jako mieszkańcy zdajemy sobie sprawę, że odpowiedzi na niektóre pytania mogą być trudne.
Ale jeżeli już coś się zrobiło, to wypada zdjąć krótkie spodenki, założyć długie spodnie i po męsku powiedzieć:
„Tak, zrobiłem. Uważam, że było to słuszne, ponieważ…”
Tymczasem wygląda to mniej więcej tak.
Pan o nazwisku Zdancewicz otrzymał ulgę podatkową w wysokości 16 tysięcy złotych.
Zadałem więc bardzo skomplikowane pytanie.
Za co?
Odpowiedź urzędu można streścić w jednym zdaniu:
„Mogłem, to dałem. Podstawa prawna jest w ustawie, a w ogóle wszystko to tajemnica. Koniec pytań.”
Zabrzmiało bardzo urzędowo.
Padły dwa najpotężniejsze zaklęcia administracji:
„podstawa prawna” i „tajemnica skarbowa”.
Przyznam, że tutaj byłem pod wrażeniem.
Kapelusz z napisem „tajemnica skarbowa” został wyciągnięty z taką gracją, jak królik przez iluzjonistę. Tylko że kapelusik był chyba nie ten, bo argument okazał się wyjątkowo mizerny.
Ja natomiast zadałem kolejne pytanie.
Za co konkretnie przyznano tę ulgę?
I…
cisza.
To spróbujmy jeszcze raz.
Panie Wójcie, spróbuję zmienić formę pytania, aby dostosować się do interlokutora.
Ma Pan taki druczek.
W tym druczku jest rubryczka.
Ta rubryczka nazywa się:
„Przyczyna zastosowania ulgi”.
I właśnie w tej rubryczce zabrakło literek.
A z literek powinny powstać wyrazy.
A z wyrazów jedno krótkie zdanie odpowiadające na pytanie:
„Za co?”
Można nawet nie używać słów z „ó”, „ż” i „ch”, jeżeli czujemy się z nimi niepewnie.
My nie chcemy od Pana rozprawy habilitacyjnej. Pokemony mogłyby tego nie wytrzymać.
Nie chcemy piętnastostronicowego uzasadnienia.
Nie chcemy opinii biegłych.
Prosimy tylko o wpisanie tego, co od początku powinno znaleźć się w tej rubryce.
Bo z boku wygląda to trochę zabawnie.
Raz można zapomnieć.
Każdemu może się zdarzyć.
Drugi raz można się pomylić.
Ale jeżeli później dwa razy ktoś pyta, co miało być wpisane, a odpowiedzią jest wszystko, tylko nie to jedno zdanie, to człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem ta pusta rubryczka nie jest najpilniej strzeżonym miejscem w całym Urzędzie Gminy.
Dziecko może zakryć oczka i powiedzieć:
„Nie ma mnie.”
Dziecko może schować się w szafie i wierzyć, że świat przestał je widzieć.
Problem w tym, że Wójt odpowiada już nie przed mamą, tylko przed mieszkańcami.
Ja naprawdę nie wierzę w płaską Ziemię.
Nie szukam Yeti.
Nie poluję na potwora z Loch Ness.
Ale przyznam, że wyobrażam sobie tylko dwie możliwości.
Innych po prostu nie widzę.
Pierwsza.
Nie bardzo jest się czym pochwalić, więc siedzimy cicho, odpowiadamy na wszystko oprócz tego jednego pytania i liczymy, że temat sam umrze.
Druga.
Być może wszystko odbyło się zgodnie z prawem.
Ale nie chcemy, żeby pozostali mieszkańcy dowiedzieli się, jakie inwestycje kwalifikują się do takiej ulgi.
Bo jeżeli mieszkańcy dowiedzą się, że taka inwestycja kwalifikuje się do ulgi, to jutro mogą pojawić się kolejne identyczne wnioski.
Jeżeli istnieje jeszcze trzecie wyjaśnienie, to z ogromną przyjemnością je poznam.
Być może coś mi umyka w tym lesie tajemnicy.
Niestety poszycie jest wysokie i gęste, więc może czegoś po prostu nie zauważam.
Naprawdę wystarczy wypełnić jedną rubrykę.
A tajemnicą skarbową proszę się nie zasłaniać.
Bo ja nie pytam o stan konta, numer rachunku ani wysokość podatku.
Pytam wyłącznie, jakiej inwestycji dotyczyła ulga, którą sam Wójt zdecydował się wykazać w publicznym zestawieniu.
Panie Wójcie, naprawdę nie pytam o tajemnice państwowe.
Nie pytam o plany NATO.
Nie pytam o kod do walizki atomowej.
Pytam tylko o jedno zdanie, którego zabrakło we własnym formularzu.
I mam nieodparte wrażenie, że im dłużej trwa ta zabawa w chowanego, tym bardziej mieszkańcy zaczynają zastanawiać się już nie:
„Za co była ulga?”
ale:
„Dlaczego odpowiedź na to pytanie jest aż tak pilnie strzeżona?”
Bo chyba wszyscy już zauważyli, że im prostsze jest pytanie, tym bardziej skomplikowana staje się odpowiedź.
Wiem, że zabrzmi to trochę dziwnie, ale mam do Was uprzejmą prośbę.
Jeżeli możecie, to do najbliższego piątku nie podrzucajcie mi nowych tematów. Naprawdę nazbierało się ich już bardzo dużo i chciałbym je spokojnie opracować oraz przedstawić. W kolejce czeka jeszcze obszerna korespondencja z Urzędu Gminy.
Nie chcę publikować więcej niż jednego tematu dziennie. Każdy z nich dotyczy innego obszaru funkcjonowania gminy i pokazuje – moim zdaniem – skalę problemów, które pojawiły się od 2024 roku. Jedna publikacja dziennie daje każdemu czas na spokojne przeczytanie materiału i wyciągnięcie własnych wniosków.
No… chyba że będzie to bajka. Wtedy mogą być dwie. 😊
Dzisiaj kolejny temat związany z wodociągami.
Wiemy już, że Wójt podniósł ceny wody.
Wiemy również, że od wielu miesięcy pojawiają się pytania dotyczące sposobu rozliczeń.
Tu mała dygresja.
W dokumentacji przetargowej znajduje się zapis, z którego wynika, że gmina zakupiła system umożliwiający odczyt wskazań wodomierzy z dowolnego dnia roku. Oznaczałoby to możliwość ustalenia stanu licznika na koniec każdego miesiąca.
Tymczasem Sekretarz Gminy konsekwentnie odpowiada, że takich danych nie ma.
Przyznam szczerze – przestaję to rozumieć. Albo system działa zgodnie z dokumentacją, albo nie działa. Jeżeli działa, to dlaczego urząd twierdzi, że nie posiada danych? A jeżeli nie działa, to pojawia się pytanie, za co właściwie zapłaciliśmy. Czyżby groziła nam kolejna kara i zabranie milionowej dotacji ?
Do tego dochodzą trzy miesiące dostarczania mieszkańcom wody, której jakość budziła zastrzeżenia Sanepidu, oraz ciągłe problemy z uzyskaniem dokumentów.
To już znamy.
Teraz pojawiła się kolejna informacja, którą otrzymałem nieoficjalnie.
Jeżeli okaże się prawdziwa, może tłumaczyć przynajmniej część strat finansowych wodociągów, a w konsekwencji również wzrost cen wody.
I nie mam tutaj na myśli przecieku w centrum Płaskiej, gdzie od dłuższego czasu woda wypływa na powierzchnię, a mimo to nikt nie podejmuje skutecznych działań.
Chodzi o sposób rozpatrywania reklamacji dotyczących wskazań wodomierzy.
Na razie opiszę sprawę dość ogólnie. Chciałbym dać Urzędowi Gminy możliwość jednoznacznego przedstawienia obowiązujących procedur i odpowiedzenia zgodnie z prawdą.
Dobrą praktyką, a w zasadzie w wszystkich firmach jakie znam, przy rozpatrywaniu reklamacji jest:
zgłoszenie reklamacji przez odbiorcę,
przedstawienie historii odczytów z ostatnich miesięcy wraz z informacjami diagnostycznymi wodomierza,
jeżeli odbiorca nadal kwestionuje wskazania, wykonanie protokolarnego demontażu wodomierza z dokumentacją fotograficzną plomb i połączeń,
przekazanie wodomierza do Instytutu Miar i Wag lub właściwego organu metrologicznego w celu sprawdzenia poprawności działania,
jeżeli wodomierz działa prawidłowo – koszty badania ponosi zgłaszający reklamację,
jeżeli badanie wykaże wadliwe działanie urządzenia – koszty ponosi przedsiębiorstwo wodociągowe, które następnie może dochodzić swoich roszczeń od wykonawcy lub producenta.
Natomiast docierają do mnie sygnały, że w Gminie Płaska część reklamacji może być rozpatrywana bez przeprowadzenia pełnej procedury weryfikacyjnej.
Jeżeli rzeczywiście tak jest, rodzi to bardzo poważne pytania o jednolite zasady postępowania wobec wszystkich mieszkańców oraz o właściwe zabezpieczenie interesów finansowych gminy. Dla osób, które są związane z tematem może być to również pytanie o pozamerytoryczne powody takiego załatwiania spraw.
Dlatego wystąpię do Urzędu Gminy z wnioskiem o udostępnienie informacji dotyczących:
liczby uznanych reklamacji,
wartości dokonanych korekt,
sposobu dokumentowania każdej sprawy,
przypadków kierowania wodomierzy do niezależnej weryfikacji.
Bo pamiętajmy o jednej rzeczy.
Jeżeli komuś umorzono lub obniżono rachunek o 2, 5 czy nawet 10 tysięcy złotych bez należytego potwierdzenia zasadności takiej decyzji, tych pieniędzy nie pokrywa urząd.
Pokrywają je pozostali mieszkańcy.
Każde przedsiębiorstwo wodociągowe ponosi naturalne straty wody wynikające z eksploatacji sieci oraz dokładności pomiarów. Jest to zjawisko normalne.
Jeżeli jednak do tych strat dochodzą jeszcze nieuzasadnione korekty rachunków, to koszty w ostatecznym rozrachunku rozkładają się na wszystkich odbiorców.
A to oznacza jedno.
Kolejne podwyżki cen wody mogą być tylko kwestią czasu.
Odbyłem rozmowę z jednym z członków Rady. Nie jestem upoważniony do ujawnienia jego nazwiska, dlatego pozostanę przy określeniu „członek Rady”.
Przyznam, że po tej rozmowie mam mieszane uczucia.
Naprawdę potrafię zrozumieć ludzi, którzy kilka lat temu uwierzyli, że zmiana Wójta będzie dla Gminy czymś dobrym. Wielu działało w dobrej wierze, kierując się przekonaniem, że gorzej już być nie może.
Sam również chciałem zmiany. Nie można więc powiedzieć, że od początku sprzeciwiałem się nowej władzy. Od pierwszego dnia miałem jednak poważne wątpliwości, czy Michał Skubis posiada kompetencje i predyspozycje do kierowania Gminą. Pisałem o tym do Pani Tomczyk. Pisałem o braku – w mojej ocenie – podstawowych cech niezbędnych do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji oraz o ryzyku powstania układu wzajemnych zależności, w którym lojalność wobec osób staje się ważniejsza niż odpowiedzialność wobec mieszkańców, a sprzeciw może wiązać się z obawą przed konsekwencjami. Patrząc na wydarzenia ostatnich lat, coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście aż tak bardzo się pomyliłem. Czy w ogóle się pomyliłem.
Dziś jednak coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy głównym celem całej tej zmiany rzeczywiście było dobro Gminy. Patrząc na to, co wydarzyło się później, trudno nie odnieść wrażenia, że dla części osób znacznie ważniejsze były kwestie personalne, poszukiwanie zatrudnienia, niż rzeczywista naprawa samorządu.
Jeszcze bardziej niepokoi mnie coś innego. Coraz wyraźniej odnoszę wrażenie, że funkcja Wójta zwyczajnie przerosła obecnego gospodarza Gminy. Mam również poczucie, że bardzo trudno jest mu dostrzec własne błędy, ponieważ niemal każda krytyka spotyka się z przekonaniem, że problem zawsze leży po stronie innych.
W jednej kwestii z moim rozmówcą byliśmy zgodni. Dzisiaj praktycznie nikt nie rozlicza wcześniejszej kadencji. Nie słyszymy o poważniejszych błędach poprzednich władz, nie widzimy prób wyciągania odpowiedzialności ani publicznego podsumowania wcześniejszych decyzji.
Zadałem więc proste pytanie.
Jeżeli poprzedni Wójt był aż tak złym gospodarzem, że należało go odwołać, to dlaczego dziś nie słyszymy o konkretnych rozliczeniach jego działań?
Nie usłyszałem odpowiedzi.
Zadałem również inne pytanie.
Czy radni mają świadomość, że to Wójt jest twarzą władzy wykonawczej, natomiast każda kolejna uchwała popierana przez większość Rady staje się również ich polityczną odpowiedzialnością?
Za kilka lat nikt nie będzie analizował, kto był pomysłodawcą poszczególnych decyzji. Mieszkańcy spojrzą na efekty całej kadencji i ocenią zarówno Wójta, jak i tych radnych, którzy przez cały ten czas konsekwentnie udzielali mu poparcia.
Jeżeli obecny kierunek okaże się błędny, odpowiedzialność polityczna będzie dotyczyła również radnych Wspólnej Sprawy:
To oni swoimi głosami umożliwiają realizację kolejnych decyzji Wójta.
Na to pytanie również nie usłyszałem odpowiedzi.
Chciałbym pokazać tylko jeden przykład.
Posiedzenie Komisji Skarg.
To właśnie tam po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że członkowie Komisji znaleźli się w sytuacji, w której bardziej szukali potwierdzenia swojego stanowiska u Pani Przewodniczącej Katarzyny Tomczyk i Pana Sekretarza Macieja Zdancewicza, niż byli gotowi samodzielnie podjąć decyzję. Jeszcze chwilę wcześniej część argumentów skarżącego wydawała się trafiać do członków Komisji. Później nastąpiła wyraźna zmiana stanowiska.
Najbardziej niepokoi mnie jednak uzasadnienie jednej ze skarg. W mojej ocenie zawiera ono twierdzenia, które pozostają w sprzeczności z dokumentami oraz informacjami ujawnionymi później. Jeżeli moje zastrzeżenia są zasadne, oznacza to, że Komisja podjęła decyzję na podstawie informacji, które nie odpowiadały rzeczywistemu stanowi sprawy.
Dzisiaj, gdy pojawiają się kolejne dokumenty i fakty, coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy członkowie Komisji mieli pełną wiedzę o sprawie, czy też zaufali informacjom przekazanym im przez przedstawicieli Urzędu i Przewodniczącą Rady Panią Katarzynę Tomczyk. Niezależnie od odpowiedzi, odpowiedzialność za ostateczne rozstrzygnięcie ponoszą osoby, które zagłosowały za przyjęciem tego stanowiska.
W czasie rozmowy mój rozmówca wielokrotnie mówił o obawach części radnych przed konsekwencjami sprzeciwiania się obecnemu układowi władzy. Jeżeli rzeczywiście takie obawy istnieją, to jest to sytuacja bardzo niepokojąca. Samorząd powinien być miejscem swobodnej debaty i odpowiedzialnych decyzji, a nie atmosfery, w której ktoś boi się zagłosować zgodnie z własnym sumieniem.
Pytanie brzmi, czy właśnie takiej Gminy chcemy.
Jeżeli ktoś uważa, że nie jest w stanie wykonywać mandatu zgodnie z własnym przekonaniem, to powinien poważnie zastanowić się, czy dalsze pełnienie funkcji radnego ma jeszcze sens. Czasami większą odwagą jest powiedzieć „nie” niż przez kolejne lata firmować decyzje, z którymi wewnętrznie się nie zgadzamy.
Przecież nikt nikogo nie zmusza do pełnienia mandatu radnego. To świadomy wybór i świadomie przyjęta odpowiedzialność.
Mandat radnego to nie tylko dieta. To przede wszystkim obowiązek działania zgodnie z własnym sumieniem i w interesie mieszkańców. Jeżeli dla około 1000 zł miesięcznie ktoś jest gotów zrezygnować z niezależności własnych decyzji, to każdy mieszkaniec ma prawo zadać pytanie, czy taka osoba powinna reprezentować lokalną społeczność.
Oceny takiej postawy nie pozostawię sobie. Ostatecznie wydadzą ją mieszkańcy przy urnach wyborczych. Ja napisałem to tylko raz o Naszym Orędownikiem z Rudawki.
Wierzę, że wcześniej czy później mieszkańcy dokonają własnej oceny tej kadencji. W demokracji każda władza podlega rozliczeniu przy urnach wyborczych. To mieszkańcy zdecydują, czy chcą kontynuacji obecnego kierunku, czy też powierzą zarządzanie Gminą osobom, które zaproponują inną wizję jej rozwoju.
Rozmawialiśmy również o Przewodniczącej Rady Gminy Katarzynie Tomczyk.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że odgrywa ona jedną z najważniejszych ról w funkcjonowaniu obecnej większości. Jest inteligentna i bez niej cały ten teatrzyk zawaliłby się już dawno. Pytanie tylko dla jakich celów wykorzystuję swoją wiedzę. Wygląda, ze nie dla Gminy. Trudno również oprzeć się wrażeniu, że bez jej konsekwentnego wsparcia obecny Wójt miałby znacznie większe problemy z utrzymaniem większości w Radzie.
Usłyszałem również relacje dotyczące sposobu ustalania stanowiska przed głosowaniami. Jeżeli relacje, które usłyszałem, odpowiadają rzeczywistości, oznaczałoby to, że część radnych głosuje zgodnie z wcześniej ustalonym kierunkiem, nie zawsze mając pełną świadomość wszystkich konsekwencji podejmowanych decyzji. Byłby to bardzo niepokojący obraz funkcjonowania samorządu. Trudno nie przypomnieć sobie sytuacji z jednej z sesji, podczas której mieszkańcy mogli zobaczyć, jak wygląda reakcja na odstępstwo od oczekiwanego sposobu głosowania.
Podsumowując, usłyszałem wiele rzeczy, o których od dawna pisałem na blogu. Różnica polega na tym, że po raz pierwszy usłyszałem również o obawach osoby uczestniczącej w pracach Rady.
Jeżeli takie obawy rzeczywiście istnieją, to tym bardziej warto pamiętać, że pozostając w większości i popierając kolejne uchwały, radni przejmują również współodpowiedzialność za skutki tych decyzji. Na początku mogli wierzyć, że obrany kierunek okaże się właściwy. Dzisiaj jednak każdy z nich ma już wystarczająco dużo doświadczeń, aby samodzielnie ocenić sytuację.
Na koniec kilka słów o nowym radnym, Panu Demskim.
Nie znam go osobiście, dlatego mogę oceniać wyłącznie jego decyzje polityczne. Zdecydował się kandydować z listy środowiska, którego działania od dłuższego czasu publicznie krytykuję. To rodzi pytanie o motywy tej decyzji i o to, czy utożsamia się z kierunkiem, jaki reprezentuje obecna większość.
Mam nadzieję, że z czasem sam przedstawi mieszkańcom własne stanowisko.
Na razie mogę powiedzieć jedno. Popiera ugrupowanie które robi cos zupełnie innego niż on podkreśla w etosie swojej firmy. Tak się nie da 🙂
Nie wiem, jak długo jeszcze obecny sposób sprawowania władzy będzie funkcjonował. Wiem jednak jedno – w demokracji nie ma władzy, której nie można rozliczyć.
Pytanie nie brzmi więc czy nastąpi ocena tej kadencji, ale kto jej dokona.
Czy radni zdobędą się na refleksję i sami wyciągną wnioski, czy też zrobią to za nich mieszkańcy przy urnach wyborczych.
To właśnie ten wybór zdecyduje nie tylko o przyszłości obecnej większości, ale przede wszystkim o przyszłości naszej Gminy.
Właśnie przeczytałem dzisiejszą korespondencję z Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
Otrzymałem uzasadnienie, które ma smak słodko-gorzki.
Przedmiotem, jak pamiętacie, było moje twierdzenie, że w 2025 roku mieszkańcy Gminy Płaska zostali obciążeni opłatami za gospodarowanie odpadami za okres sprzed doręczenia zawiadomienia o zmianie stawki, co – w mojej ocenie – było niezgodne z prawem. Potem zresztą Pani Przewodnicząca Rady Gminy Płaska Katarzyna Tomczyk przyznała podwyżki zarówno Wójtowi, jak i samym radnym.
Cóż mogę powiedzieć. Jestem dużym chłopcem, a chłopaki nie płaczą. Tak jak powiedziałem na posiedzeniu Komisji Skarg do Sekretarza Gminy – zamiast odpowiedzieć na najważniejsze pytanie, czy mieszkańcy zostali prawidłowo obciążeni opłatami, cała sprawa została sprowadzona do sporu o procedurę. Dzisiejsze uzasadnienie WSA pokazuje, że właśnie ten aspekt był przedmiotem rozpoznania przez sąd.
Jednak sąd, oddalając skargę z uwagi na uznanie, że odwołanie do SKO nie było właściwym środkiem prawnym, zamieścił w uzasadnieniu dwa zdania, których nie musiał zamieszczać i które moim zdaniem są bardzo istotne.
Na początek – na czym polegała zastanawiający zabieg urzędu. Pani księgowa z urzędu zadzwoniła do mojej żony i powiedziała jej, że jest niedopłata na koncie wywozu odpadów. Poprosiła o zgodę na przeksięgowanie środków z konta podatku od nieruchomości na konto wywozu odpadów.
Zastanawiające, tylko że to ja wpłaciłem środki na podatek od nieruchomości z wyraźnym wskazaniem, na jaki cel mają zostać zaliczone. Czekałem na pismo z urzędu, które pozwoliłoby zaskarżyć – w mojej ocenie – bezprawne naliczenie opłaty. Jednak w momencie, gdy żona uregulowała różnicę, urząd nie musiał już wysyłać zawiadomienia o zaległości, a ja zostałem pozbawiony możliwości zakwestionowania naliczonej należności w drodze, którą wówczas uważałem za właściwą.
Sąd wyraźnie wskazał, że przedmiotem tej sprawy nie była merytoryczna ocena prawidłowości zawiadomienia Wójta, lecz wyłącznie odpowiedź na pytanie, czy od takiego zawiadomienia przysługiwało odwołanie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego.
A teraz, co napisał sąd. Nie rozpoznał sprawy merytorycznie, ale zamieścił w uzasadnieniu dwa fragmenty, na które warto zwrócić szczególną uwagę. Odczytuję je jako wyraźne zaznaczenie przez sąd, że oddalenie skargi nie oznacza aprobaty dla sposobu działania Wójta:
„Na marginesie sąd zauważa, że Wójt Gminy w korespondencji ze skarżącym ostatecznie przyznał mu rację, że wyższe stawki opłaty obowiązują od daty doręczenia mu zawiadomienia, a nie od 1 stycznia 2025 r.”
„Podkreślić należy, że sąd nie wyraża w ten sposób aprobaty dla działania Wójta Gminy, a stwierdza jedynie, że wniesienie odwołania nie jest właściwym środkiem ochrony praw adresata zawiadomienia dokonanego na podstawie art. 6m ust. 2a u.c.p.g.”
I teraz mam pytanie do radnych „Wspólnej Sprawy”. Jak dziś się z tym czujecie? Przez wiele miesięcy przekonywaliście mieszkańców, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Tymczasem sąd wyraźnie wskazał, że nie oceniał merytorycznej prawidłowości zawiadomienia Wójta. Rozstrzygał wyłącznie, czy od takiego zawiadomienia przysługiwało odwołanie do SKO. Stwierdził jedynie, że odwołanie do SKO nie było właściwym środkiem prawnym, a jednocześnie uznał za potrzebne podkreślić, że nie wyraża aprobaty dla działania Wójta i odnotował, iż sam Wójt ostatecznie przyznał mi rację co do daty obowiązywania nowych stawek.
Każdy może sam wyciągnąć z tego wnioski. Dla mnie to uzasadnienie jest wystarczające.
Podkreślmy, Sąd nie rozstrzygał, czy zawiadomienie Wójta było zgodne z prawem, ale mimo oddalenia skargi uznał za konieczne wyraźnie zaznaczyć, że nie wyraża aprobaty dla działania Wójta. Dodatkowo w uzasadnieniu odnotował, że sam Wójt ostatecznie przyznał rację co do daty obowiązywania nowych stawek. Skoro tak, pozostaje jedno pytanie: dlaczego mieszkańcy nadal nie otrzymali zwrotu pieniędzy pobranych za okres, w którym – według późniejszego stanowiska samego Wójta – nowe stawki jeszcze ich nie obowiązywały?
Na zmianę postawy Wójta już nie liczę. Moim zdaniem poczucie nieomylności i przekonanie, że dzięki procedurom zawsze uda się obronić każde działanie, zaszły zbyt daleko. Liczę natomiast na to, że mieszkańcy sami ocenią, czy właśnie tak powinno wyglądać wykonywanie władzy w gminie.
Otrzymałem z UG Płaska dokument nazwany przez Urząd „kartą techniczną” lamp solarnych K1 System, które zostały wybrane przez gminnych urzędników. Moim zdaniem jest to raczej opis techniczno-handlowy lub materiał reklamowy, a nie pełna karta techniczna – jest na początku artykułu więc każdy może sprawdzić..
Nie oceniam dziś jeszcze samej lampy. Chcę pokazać przede wszystkim, dlaczego sposób przygotowania opisu przedmiotu zamówienia ma ogromny wpływ na to, co ostatecznie kupują mieszkańcy za publiczne pieniądze.
Czekam jeszcze na uzupełnienie informacji, ponieważ takie materiały nie przedstawiają pełnych parametrów technicznych urządzeń, lecz opisują produkt w sposób marketingowy, często obejmując kilka wariantów wykonania.
Nie zawiera szczegółowych danych technicznych, które pozwalałyby zweryfikować deklarowane parametry, a na Allegro sprzedaje lampy, ale mają inne parametry, chociaż powinny być takie same. Np. tam lampa 40W ma 5300 lm, a u nas powyżej w przetargu prawie 6500 lm.
A teraz, czekając na odpowiedź Gminy dotyczącą założeń przyjętych podczas przygotowywania przetargu, pokażę kilka rzeczy, które – moim zdaniem – są warte zastanowienia.
Pokażę Wam, jak nie przygotowywać opisu przedmiotu zamówienia, jeżeli celem jest wybór najlepszego rozwiązania.
1. Opis przedmiotu zamówienia
Pominę fakt, że w specyfikacji zabrakło wielu parametrów, które standardowo opisuje się przy zakupie oświetlenia solarnego, takich jak parametry oprawy, sterownika, akumulatorów, charakterystyka fotometryczna czy parametry trwałości strumienia świetlnego.
Skupmy się na kilku bardziej interesujących kwestiach.
2. Moc oprawy
Podanie jako podstawowego parametru mocy 40 W było – moim zdaniem – rozwiązaniem nieoptymalnym.
Dzisiaj o jakości oprawy LED decyduje przede wszystkim strumień świetlny, skuteczność świetlna oraz rozsył światła, odwzorowanie barw a nie sama moc.
Nowoczesna oprawa 30 W może świecić jaśniej od starszej oprawy 40 W.
Dlatego profesjonalne specyfikacje skupiają się przede wszystkim na efektach świetlnych, a nie na liczbie watów.
3. Dwa akumulatory
To jest chyba najciekawszy zapis całego postępowania.
W specyfikacji wymagano zastosowania dwóch akumulatorów w osobnych hermetycznych skrzynkach.
I tutaj pojawia się pytanie.
Po co?
Jeżeli zamiarem było uzyskanie instalacji 24 V, to należało po prostu napisać:
układ zasilania 24 V.
Natomiast z przedstawionego materiału wynika, że oferent wykorzystał maksymalnie zapis specyfikacji i zaproponował, jeżeli dobrze rozumiem tę reklamówkę powyżej, dwa akumulatory 12 V połączone szeregowo w układ 24 V.
I tutaj dochodzimy do sedna.
Jeżeli ktoś wpisuje do specyfikacji wymóg dwóch akumulatorów, to naturalnie rodzi się pytanie, czy nie chodziło o zwiększenie niezawodności systemu poprzez zastosowanie akumulatora rezerwowego.
Według mnie jest to jedyne logiczne wytłumaczenie, ponieważ nie znajduję innego technicznego uzasadnienia wpisania do specyfikacji właśnie liczby akumulatorów zamiast parametrów magazynu energii.
Tymczasem dwa akumulatory 12 V połączone szeregowo w instalacji 24 V nie tworzą żadnej redundancji.
Oba muszą pracować jednocześnie.
Awaria jednego powoduje unieruchomienie całego systemu.
Czyli z punktu widzenia niezawodności nie uzyskujemy żadnej przewagi.
Dlatego nie potrafię znaleźć technicznego uzasadnienia, dla którego zamawiający wpisał do specyfikacji właśnie wymóg dwóch akumulatorów, zamiast określić parametry magazynu energii lub wymagane napięcie pracy.
Moim zdaniem taki zapis nie opisuje oczekiwanego efektu, lecz jest wyrwany z kontekstu i – w mojej ocenie – przyczynił się do osiągnięcia efektu innego niż oczekiwany.
A właśnie tego powinno się unikać przy przygotowywaniu opisu przedmiotu zamówienia.
4. Trwałość oprawy
Producent deklaruje żywotność diod LED przekraczającą 100 000 godzin.
Sama liczba godzin niewiele jednak mówi.
Znacznie ważniejsze są parametry L70 lub L80, które określają, po ilu godzinach strumień świetlny spadnie odpowiednio do 70% lub 80% wartości początkowej. Bo lampy nie świecą się cały czas tak samo. Degradują się z czasem. Wszystkie.
To właśnie te parametry są obecnie podstawą oceny trwałości nowoczesnych opraw LED.
W przedstawionym materiale współczynników tych nie znalazłem.
W wielu dobrej klasy oprawach ulicznych wartości L70 często wynoszą 30 000–50 000 godzin, a w rozwiązaniach z wyższej półki czasami więcej. Natomiast w tańszych konstrukcjach można spotkać wartości rzędu 10 000–20 000 godzin.
Sama deklaracja 100 000 godzin ma przede wszystkim charakter marketingowy.
5. Temperatura barwowa
W dokumentacji przetargowej przewidziano temperaturę barwową około 5700 K.
Natomiast przedstawiony materiał reklamowy wykonawcy wskazuje 5000 K.
Nie jest to jedynie różnica kosmetyczna.
5000 K daje światło bardziej neutralne, natomiast 5700 K jest wyraźnie chłodniejsze z odcieniem niebieskim.
Warto więc wyjaśnić, czy zaoferowana oprawa rzeczywiście odpowiada wymaganiom określonym w dokumentacji przetargowej, czy też przedstawiony materiał reklamowy opisuje inny wariant produktu.
6. Autonomia pracy
Producent deklaruje autonomię lampy z oprawą LED 40 W i akumulatorami 120 Ah na poziomie 7–8 dni, przy założeniu 8–10 godzin pracy pełnej mocy dziennie (100%).
Sprawdzam.
Akumulatory, jeżeli to są dwie sztuki 12v 120Ah połączone w szereg, jak wynika z reklamówki:
120 Ah × 24 V = 2,88 kWh
Zużycie energii przez lampę:
40 W × 10 godzin = 400 Wh dziennie
Czyli:
2,88 kWh : 0,4 kWh = 7,2 dnia
Na papierze wszystko się zgadza.
W normalnej eksploatacji taki sposób pracy nie może jednak mieć miejsca.
Po pierwsze, tak głębokie rozładowanie akumulatorów żelowych do „zera” mogłoby być co najwyżej zdarzeniem jednorazowym. Regularna praca w takim zakresie oznaczałaby bardzo szybkie skrócenie ich żywotności a i nawet zniszczenie akumulatora.
Po drugie, skoro zastosowano kontroler MPPT wyposażony w zabezpieczenie akumulatorów, to jego zadaniem jest właśnie odłączenie oprawy przed osiągnięciem poziomu rozładowania zagrażającego akumulatorom.
Sterownik nie powinien dopuścić do pełnego rozładowania magazynu energii.
Jeżeli przyjmiemy REALISTYCZNIE wykorzystanie około 70% pojemności, otrzymujemy:
2,88 kWh × 70% = 2,016 kWh
2,016 kWh : 0,4 kWh = około 5 dni
Przy wykorzystaniu około 50% pojemności:
2,88 kWh × 50% = 1,44 kWh
1,44 kWh : 0,4 kWh = około 3,6 dnia
Dlatego deklaracja 7–8 dni autonomii wymaga wyjaśnienia, bo fizyka mówi 4-5 dni.
7. Praca zimą
Na koniec jeszcze jedna rzecz.
Panel fotowoltaiczny ma moc 260 Wp.
Zimą na Suwalszczyźnie dzień trwa zaledwie około 7–8 godzin, natomiast noc nawet 13–14 godzin. Każdy kto ma fotowoltaikę wie jaki ma uzysk w okresie XII-II.
Panel będzie produkował mniej energii, niż lampa zużywa każdej nocy, akumulatory zaczną się stopniowo rozładowywać.
Sterownik MPPT nie potrafi wyprodukować dodatkowej energii. Może jedynie jak najlepiej wykorzystać energię z panelu i chronić akumulatory przed ich zniszczeniem.
W praktyce oznacza to jedno.
Jeżeli energii zabraknie, sterownik ograniczy moc lampy, a z czasem całkowicie ją wyłączy.
Podsumowanie
Moim zdaniem to właśnie jest sedno całej sprawy.
Nie twierdzę, że wybrana lampa jest zła.
Spełnia wymagania określone przez Gminę i jako wyrób dopuszczony do obrotu może być legalnie oferowana na rynku.
Mam natomiast coraz większe wątpliwości, czy opis przedmiotu zamówienia rzeczywiście prowadził do wyboru rozwiązania, którego Gmina oczekiwała.
Dobrze przygotowany opis przedmiotu zamówienia powinien określać efekt, jaki zamawiający chce osiągnąć. Rolą zamawiającego jest określenie co chce osiągnąć, a nie jak producent ma to skonstruować.
W przeciwnym razie łatwo stworzyć specyfikację, która może pozwalać wpychać starszy sprzęt lub kreować luki wykorzystywane przez oferentów dla maksymalizacji zysku. Do tego jednocześnie nie gwarantuje wyboru rozwiązania najlepiej odpowiadającego rzeczywistym potrzebom zamawiającego.
Jeżeli opis przedmiotu zamówienia pozostawia zbyt szerokie pole interpretacji, to później nawet najlepiej przeprowadzona procedura wyboru oferty nie naprawi błędów popełnionych na jej początku.
Spójrzcie na oferty złożone w tym przetargu. Każda wygląda inaczej. Praktycznie każda proponuje inne rozwiązanie.
Jeżeli zamawiacie owoce, a jeden sprzedawca przynosi jabłka, drugi gruszki, trzeci śliwki, czwarty wiśnie i każdy z nich potrafi wykazać, że zrealizował zamówienie zgodnie z jego treścią, to problem nie leży po stronie sprzedawców.
Problem polega na tym, że zamówienie zostało opisane zbyt ogólnie albo nieprecyzyjnie.
A jeżeli jedynym kryterium wyboru jest 100% cena, to później nie jesteś w stanie wybrać rozwiązania najlepszego. Musisz wybrać po prostu najtańsze z tych, które formalnie mieszczą się w tak opisanym zamówieniu.
I właśnie dlatego, niezależnie od tego, czy wybrana lampa okaże się dobra czy przeciętna, uważam, że największym problemem całego postępowania nie jest sam produkt, lecz sposób przygotowania opisu przedmiotu zamówienia. To od niego zaczyna się każdy przetarg i to on w największym stopniu decyduje o tym, co ostatecznie kupują mieszkańcy za publiczne pieniądze.
Wygląda na to, że doczekaliśmy się własnej podlaskiej wersji pirackiej opowieści. 😄
Była „Skrzynia umarlaka” z Piratów z Karaibów.
A u nas? „Skrzynia z akumulatorem”.
Tylko wyobraźcie sobie tych biednych poszukiwaczy skarbów, którzy z wykrywaczem metali odnajdują zakopaną skrzynię… a zamiast złotych monet znajdują akumulator od latarni. Trzeba przyznać – oryginalna atrakcja turystyczna.
I chyba nieprzypadkowo tak dobrze wpisuje się to w największe muzyczne wydarzenie gminy – Rock Water. Piracki klimat jest już prawie kompletny.
A wieść gminna niesie, że otwarcie takiej skrzyni wiąże się z obowiązkowym odsłuchaniem refrenu „Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni…”. Podobno dopiero po jego odśpiewaniu można ją ponownie zamknąć. 😉
Oczywiście całość proszę traktować z przymrużeniem oka. Zakopane w skrzyniach akumulatory mają być zamontowane zgodnie z projektem i zdecydowanie nie są elementem żadnej gry terenowej ani zaproszeniem do poszukiwania skarbów..
Na prośbę kilku osób publikuję skan odpowiedzi. Niektórzy twierdzili, że przesadzam, że taki poziom jest niemożliwy w korespondencji Urzędu. Nie przesadzałem.
Przy okazji zauważyłem coś jeszcze. Nawet własnego adresu Urzędu nie udało się przepisać bez błędów. To drobiazg, ale dobrze oddaje staranność, z jaką przygotowano całe pismo.
Jedną z rzeczy, która najbardziej zaskakuje mnie od początku obecnej kadencji, nie jest nawet brak odpowiedzi na trudne pytania.
Najbardziej zaskakuje sposób ich udzielania.
Mieszkaniec zadaje konkretne pytanie.
Sekretarz Gminy Płaska Maciej Zdancewicz bardzo często odpowiada na inne.
Albo odpowiada tak ogólnie, że po przeczytaniu całego pisma nadal nie wiadomo, jaka jest odpowiedź.
Dokładnie tak wygląda odpowiedź Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza dotycząca systemu telemetrycznego odczytu wodomierzy.
Przypomnę, że sprawa dotyczy bardzo prostej kwestii.
Dokumentacja przetargowa przygotowana przez samą Gminę Płaska przewidywała możliwość odczytu historii wskazań wodomierzy z ostatnich 12 miesięcy.
ZA TO ZAPŁACILIŚMY I NA TO OTRZYMALIŚMY DOFINANSOWANIE.
Nie mówimy więc o dodatkowej funkcji, którą „dobrze byłoby mieć”. Mówimy o jednej z funkcjonalności, za którą mieszkańcy zapłacili i która stanowiła element przedmiotu zamówienia.
Podczas posiedzenia Komisji Skarg mieszkańcom przekazywano natomiast informację, że ustalenie stanu liczników na dzień 31 grudnia 2024 r. nie było możliwe.
Poprosiłem więc o wyjaśnienie tej sprzeczności.
Poniżej publikuję moje pytania oraz „odpowiedzi” udzielone przez Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza.
Proponuję przez chwilę przeczytać je dokładnie. Naprawdę warto.
Moje pytanie
Czy przed przygotowaniem stanowiska Komisji Skarg oraz przed podjęciem uchwały przez Radę Gminy zweryfikowano, jakie dane historyczne były dostępne w systemie telemetrycznym?
Odpowiedź Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza
„Dokonano sprawdzenia danych zarejestrowanych w systemie telemetrycznym.”
Moje pytanie
Czy sprawdzono możliwość odczytu stanu wodomierzy na dzień 31 grudnia 2024 r. na podstawie danych zapisanych przez moduły radiowe?
Odpowiedź Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza
„Nie dokonywano kolejnego odczytu stanu wodomierza.”
Moje pytanie
Jeżeli taka weryfikacja została przeprowadzona, proszę o wskazanie jej wyników oraz udostępnienie dokumentów, notatek lub raportów potwierdzających jej wykonanie.
Odpowiedź Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza
„Brak danych badanego okresu.”
Moje pytanie
Jeżeli weryfikacji nie przeprowadzono, proszę o wskazanie przyczyn.
Odpowiedź Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza
„Jak Ad 1.”
Moje pytanie
Na jakiej podstawie podczas posiedzenia Komisji Skarg przedstawiano stanowisko, że ustalenie stanu wodomierzy na dzień 31 grudnia 2024 r. nie było możliwe?
Odpowiedź Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza
„Podczas posiedzenia Komisji Skarg, Wniosków i Petycji przedstawiono stanowisko, iż dokonanie odczytu stanu wodomierzy w dniu 31 grudnia 2024 r. nie było fizycznie możliwe.”
Pozostawiam Państwu ocenę, czy z powyższych odpowiedzi udzielonych przez Sekretarza Gminy Płaska Macieja Zdancewicza można jednoznacznie ustalić stan faktyczny.
Ja nadal nie wiem:
czy system zapisuje historię odczytów,
czy sprawdzono możliwość odczytania stanu licznika z dnia 31 grudnia 2024 r.,
jaki był wynik tej weryfikacji,
ani na jakiej podstawie podczas Komisji przedstawiono mieszkańcom stanowisko, że ustalenie stanu liczników nie było możliwe.
Jednego jestem natomiast pewien.
Maciej Zdancewicz nie jest początkującym urzędnikiem. Jest Sekretarzem Gminy Płaska i od wielu lat zajmuje się administracją. Doskonale wie, jak wygląda odpowiedź, która rozwiewa wątpliwości, i równie dobrze wie, jak napisać odpowiedź, po której nadal nic nie wiadomo.
Jeżeli więc odpowiedzi są tak „dziwne”, że po ich przeczytaniu nadal nie można ustalić podstawowych faktów, trudno nie zadać pytania:
Dlaczego?
Widzę dwie możliwości.
Pierwsza – użytkowany przez Gminę system telemetryczny nie posiada funkcjonalności wymaganych w dokumentacji przetargowej. Jeżeli tak jest, należałoby wyjaśnić, dlaczego odebrano i zapłacono za system niespełniający wymagań określonych przez samą Gminę.
Druga – system taką funkcjonalność posiadał, a więc istniała możliwość odczytania historycznych stanów wodomierzy, jednak z jakiegoś powodu nie została ona wykorzystana przy rozliczeniu mieszkańców.
Jeżeli prawdziwy byłby drugi scenariusz, należałoby odpowiedzieć na kolejne pytanie:
Dlaczego mieszkańców nie rozliczono według rzeczywistych wskazań liczników, skoro dokumentacja przetargowa przewidywała możliwość odtworzenia stanu wodomierza z końca 2024 roku?
Przypomnę, że sposób rozliczenia przyjęty przez Gminę skutkował naliczeniem części zużycia wody według wyższych stawek obowiązujących od 2025 r., mimo że woda została pobrana jeszcze w 2024 r.
To właśnie ta okoliczność była przedmiotem mojej skargi.
Na dziś odpowiedzi nadal nie ma.
Dlatego pozwolę sobie zadać pytania jeszcze raz.
Tym razem będą to pytania niemal wyłącznie zamknięte, wymagające odpowiedzi „tak”, „nie” albo wskazania jednej z kilku możliwości.
Mam nadzieję, że taka forma uniemożliwi udzielanie odpowiedzi, które nie odnoszą się do istoty zadanych pytań.
PYTANIA
Czy system telemetryczny używany przez Gminę Płaska posiada funkcjonalność zapisu historii wskazań wodomierza za okres ostatnich 12 miesięcy?
Czy moduły radiowe zamontowane na wodomierzach zapisują historię wskazań wodomierza za okres ostatnich 12 miesięcy?
Czy na podstawie danych zapisanych w systemie telemetrycznym lub modułach radiowych istniała techniczna możliwość ustalenia stanu wodomierzy na dzień 31 grudnia 2024 r. w okresie od 1 stycznia 2025 r. do co najmniej 30 listopada 2025 r., a prawdopodobnie do 31 grudnia 2025 r.?
Jeżeli odpowiedź na pytanie nr 3 brzmi „nie”, proszę wskazać jedną z poniższych przyczyn:
system nie posiada takiej funkcjonalności,
moduły radiowe nie zapisują historii wskazań,
dane historyczne zostały utracone,
pracownicy Urzędu nie wiedzieli o istnieniu takiej funkcjonalności,
inna przyczyna – proszę wskazać jaka.
Czy przed przedstawieniem mieszkańcom oraz Komisji Skarg stanowiska o braku możliwości ustalenia stanu wodomierzy na dzień 31 grudnia 2024 r. zwrócono się do wykonawcy systemu telemetrycznego lub producenta urządzeń o potwierdzenie tej okoliczności?
Jeżeli tak, proszę o udostępnienie korespondencji, opinii, notatek lub innych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej weryfikacji.
Jeżeli nie, proszę o jednoznaczne potwierdzenie, że stanowisko przedstawione mieszkańcom oraz Komisji Skarg nie zostało poprzedzone weryfikacją u wykonawcy systemu ani producenta urządzeń.
Czy stanowisko przedstawione mieszkańcom i Komisji zostało oparte na jakimkolwiek dokumencie technicznym?
Jeżeli tak, proszę o jego udostępnienie.
Czy użytkowany przez Gminę Płaska system telemetryczny jest zgodny z wymaganiami dokumentacji przetargowej w zakresie możliwości odczytu historii wskazań wodomierzy z poprzednich 12 miesięcy?
Dlaczego Sekretarz Gminy Płaska Maciej Zdancewicz oraz pracownicy Urzędu Gminy Płaska w odpowiedziach na moje reklamacje składane w 2025 roku przez cały 2025 rok twierdzili, że ustalenie stanu wodomierza na dzień 31 grudnia 2024 r. nie jest możliwe, skoro – zgodnie z dokumentacją przetargową – system powinien umożliwiać odczyt historycznych wskazań z tego okresu?
A TERAZ MAŁY TEST.
W ODRĘBNYM WNIOSKU ZWRÓCĘ SIĘ DO URZĘDU GMINY PŁASKA O PRZEKAZANIE HISTORII WSKAZAŃ Z MOJEGO WODOMIERZA ZA OSTATNICH 12 MIESIĘCY.
Jeżeli system pokaże historię mojego wodomierza, będziemy wiedzieli, że historia była dostępna.
Jeżeli jej nie pokaże, będziemy wiedzieli, że warto sprawdzić, czy system rzeczywiście odpowiada temu, za co Gmina zapłaciła i co odebrała.
Tak czy inaczej, odpowiedź na to pytanie powinna zakończyć wszelkie spekulacje.
Bo Dyrektor GOK opublikował na Facebooku komunikat Sanepidu dotyczący zakazu spożywania wody na polu biwakowym Jazy.
Oczywiście zgodnie z przepisami takie informacje powinny znaleźć się przede wszystkim w miejscu, którego dotyczą, oraz w oficjalnych kanałach.
Ale w sytuacji zagrożenia zdrowia nie będę się czepiał.
Każda godzina ma znaczenie.
Każda osoba, która dzięki temu nie napiła się tej wody, jest sukcesem.
I tutaj pochwały się kończą.
Bo po rozmowie z Sanepidem zrobiło się… bardzo dziwnie.
Dowiedziałem się, że to nie Sanepid wykrył problem.
Badania wykonał administrator ujęcia.
Sanepid dostał wyniki.
Jeszcze tego samego dnia, mimo że było już po godzinach pracy, wydał komunikat i – jak usłyszałem – telefonicznie powiadomił Wójta.
Czyli Sanepid potraktował sprawę poważnie.
I tutaj zaczyna się część, od której włosy lekko stają dęba.
Zwracam uwagę na dysonans. Komunikat z 30 czerwca 2026, ale znak sprawy jakby z 2025 roku.
Więc zadaję pytanie. Chwila ciszy i …
Pani z Sanepidu powiedziała mi, że już w 2025 roku w badaniach wykonywanych dla administratora ujęcia występowały przekroczenia różnych parametrów jakości wody.
Przeczytajcie to jeszcze raz.
Już w 2025 roku.
Słyszeliście o tym?
Bo ja pierwszy raz.
I teraz pytania.
Bardzo niewygodne pytania.
Jakie były te przekroczenia?
Jakich parametrów dotyczyły?
Czy były jednorazowe?
Czy powtarzały się?
Kto jest administratorem tego ujęcia?
Dlaczego wyników tych badań nigdy nie pokazano?
Dlaczego nie pokazano również badań, które doprowadziły do obecnego komunikatu Sanepidu?
I najważniejsze.
Jeżeli już w ubiegłym roku były przekroczenia różnych parametrów, to dlaczego badania wykonano dopiero teraz?
Przecież przez ten czas z tej wody korzystali ludzie. Już od maja ktoś się pojawia.
Turyści.
Rodziny z dziećmi.
Uczestnicy biwaków.
A jeżeli dobrze pamiętam, kilka dni temu odbywały się tam również zawody strażackie.
Czy ktoś ich poinformował?
Czy ktokolwiek zadzwonił do organizatorów?
Czy poinformowano osoby, które mogły korzystać z tej wody?
Bo przypomnę.
Sanepid mówi dziś wprost.
Tej wody nie wolno pić.
Nie wolno jej używać do przygotowywania posiłków.
Nie wolno myć nią zębów.
Nie wolno myć nią żywności.
Nie wolno się nią polewać, ani nawet myć w niej rąk.
A przecież do 30 czerwca ludzie normalnie z niej korzystali.
I jeszcze jedna rzecz.
Jeżeli – zgodnie z informacją uzyskaną w Sanepidzie – Wójt został poinformowany telefonicznie jeszcze 30 czerwca, zaraz po otrzymaniu wyników badań…
…to dlaczego mieszkańcy dowiedzieli się o tym dopiero w godzinach popołudniowych następnego dnia? Pomimo faktu, iż Sanepid uznał tę sprawę za tak ważna, że informował Wójta po godzinach swojej pracy.
I ostatnia rzecz, która mnie zastanawia.
Zauważyliście?
Kiedy gmina wykonuje swoje badania i wyniki są dobre…
to zwykle są publikowane.
Tym razem…
wyników jakoś nie pokazano.
Przypadek?
Być może.
Dlatego zamiast snuć domysły zrobię to, co robię od dwóch lat.
Poproszę o dokumenty.
Bo mam coraz silniejsze wrażenie, że ta historia dopiero się zaczyna.
Bajka o Królu Skubimirze I zwanym Selfisławem i tajemnicy zaginionych fotografów
kilkanaście próśb o bajkę, więc ciężko odmówić 🙂 :
Jeżeli dostanę informację zwrotną, że się podoba, to będą kolejne tomy:
Tom II – O Wielkiej Drodze, którą oddano Cesarzowi, a dług pozostawiono chłopom.
Tom III – O Rycerzach Okrągłego Stołu, którzy zawsze głosowali jednakowo.
Tom IV – O Cudownej Wodzie, która raz była zdatna, a raz tylko warunkowo.
Tom V – O Wielkim Łowczym i jego wiernym dworze.
Dawno, dawno temu, za siedmioma lasami, trzema jeziorami i jednym wyjątkowo długim przetargiem, leżało niewielkie królestwo.
Niektórzy nazywali je Krainą Płaska, najbardziej wysuniętą na północ prowincją Cesarstwa Polandii.
Urzędowi kronikarze uparcie twierdzili jednak, że wszelkie podobieństwo do prawdziwych krain jest całkowicie przypadkowe.
Rządził nim Król Skubimir I, zwany przez dworzan Selfisławem.
Nie dlatego, że wygrał wielkie bitwy.
Nie dlatego, że zbudował najwięcej zamków.
Nie dlatego, że był najmądrzejszym władcą. Bo dworscy kronikarze od lat mieli problem ze znalezieniem choć jednego takiego przykładu.
Przydomek zawdzięczał temu, że kochał dwie rzeczy bardziej niż cokolwiek innego.
Przecinanie wstęg.
I robienie sobie zdjęć.
Mówiono nawet, że gdyby w królestwie wybuchł pożar, najpierw zapytałby, z której strony ogień wygląda lepiej na zdjęciu, a dopiero potem kazałby go gasić.
Gdy tylko w królestwie wyremontowano kawałek drogi…
natychmiast zjawiali się dworscy fotografowie.
Król pozował przed drogą.
Na drodze.
Za drogą.
Obok drogi.
Gdy wyremontowano plac zabaw…
znów były fanfary.
Znów byli kronikarze.
Znów powstawały portrety.
A kiedy ukończono nową świetlicę…
dworzanie byli przekonani, że tym razem Król przejdzie samego siebie.
Przecież przed budynkiem stały aż cztery piękne słupy.
– Wasza Królewska Mość! – wołali.
– Toż to idealne miejsce na królewską sesję zdjęciową!
Przed świetlicą.
Za świetlicą.
Na schodach.
Na kominie.
Pod tujami.
A na koniec synchroniczny pokaz pole dance z najwierniejszymi dworzanami.
Dworzanie byli zachwyceni. Wreszcie cztery słupy miały doczekać się godnego wykorzystania.
– TikTok pęknie z zachwytu!
– Królewski algorytm oszaleje!
Król tylko się uśmiechnął.
Już niemal słyszał odgłos migawki aparatów.
A potem…
nie wydarzyło się nic.
Fotografowie czekali. Kronikarze czekali. Nawet dworskie nożyczki do przecinania wstęg zaczęły rdzewieć.
Mijały dni.
Potem tygodnie.
Potem miesiące.
Nie było fotografów.
Nie było kronikarzy.
Nie było fanfar.
Nie było nawet jednego obrazka w królewskiej kronice.
Dworzanie przecierali oczy ze zdumienia.
– Czy to możliwe? – pytali.
– Król Selfisław i żadnego zdjęcia?
– To się jeszcze nigdy nie zdarzyło.
W tym samym czasie kończono remont królewskiej szkoły.
Na dworze od miesięcy szeptano, że otwarcie będzie tak wielkie, iż zabraknie miejsc dla gości.
Jedni twierdzili, że przyjedzie Cesarz.
Inni, że Najwyższy Kapłan.
Jeszcze inni, że zabraknie już tylko smoka.
Najbardziej gorliwi dworzanie twierdzili, że warto zamówić dodatkowych fotografów, bo jedna sesja może nie wystarczyć.
I wtedy…
znowu zapadła cisza.
Mieszkańcy zaczęli się niepokoić.
Poszli więc do starego błazna.
Bo błazen był jedynym człowiekiem w całym królestwie, który mówił to, czego inni bali się powiedzieć.
– Mistrzu…
– Gdzie podziali się fotografowie?
– Dlaczego Król nie przecina wstęgi?
– Dlaczego nie ma portretów?
– Dlaczego nie ma fanfar?
– Dlaczego nie ma wielkiego święta?
Błazen zamyślił się.
Spojrzał na świetlicę.
Spojrzał na szkołę.
Po czym uśmiechnął się i odparł:
– Przez wiele lat nauczyłem się jednej rzeczy.
Jeżeli w naszym królestwie wszystko idzie zgodnie z planem…
najpierw przyjeżdżają fotografowie.
A jeśli fotografów nie ma…
to znaczy, że najpierw trzeba dokończyć coś, czego mieszkańcom jeszcze pokazać nie można.
Mieszkańcy zaczęli więc zadawać pytania.
Czy świetlica została odebrana?
Czy szkoła została odebrana?
Czy wszystkie dokumenty są gotowe?
Czy wszystko wykonano zgodnie z projektem?
Czy nie pojawiły się jakieś problemy?
Bo przecież cisza nie bierze się znikąd.
Wieść o słowach błazna szybko dotarła do zamku.
Król Skubimir I zwany Selfisławem długo patrzył przez okno.
Potem odwrócił się do Carycy Katarzyny, Wielkiej Strażniczki Wolności i Pierwszej Marszałkini Królestwa, po czym zapytał:
– A może jednak zrobimy kilka zdjęć?
Caryca westchnęła.
– Wasza Królewska Mość…
Fotografowie są gotowi.
Kronikarze też.
Czekają tylko na odbiory.
Król zamilkł.
Podobno po raz pierwszy od wielu lat.
Morał
W wielu królestwach najpierw kończy się inwestycję.
Potem robi zdjęcia.
W Królestwie Skubimira I zwanego Selfisławem mieszkańcy odkryli jednak coś zupełnie odwrotnego.
Jeżeli nie ma zdjęć, warto zapytać dlaczego.
Bo czasami największą wiadomością nie jest to, co mieszkańcom pokazano.
Największą wiadomością jest właśnie to, czego od miesięcy nikt nie chce sfotografować.
Każde podobieństwo bohaterów tej bajki do prawdziwych osób jest oczywiście całkowicie przypadkowe. Tak przynajmniej twierdzą dworscy kronikarze.
A z dworskimi kronikarzami, jak wiadomo, lepiej nie dyskutować.