych – „jak daleko można się posunąć, zanim mieszkańcy powiedzą: dość”.

Dlatego, wychodząc naprzeciw tej zagadce wszech czasów, ogłaszamy konkurs:

„Co Wójt ma w głowie?”
Propozycje mile widziane – od czarnej dziury, przez chaos kontrolowany, aż po bardziej kreatywne interpretacje.

„Czy w ciągu dwóch lat wydarzyło się coś, co można uznać za dobrze zrobione?”
Jeśli ktoś znajdzie choć jeden przykład – prosimy o zgłoszenia. Dajmy mu szansę. Nawet drobne sukcesy zasługują na zauważenie.

A na koniec pytanie bonusowe:
czy to już etap „świadomego gospodarza”, czy – jak twierdzi Rada Gminy – nadal trwa proces nauki?

Bo jeśli to wciąż nauka… to wygląda na to, że wszyscy zostaliśmy zapisani na ten kurs – bez pytania o zgodę.

ALE JUŻ UCZENI W PIŚMIE PRZEWIDZIELI TĘ SYTUACJĘ:

Przypowieść o wodzie odjętej w dni święte i słowie, które prawdą nie było

I stało się w owe dni, iż lud zamieszkujący ziemię spokojną przygotowywał się do święta wielkiego, czasu zadumy i oczyszczenia, gdy domy były porządkowane, a stoły szykowane na dni uroczyste.

A oto powstał zarządca tej ziemi i rzekł: „Niechaj wody nie będzie w dniu przygotowań, aby lud doświadczył próby i hartował ducha swego”.

I zdumiał się lud wielce, mówiąc między sobą: „Czyż nie jest to czas, gdy woda jest potrzebna bardziej niż w inne dni? Czemu więc odjęta nam zostaje?”

I szemrali mieszkańcy, i wołali głosem donośnym, a ich głos był jak wiatr, który porusza drzewa i nie daje im spoczynku.

I stało się, że zarządca ujrzał gniew ludu, i zmienił postanowienie swoje. A ogłoszenie pierwsze, które mówiło o konieczności pilnej, stało się jak dym, który się rozwiewa.

I wydano ogłoszenie drugie, mówiąc: „Stało się to z przyczyn technicznych”.

Lecz lud wiedział, co się stało naprawdę, i mówili jedni do drugich: „Nie technika to uczyniła, lecz głos nasz i sprzeciw nasz”.

A działo się to w czasie świętym, gdy dni są poważne, a serca winny być szczere, i nie przystoi w nich mówić nieprawdy ani kryć się za słowem pustym.

I rzekli niektórzy: „Czyż nie jest to czas prawdy i pokory? Skąd więc słowa, które prawdą nie są?”
A inni dodawali: „Może serce zarządcy nie zna jeszcze dróg tej ziemi, bo przybył z miejsca wielkiego, gdzie rytm życia inny, i nie widzi tego, co dla ludu jest oczywiste”.

I zastanawiał się lud, mówiąc: „Cóż jest w myślach jego? Czy plan ma, czy tylko zamęt?”

Przeto ogłosili między sobą rzecz żartobliwą, lecz gorzką w swej treści:

„Niechaj każdy powie, co jest w głowie zarządcy, a kto trafi, ten mądrym będzie nazwany”.

I dodali jeszcze:
„Niech wskaże ten, kto widział dzieło dobre w latach minionych, abyśmy i my poznali i radowali się nim”.

A na końcu mówili:
„Czyż nie powiadano nam, że uczy się on jeszcze? Lecz jeśli tak jest, to my wszyscy staliśmy się uczniami w tej samej szkole – choć nikt nas o to nie pytał”.

I tak trwała opowieść między ludem, jako przestroga i jako znak, że mądrość bez słuchania głosu ludzi jest jak studnia bez wody – niby jest, a jednak nie daje życia.

Była już statystyka wg Wójta Skubisa. Teraz trochę finansów Gminy Płaska

Ze względu na ważny interes społeczny zmieniam kolejność tematów. Panie Juszkiewicz przepraszam z całego serca. Jutro po południu opublikuję.

Być może ktoś z Państwa lepiej odnajduje się w tej nowej, eksperymentalnej matematyce samorządowej, gdzie pół miliona w jedną czy drugą stronę to już nie błąd, tylko – powiedzmy – „zakres tolerancji budżetowej”.

Na stronie 12 projektu uchwały z 30 marca 2026 zmieniającej budżet na 2026 rok widzimy elegancką kwotę dochodu z dotacji na słynny już wodociąg, w wysokości po zmianach: 2 678 938 zł. Wszystko pięknie, liczby się zgadzają, tabelki się świecą – pełna kultura księgowa.

Powyższe potwierdzone jest w tabeli na stronie 3:

Ale wystarczy zajrzeć do uchwały zmieniającej WPF (strona 15, punkt 2), żeby odkryć alternatywną rzeczywistość, w której ta sama dotacja (środki na inwestycje) magicznie wynosi już tylko 2 140 061 zł.

Czyli – jeśli dobrze rozumiem – gdzieś po drodze znika nam ponad 500 000 zł.
Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak, ale za to z pełnym spokojem i urzędową powagą.

Oczywiście można by próbować ratować sytuację, tłumacząc to przepływami wieloletnimi w WPF, rozliczeniami etapowymi albo wpływem faz księżyca na sprawozdawczość finansową. Problem w tym, że zapis w WPF wprost mówi wyraźnie:
„W 2026 roku zaplanowano …” – czyli jednak mówimy o konkretnym roku, a nie o filozoficznej refleksji nad czasem i przestrzenią.

W tym miejscu pojawia się podejrzenie, że to nie matematyka jest trudna, tylko rzeczywistość została… delikatnie „podrasowana”.

A teraz wisienka na torcie.

Nagle pojawiają się kwoty 570 893 zł oraz 35 661 zł


Nie wiadomo skąd – ale spokojnie, dokumenty są łaskawe i wyjaśniają:

  • pieniądze w wysokości 570 893 zł zostały wypłacone dla Gminy,
  • następnie kazano je oddać,
  • a na deser dorzucono jeszcze 35 661 zł kary.

Czyli w skrócie:
najpierw dostaliśmy pieniądze, potem ich nie mamy, a na końcu jeszcze dopłacamy.

Model biznesowy godny Nobla.

Pozostają więc pytania, które – niestety – nie są już ani ironiczne, ani zabawne:

  • kto pokryje te odsetki i kary? Przecież winna jest konkretna osoba
  • czy 570 893 zł wróci do budżetu, czy właśnie wyparowało jak wcześniejsze pół miliona?
  • i czy naprawdę wszystko to dzieje się „w interesie mieszkańców”, czy raczej w interesie – powiedzmy – wąskiego grona z Wysokiego Brzegu?

A tak swoją drogą – ostatnio pozwoliłem sobie zapytać, czy to prawda, że Wójt Skubis zaczął delikatnie „modelować rzeczywistość” przy zakresie remontu szkoły. Wiecie Państwo – nieoficjalnie, bez rozgłosu, tak żeby tylko wtajemniczeni wiedzieli, gdzie ściana jest nośna, a gdzie budżet elastyczny.

Bo jak to bywa na wsi – wróbelki ćwierkają. A jak ćwierkają, to zwykle nie o pogodzie.

Podobno firma wykonawcza postanowiła wykazać się obywatelską postawą i dorzuciła się do imprezy Rock Water 2025. Gest piękny, niemal filantropijny. Tylko taki drobiazg – w relacji inwestor (czyli gmina) – wykonawca (czyli firma od remontu) takie „prezenty” mają tendencję do bycia… delikatnie korupcjogennymi.

Bo nagle robi się bardzo przyjemna atmosfera:

  • tu scena,
  • tam koncert,
  • a między tym wszystkim – całkiem przypadkowo – decyzje o zakresie robót, aneksach i kosztach.

I oczywiście nikt niczego nie sugeruje. To tylko taka swojska symbioza – trochę kultury, trochę betonu.

Wójt, zapytany, milczy.
Co w sumie jest już pewnym standardem komunikacyjnym – cisza jako strategia zarządzania informacją. No chyba, że mówimy o mediach, tam nawet koparką nie oderwą od szkła.

Ale liczby, jak to liczby, mają brzydki zwyczaj mówić.

I oto widzimy, że wkład własny na remont szkoły wzrósł o 100 000 zł.

No i teraz pojawia się klasyczne pytanie obywatelskie:
czy my:

  • spłacamy jakieś „niewidzialne zobowiązania”,
  • czy może remont wchodzi w fazę premium i ławki będą nie tylko edukacyjne, ale i inwestycyjne?

Bo jeśli dopłacamy 100 tysięcy, to człowiek zaczyna mieć pewne oczekiwania.
Nie mówię od razu o marmurach i złoceniach – jesteśmy przecież skromną gminą – ale może chociaż:

  • złote gwoździe?
  • ergonomiczne oparcia z domieszką prestiżu?
  • albo przynajmniej kreda pisząca sama, żeby nauczyciel nie musiał się przemęczać?

Najbardziej fascynujące jest jednak to, że wszystko to dzieje się równolegle:

  • z jednej strony darowizny od wykonawcy na imprezy,
  • z drugiej rosnące koszty inwestycji,
  • a pomiędzy nimi brak odpowiedzi na pytania.

Czyli klasyczny trójkąt bermudzki samorządu:
pieniądze wchodzą – odpowiedzi znikają.

Oczywiście ktoś powie, że to przypadek.
Że firma po prostu kocha muzykę, a gmina przypadkiem zwiększa wydatki.

I ja oczywiście wierzę w przypadki.
Szczególnie takie, które kosztują dokładnie 100 000 zł.

Ale może się czepiam.
Może to po prostu nowy model zarządzania:
partnerstwo publiczno-kulturalno-remontowe,
gdzie beton, koncert i budżet spotykają się w jednym miejscu – ku radości mieszkańców okolicznych gmin i warszawiaków.

Tylko szkoda, że mieszkańcy dowiadują się o tym głównie z ćwierkania wróbli,
bo oficjalnie – jak zwykle – wszystko gra.