Nie wiem czy śmiać się czy płakać. O ile po moim poście kliknięcie w plik E-woda

nie powoduje już błędu. Otwiera się szansa, ze wreszcie dowiem sie co piję. Już witam się z gąską i naciskam kolejno przyciski, gdzie spodziewam się znaleźć wyniki badań:

Niestety Nasz psuj trwa dalej. Chyba, że to celowe ukrywanie. Po 1 mamy:

Komputer nieśmiało podpowiada, ze komuś literówka się wkradła w adresie strony. Chyba, ze to celowe, żeby nie pokazać danych.
A pod 2 mamy to:

Wizytówka urzędu i całej Gminy, czyli oficjalna strona internetowa, działa dokładnie tak, jak reszta tej lokalnej rzeczywistości — warunkowo przydatna do użytku.
Nasz gminny Agent 007 potrafi w ciągu 45 minut pojawić się na dwóch różnych imprezach PR organizowanych przez samego siebie.
Tu przecięcie wstęgi.
Tam zdjęcie przy kiełbasce.
Tu „transparentność”.
Tam „dialog z mieszkańcami”.
Człowiek renesansu.
Facebook, aparat, uśmiech, komentarz, selfie, propaganda sukcesu — wszystko opanowane do perfekcji.
Ale kiedy trzeba:
- wrzucić komplet wyników badań wody,
- opublikować decyzję Sanepidu,
- naprawić stronę gminy,
- albo po prostu uczciwie poinformować mieszkańców, co się dzieje —
to nagle system nie działa, serwer przeciążony, specjalista nieosiągalny, a internet najwyraźniej przechodzi konserwację.
Za to gdy trzeba kreatywnie policzyć mieszkańcom wodę przy wsparciu wielkiego przewodniczącego wielkiej komisji, który „nie widzi problemu”, wtedy wszystko działa z zegarmistrzowską precyzją.
Tu żaden system się nie zawiesza.
Tu kalkulator działa błyskawicznie.
Ale coś tak skomplikowanego jak działająca strona gminy z aktualnymi wynikami badań?
No bez przesady.
W końcu nie można wymagać cudów od specjalisty od Pokémonów.
Może po prostu mieszkańcy źle rozumieją nowoczesny samorząd.
Dzisiaj transparentność polega najwyraźniej na tym, że nic nie widać.