Rozdziobią nas kruki, wrony

To już nawet nie jest gra o władzę. To jest gra o brak kontroli.

„Wspólna Sprawa” — jak wynika z obserwacji sytuacji — najwyraźniej zmierza po ostatni brakujący element układanki: ostatni mandat w Radzie. Nie dlatego, że bez niego nie da się rządzić. Bo rządzić się już da. Decyzje przechodzą, ręce się podnoszą, narracja się zgadza. Problem polega na czymś innym — zawsze może znaleźć się ktoś, kto zapyta, zajrzy w papiery, wyciągnie niewygodne fakty.

A tego, jak widać, trzeba się pozbyć.

Mamy obraz Rady, która nie pełni funkcji kontrolnej, tylko dekoracyjną. Pojawiają się zarzuty o selektywny obieg dokumentów i ich ukrywanie przed radnymi . Pojawia się chaos decyzyjny, brak nadzoru, sytuacje, w których podstawowe obowiązki przestają być wykonywane. I to nie są jednorazowe wpadki — to jest schemat.

W takim układzie ostatni niezależny radny to nie problem personalny. To problem systemowy.

Dlatego jego odejście mówi więcej niż tysiąc wpisów.

Bo jeśli ktoś, kto kierował się dobrem gminy, w pewnym momencie mówi „dość” i wychodzi, to znaczy, że poziom tego całego układu przekroczył granicę, przy której nie da się już udawać, że „jeszcze można coś zmienić od środka”.

I teraz najciekawsze: kto wejdzie na jego miejsce?

Bo to nie jest zwykłe „wejście do Rady”. To jest podpisanie się pod pewnym modelem działania. Modelem, w którym dokumenty nie zawsze trafiają tam, gdzie powinny, decyzje zapadają poza kontrolą, a odpowiedzialność rozmywa się jak atrament w wodzie.

Mechanizm jest stary jak świat:
najpierw „chodź, będziesz miał wpływ”
potem „tu już nic nie zmienisz”
a na końcu „byłeś częścią, więc odpowiadasz razem z nami”.

I to jest właśnie największy paradoks tej sytuacji.

Bo władza, która tak bardzo chce mieć wszystko pod kontrolą, jednocześnie szuka kogoś, kto tę kontrolę legitymizuje swoim nazwiskiem.

Tyle że tu pojawia się problem.

Bo każdy, kto choć trochę śledzi to, co wypływa na światło dzienne — czy to w kontekście inwestycji, finansów, czy zwykłego funkcjonowania urzędu — widzi, że nie mówimy o drobnych potknięciach, tylko o narastającym bałaganie i chaosie zarządczym .

I teraz pytanie brzmi nie „czy ktoś się znajdzie”.

Tylko:

czy znajdzie się ktoś, kto zrobi to świadomie.

Bo uczciwy człowiek ma dziś prosty wybór:
wejść w układ, w którym nie ma realnej kontroli i ryzykować, że zostanie jego twarzą,
albo zostać z boku i nie firmować czegoś, co — delikatnie mówiąc — zaczyna coraz bardziej przypominać zamknięty system wzajemnej ochrony.

Nie chodzi o to, że „nikt uczciwy tam nie pójdzie”.

Chodzi o to, że każdy, kto tam pójdzie, automatycznie będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, po której stronie stoi.

Bo władza absolutna w gminie to nie jest wielkie hasło z podręcznika historii.

To jest bardzo prosta sytuacja:
nikt nie patrzy na ręce,
nikt nie pyta,
nikt nie sprawdza.

A wtedy wszystko zaczyna działać… aż za sprawnie.

Do momentu, kiedy przychodzi rachunek.

I wtedy — jak zawsze — okazuje się, że odpowiedzialność jest zbiorowa.

Ale decyzje były bardzo konkretne.

Ja mogę Wam, wszystkim mieszkańcom Płaskiej obiecać, że jeżeli się znajdzie ktoś bez charakteru, powolny Wójtowi Skubisowi i Przewodniczącej Tomczyk tak jak reszta skompromitowanej Rady Gminy to będzie najbardziej zapracowanym radnym w historii Polski i będzie najbardziej publicznie rozliczanym radnym z swoich zobowiązań wobec mieszkańców. Wszystkie tematy jakie aktualnie są poruszane zostaną mu przekazane celem ich procedowania i eskalacji. I będzie z tego rozliczanym w tygodniowych interwałach. W końcu będzie to Radny, który mnie reprezentuje.

Baśń okiem Stańczyka

W pewnym grodzie, gdzie więcej mówiono niż robiono, a jeszcze więcej ukrywano niż mówiono, zasiadała rada możnych. Nazywali się Wspólną Sprawą, choć każdy widział, że bardziej chodziło o wspólne trzymanie się stołków niż sprawy.

Przy długim stole, gdzie zapadały decyzje dla całego grodu, zostało jedno wolne miejsce.

Jedno.

Niby nic. A jednak wszystko.

Bo reszta miejsc była już zajęta — przez tych, co kiwają głowami w odpowiednim momencie, przez tych, co wiedzą, kiedy milczeć, i przez tych, co nauczyli się nie zadawać pytań, na które nie ma odpowiedzi… albo nie powinno ich być.

Na uboczu, trochę w cieniu, siedział Stańczyk. Nie jako radny, nie jako możny. Jako ten, który patrzy i rozumie.

I śmiał się.

Nie głośno. Nie dla wszystkich. Raczej pod nosem, jak ktoś, kto zna zakończenie tej historii, choć inni dopiero zaczynają ją pisać.

— Szukają — mruknął. — Zawsze szukają.

Bo rada rozpuściła wieść po grodzie:

„Potrzebny radny. Ostatnie miejsce. Możliwość wpływu. Udział w rządzeniu.”

Brzmiało dumnie. Brzmiało poważnie. Brzmiało… jak zaproszenie.

Ale Stańczyk tylko pokręcił głową.

— Nie radnego szukają — powiedział do nikogo i do wszystkich jednocześnie. — Szukają alibi.

Bo każdy, kto siądzie przy tym stole, dostanie nie tylko miejsce. Dostanie też odpowiedzialność. Za decyzje, których nie podejmie. Za dokumenty, których nie zobaczy. Za sprawy, które już dawno zostały rozstrzygnięte — gdzie indziej, przy innym stole.

A potem, gdy przyjdzie czas rozliczeń, usłyszy:

„Przecież byłeś z nami. Przecież głosowałeś. Przecież wiedziałeś.”

Nawet jeśli nie wiedział.

Nawet jeśli nie miał jak wiedzieć.

Stańczyk spojrzał na puste krzesło.

— Najdroższe miejsce w całym grodzie — westchnął. — Płaci się za nie nie złotem, a twarzą.

W grodzie szeptano już nazwiska. Jedni się wycofywali, inni udawali, że nie słyszą. Bo każdy, kto miał choć odrobinę rozsądku, wiedział, że to nie jest propozycja — to jest test.

Test na to, ile jesteś w stanie przełknąć.

I jak dużo jesteś gotów nie widzieć.

A rada czekała cierpliwie.

— Ktoś się znajdzie — mówili. — Zawsze się ktoś znajduje.

Stańczyk uśmiechnął się krzywo.

— Owszem — odpowiedział. — Zawsze.

Po czym wstał, poprawił czapkę z dzwoneczkami i rzucił na odchodne:

— Tylko potem nie mówcie, że nikt nie wiedział, przy jakim stole siada.

I znów się zaśmiał.

Tym razem trochę głośniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *