Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka!

Drogie Dzieci z Gminy Płaska,

z okazji Waszego święta życzę Wam przede wszystkim radości, zdrowia, wielu powodów do uśmiechu oraz odwagi do spełniania marzeń.

Niech każdy dzień przynosi nowe przygody, dobre przyjaźnie i wspomnienia, do których będziecie wracać przez długie lata. Korzystajcie z dzieciństwa jak najdłużej – bawcie się, odkrywajcie świat, zadawajcie pytania i nie bójcie się być ciekawe wszystkiego, co Was otacza.

Życzę Wam również, abyście zawsze spotykali na swojej drodze ludzi, którzy potrafią słuchać, pomagać i dawać dobry przykład.

Bo dzieciństwo mija szybciej, niż się wydaje, ale to właśnie wtedy powstają wspomnienia, które zostają z nami na całe życie.

Wszystkiego najlepszego!


Z Kronik Królestwa Płaskiego

A skoro dziś Dzień Dziecka, skaldowie przypomnieli sobie, że w każdej krainie mieszka również jedno bardzo duże dziecko.

Nie dlatego, że jest najmłodsze.

Nie dlatego, że jest najmniejsze.

Lecz dlatego, że najdłużej wierzy, iż świat powinien wyglądać dokładnie tak, jak sobie wymarzyło.

W Królestwie Płaskim zwano je Michałem Pierwszym.

Złożyli mu więc życzenia:

aby nigdy nie utracił dziecięcej wyobraźni,

lecz wreszcie odkrył także zalety dorosłej odpowiedzialności.

Aby nauczył się, że zła wiadomość nie znika od schowania jej do szuflady.

Że lustro nie zastępuje rady starszyzny.

A własna racja nie zawsze jest racją królestwa.

Tak bowiem mawiają starzy skaldowie:

„Dzieckiem jest ten, kto marzy.

Dorosłym staje się dopiero ten, kto potrafi ponosić skutki własnych decyzji.”


Ilustracja pochodzi z Kronik Królestwa Płaskiego. Wszelkie podobieństwo do osób i współczesnych wydarzeń pozostawiamy ocenie Czytelników. 😉

Kroniki Królestwa Płaska. Saga o Michale Pierwszym

Oto saga o Michale, synu Ambicji, zwanym Pierwszym.

W owych czasach władał on niewielką krainą jezior, lasów i bagien, którą przodkowie zwali Płaską.

Michał był człowiekiem młodym, a jak mówią starzy skaldowie, młodość sama w sobie nie jest wadą.

Wadą staje się dopiero wtedy, gdy człowiek pomyli własne odbicie w wodzie z mądrością.

A że przeglądać się lubił nad wyraz, tedy z każdym odbiciem przybywało mu przekonania o własnej nieomylności.

Michał lubił wielkie zgromadzenia ludu.

Lubił przemawiać przy ogniach.

Lubił słuchać pieśni o sukcesach.

Lubił także, gdy pieśni te opowiadały o nim samym.

Nie miał jeszcze parcia na szkło, gdyż szkła jeszcze nie było, alem gdyby było to parłby na nie mocniej niźli na mury grodu swego.

Nie lubił natomiast ludzi, którzy przychodzili z niewygodnymi wieściami.

Gdy wojownik mówił:

— Panie, studnie są zatrute.

Michał odpowiadał:

— Nie czas teraz na studnie. Trwa święto.

Gdy skarbnik mówił:

— Panie, skarbiec pustoszeje.

Michał odpowiadał:

— Nie czas teraz na skarbiec. Trwa festiwal.

Gdy starzec mówił:

— Panie, lud zaczyna szemrać.

Michał odpowiadał:

— Nie czas teraz na lud. Trwa promocja krainy.

A gdy heroldowie przynosili pergaminy z pieczęciami strażników zdrowia, Michał nie pytał, co jest w środku.

Pytał jedynie, czy naprawdę trzeba pokazywać je ludziom.

I tak mijały kolejne księżyce.

Aż pewnego dnia mieszkańcy zauważyli rzecz osobliwą.

Im mniej mówiono o krainie Płaskiej, tym częściej mówiono o wielkim święcie zwanym Rock Water.

Znaki święta wisiały na bramach.

Znaki święta wisiały na chorągwiach.

Znaki święta pojawiały się na wozach.

Na scenach.

Na pergaminach.

A z czasem nawet na szatach wojowników wysłanych reprezentować krainę.

Wtedy jeden ze starych skaldów miał powiedzieć:

— Dawniej święta służyły królestwom.

Teraz wygląda na to, że królestwo służy świętu.

Za słowa te nie został wprawdzie wygnany.

Lecz od tej chwili nie zapraszano go już do wielkiej sali.

Tak bowiem postępował Michał Pierwszy.

Nie karał za swoje błędy.

Karał za ich przypominanie.

Ilekroć bowiem coś szło źle, winni byli:

posłańcy,

skaldowie,

wojownicy,

sąsiednie krainy,

pogoda,

los

i dawno zmarli przodkowie.

Nigdy zaś sam Michał.

A przecież wszyscy wiedzą, że człowiek, który twierdzi, że nigdy nie popełnia błędów, najczęściej popełnia ich najwięcej.

Tak zapisano w sadze.

Lecz to nie jest jeszcze jej koniec.

Wiele lat później, gdy uczeni badali stare runy i kroniki Krainy Płaskiej, odkryli rzecz osobliwą.

Michał Pierwszy nie został w nich nazwany Michałem Wielkim.

Nie nazwano go także Michałem Mądrym.

Ani Michałem Budowniczym.

W najstarszych zapisach odnaleziono jedynie krótką wzmiankę:

„Był ostatnim.”

Bo po jego panowaniu gasły światła jedno po drugim.

Zarosły drogi, którymi dawniej chodzili ludzie.

Opustoszały przystanie.

Zmarniały osady.

A mieszkańcy długo wspominali nie to, co zbudował,

lecz to, czego nie zdołał ocalić.

Tak kończy się saga o Michale Pierwszym.

I dlatego starzy skaldowie mawiają:

Łatwo zostać pierwszym.

Znacznie trudniej nie zostać ostatnim.

Jedyny taki samorząd na turnieju

27 maja w Augustowie odbył się turniej piłki siatkowej samorządów.

Nasza gmina również brała udział.

Szkoda, że nie zamieszczono żadnej informacji ani przed turniejem, ani po nim na stronie UG Płaska.
Może dlatego, że sportowo wielkich sukcesów nie było, ale uczciwie mówiąc — tutaj akurat wynik nie jest najważniejszy. Najważniejszy był żywiołowy doping Naszych kibiców.

Moją uwagę zwróciły jednak koszulki zawodników.

Oprócz jednej praktycznie wszystkie drużyny występowały w strojach:
– z herbem,
– nazwą miasta,
– nazwą powiatu,
– albo przynajmniej nazwą gminy, którą reprezentują.

A Gmina Płaska?

Wystąpiła w koszulkach „Rock Water”.

I żeby było jasne:
nie uważam, że ktoś specjalnie ukrywał nazwę gminy.
To wygląda raczej dużo prościej i dużo bardziej po płaszczańsku:
gmina prawdopodobnie nie posiada nawet podstawowych koszulek reprezentacyjnych, więc wykorzystano to, co akurat zostało po Rock Water.
Nawet niespecjalnie zastanawiając się, jak będzie to wyglądało na tle innych samorządów.

I właśnie to jest chyba najbardziej symboliczne.

Bo okazuje się, że przy budżetach promocyjnych liczonych w setkach tysięcy złotych samorząd reprezentujący gminę na turnieju międzygminnym nie ma nawet jednolitych koszulek z nazwą gminy.

I niestety coraz częściej wygląda to tak, jakby Wójt zarządzał gminą kompletnie bez planu i przewidywania skutków własnych decyzji.

Najpierw jest chaos.
Potem prowizorka.
Później gaszenie pożaru.
A na końcu standardowy komunikat, że:
– „sytuacja jest trudna”,
– „wszyscy są winni”,
– albo że „nikt wcześniej nie przewidział problemu”.

Tylko że rolą Wójta jest właśnie przewidywanie problemów wcześniej.

Bo inaczej kończy się dokładnie tak jak zwykle:
– gmina traci pieniądze,
– mieszkańcy ponoszą konsekwencje organizacyjnego bałaganu,
– a później pół powiatu patrzy na to wszystko z mieszaniną zdziwienia i politowania.

Co więcej — była to prawdopodobnie jedyna drużyna samorządowa na całym turnieju, która wystąpiła bez nazwy swojej gminy, miasta albo powiatu.

Za to Rock Water było wszędzie.
Nawet na piersi samorządu. Niczym Orzełek reprezentacji Polski. Oczywiście jaka gmina taki orzełek.

I może właśnie tutaj najlepiej widać dzisiejsze priorytety:
gmina powoli znika,
ale marka festiwalu ma się świetnie.

Choć być może źle rozumiem nowoczesny marketing.
Może dziś nie promuje się już gminy.
Może teraz gmina istnieje głównie po to, żeby promować Rock Water.

Być może kontakt z tajemniczą Rock Water działa dziś tak silnie, opanowując serca i umysły władzy, że człowiek po pewnym czasie przestaje już odróżniać promocję gminy od promocji festiwalu.

A jak każde uzależnienie — z czasem zaczyna domagać się coraz więcej i więcej.
Coraz większej uwagi.
Coraz większych pieniędzy.
Coraz większej przestrzeni.
I coraz częściej kompletnie niezależnie od kosztów, jakie ponosi sama gmina.

A potem pozostaje już tylko wrócić do domu.
Oczywiście pod flagą Rock Water.

Płaska jako stan umysł cd.

stan na wieczór 27 maja:

Panie Wójcie,

25 maja opisałem publicznie problem błędnego oznakowania na granicy Płaskiej i Gorczycy.

Problem nie jest estetyczny.
Problem jest prawny i dotyczy bezpieczeństwa ruchu.

Bo w obecnym układzie oznakowania wygląda na to, że na części ulicy Plażowej formalnie można poruszać się z prędkością do 90 km/h.

Minęły już dwa dni.

I nadal nic nie zostało poprawione. A w przypadku zdarzenia taka sytuacja może rodzić bardzo poważne konsekwencje prawne i organizacyjne.

Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego tak prosta sprawa wymaga aż tyle czasu, skoro rozwiązanie sprowadza się praktycznie do poprawnego ustawienia znaków, które od miesięcy stoją odwrotnie.

Zwłaszcza że problem został już publicznie wskazany i dokładnie opisany.

Nie mówimy tutaj o wielomilionowej inwestycji, analizach, projektach czy procedurach.

Mówimy o podstawowym oznakowaniu drogowym, które powinno zostać poprawione natychmiast po wykryciu błędu.

Tym bardziej że chodzi o bezpieczeństwo mieszkańców, a nie o internetową dyskusję czy polityczne przepychanki.

I tutaj mieszkańcy zaczynają zadawać sobie coraz bardziej niewygodne pytanie:

jaki właściwie deficyt występuje dziś w zarządzaniu gminą, skoro nawet po publicznym wskazaniu oczywistego błędu dotyczącego bezpieczeństwa ruchu drogowego przez kolejne dni nie da się po prostu pojechać na miejsce i poprawić dwóch znaków?

Czy jest to:
– problem organizacyjny,
– paraliż decyzyjny,
– niezdolność do przyznawania się do błędów,
– czy może zwykłe przekonanie, że mieszkańcy i tak o wszystkim za chwilę zapomną?

Bo coraz więcej osób odnosi wrażenie, że w tej kadencji największym problemem nie jest nawet sam błąd.

Największym problemem jest niezdolność do normalnej, szybkiej reakcji po jego wykryciu.

I naprawdę coraz więcej mieszkańców ma już dość sytuacji, w której więcej energii poświęca się na obrażanie się, walkę z krytyką i tłumaczenie rzeczy oczywistych niż na zwykłe, normalne działanie.

Bo mieszkańcy chcą Wójta, który coś robi dla gminy.
Nawet jeśli czasami miałoby to oznaczać po prostu szybkie naprawianie własnych błędów.

To i tak byłoby znacznie lepsze niż kolejne dni bezczynności i udawania, że problemu nie ma.

Dlatego mieszkańcy mają dziś pełne prawo pytać:
czy naprawdę w gminie łatwiej jest miesiącami prowadzić spory i pisać pisma niż po prostu pojechać na miejsce i usunąć oczywistą nieprawidłowość?

Urząd mówi: ulgę przyznano zgodnie z prawem. Ale za co? To już sekret – ciąg dalszy tego bulwersującego tematu

Wójcie zaczyna wrzeć i coraz więcej mieszkańców pyta dziś o jedną prostą rzecz:

za co konkretnie można dostać ponad 16 tys. zł ulgi inwestycyjnej w podatku rolnym?

I nie chodzi tutaj o żadną sensację.

To jest całkowicie normalne pytanie w sytuacji, gdy:
– gmina publikuje nazwisko beneficjenta,
– publikuje dokładną kwotę ulgi,
– ale odmawia podania, czego konkretnie dotyczyła inwestycja.

W odpowiedzi urząd powołał się na art. 13 ustawy o podatku rolnym.

Problem polega jednak na tym, że wskazany przepis dotyczy praktycznie całej kategorii inwestycji kwalifikujących się do ulgi inwestycyjnej.

Ja nie pytałem:
„czy istnieje taka ulga”.

Ja pytałem:
jakiej konkretnej inwestycji dotyczyło przyznane zwolnienie.

To zasadnicza różnica.

Bo mieszkańcy mają dziś pełne prawo wiedzieć:
– jakie inwestycje są kwalifikowane,
– jakie koszty są uznawane przez urząd,
– oraz czy ich własne wnioski były i są oceniane według identycznych kryteriów.

Tym bardziej że coraz częściej słychać głosy, iż gdyby mieszkańcy wiedzieli, że określone wydatki są realnie kwalifikowane przez gminę i nie są odrzucane np. z powodu trudnej sytuacji finansowej samorządu, to wielu rolników zdecydowałoby się na dodatkowe inwestycje.

W końcu możliwość odzyskania 25% kosztów inwestycji jest dla wielu osób bardzo konkretnym impulsem rozwojowym.

Ciekawy jest również punkt 4 odpowiedzi urzędu.

Zapytałem bowiem, czy przedmiotowa ulga nie została odliczona wcześniej niż pozwalają na to przepisy ustawy o podatku rolnym.

I tutaj urząd zasłonił się „tajemnicą skarbową”.

Tylko że moje pytanie nie dotyczyło prywatnych danych podatnika ani wysokości jego zobowiązań.

Pytanie dotyczyło praktycznego stosowania art. 13d ust. 3 ustawy o podatku rolnym, zgodnie z którym:
„zwolnienia i ulgi podatkowe udzielone na wniosek podatnika stosuje się od pierwszego dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym złożono wniosek”.

W publicznie dostępnych dokumentach decyzja związana z ulgą pojawia się dopiero przy zarządzeniu z dnia 30 kwietnia 2026 r.

Moje pytanie sprowadzało się więc do ustalenia, czy ulga została zastosowana zgodnie z terminami wynikającymi z ustawy.

To nie było pytanie o tajemnicę skarbową.
To było pytanie o prawidłowe stosowanie przepisów prawa przez urząd.

Najbardziej interesujące w całej sprawie jest jednak coś innego.

Urząd sam uznał, że mieszkańcy mogą wiedzieć:
– kto otrzymał ulgę,
– oraz w jakiej wysokości.

Ale gdy pojawia się pytanie:
„za co konkretnie?”,
nagle pojawia się mur tajemnicy.

I właśnie wtedy zaczynają pojawiać się kolejne pytania.

Zwłaszcza że cała sprawa dotyczy osoby powiązanej rodzinnie z Sekretarzem Gminy, a więc sytuacji, w której transparentność działania urzędu powinna być wręcz wzorcowa.

Bo w takich sytuacjach nie wystarczy działać zgodnie z prawem.
Trzeba jeszcze umieć przekonać mieszkańców, że wszystko odbywa się w sposób całkowicie przejrzysty i jednakowy dla wszystkich.

A dziś ta odpowiedź pozostawia raczej wrażenie, że mieszkańcy mogą wiedzieć tylko tyle, ile urząd uzna za wygodne.

Zobaczcie sami jak działa Nasza Gmina, a Wójt dystrybuuje środki do swoich

Pytanie do UG Płaska:

Dzień dobry,

Na podstawie art. 2 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej zwracam się z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej Załącznika nr 1 do ZARZĄDZENIA NR 199/26 WÓJTA GMINY PŁASKA z dnia 30 kwietnia 2026 r.

W opublikowanym wykazie osób, którym zastosowano ulgę inwestycyjną, przy pozycji dotyczącej Karola Z. wskazano kwotę 16 611,26 zł, jednak nie została uzupełniona kolumna dotycząca przyczyny zastosowania ulgi.

W związku z powyższym wnoszę o udostępnienie informacji:

  1. Jakiej inwestycji dotyczyła wskazana ulga inwestycyjna.
  2. Na podstawie jakiego przepisu została przyznana.
  3. Czy inwestycja miała charakter inwestycyjny w rozumieniu ustawy o podatku rolnym.
  4. Proszę o potwierdzenie, że przedmiotowa ulga nie została odliczona od raty podatku rolnego płatnej w marcu 2026 r.

Wskazuję jednocześnie, iż przy kwocie ulgi wynoszącej 16 611,26 zł wartość inwestycji stanowiącej podstawę jej naliczenia musiała wynosić co najmniej około 66 tys. zł, zakładając maksymalny ustawowy poziom ulgi wynoszący 25% nakładów inwestycyjnych.

W mojej ocenie brak uzupełnienia kolumny dotyczącej przyczyny zastosowania ulgi uniemożliwia mieszkańcom społeczną weryfikację, czy zostały spełnione ustawowe przesłanki umożliwiające jej przyznanie.

Sprawa ma istotne znaczenie z punktu widzenia przejrzystości życia publicznego, ponieważ według publicznie dostępnych informacji beneficjent ulgi pozostaje członkiem rodziny Sekretarza Gminy. Tym bardziej zasadne jest pełne i transparentne wyjaśnienie podstaw przyznania przedmiotowej ulgi.

Odpowiedź z Gminy niezwykle szczegółowa jak zwykle:

Czyli swoi swoim dają kasę 🙂

Ta odpowiedź jest ciekawa z kilku powodów.

Najważniejsze:

  1. Urząd potwierdził podstawę prawną:
  • art. 13 ust. 1 pkt 2 lit. c ustawy o podatku rolnym,
    czyli ulgę inwestycyjną dotyczącą urządzeń służących ochronie środowiska lub poprawie warunków produkcji rolnej.
  1. Potwierdzono, że:
  • inwestycja miała charakter inwestycyjny w rozumieniu ustawy o podatku rolnym.
  1. Ale jednocześnie urząd całkowicie uciekł od najciekawszego pytania:

„jakiej inwestycji dotyczyła wskazana ulga”.

I właśnie tutaj zaczyna się problem logiczny.

Bo:

  • w wykazie publicznym podano imię i nazwisko beneficjenta,
  • podano dokładną kwotę ulgi,
  • ale odmówiono wskazania rodzaju inwestycji, zasłaniając się tajemnicą skarbową.

Czyli mieszkańcy mogą wiedzieć:

  • kto dostał ulgę,
  • ile dostał,
    ale już nie:
  • za co konkretnie.

A przecież sens publikacji takich wykazów polega właśnie na społecznej kontroli prawidłowości przyznawania ulg publicznych. Poza tym w tabeli jest wyraźna komórka na taka daną,

Co więcej — urząd nie odpowiedział wprost na pytanie dotyczące:

„czy ulga nie została odliczona od raty podatku rolnego płatnej w marcu 2026 r.”

Zamiast tego wrzucono bardzo szerokie odwołanie do tajemnicy skarbowej.

To wygląda bardziej na próbę zamknięcia tematu niż rzeczywiste wyjaśnienie wszystkich wątpliwości.

Najbardziej problematyczne z perspektywy transparentności jest jednak to, że:

  • urząd sam publikuje dane personalne i kwoty ulg,
  • ale gdy pojawia się pytanie o podstawę faktyczną przyznania ulgi osobie powiązanej rodzinnie z sekretarzem gminy, nagle pojawia się mur „tajemnicy skarbowej”.

I właśnie taki kontrast zwykle budzi największe zainteresowanie mieszkańców.

W Płaskiej odkryto sposób na przenikanie się teraźniejszości z przeszłością

Rock Water Festival Serwy 2026 – Gminny Ośrodek Kultury w Płaskiej

vs.

Festiwal Rock Water Serwy – Portal – Gmina Płaska

czyli organizacja informacji w stylu Wójta Skubisa.

tak nam się współpraca przy naprawie strony plaska.pl całkiem dobrze zaczęła, więc pójdźmy za ciosem i zróbmy kolejny mały krok w stronę XXI wieku.

Bo obecnie wygląda to mniej więcej tak:

GOK żyje już festiwalem Rock Water 2026.
Są zespoły, grafiki, aktualne informacje, atmosfera przygotowań.

A oficjalna strona gminy?
Dalej dumnie promuje Rock Water 2025.

Naprawdę piękny przykład podróży w czasie.

Turysta wchodzi na stronę gminy i dowiaduje się, że:
– bilety są na 2025 – poproszę bo się spóźniłem
– koncerty są w 2025,
– sponsorzy są z 2025,
– transport jest z 2025.

Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy:
– przegapił rok życia,
– czy może gmina dopiero powoli przetwarza upływ czasu.

I właśnie to jest dziś największy problem komunikacyjny w gminie.

Informacje są porozrzucane:
– trochę na plaska.pl,
– trochę na stronie GOK,
– trochę w aktualnościach,
– trochę w archiwach,
– a część chyba duchowo już w innym wymiarze administracyjnym.

Mieszkaniec albo turysta musi dziś prowadzić cyfrowe śledztwo, żeby ustalić:
co jest aktualne,
co archiwalne,
a co po prostu zostało zapomniane po poprzednim sezonie.

A później słyszymy, że chcemy rozwijać turystykę i promować gminę.

Naprawdę?
Bo na razie wygląda to tak, jakby jedna część urzędu organizowała 2026, a druga jeszcze mentalnie nie wyszła z 2025.

Zamiast kwiatków prezent od jeszcze Wójta Skubisa

I proszę.
W dniu Dnia Matki Wójt po cichu wrzucił swoje badanie wody.

Sprawozdanie z pobierania i badań nr SB/61334/05/2026 z dnia 22.05.2026 – Biuletyn Informacji Publicznej Urzędu Gminy Płaska

Według dokumentu:
0,017 mg/l.

Teraz pozostaje już tylko poczekać na weryfikację Sanepidu.

Bo przypomnę, że poprzednio według urzędu miało być piękne:
0,040 mg/l.

A później Sanepid zobaczył:
0,335 mg/l.

Czyli jedenaście razy więcej.

Naprawdę trudno dziś mówić o jakimkolwiek zaufaniu do obecnej władzy i „Wspólnej Sprawy”.
Tam już nie ma dna.
Tam jest jeszcze gruba warstwa mułu.

Oczywiście Pan Skubis w swoim standardowym stylu nadal nie opublikował decyzji Sanepidu.
Ale do tego mieszkańcy chyba zdążyli się już przyzwyczaić.

I wiecie co?
Ja naprawdę chciałbym, żeby tym razem okazało się, że woda jest już zdrowa i bezpieczna.
Bez ironii.
Bez złośliwości.
Normalnie po ludzku.

Tylko pamiętajcie przy okazji:
kto przez cały ten czas kluczył,
kto unika publikowania dokumentów,
kto traktuje mieszkańców jak problem,
a urząd jak własny folwark.

Bo ego urosło już chyba do rozmiaru, w którym sama gmina robi się za mała.

Kiedyś zapytałem:
co właściwie zostało dobrze zrobione od maja 2024 roku?

Jedyną konkretną odpowiedzią, jaką udało mi się znaleźć, były podwyżki w urzędzie.

Od dwóch lat Płaska jak Rosja, to stan umysłu :-)

Powiem tak.
Każdy może się pomylić.

Jednak po zakończeniu prac każdy trzeźwo myślący człowiek powinien zauważyć pewną drobną nieścisłość.

Ale dobrze.
Nie czepiajmy się.

W UG Płaska mamy przecież inżynierów dobrze opłacanych, odbierających prace i pieczołowicie kontrolujących stan infrastruktury gminnej.

I nikt tego nie zauważył?

A więc wygląda na to, że mamy dziś w środku wsi odcinek szutrowy od znaku do mostka, gdzie według oznakowania można legalnie jechać 90 km/h.

Jak ktoś chce testować zawieszenie albo amortyzatory, to tylko ulica Plażowa.
Nawet nie trzeba wyjeżdżać ze wsi.

Jest takie bardzo brzydkie powiedzenie o tym, jak blisko siebie leżą Płaska i Gorczyca.
Wójt najwyraźniej postanowił, aby słowo ciałem się stało.

Patrząc jednak na ustawienie znaków, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze organizacja ruchu, czy już jakaś samorządowa sztuka współczesna.

I wtedy przypomniała mi się pewna przypowieść:

I stało się, że podróżny jechał drogą między Płaską a Gorczycą.

A gdy ujrzał znaki przy drodze, zatrzymał się i rzekł:
„Panie, dokąd ja właściwie wjeżdżam?”

I spojrzał najpierw na jedną tablicę,
a potem na drugą,
i zmieszał się bardzo.

Albowiem znaki mówiły mu jednocześnie:
„Wjeżdżasz do Płaskiej”
i:
„Wjeżdżasz do Gorczycy”.

Tak więc podróżny w jednej chwili
wjechał do dwóch miejscowości naraz.

A gdy zawrócił i spojrzał z drugiej strony,
ujrzał znowu dwa końce.

I wyjechał jednocześnie
z Płaskiej
i z Gorczycy.

Wtedy podróżny zapytał:
„Któż uczynił rzeczy tak przedziwne?”

A starsi gminy odpowiedzieli:
„Nie wiemy.
Znaki zostały postawione,
odebrane,
podpisane
i trwają tak już od dawna, więc się uprawomocniły”.

I zdumiał się podróżny jeszcze bardziej.

Bo zrozumiał,
że większym cudem od źle ustawionych znaków
jest to,
iż przez tyle miesięcy nikt nie zauważył,
że stoją odwrotnie.

I pomyślał w sercu swoim:
„Zaprawdę, syn cieśli musiał bardziej umiłować symbolikę niż poziomicę”.

Światłowód w Płaskiej — skoro to taki zły biznes, to po co ktoś chce go kupić za 1,7 mln zł?

Gmina Płaska wystawiła na sprzedaż swoją sieć światłowodową za około 1,7 mln zł.

I tutaj zaczyna się naprawdę ciekawa historia.

W uzasadnieniu słyszymy między innymi:
– koszty utrzymania rosną,
– opłaty za słupy i infrastrukturę rosną,
– czynsze wzrosły,
– a w przyszłości będzie jeszcze drożej.

Jednocześnie mieszkańcy są uspokajani, że:
„sprzedaż nie wpłynie na ceny internetu ani jakość usług”.

No dobrze.
To spróbujmy to logicznie poukładać.

Skoro:
– utrzymanie sieci staje się coraz mniej opłacalne,
– koszty stale rosną,
– a biznes wygląda tak słabo, że gmina chce się go pozbyć,

to dlaczego prywatna firma miałaby wyłożyć 1,7 mln zł na zakup tej infrastruktury? Czy dla niej ceny nie będą rosnąć?

Przecież prywatny operator:
– nie jest fundacją charytatywną,
– nie kupuje sieci „dla dobra mieszkańców”,
– tylko po to, żeby na niej zarabiać.

I tutaj pojawia się kolejny bardzo ciekawy element:
przetarg nie jest zwykłym przetargiem otwartym.

To przetarg ustny ograniczony.

Czyli:
nie każdy może w nim uczestniczyć. Tylko firmy zaproszone przez Wójta.

I tutaj pojawia się pytanie, które zadaje sobie dziś chyba pół gminy:

ograniczony do kogo?

Bo z tego co wiadomo mieszkańcom, z tej infrastruktury korzysta obecnie praktycznie jeden operator świadczący usługi abonentom.

Czyli pojawia się dość naturalna wątpliwość:
ilu realnych oferentów w praktyce może być zainteresowanych zakupem tej sieci?

Bo umówmy się:
operator, który już:
– korzysta z infrastruktury,
– ma klientów,
– zna przebieg sieci,
– posiada zaplecze techniczne,
– i funkcjonuje lokalnie,

ma przewagę trudną do przeskoczenia.

A skoro tak, to mieszkańcy mają pełne prawo pytać:
– ilu operatorów zaproszono do przetargu,
– ilu realnie może złożyć ofertę,
– oraz czy gmina przeprowadziła analizę konkurencyjności tego procesu.

I tutaj robi się jeszcze ciekawiej.

Bo jeżeli:
– utrzymanie sieci jest tak drogie,
– koszty mają stale rosnąć,
– a biznes „się nie spina”,

to:
dlaczego prywatny podmiot chce za to zapłacić aż 1,7 mln zł?

Czyli mamy kilka możliwości.

Wariant 1

Gmina po prostu nie potrafiła wykorzystać potencjału tej infrastruktury.

Czyli:
– aktywo jest wartościowe,
– da się na nim zarabiać,
– tylko samorząd nie miał pomysłu jak.

To rodzi pytanie:
czy mieszkańcy powinni sprzedawać majątek publiczny dlatego, że ktoś nie potrafił nim efektywnie zarządzać?

To trochę jak z drogą do Rudawki.
Zamiast skutecznie rozwiązać problem i utrzymywać własną infrastrukturę, pojawia się pomysł oddania jej komuś innemu w nadziei, że „będzie lepiej utrzymywana”.

Czyli klasyczne samorządowe:
„nie umiemy utrzymać, więc oddajmy komuś innemu”.

Patrząc na tempo tych strategicznych decyzji, człowiek sam zaczyna się zastanawiać nad zmianą operatora samorządowego 😉

Wariant 2

Dziś słyszymy:
„nic się nie zmieni”.

A zmiany przyjdą później.

Bo operator, który wydaje 1,7 mln zł:
– będzie chciał odzyskać pieniądze,
– zarabiać,
– rozwijać biznes,
– oraz ograniczać ryzyko.

I naprawdę trudno uwierzyć, że zrobi to wyłącznie z własnej dobroci serca.

Przecież wszystko to, o czym mówi dziś Wójt:
– rosnące koszty,
– opłaty,
– utrzymanie infrastruktury,
– przyszłe wydatki,

będzie dotyczyło również prywatnego operatora.

To trochę jak wysłać męża do sklepu po zakupy:
jeżeli produkty są drogie, to nie stanieją magicznie tylko dlatego, że następnego dnia po te same rzeczy pójdzie żona.

Wariant 3 — może problemem nie jest światłowód, tylko budżet?

I tutaj pojawia się jeszcze jedna możliwość.

Może sprzedaż światłowodu nie wynika wyłącznie z „racjonalizacji działalności”, ale zwyczajnie z potrzeby zdobycia gotówki.

Bo w ostatnim czasie:
– Gmina oddała prawie 600 tys. zł dotacji,
– planowany wzrost wynagrodzeń względem 2025 roku wynosi około 1,55 mln zł,
– pojawiają się kolejne awarie wodociągów,
– infrastruktura wymaga coraz większych nakładów,
– a jednocześnie dalej spłacamy wcześniejsze inwestycje.

I wtedy sprzedaż światłowodu zaczyna wyglądać trochę inaczej.

Nie jako:
„strategiczna decyzja telekomunikacyjna”,

ale raczej:
„sprzedaż majątku w celu poprawy bieżącej płynności finansowej”.

Ale jest jeszcze jeden bardzo ciekawy temat:
wycena.

Bo w przypadku takiej infrastruktury bardzo trudno mówić o klasycznej metodzie porównawczej.

Nie kupuje się przecież co tydzień gminnych sieci światłowodowych w Płaskiej, żeby łatwo porównać ceny rynkowe.

A to oznacza, że przy odpowiednich założeniach:
– mnożnikach,
– prognozach,
– stopach zwrotu,
– przewidywanych przychodach,
– kosztach utrzymania,
– czy tempie rozwoju abonentów,

praktycznie każdą wycenę można „ułożyć” w bardzo szerokim zakresie.

I wtedy pojawia się kolejne pytanie:
czy cena 1,7 mln zł wynika z rzeczywistej wartości infrastruktury, czy może bardziej z poziomu, który potencjalny zainteresowany był gotowy zaakceptować?

Bo przy ograniczonym przetargu i bardzo wąskim gronie potencjalnych kupujących mieszkańcy mają pełne prawo oczekiwać:
– pełnej transparentności wyceny,
– pokazania metodologii,
– wartości księgowej,
– kosztów budowy,
– przychodów z dzierżawy,
– oraz rzeczywistych kosztów utrzymania.

Bo na razie wygląda to trochę tak:

„utrzymanie sieci kompletnie się nie opłaca,
ale spokojnie —
ktoś właśnie chce zapłacić za nią 1,7 mln zł.””