Projekt Ratunkowy: Operacja „Mapa 2.0”

Do poniższego tekstu doszło po przeczytaniu wiadomości od jednego z czytelników. Szacun. Nie pomyślałem. Dobrej nocy.

Każda gmina ma dwie rzeczy: granice i ambicje.
Granice są na mapie. Ambicje — w prezentacji PowerPoint.

Czasem jednak budżet zaczyna przypominać dietę cud:
dużo zapewnień, mało efektów i stałe zapewnienie, że „to tylko przejściowe zatrzymanie metabolizmu inwestycyjnego”.

Dlatego proponuję reformę nowoczesną, europejską i – co najważniejsze – księgową:
przyłączenie naszej Gminy do którejś z sąsiednich.

Dlatego, że wszystko się wali.
Dlatego, że dramat.
Dlatego, że matematyka ma tę brutalną cechę, iż nie reaguje na wystąpienia okolicznościowe.

Wyobraźmy to sobie.

Zamiast dwóch urzędów, z czego jeden jest niewydolny – jeden.
Zamiast dwóch sekretariatów – jeden czajnik.
Zamiast podtrzymywać lokalny folklor administracyjny i brak wiedzy – urząd, który… działa.

Bo u sąsiadów woda nie jest metaforą rozwoju.
Po prostu leci.
Droga nie jest wizją.
Jest drogą.
A odpowiedź na pismo nie przypomina pracy magisterskiej z unikania odpowiedzi.

Tam mieszkaniec nie odbywa pielgrzymki przez referaty,
nie kolekcjonuje pieczątek jak znaczków,
nie uczy się przepisów, by udowodnić, że 2+2 jednak bywa cztery.

Tam urząd jest usługą.
U nas bywa przeżyciem.

Owszem, mamy strukturę.
Referaty.
Zespoły.
Stanowiska.
Analizy sytuacji.

Analizujemy tak długo, aż sytuacja przestaje istnieć albo zmienia się kadencja.

Przyłączenie do sąsiedniej jednostki oznaczałoby brutalną rzecz:
racjonalizację.

Mniej stanowisk od „koordynowania koordynacji”.
Mniej narad o harmonogramie narad.
Mniej energii zużywanej na samo istnienie.

Mniej Wójta, który jak tłumaczą juz trzeci rok jego radni: popełnia błędy, ale się uczy. Pytanie czego.

Czy to zamach na suwerenność?
Oczywiście.
Bo nic tak nie boli jak likwidacja etatu w imię logiki.

Ale zaryzykuję tezę heretycką:
mieszkaniec nie potrzebuje suwerenności urzędu.
Potrzebuje sprawnego wodociągu.

Tabliczkę przy drodze można wymienić.
Pieczątkę można zamówić nową.
Szyld można odkręcić.

Tylko śmieci muszą być wywiezione.
Droga musi być przejezdna.
A odpowiedź musi być odpowiedzią.

Może więc prawdziwą dojrzałością samorządu nie jest pielęgnowanie własnej wielkości,
lecz umiejętność przyznania, że większy organizm bywa sprawniejszy.

Bo na końcu zawsze zostaje jedno pytanie – nie ideologiczne, nie ambicjonalne, nie honorowe.

Bardzo przyziemne.

Czy taniej i lepiej – czy drożej i z przemówieniem?

Jest taki stary dowcip, że żeby było w kraju lepiej, trzeba wywołać wojnę z kimś sprawniejszym i natychmiast się poddać. Oczywiście nikt rozsądny nie chce wojny — ale metafora bywa kusząca. Bo czasem najrozsądniejszą strategią jest nie walczyć z rzeczywistością, tylko… dołączyć do tej, która działa.

Zróbmy więc wersję samorządową.
Nie armaty, nie fanfary — tylko Operację „Kontrolowana Kapitulacja Administracyjna”. Poddajmy się sprawności sąsiadów. Bez strat w ludziach, za to z zyskiem w wodociągach.

Wyobraźmy to sobie:
– woda leci, bo ma lecieć, a nie dlatego, że ktoś właśnie analizuje jej filozoficzne podstawy;
– odpowiedź na pismo zawiera odpowiedź, a nie streszczenie drogi, którą przeszło pismo;
– inwestycja kończy się oddaniem do użytku, a nie konferencją o oddaniu do użytku.

  • wszystko jest tańsze, bo nie trzeba utrzymywać darmozjadów

A przy okazji — uporządkujmy system. Nie „pogonić”, tylko odchudzić. Nie „wypędzić”, tylko zracjonalizować. Bo jeśli struktura żyje głównie po to, by podtrzymywać samą siebie, to najwyższy czas na dietę. Tę bez slajdów i bez przemówień.

Nie chodzi o ludzi. Chodzi o mechanizm.
Jeśli ktoś jest naprawdę dobry — poradzi sobie wszędzie.
Jeśli nie — to może rynek pracy jest najuczciwszą komisją audytową.

Zamiast więc wojny — zróbmy porządek.
Zamiast rewolucji — rachunek.
Zamiast wielkich słów — działające usługi.

Bo przyszłość wygrywa się nie hasłami, tylko sprawnością. A jeśli można mieć ją szybciej, przykręcając nową tabliczkę przy drodze, to może warto zapytać: czy naprawdę potrzebujemy heroizmu, skoro wystarczy zdrowy rozsądek?

Bez armat.
Bez czarnych flag.
Za to z działającym wodociągiem i regularnym wywowzem śmieci. I z odśnieżaniem. I wszystko taniej.

Sprawa o odzyskanie pieniędzy mieszkańców za wywóz odpadów

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, wystąpiłem do Samorządowego Kolegium Odwoławczego z wnioskiem o ocenę prawidłowości stosowania przez Urząd Gminy Płaska podwyższonych stawek opłat w roku 2025.

W szczególności zwróciłem się o rozstrzygnięcie, czy:

  • mieszkańcy byli zobowiązani do ponoszenia opłat w podwyższonej wysokości już od dnia 1 stycznia 2025 r., zgodnie ze stanowiskiem Urzędu Gminy,
  • czy też – zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa krajowego – nowa stawka powinna obowiązywać dopiero od momentu skutecznego doręczenia decyzji podatkowej, co w konsekwencji wymagałoby dokonania stosownych korekt i przeliczenia należności.

W przypadku potwierdzenia, że zastosowane przez Organ rozwiązanie było niezgodne z prawem, zasadne będzie również ustalenie odpowiedzialności za ewentualne skutki finansowe oraz straty poniesione przez Gminę i mieszkańców.

Z uwagi na właściwość proceduralną w pierwszej kolejności sprawa została skierowana do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które co do zasady rozpatruje sprawy w terminie około miesiąca. W przypadku uznania braku kompetencji do jej rozstrzygnięcia, dalsze kroki zostaną podjęte przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym.

Jednocześnie pragnę wskazać, że przed skierowaniem sprawy do SKO Wójtowi Gminy przedstawiono liczne orzeczenia sądów administracyjnych, jednoznacznie potwierdzające przyjętą interpretację przepisów. Jednak nie był zainteresowany tematem.

W szczególności powołano się na następujące wyroki:

  • wyrok WSA w Gliwicach z 30.08.2016 r., sygn. I SA/Gl 679/16,
  • wyrok WSA w Gliwicach z 26.06.2018 r., sygn. I SA/Gl 295/18,
  • wyrok WSA w Gorzowie Wielkopolskim z 01.08.2018 r., sygn. I SA/Go 217/18,
  • wyrok WSA w Gdańsku z 19.12.2018 r., sygn. I SA/Gd 972/18,
  • wyrok WSA w Poznaniu z 04.12.2019 r., sygn. I SA/Po 718/19,
  • wyrok WSA w Gdańsku z 22.01.2020 r., sygn. I SA/Gd 1619/19,
  • wyrok WSA w Olsztynie z 13.04.2022 r., sygn. I SA/Ol 62/22,
  • wyrok NSA z 28.06.2023 r., sygn. III FSK 836/22.

Analogiczne stanowisko zostało również zaprezentowane przez Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Krakowie w postanowieniu z dnia 15.01.2025 r., sygn. SKO.EA/418/147/2024, wydanym w sprawie o zbliżonym stanie faktycznym.

Łezka się w oku kręci, ale to jednak trochę tchórzostwo

Hasła się zmieniają, plakaty mają nową czcionkę, a twarze młodsze o trzydzieści lat… ale ton pozostaje dziwnie znajomy.

Bo przecież już to kiedyś było.

„Nietrudno domyślić się, kto łoży na organizowanie awantur… wrogowie władzy, wichrzyciele, elementy wywrotowe, pogrobowcy starego ustroju, sługusi imperializmu…”
Człowiek czyta i zastanawia się, czy to archiwum z 1968 roku, czy świeży komunikat z gminnego newslettera.

Zmieniła się tylko „podlaska woda”. Kiedyś była „historia”, „postęp” albo „lud pracujący miast i wsi”.
Dziś woda. Też groźna. Też komuś ma kości pogruchotać. Hydrologia bojowa.

Aktualnie trwają spotkania Wójta z mieszkańcami.
Podobno konsultacje. Dialog. Otwartość.

Złośliwi twierdzą, że to raczej objazdowy teatr jednego aktora pod hasłem:
„Jak ocieplić wizerunek w pięciu prostych krokach i jednym cateringiem”.

Transparentność? Odpowiedzi? Niewygodne pytania?
Ależ skąd.

Będą ciasteczka.
I kawa rozpuszczalna.

Ta sama, którą według wszystkich lekarzy należy omijać szerokim łukiem, bo bardziej przypomina eksperyment chemiczny niż napój — ale na zebranie wiejskie nadaje się idealnie.
W końcu nic tak nie buduje dialogu społecznego jak plastikowy kubek, trzy herbatniki i aromat przypominający lata 90.

Człowiek przychodzi z problemami, wychodzi z kofeiną i cukrem.
I od razu jakoś lżej na sercu.

Bo jak wiadomo — gdy jest kawa i ciastko, to demokracja działa lepiej.
A przynajmniej łatwiej się ją przełyka.

Bardzo chciałem być na spotkaniu. Naprawdę.
Bo w urzędzie odpowiedzi dostaję w stylu zen: dużo słów, zero treści.
Takie administracyjne haiku.
Czytasz trzy razy i dalej nie wiesz, czy to odpowiedź, czy przepis na kompot.

Niestety — pech.
Zebranie akurat w jedyny dzień, o którym wszyscy z władzy wiedzą, że nie mogę.

Przypadek?
Oczywiście.
Taki sam jak to, że deszcz zawsze pada w weekend.

Muszę jednak przyznać: planowanie — mistrzostwo świata.
Szachy 5D. Wójt uczy się na błędach, ale może nie tego co byśmy my chcieli jako mieszkańcy.
Terminarz tak ułożony, by nikt zadający pytania nie dotarł.
Gdyby tak planować inwestycje, mielibyśmy Dubaj Północy.

Oczywiście spotkanie zapewne nie będzie nagrane.
Bo po co archiwizować sukcesy?
Sukcesy należy przeżywać duchowo.

A szkoda, bo można by potem spokojnie wrócić do kilku drobiazgów:

Na przykład:
– czemu w jednym miejscu budujemy ekskluzywne cuda techniki, a gdzie indziej ludzie zamarzają z kranem w ręku i wody brak,
– czemu asfalt ląduje tam, gdzie nawet rower się gubi,
– czemu majątek gminy znika szybciej niż cukier w herbacie,
– czemu dyrektorzy są zwalniani i przywracani częściej niż seriale tureckie w ramówce TV,
– czemu uchwały po głosowaniu żyją własnym życiem,
– czemu żeby odzyskać pieniądze mieszkańców Gminy, trzeba iść do sądu, jakby to był sport narodowy.

No i mój ulubiony klasyk:
ponad połowa budżetu na pensje.
To już nie urząd — to program socjalny z biurkami.

Ale spokojnie.
Tych pytań nikt nie zada.

Bo żeby zadać pytania, trzeba być na sali.
A żeby być na sali, trzeba trafić w jedyny termin w roku, kiedy akurat nie ma się życia, pracy ani zdrowego rozsądku.

I tak toczy się ta nasza mała historia:
plakaty nowe, hasła nowe, tylko metoda wiecznie ta sama.

Człowiek patrzy, przeciera oczy i myśli:
„Kurczę… ja już ten film widziałem”.

Tylko popcorn droższy.

Specjalnie dla mieszkańców. Wiersz.

Podobno nadesłany aż z odległej, zaprzyjaźnionej wioski północnokoreańskiej, w geście braterskiej solidarności i uznania dla historycznego zbliżenia naszej Gminy z lokalnym „Słońcem Narodu”.

Utwór — jak zapewnia organizator — napisany przez małego, niedożywionego pioniera, siedzącego na zboczu góry Pektu-san, przy wietrze, śniegu i obowiązkowej miłości do władzy.

Czyli standardowy program wymiany kulturalnej.

Gdy słońce nad gminą wschodzi jak złoto,
a rosa lśni dumnie na każdym źdźble traw,
my w szyku idziemy — równiutko, ochoczo —
bo przecież to Wspólna prowadzi nas Sprawa!

Tu łopata błyszczy jak sztandar na wietrze,
tu grabie jak szable podnoszą się w dal,
a ktoś z okna krzyczy: „Zebraniu naprzeciw!”
i nawet gołębie maszerują w takt.

Na czele — wiadomo — ktoś stoi dostojnie,
z teczką, co cięższa od losów i map,
i kiwa nam głową poważnie, spokojnie,
jak gdyby plan pięcioletni miał w planach od lat.

„Naprzód!” — mówi cicho. „Do czynów, do pracy!”
Więc idą mieszkańcy, z uśmiechem co dnia,
bo gdy razem działasz, to łatwiej zapłacić…
to znaczy — osiągnąć wspólny cel. O, tak!

A kiedy już zmrok się nad wioską rozłoży,
i lampy jak gwiazdy zapalą swój blask,
to każdy z dumą sąsiadowi powie:
„No widzisz — we Wspólnej Sprawie jest moc i jest… czas.”

I tylko wiatr niesie po polach i dachach
ten hymn nieco wielki, patosu w nim stos:
że razem najłatwiej naprawić chodniki,
a czasem… przegłosować coś.

Czeska komedia

Do dziś nie dotarła do mnie żadna informacja o wdrożeniu działań naprawczych w sprawie opłat za gospodarkę odpadami za rok 2025. Wobec tego – klasycznie – mówię: sprawdzam. O efektach tej weryfikacji oczywiście poinformuję.

Na razie otrzymałem jedynie demonstrację administracyjnej kreatywności w postaci odmowy udostępnienia dokumentu niezbędnego do postępowania przed SKO. Dokumentu, który i tak jutro będę miał. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że jedynym celem tej operacji było przesunięcie całej sprawy o kilka dni – zapewne w imię procedur, tradycji lub sportu.

Szczególne uznanie budzi także moment przekazania informacji – piątek, godzina równo 15:00.

Timing niemal podręcznikowy: tak, by nikt nie zdążył już zareagować. Administracyjny odpowiednik gaszenia światła i udawania, że biura nie ma.

Całość zaczyna przypominać piaskownicę. Z tą różnicą, że to Wójt Skubis i Sekretarz Zdancewicz się w niej bawią – a piasek, łopatki i foremki finansujemy wszyscy z własnych kieszeni.

Pozostały 3 dni

Do końca stycznia Urząd Gminy Płaska ma, zgodnie z umową, przekazać mi informację w sprawie ostatecznej decyzji w sprawie opłat za śmieci. Innymi słowy: wreszcie dowiemy się, czy wszystko było policzone uczciwie, czy przez ostatnie miesiące mieszkańcy płacili więcej, niż powinni.

Bo ja twierdzę jasno: coś tu się nie zgadza. I to bardzo.

Od miesięcy wskazuję, że sposób naliczania opłat wg mnie wprowadzał mieszkańców w błąd i skutkował zawyżonymi rachunkami, a sam Urząd był informowany o tym od dawna. Mówiąc po ludzku — mogliśmy płacić za dużo. Urząd odpowiadał: „wszystko jest zgodnie z prawem”. Zawsze jest zgodnie z prawem.

Pan Nasewicz, Pan Zdancewicz, a pośrednio także Wójt — który od kwietnia 2025 roku konsekwentnie milczy na prośby o weryfikację — przekonują mnie, że nie mam racji. Że nie znam przepisów. Że to ja się mylę.

Czyli klasyka: obywatel pyta, urząd tłumaczy, że obywatel nic nie rozumie.

Na szczęście sprawy nie da się zagadać w nieskończoność. W piątek wszystko powinno być jasne.
Albo gmina przyzna, że doszło do nieprawidłowości w rozliczeniach,
albo sprawa w poniedziałek pojedzie dalej — do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a jeśli trzeba, do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Ja stawiam sprawę uczciwie: jeśli się mylę — przeproszę. Publicznie i na piśmie. Bez problemu.

Ale jeśli racja jest po mojej stronie, to problem będzie miał już nie mieszkaniec, tylko gmina.

Bo wtedy mówimy nie o „drobnej pomyłce”, tylko o miesiącach błędnych rozliczeń wobec całej wspólnoty oraz wprowadzania w błąd sygnalisty, który wskazywał problem. A to oznacza zwroty, korekty, tłumaczenia i bardzo poważny cios w wiarygodność urzędu.

Zwłaszcza, że przed nami kolejne tematy do wyjaśnienia przez Urząd lub przed sądem: np. rozliczenia za wodę X 2024-VI 2025. Zaufanie mieszkańców jest tu kluczowe. A trudno ufać komuś, kto najpierw wystawia rachunki, a dopiero potem sprawdza, czy były prawidłowe, a jak już wie, że jest źle to idzie w zaparte.

Najbardziej irytujące jest jednak coś innego: tę sprawę można było zamknąć wiele miesięcy temu. Wystarczyło usiąść, sprawdzić przepisy, wyjaśnić. Zamiast tego wybrano strategię „przeczekać”. Efekt? Problem urósł, dokumentów przybyło, nerwów jeszcze więcej. A wyprostowanie może być teraz o wiele trudniejsze.

Teraz pozostaje już tylko jedno pytanie: kiedy dokładnie gmina wysłała ostatnią decyzję śmieciową w 2025 roku — i ile osób zdążyło zapłacić coś, co być może wcale nie było należne?

Kiedy skończy się nam majątek Gminny

Poniżej publicystyczna i satyryczna wersja emaila do Wójta z pytaniem co się dzieje w tej Gminie. Główne tezy i pytania zachowane co do wartości merytorycznej.

Zwracam się z uprzejmą prośbą o informację, co jeszcze z majątku naszej Gminy planujemy w najbliższym czasie „oddać w dobre ręce”. Najlepiej w formie listy: co sprzedajemy, komu, za ile oraz z jakich roszczeń przy okazji rezygnujemy. Dobrze byłoby też wiedzieć, ile to wszystko jest naprawdę warte, a za ile oddajemy — tak orientacyjnie, żeby mieszkańcy wiedzieli, czy to jeszcze gospodarność, czy już wyprzedaż garażowa.

Dotąd sądziłem, że akcja „Oddajmy drogę” dotyczy tylko Rudawki. Taki jednorazowy eksperyment, wypadek przy pracy. Tymczasem wygląda na to, że wchodzimy w tryb hurtowy. Teraz w pakiecie leci droga z Rygoli do Muł, do tego świeżo wyremontowany most — jeszcze ciepły po odbiorze technicznym.

To naprawdę imponujące: najpierw remontujemy za własne pieniądze, potem stwierdzamy, że jednak nam się nie opłaca… i oddajemy komuś innemu. Ekonomia level master.

Co ciekawe, nam się nie opłaca, a Powiatowi i Województwu już tak. Oni przejmą chętnie. Bez wahania. Czyli coś musi być z tym majątkiem nie tak — skoro dla nas bezwartościowy, a dla nich nagle atrakcyjny. Może mamy jakąś szczególną odmianę asfaltu, który traci wartość po przekroczeniu granicy gminy?

Patrząc na to z boku, trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie są pojedyncze decyzje, tylko strategia. Taka długofalowa. Skoro nie mamy pieniędzy na remonty i zdolności kredytowej, to robimy to, co robi każdy rozsądny gospodarz nigdy nie zrobi: wyprzedajemy, co się da.

Najpierw drogi. Potem mosty. Może budynki. A na końcu zostanie tablica z napisem „Gmina była tu kiedyś”.

Całość zaczyna przypominać dom, w którym brakuje gotówki, więc zamiast naprawić budżet, wynosi się do lombardu kolejne rzeczy. Najpierw telewizor, potem lodówkę, potem rodzinne srebra. Przynajmniej przez chwilę jest płynność finansowa. Do momentu, gdy nie ma już czego wynosić.

Albo historycznie: przyjeżdżają „dobrzy ludzie z zewnątrz”, obiecują pomoc, a my w zamian oddajemy im gotową infrastrukturę. Trochę jak wymiana paciorków na złoto z Indianami, tylko w nowoczesnej, samorządowej wersji. Z protokołem zdawczo-odbiorczym.

Dlatego naprawdę chciałbym zobaczyć pełną listę. Zanim pewnego dnia obudzimy się w gminie, w której nic już do nas nie należy — poza rachunkami i wspomnieniami po inwestycjach.

Bo jeśli to ma być „racjonalne zarządzanie majątkiem”, to chyba przegapiłem moment, w którym racjonalność zaczęła oznaczać oddawanie wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość.

Michał, pobaw się klockami i nie przeszkadzaj

Pani Przewodnicząca nie odpowiedziała na pytanie.

Zamiast tego wysłała swojego giermka. Wójta.

Tak jak w średniowieczu – królowa nie schodzi do ludu, tylko posyła posłańca z pergaminem. Tylko że, Panie Władzo, z całym szacunkiem… Amerykanie mają na takie wyjaśnienia jedno krótkie, techniczne określenie:
„bullshit”. I nie chodzi o anglistykę. Chodzi o wiarygodność.

Panie Wójcie, niech się Pan szanuje. Serio.
Ja wiem, że Pani Przewodnicząca jest mądrzejsza, szybsza i potrafi jednym spojrzeniem zamienić dorosłego faceta w ucznia podstawówki. Wiem, że trzeba być grzecznym.

Ale może zamiast być grzecznym – warto być samodzielnym?

Oprzeć się na ludziach mądrych, silnych, którym zależy na gminie, a nie na stołkach i dietach. Wtedy jeszcze może Pan wyjść na człowieka. Bo na razie wygląda to trochę jak polityczny „program praktyk zawodowych”.

A chce się Pan pośmiać?
To proszę bardzo.

Ja potrafię się przyznać do błędu.

Dalej uważam, że numer z dyrektorem GOK był prawnie wątpliwy jak paragon z bazaru.
Ale facet? Z jajami. Ambitny. Z pomysłami. I – co mówię z bólem serca – ogarnięty.

Może zamiast pod nim dołki kopać, pogadać z nim jak z człowiekiem?
Bo jak ktoś potrafi wygrać z lokalną władzą, to znaczy, że coś w nim jednak jest.

A teraz crème de la crème.

Mamy w gminie Katarzynę Tomczyk.

Prywatnie – sympatyczna osoba. Politycznie – kombajn. Miało być lepiej. Bez prywaty. Bez nepotyzmu. Bez sterowania z tylnego siedzenia.

A wyszło jak zawsze: kierownica z tyłu, a kierowca z przodu tylko trzyma ręce na kole, żeby ładnie wyglądało.

Umysł ostry. Upór jak beton. Charakter „po trupach do celu”.
Przy odwołaniu Wiesława – graliśmy pierwsze skrzypce. A dziś?

Najlepsza fucha w gminie:
nic nie odpowiadać, a wszystkim sterować.

Radni? W większości jak uczniowie na wycieczce – „proszę pani, a możemy głosować?”. Ludzie czasem mądrzy, z dobrymi intencjami, tylko że wpadli w układ jak w kredyt hipoteczny – łatwo wejść, wyjść trudniej.

To trochę jak sekta. Albo Amway.
Każdy wie, że coś jest nie tak, ale nikt nie wie, jak powiedzieć „dobra, wysiadam”. A przecież wystarczyłoby po ludzku: „pomyliłem się, chcę to naprawić”. Naprawdę. To nie boli.

Z rozmów z pracownikami wychodzi ciekawy obraz: do końca 2024 – druga szefowa urzędu. A właściwie pierwsza. Wójt? Siedział grzecznie i potakiwał. 99 na 100 razy. Potem próbował się usamodzielnić.
Jak nastolatek uczący się jeździć bez bocznych kółek. Trochę krzywo, trochę w krzaki.

A teraz najlepsze. Historia z uchwałą. Radni dostają projekt. Są błędy.
Padają pytania. Sekretarz mówi: „poprawimy”.

I co? Cisza. Zero informacji. Zero aktualizacji. Zero maila.

Radni głosują starą wersję (CO NAJMNIEJ 2 Z NICH NIE BYŁO NA KOMISJI I NIE WIEDZĄ O ZMIANACH”.

A potem… magia.

Uchwała po głosowaniu zaczyna żyć własnym życiem. Paragrafy się zmieniają. Treść się wygładza. Błędy znikają. Normalnie Photoshop, tylko w prawie miejscowym.

Nazywajmy rzeczy po imieniu:
edycja przegłosowanej uchwały.

Bez pełnomocnictwa. Bez decyzji Rady. Bez słowa.

Cicho. Po kątach. Jak poprawianie klasówki po oddaniu.

I to jest ten moment, w którym człowiek przestaje się śmiać.

Bo to już nie kabaret. To jest po prostu niebezpieczne.

Najgorsze? To wszystko można było załatwić uczciwie. Mail do radnych.
„Słuchajcie, były błędy, poprawiliśmy, przegłosujmy jeszcze raz.”

Koniec. Temat zamknięty. Ale nie. Bo tu nie chodzi o gminę. Nie o prawo.
Nie o mieszkańców. Tu chodzi o władzę z drugiego rzędu i wizerunek bez rysy/skazy.

Wójcie, podtrzymuję nasze ustalenia. Jeśli ta polityczna telenowela się skończy i Pani Przewodnicząca zniknie z pierwszego planu – deklaruję współpracę. Pół roku spokoju. Naprawiajcie. Porządkujcie. Róbcie robotę.

Bo póki co mamy gminę, która wygląda jak kabaret.
Tylko bilety – niestety – wszyscy płacimy obowiązkowo.

Jak Gmina nadzoruje Nasze bezpieczeństwo i komfort jazdy

Tak, życie bywa trudne. Czasem człowiek wstaje rano, patrzy na licznik i myśli: dzisiaj przede mną 500 kilometrów jednego dnia. Wyjechałem o 13.00 czyli godzinę później niż napisałem w piątek do Wójta z którym nie udało mi sie spotkać, gdyż był zajęty.

Zrobiłem sobie małe kółko: Warmińsko-Mazurskie, potem Mazowieckie. Taki zimowy road trip krajoznawczy. Z elementami survivalu.

I wiecie co? Mam jedno wielkie odkrycie.

Droga 672 z Przewięzi do Płaskiej ma status drogi krajowej. Brzmi dumnie. Państwowo. Prawie jak autostrada w folderze reklamowym. A jak jest odśnieżana? No… powiedzmy, że „klimatycznie”.

Ulica Orla – powiatowa. Też brzmi poważnie. Samorząd wyższego szczebla, administracja, struktury, kompetencje. A jak jest odśnieżana? Jakby czekała na wiosnę. I teraz najlepsze.

Ostatni raz śnieg na całej szerokości drogi i czarny asfalt tylko w śladzie kół widziałem… w Przewięzi. Potem przez kolejne 480 kilometrów – czysty asfalt. Szeroko. Czarno. Sucho. Normalnie cywilizacja. Czyli się da.

Najwyraźniej gdzieś istnieje technologia odśnieżania. Może nawet mają tam pługi. A może sól. Taka biała. Sypka substancja. Podobno działa.

Ale wróćmy do naszej lokalnej epopei.

Start:

Spokojna – wiadomo. Spokojna z nazwy i z funkcji. Tu przynajmniej nikt nie poszaleje, bo jako mieszkańcy mówimy „nie”.

Wpadam na Orlą. Testowo wciskam hamulec. Auto przyzwoite, opony świeże… A ja sunę. Trzy metry jak łyżwiarz figurowy. Zeszklony śnieg na całej szerokości. Dwa ślady asfaltu w kierunku na Strzelcowiznę wydeptane przez kierowców. Sól? Nieobecna. Chyba na urlopie.

Dojeżdżam do Poziomkowej i nagle – cud. Jakby ktoś symbolicznie czymś sypnął. Auto ślizga się już tylko pół metra. Sprawdzam trzy razy. Władza jednak działa. Widać granice jurysdykcji – tu zaczyna się „czyjeś”.

Skręt na Augustów. Wygląda jak droga przez zapomnianą wioskę z filmu historycznego. Bieda z nędzą.
Biała tablica – wyjeżdżamy. I… uwaga… jest lepiej niż w samej wiosce. Czyli da się. Tylko nie u nas.

Sucha Rzeczka? Kilka razy lepiej niż w Płaskiej. Serio. Można poczuć zazdrość.

A potem Przewięź, wjazd na 16…  I nagle inny świat. Czarny asfalt. Zero śniegu. Normalna przyczepność. Samochód przestaje tańczyć. Jakbym przekroczył granicę strefy Schengen.

I tak już do Warszawy – bez względu na to, czy powiatowa, czy krajowa. Po prostu czysto.

Kochani, żeby nie być gołosłowny. Od 18.00 zaczął padać marznący śnieg. Tak Jak w ostrzeżeniach. Taki deszcz, że po sekundzie zamarzał na przedniej szybie. Gdyby nie skandynawskie pomysły na podgrzewanie przedniej szyby nie dałoby się jechać. I wiecie co? Na żadnej drodze powiatowej czy krajowej, czarnej na całej szerokości nie pojawił się gram lodu przy -6 stopnia na wyświetlaczu auta. Prędkość podróżna wokół  (tu nie mogę napisać 😊 ) taka jak w lato ;-). Żadnego wypadku, czy poślizgu. Można? Można.

Podsumowanie jest proste. W innych gminach bierze się pieniądze za pracę i nadzór.
U nas chyba za kalendarz. Chociaż ten zapewne Wójt dostaje darmowy, od jednej z firm, które mają u nas przetargi, a później okazuje się, że to co zrobili jakby się trochę nie zgadzało z tym co mieli zrobić.

Bo wygląda to tak, jakby w piątek o 15:00 ktoś gasił światło i mówił: „Śnieg? Proszę przyjść w poniedziałek”.

A nadzór nad drogami powiatowymi? Mission Impossible. Bo jeszcze trzeba by zadzwonić, przypilnować, poprosić, rozliczyć. Lepiej nie. Jeszcze ktoś by się zmęczył. Tylko wiecie co?
Fizyka nie zna weekendów. Lód też nie. Za to mieszkańcy bardzo dobrze czują, gdzie kończy się „status drogi”, a zaczyna zwykłe: „jakoś to będzie”.

Podsumowując Wójcie Pana wypowiedź przed radnymi: to który z dwóch odśnieżających wykonawców (wg sekretarza na osi wschód-zachód) odśnieżał w weekend, a który w weekend woził dzieci do sąsiednich gmin, aby pokazać jak wyglądają odśnieżone drogi?

Słowo na niedzielę – zaszalałem prawie jak ksiądz proboszcz :-)

Czasem mam wrażenie, że my – mieszkańcy – żyjemy w takiej wersji „demo” gminy. Dostajemy ładne komunikaty, kilka slajdów, parę uchwał do przegłosowania… a prawdziwa gra toczy się gdzieś w tle.

Żeby pokazać, ile jeszcze jest tematów, o których przeciętny Kowalski nawet nie słyszał, rzucę tylko kilka haseł. Takich drobiazgów. Takich „szczególików”.

-Czy to prawda, że Gmina zapłaciła solidne odszkodowanie litewskiemu konsorcjum przy pewnym przetargu drogowym, bo w urzędzie coś nie pykło?
Bo jeśli tak, to gratuluję – eksport pieniędzy zagranicę mamy opanowany lepiej niż promocję turystyki.

-Czy to prawda, że Wójt chce odebrać drogę, na której pęknięcia pojawiły się jeszcze przed odbiorem, a do tego nie było wymaganych kanałów technicznych? Czyli formalnie: inwestycja nie spełnia wymogów. Ale najwyraźniej przeszła w trybie „odbiór na wiarę”. Może asfalt był ładny, to szkoda było marudzić?

-I czy naprawdę wystąpiliśmy do ministerstwa o odstępstwo od przepisów, żeby tę drogę tak zostawić? Czyli: zamiast wymóc, aby zrobić dobrze od razu, poprosimy o zgodę, żeby było źle, ale legalnie. Genialne. Czy tam nie było parę baniek za zaprojektuj i zbuduj?
A potem, gdy trzeba będzie ciąć świeżutką nawierzchnię pod kable i rury, zapłacimy drugi raz. Wykonawca zadowolony. My – sponsorzy.

-Wykonawca od równania i żwirowania dróg. Zlecenie na wrzesień, robota w grudniu. Efekt? Deszcz, błoto, rozjechane drogi i „działania pozorne”.
I tłumaczenie: „bo robił dla kogoś innego”. Cudowne.
Ja też tak spróbuję kiedyś z rachunkiem za prąd: „nie zapłaciłem, bo płaciłem komuś innemu”. Ciekawe, czy PGE to zaakceptuje.

Bo umowa to chyba nie jest lista życzeń, tylko zobowiązanie. A przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało.

-Odśnieżanie – mój faworyt logiczny wypowiedzi Wójta. Ja naprawdę nie wiem skąd oni w Gminie mają dostawcę, ale nawet Khat czy orzeszki kola tego nie dadzą. Naprawdę dajcie namiar mieszkańcom. Pan Bóg kazał się dzielić.
Dwóch wykonawców odśnieżania.
Jeden ma priorytetyzację – rozumiemy, że chodzi o to, że podpisał umowę z kilkoma podmiotami i pracę wykonuje nie zgodnie z umową, a zgodnie z hierarchią ważności zamawiającego.
Drugi wozi dzieci.

Czyli… ilu odśnieża?
Teoretycznie dwóch.
Praktycznie jeden.
A drugi w tym czasie robi zupełnie coś innego.

To trochę jakby powiedzieć:
„Mamy dwóch strażaków. Jeden gasi pożar, drugi robi zakupy. Ale generalnie gaszą we dwóch”.

I jeszcze ta perełka: najpierw drogi wojewódzkie, potem powiatowe, na końcu gminne.
Przepraszam bardzo — my jesteśmy Zarządem Dróg Wojewódzkich czy Powiatowych?
Czy może jednak gminą?

Bo ja byłem przekonany, że najpierw robimy swoje, a innych rozliczamy z ich ustawowych obowiązków. I tak zresztą np Powiat to odśnieża Orlą, gdy juz wszystko w powiecie zostało zrobione, a sama jakość odśnieżania to standard na Gubince syberyjskiej

-No i remont szkoły.
Czy to prawda, że planowane są zmiany względem SIWZ i projektu?
Bo jeśli tak, to tradycyjnie: najpierw przetarg na jedno, potem realizacja czegoś innego. Taki budowlany freestyle. Już Wójt kończy remont remizy, gdzie Gmina płacze przez jego błędy. Teraz zaczyna grzebać przy szkole ?

Wiecie, najgorsze w tym wszystkim nie są nawet same błędy. Błędy się zdarzają. Najgorsze jest to, że coraz częściej mam wrażenie, że my dowiadujemy się o sprawach po fakcie, półgębkiem, przypadkiem, z protokołów albo plotek. A gmina to nie escape room. Tu nie powinniśmy rozwiązywać zagadek. Chociaż patrząc na to wszystko… materiał na serial komediowo-sensacyjny mamy gotowy. Tylko niestety budżet jest prawdziwy. I nasz.

Przeanalizowałem dokładnie jedną uchwałę na 27.01.2026, analizując dane od 2023 roku, żebyście Wy nie musieli

Pani Przewodnicząca nie odpowiedziała. Ok, nie musi się schylać do poziomu maluczkich. Ale maluczcy mogą jutro podsumować, co się w Radzie dzieje.

A na razie małą analiza materiałów dotyczącej jednej uchwały, która będzie głosowana w wtorek.

We wtorek radni znów pochylą się nad uchwałami dotyczącymi dochodów Gminy. A konkretnie – nad tym, ile maksymalnie można darować z odpadów jednej grupie. Dosłownie i w przenośni. I nie są to mieszkańcy.

Temat z gatunku „śmieciowy”, ale emocje jak przy budżecie państwa.

Przeglądam protokoły z komisji z 24 listopada, oglądam sesję z 26 listopada, czytam materiały na 27 stycznia i mam wrażenie, że uczestniczę w jakiejś grze terenowej. Dokumenty się pojawiają, znikają, stawki rosną, maleją, a logika robi sobie urlop.

I na usta cisną się pytania.

Pierwsze – dość podstawowe, dlaczego po komisji, na której uchwała dotycząca stawek maksymalnych nie uzyskała akceptacji (9 przeciw i 5 wstrzymujących się), nikt nie wstawił nowego projektu na stronę?
Dlaczego mieszkańcy nie mogli zobaczyć aktualnej wersji i zadać pytań, tylko zostali zaskoczeni na sesji jak uczniowie kartkówką z materiału, którego nie było w podręczniku?

Transparentność w wersji „niespodzianka”.

Drugie pytanie jest już matematyczne, a matematyka – jak wiadomo – bywa bezlitosna.

Spójrzmy na liczby dotyczących zmian w stawkach dla różnych grup w latach 2023-2026 w kwotach brutto:

My, zwykli mieszkańcy: 29 zł → 34 zł/osoba, czyli wzrost 17%.
Inflacja, koszty, trudne czasy – rozumiemy.

Ale teraz magia zaczyna się gdzie indziej.

Gmina i nadleśnictwo: 292 zł/m³ w 2023 →  21.11.2025, najpierw 833 zł → potem 26.11.2025, 250 zł + VAT =307,50 zł → a teraz 27.01.2026 ma być 250 zł/m³. Czyli… finalnie taniej niż w 2023 roku o 17%.

To samo przy odpadach niesegregowanych – po całej tej operze mydlanej wychodzi… taniej niż trzy lata temu. 583 zł/m³ →  21.11.2025, najpierw 1250 zł → potem 26.11.2025, 500 zł + VAT = 617 zł → a teraz 27.01.2026 ma być 500 zł/m³. Czyli… finalnie taniej niż w 2023 roku o 17%.

Za to stawka na wywóz z szamb wzrasta o 23%, a oczyszczalnie drożeją spektakularnie, niemal kosmicznie bo, aż o 231%.

Czyli tam, gdzie płaci mieszkaniec – w górę.
Tam, gdzie płaci urząd, instytucje publiczne i nadleśnictwo – w dół.

Przypadek?
No oczywiście. Tak samo jak przypadkiem zawsze pada, gdy umyjesz samochód.

Na komisji słyszeliśmy, że system się nie bilansuje, że koszty rosną bo muszą, że dramat, że Excel płacze, a worki na śmieci mu wtórują.
A jednak nagle stawki dla wybranych spadają.

Więc jak to się zbilansuje? Cudów nie ma:

Albo:
– rzadziej wywozimy śmieci,
– trudniej będzie oddać gabaryty, materiały budowlane
– PSZOK działa „jak się uda”,

albo:
– dopłacamy z budżetu.

A budżet, przypominam, nie rośnie na drzewach. To wciąż nasze pieniądze. Tylko przepakowane. Z kieszeni lewej do prawej.

Efekt?
Czujemy ulgę, bo „stawki spadły”, a potem okazuje się, że zabrakło na drogę, szkołę, chodnik albo świetlicę.

Czyli płacimy tak samo – tylko mniej widać.

Chciałbym więc usłyszeć konkrety:
– o ile wzrósł deficyt po zmianie stawek dla mieszkańców między propozycją UG w dniu 21.11, a stawka ustaloną w dniu 24.11, z czego zostanie pokryty?
– ile mniej wpłynie po obniżkach dla gminy i nadleśnictwa (obiekty nie zamieszkane) między stawką z 21.11, a tą z nadchodzącego wtorku, z czego deficyt zostanie pokryty?

Bo matematyka jest brutalna: budżet jest jeden. Jeśli ktoś płaci mniej, ktoś inny płaci więcej.

I dziwnym trafem tym „kimś” prawie zawsze jesteśmy my – mieszkańcy.

Naprawdę podziwiam tę inżynierię finansową. Z odpadów robi się złoto. Tyle że nie w naszych portfelach.

A tak w ogóle — zanim zaczniemy ustalać kolejne stawki, podnosić, obniżać, mieszać i przeliczać na trzy sposoby — mam jedno, bardzo przyziemne pytanie:

kto właściwie kontroluje wywóz odpadów?

Bo z tego, co wiemy (a wiemy zaskakująco dużo z rozmów pod sklepem i z obserwacji spod bramy), system wygląda mniej więcej tak:
przyjeżdża śmieciarka, patrzy, bierze wszystko jak leci. Kod, worek, frakcja? To raczej sugestia niż zasada. Segregacja po polsku.

Tymczasem w protokole dumnie stoi, że Wójt się skarży, że rok do roku ilość bioodpadów wzrosła z 34 do 41 ton.
Siedem ton więcej. Brzmi poważnie. Prawie jak sukces w zbiórce złomu w latach 80. Tylko że brakuje jednego drobiazgu. Takiego szczególiku.
Takiej malutkiej informacji, którą normalnie ktoś powinien zadać w pierwszym pytaniu.

Skąd te bioodpady właściwie się wzięły?

Bo jeśli z nieruchomości, które normalnie płacą za odbiór pełną stawkę — no to wszystko jasne. Płacą, oddają, system działa. I nikomu nic do tego.

Ale jeśli z nieruchomości z kompostownikiem… to zaczyna się lekki kabaret.

Bo przypomnę: kompostownik to w teorii „bio zostaje na działce”.
Nie ma worków. Nie ma kodów. Nie ma odbioru.

Więc jakim cudem te odpady magicznie pojawiają się w statystykach?

Teleportacja?
Bio-duchy?
A może kompostownik w wersji „teoretycznej”, czyli stoi skrzynka, a reszta i tak jedzie do śmieciarki? Ale jak do tej śmieciarki wpada ?

Ktoś tu czegoś nie dopowiedział.
Albo system jest tak szczelny jak sito. Albo statystyki powstają metodą „na oko plus VAT”.

Najbardziej urocze jest to, że nikt z radnych nie zapytał. Siedem ton więcej, a łącznie 41 ton i cisza. Gdyby to było siedem ton ziemniaków, już mielibyśmy komisję śledczą. Ale że bio? To widocznie samo rośnie.

Im dłużej patrzę na tę gospodarkę odpadami, tym bardziej mam wrażenie, że to nie system, tylko performance artystyczny.
Wszyscy coś liczą, nikt niczego nie sprawdza, a na końcu i tak płaci mieszkaniec.

Segregujcie sumiennie, drodzy Państwo.
Reszta najwyraźniej i tak trafia do kategorii: „jakoś to będzie”.

Wtorek zapowiada się ciekawie. Sesja o śmieciach, a zapach… polityczny.

A co do danych jakie były przedstawiane to mam uzasadnione wątpliwości, iż pracownik odpowiedzialny za ochronę środowiska, Pan N. może nie mówić prawdy. Z pełną świadomością mówię, iż wielokrotnie oszukiwał, co mogę udowodnić na emailach. Powiem więcej ten bałagan z roku 2025, który teraz podobno próbuje rozwiązać Gmina, a jeżeli do końca stycznia sobie nie poradzi, to od lutego zapewne trafi na wokandę, to wg mnie jego wina.