Pamiętacie o Diogenesie, który szukał jednego uczciwego radnego gminie.
Minął miesiąc, więc popełniłem email przypominający do wszystkich radnych:
Dzień dobry,
Pani Przewodnicząca, zwracam się z uprzejmą prośbą o informację, gdzie i kiedy mogę odebrać wniosek, który przekazałem na Pani ręce w dniu 22 lipca 2026 r.
We wniosku zawarłem pytania dotyczące konkretnych nieprawidłowości na terenie Gminy. Wyraziłem wówczas nadzieję, że być może któryś z radnych zechce podpisać się pod tym zapytaniem, dzięki czemu mielibyśmy pewność, że tym razem Wójt udzieli odpowiedzi.
Od tego czasu minął już miesiąc.
Zakładam więc, że wszyscy radni, którzy chcieli poprzeć tę inicjatywę, mieli wystarczająco dużo czasu, aby złożyć swoje podpisy.
Pani podpis – zgodnie z Pani ówczesną deklaracją – mam, jak rozumiem, pewny.
Zakładam również, że nie złożyła Pani tego pisma w moim imieniu jako interpelacji lub zapytania radnego. Termin na udzielenie odpowiedzi radnemu wynosi bowiem 14 dni, więc gdyby tak się stało, odpowiedź powinna już dawno istnieć.
Dlatego chciałbym po prostu odzyskać swój dokument i zobaczyć, ilu radnych uznało poruszone w nim problemy za wystarczająco istotne, aby poprzeć pytania mieszkańca własnym podpisem.
Przy okazji chciałbym zwrócić się również do tych radnych, którzy być może o całej inicjatywie nie zostali poinformowani, a po zapoznaniu się z treścią pisma uznaliby, że warto je poprzeć.
Wyjaśnię przy tym jedną rzecz dotyczącą samego dokumentu.
Skreślenie znajdujące się na jego ostatniej stronie zostało wykonane przeze mnie w ostatniej chwili, kiedy Pani Przewodnicząca odmówiła przyjęcia ode mnie pisma adresowanego do radnych Wspólnej Sprawy, argumentując, że „takich radnych nie ma”.
Do dzisiaj nie wiem, czym dokładnie podyktowane było takie stanowisko.
Czy chodziło o formalności?
Czy o niechęć do utożsamiania radnych z tym środowiskiem?
Czy może o coś zupełnie innego?
W gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia.
Znacznie ważniejsze jest coś innego:
mieszkańcy, którzy wybrali swoich radnych, powinni mieć możliwość dowiedzenia się, co dzieje się w ich Gminie, jakie problemy są zgłaszane i w jaki sposób reagują na nie osoby, którym powierzyli mandat.
Chyba że ktoś uważa, że taka wiedza mieszkańcom się nie należy.
Ja uważam inaczej.
Dlatego proszę o informację, gdzie mogę odebrać pozostawiony 22 lipca dokument.
Jeżeli natomiast nadal istnieją radni, którzy chcieliby się pod nim podpisać, oczywiście mogę jeszcze kilka dni poczekać. Nie chciałbym nikogo pozbawiać tej możliwości.
PS. Ponieważ w przepływie informacji wokół Wspólnej Sprawy zdarzają się czasami rzeczy trudne do przewidzenia – cytując Panią Przewodniczącą Pani Monika czegoś nie przekaże, ktoś o czymś nie słyszał, ktoś inny dowiaduje się po czasie, coś nagle zmieniło miejsce położenia – pozwolę sobie opublikować powyższą wiadomość wieczorem na blogu.
Po prostu zdecydowana większość Państwa regularnie tam zagląda, więc potraktujmy blog jako dodatkowy, najwyraźniej całkiem skuteczny kanał komunikacji. 😉
Przynajmniej tym razem nikt nie będzie musiał później mówić:
w ubiegły weekend czterech mieszkańców naszej gminy zaprosiło mnie na wskazany wyżej fragment drogi, aby pokazać jej aktualny stan.
Zwrócili moją uwagę na znajdujące się tam duże ubytki w nawierzchni, które – według przekazanych mi informacji – istnieją już od co najmniej pół roku i do tej pory nie zostały naprawione.
Przeprosiłem mieszkańców, że wcześniej sam tego nie zauważyłem, ale po prostu rzadko poruszam się tym odcinkiem. Zresztą sama ulica Kąty od dłuższego czasu przedstawia, delikatnie mówiąc, obraz nędzy i rozpaczy.
Ponieważ syn cieśli zajmujący się w Urzędzie drogami najwidoczniej również nieczęsto tędy jeździ, mam ogromną prośbę, aby wspomóc go w dostrzeżeniu problemu i doprowadzić do naprawy wskazanych ubytków.
Przy okazji proponuję przejechać około 30 metrów w głąb ul. Kąty. W rejonie przepustu znajduje się kolejna, naprawdę zdradliwa dziura, która szczególnie po zmroku może stanowić poważne zagrożenie dla kierowców.
Jednocześnie zwracam się do radnych z Płaskiej i Gorczycy, ponieważ wskazany fragment znajduje się na granicy obu miejscowości, z prośbą o zainteresowanie się sprawą i wsparcie swoich mieszkańców.
Warto przy tym zadbać nie tylko o bezpieczeństwo kierowców, ale również o budżet Gminy.
Jeżeli mieszkaniec albo turysta wjedzie nocą w mający kilkadziesiąt centymetrów ubytek i uszkodzi koło lub zawieszenie, może wystąpić z roszczeniem o naprawienie szkody do podmiotu odpowiedzialnego za właściwe utrzymanie drogi.
Znacznie rozsądniej i taniej będzie więc naprawić dziurę, zanim ona „naprawi” komuś samochód.
Z góry dziękuję za pomoc, zainteresowanie sprawą i – przede wszystkim – zrozumienie potrzeb mieszkańców.
PS. A tak przy okazji mała dygresja do powyższego emaila.
Podczas spotkania z mieszkańcami pojawił się również całkiem ciekawy pomysł.
Skoro w przypadku drogi do Rudawki uznano, że najlepszym rozwiązaniem będzie pozbycie się problemu poprzez przekazanie drogi innemu zarządcy, to może warto zastosować tę samą filozofię również tutaj?
Może ulicę Kąty również należałoby komuś oddać?
W przypadku Rudawki mieliśmy już okazję przekonać się, ile może kosztować Gminę połączenie braku odwagi powiedzenia prawdy przez radnego Juszkiewicza z ambicją Wójta Skubisa, żeby postawić na swoim. Zresztą w przypadku radnego to raczej oczywiste. Wystarczy posłuchać laudacje jakie wybrzmiewają z jego ust na sesjach. Na przykład na ostatniej. I to po trzeźwemu i bez wazeliny.
W mojej ocenie rachunek za tę decyzję liczymy w milionach – utraconego majątku oraz dodatkowych kosztach, które Gmina będzie musiała ponieść w postaci kredytu na milion, który jakimś sposobem pozostał po Naszej stronie, chociaż droga znikła. BIZNESMENY Z WSPÓLNEJ SPRAWY CAŁĄ GĘBĄ.
Tutaj sytuacja jest przecież znacznie prostsza.
Co właściwie mamy do stracenia?
Trochę piasku, dziury i drogę, na której trudno dostrzec większe nakłady remontowe.
Nie ma więc wielomilionowej inwestycji, którą można stracić, ani szczególnego majątku, którego trzeba bronić.
Z punktu widzenia budżetu Gminy rozwiązanie wydaje się wręcz idealne:
oddajemy drogę, oddajemy dziury, oddajemy problem, a Gmina oszczędza.
Same korzyści. 😉
Oczywiście trochę żartuję.
Ale mieszkańcom, którzy od co najmniej pół roku omijają te same dziury, zapewne jest już trochę mniej do śmiechu.
Dlatego zanim zaczniemy szukać instytucji, której można przekazać ulicę Kąty, proponuję rozwiązanie zdecydowanie mniej skomplikowane:
kilka taczek kruszywa i załatanie dziur.
Podejrzewam, że będzie szybciej, taniej i – po doświadczeniach z Rudawką – zdecydowanie bezpieczniej dla budżetu Gminy.
A może Waszą ulicę też zgłosić do oddania dla Urzędu Wojewódzkiego w nadziei na to, że pojawi się wreszcie administrator?
Tym razem nie rozmawiamy o kilku czy kilkunastu tysiącach złotych.
Rozmawiamy o:
463 000 zł.
Ale zacznijmy od początku, bo historia jest naprawdę ciekawa.
W styczniu Rada Gminy Płaska postanowiła wyrazić zgodę na sprzedaż gminnej sieci światłowodowej.
W uchwale zapisano nawet, że sieć zostanie sprzedana zgodnie z ustawą o gospodarce nieruchomościami i za cenę nie niższą niż jej wartość rynkowa.
Tyle że pojawił się Wojewoda i powiedział, w dużym uproszczeniu:
STOP.
Rada nie ma tutaj czego zatwierdzać.
Wojewoda zakwestionował potraktowanie światłowodu jak nieruchomości i stwierdził nieważność całej uchwały. Z rozstrzygnięcia wynika, że gospodarowanie takim składnikiem mienia należy do kompetencji Wójta.
Czyli:
Wójt może gospodarować tym majątkiem samodzielnie.
No i zaczął gospodarować.
Podejście numer 1
18 maja zostaje ogłoszony:
PIERWSZY PRZETARG USTNY OGRANICZONY.
Cena wywoławcza:
1 693 000 zł.
Nie jest to jednak przetarg, do którego może przystąpić każdy zainteresowany zakupem infrastruktury.
Warunkiem udziału jest m.in. posiadanie aktualnego wpisu do rejestru przedsiębiorców telekomunikacyjnych.
Pierwszy przetarg nie doprowadził do sprzedaży.
Mamy więc drugie podejście.
I tutaj zaczyna robić się naprawdę ciekawie.
Podejście numer 2
11 sierpnia pojawia się:
DRUGI PRZETARG USTNY OGRANICZONY.
Cena?
Już nie 1 693 000 zł.
Teraz:
1 230 000 zł.
Wyciągamy kalkulator:
1 693 000 zł – 1 230 000 zł = 463 000 zł.
Czyli pomiędzy pierwszym a drugim przetargiem cena wywoławcza gminnego majątku spada o:
463 000 zł,
czyli o:
27,35%.
I teraz zaczynam mieć pytania.
Dużo pytań.
Bo kiedy czegoś nie udało się sprzedać za 1,693 mln zł, można zrobić przynajmniej dwie rzeczy.
Można zastanowić się:
„Jak zwiększyć liczbę potencjalnych kupujących?”
Albo:
„O ile obniżamy cenę?”
W Gminie Płaska zdecydowano się na obniżenie ceny.
I to nie o 20 czy 50 tysięcy.
O 463 tysiące złotych.
Co ciekawe, jednocześnie nie zrezygnowano z ograniczonego charakteru przetargu.
W drugim postępowaniu nadal obowiązuje wymóg posiadania aktualnego wpisu do rejestru przedsiębiorców telekomunikacyjnych.
I dlatego pierwsze pytanie brzmi:
Dlaczego najpierw obniżamy cenę wywoławczą gminnego majątku o 463 tys. zł, zamiast najpierw spróbować zwiększyć konkurencję?
Być może istnieje ku temu bardzo dobre uzasadnienie.
Chętnie je poznam.
A teraz kalkulator po raz drugi.
Podczas dyskusji o sprzedaży światłowodu Wójt informował, że utrzymanie tej sieci kosztuje Gminę około:
6 000 zł rocznie.
To informacja przekazywana przez Wójta — nie pochodzi z dokumentów przetargowych, które tutaj pokazuję.
Ale skoro taki argument padał przy dyskusji o sprzedaży, policzmy.
463 000 zł ÷ 6 000 zł = 77,17 roku.
Czyli kwota, o którą pomiędzy pierwszym a drugim przetargiem obniżono cenę wywoławczą, odpowiada mniej więcej:
77 LATOM UTRZYMANIA SIECI.
Siedemdziesięciu siedmiu.
Jeszcze raz:
roczny koszt utrzymania według informacji Wójta – ok. 6 000 zł
obniżka ceny wywoławczej – 463 000 zł
równowartość – ponad 77 lat utrzymania.
I dochodzimy do pytania chyba najważniejszego.
Skąd właściwie wzięło się 1 230 000 zł?
Dlaczego właśnie:
1 230 000 zł?
Dlaczego nie 1 500 000?
Dlaczego nie 1 400 000?
Dlaczego nie 1 300 000?
Pierwsza cena wynosiła 1 693 000 zł.
Druga wynosi 1 230 000 zł.
Różnica to dokładnie 463 000 zł, czyli po przeliczeniu 27,35% pierwszej ceny wywoławczej.
Oczywiście 27,35% jest po prostu matematycznym wynikiem porównania dwóch kwot.
Ale właśnie dlatego chciałbym wiedzieć:
skąd wzięła się druga kwota?
Czy istnieje dokument zawierający kalkulację ceny 1 230 000 zł?
Czy sporządzono nową wycenę?
Czy rzeczoznawca ponownie określił wartość sieci?
Czy nadal posługujemy się tym samym operatem?
Czy zastosowano jakąś określoną metodę obniżenia ceny?
Czy przeprowadzono analizę rynku?
Kto zaproponował akurat 1 230 000 zł i na podstawie czego?
A teraz pobawmy się wyłącznie w pytania.
Czy przed ogłoszeniem drugiego przetargu Gmina prowadziła rozmowy z potencjalnymi nabywcami?
Jeżeli tak — z iloma?
Czy którykolwiek potencjalny nabywca sygnalizował Gminie, ile byłby gotów zapłacić za sieć?
Czy wpłynęła jakakolwiek oferta, propozycja, pismo lub deklaracja dotycząca ceny?
Czy odbywały się spotkania dotyczące ewentualnego zakupu sieci?
Jeżeli tak — z kim?
Czy podczas takich rozmów padały konkretne kwoty?
Czy 1 230 000 zł pojawiło się w jakiejkolwiek rozmowie, korespondencji lub propozycji przed ogłoszeniem drugiego przetargu?
A może odpowiedź jest banalnie prosta i kwota wynika z dokumentu, którego jeszcze nie widzieliśmy?
To pokażmy ten dokument.
I temat będzie prosty.
Jest jeszcze jeden czysto hipotetyczny scenariusz, który warto wykluczyć. Scenariusz książkowy, ale w polskiej rzeczywistości niejednokrotnie widywany. I żeby było jasne wszelkie podobieństwo osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Postawmy się na chwilę nie w roli Gminy, ale potencjalnego kupującego.
Co zrobiłby rozsądny przedsiębiorca, gdyby z góry wiedział, że pierwszy przetarg nie musi być jego ostatnią szansą, a przy drugim podejściu cena może zostać znacząco obniżona?
Powiedzmy tutaj jedynego potencjalnego kupującego z różnych względów ekonomicznych oraz ograniczeń narzuconych w przetargu przez Wójta.
Czy miałby interes, żeby kupować za 1 693 000 zł?
Czy może bardziej opłacałoby mu się poczekać na II przetarg z kwota o 27,35% niższą?
A gdyby dodatkowo zakładał, że ze względu na ograniczony charakter przetargu rzeczywista konkurencja będzie niewielka? Powiedzmy uczciwie, zadna.
Czy tym bardziej nie opłacałoby się odpuścić pierwszego podejścia i poczekać na drugie?
A gdyby taki potencjalny nabywca wiedział jeszcze wcześniej, do jakiego poziomu może spaść cena?
No cóż.
Z punktu widzenia kupującego sytuacja robiłaby się bardzo komfortowa.
Dlatego pytam:
Czy przed pierwszym albo drugim przetargiem ktokolwiek rozmawiał z obecnym operatorem sieci o możliwości jej sprzedaży?
Czy podczas takich rozmów padała informacja, że w przypadku niepowodzenia pierwszego przetargu cena zostanie obniżona?
Czy padały konkretne kwoty?
Czy przed publikacją drugiego ogłoszenia potencjalny nabywca mógł wiedzieć, że cena wyniesie 1 230 000 zł?
I pytanie w drugą stronę:
Czy Gmina wiedziała, jaką cenę potencjalny nabywca byłby gotów zaakceptować?
Nie odpowiadam na te pytania.
Pytam.
Bo właśnie transparentność sprzedaży publicznego majątku powinna powodować, że podobne wątpliwości można bardzo łatwo wyjaśnić dokumentami.
A teraz jeszcze jeden element układanki.
Z informacji, które posiadam, wynika, że obecnie usługi dostępu do Internetu dla mieszkańców za pośrednictwem tej gminnej infrastruktury świadczy jeden operator.
Jeżeli ta informacja jest aktualna, pytania robią się jeszcze ciekawsze.
Czy ten operator zamierza wystartować w przetargu?
Czy wpłaci wadium?
Czy prowadził wcześniej rozmowy z Gminą dotyczące zakupu sieci?
Czy rozmawiał z Wójtem lub pracownikami Urzędu?
Czy rozmawiano o cenie?
Czy poza obecnym operatorem ktoś jeszcze jest zainteresowany zakupem?
I przede wszystkim:
Ilu uczestników wpłaci wadium?
Jeden?
Bo właśnie to pokaże nam, jak szeroka jest rzeczywista konkurencja.
25 sierpnia będzie ciekawie, ale już 21 sierpnia będzie wiadomo czy ktoś wpłacił wadium. Jeżeli tak to sprzedaliśmy sieć za 1 230 000 zł
Drugi przetarg ma odbyć się 25 sierpnia o godz. 13.00 w pokoju nr 3 Urzędu Gminy Płaska.
I przypomnę jeszcze raz:
przetarg może być ważny nawet wtedy, gdy pojawi się tylko jeden uczestnik, jeżeli zaoferuje co najmniej jedno wymagane postąpienie.
Ale nie uprzedzajmy wydarzeń. 😉
Poczekajmy do 25 sierpnia.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli.
Nie twierdzę, że ktokolwiek się z kimkolwiek dogadał.
Nie mam na to żadnego dowodu.
Nie twierdzę, że przetarg jest ustawiony.
Nie twierdzę również, że cena 1 230 000 zł jest za niska.
Mam natomiast prawo pytać.
I mieszkańcy mają prawo wiedzieć, według jakich zasad sprzedawany jest majątek należący do ich gminy i dlaczego jego cena wywoławcza pomiędzy pierwszym a drugim przetargiem spadła o prawie pół miliona złotych.
Spójrzmy jeszcze raz na sam ciąg zdarzeń:
1 693 000 zł
↓
pierwszy przetarg nie doprowadza do sprzedaży
↓
przetarg nadal pozostaje ograniczony
↓
1 230 000 zł
↓
463 000 zł mniej
↓
27,35% obniżki
↓
równowartość ponad 77 lat utrzymania sieci według kwoty podawanej przez Wójta.
I naprawdę trudno się dziwić, że mieszkaniec zaczyna zadawać pytania.
Dlatego poproszę Urząd o:
– operat szacunkowy,
– protokół z pierwszego przetargu,
– dokument będący podstawą ustalenia ceny drugiego przetargu na 1 230 000 zł,
– dokument określający zasady i tryb sprzedaży tego rodzaju mienia Gminy Płaska,
– uzasadnienie ograniczenia udziału do przedsiębiorców telekomunikacyjnych,
– informację, czy przed pierwszym lub drugim przetargiem prowadzono z potencjalnymi nabywcami rozmowy dotyczące sprzedaży sieci,
– oraz informację, czy w takich rozmowach poruszano kwestię ceny lub możliwości jej obniżenia.
A później spokojnie to przeczytamy.
Bo Wojewoda powiedział jedną bardzo ważną rzecz:
Wójt może gospodarować tym majątkiem samodzielnie.
Zgoda.
Ale:
„samodzielnie” nie znaczy „bez pytań”.
I nieznaczy, że niezgodnie z art 50 u.s.g.
Zwłaszcza kiedy pomiędzy pierwszym a drugim podejściem cena wywoławcza spada o:
463 000 zł.
A jeżeli rzeczywiście utrzymanie światłowodu kosztuje nas około 6 tys. zł rocznie, zamiast pytać wyłącznie:
„Ile kosztuje nas utrzymanie światłowodu?”
zadałbym inne pytanie:
„Ile może nas kosztować pośpiech, żeby się go pozbyć?”
I na koniec – Rada Gminy.
W tej historii jest jeszcze jeden test.
Test rzeczywistej niezależności Rady Gminy od Wójta.
Nie oczekuję od radnych awantury.
Nie oczekuję oskarżeń.
Nie oczekuję również, żeby przed przetargiem przesądzali, że ktokolwiek zrobił coś niewłaściwego. Tym bardziej, że jestem przekonany, że Katarzyna Tomczyk o wszystkim wie i bierze w tym udział.
Oczekuję czegoś znacznie prostszego.
Na najbliższej sesji powinni zadać Wójtowi konkretne pytania.
Skąd 1 230 000 zł?
Dlaczego 463 000 zł obniżki?
Dlaczego po pierwszym nieudanym przetargu nadal przetarg ograniczony?
Czy były rozmowy z potencjalnymi nabywcami?
Czy rozmawiano o cenie?
I ilu ostatecznie było uczestników przetargu?
A później powinni zrobić jeszcze jedną rzecz:
nie zgodzić się na odpowiedzi wymijające.
Bo niezależność Rady Gminy od Wójta nie polega na tym, że raz na cztery lata na ulotce wyborczej napisze się słowo „niezależny”.
Niezależność pokazuje się właśnie w takich momentach.
Kiedy na stole leży majątek gminy wart ponad milion złotych, cena wywoławcza spada o 463 tysiące, a mieszkańcy pytają:
dlaczego?
Wtedy radny ma dwie możliwości.
Może przyjąć pierwszą ogólną odpowiedź, pokiwać głową i przejść do następnego punktu porządku obrad.
Albo może powiedzieć:
„Panie Wójcie, nie o to pytałem. Proszę odpowiedzieć konkretnie.”
I właśnie po tym poznamy, czy mamy Radę Gminy kontrolującą Wójta, czy Radę Gminy, która jedynie przyjmuje jego wyjaśnienia do wiadomości.
Ja odpowiedzi nie będę dziś podpowiadał.
Niech każdy patrzy na liczby, dokumenty i odpowie sobie sam.
A po najbliższej sesji zobaczymy również, jakiej odpowiedzi udzielili nam radni.
Chciałbym, żeby Wójt Gminy Płaska Michał Skubis oraz Przewodnicząca Rady Gminy Katarzyna Tomczyk zaczęli zwracać większą uwagę na to, jak reprezentują Naszą gminę.
Przed chwilą oglądałem zdjęcia z obchodów 81. rocznicy Obławy Augustowskiej.
Dla tej ziemi i ludzi, którzy tutaj żyją — a szczególnie dla tych, którzy pamiętają historie swoich rodzin — nie jest to kolejna impreza w kalendarzu.
To pamięć, która nadal ściska za serce.
Spójrzcie na delegacje widoczne na zdjęciach. Przedstawiciele instytucji, samorządów i organizacji ubrani są stosownie do charakteru uroczystości. Garnitury, mundury, stroje oficjalne.
Nie dlatego, że było im w nich wygodniej w letni dzień.
Dlatego, że strojem również okazuje się szacunek.
A teraz spójrzcie na reprezentację naszej gminy.
Spodnie bojówki, koszulka polo, okulary zawieszone pod szyją.
Na innym zdjęciu przemknęły mi chyba również adidasy.
I naprawdę nie chodzi o to, czy ktoś lubi garnitury.
Prywatnie każdy może chodzić ubrany, jak chce. Sam również nie spędzam życia pod krawatem.
Ale kiedy jedzie się jako oficjalny przedstawiciel Gminy Płaska na uroczystość poświęconą ludziom zamordowanym i zaginionym w Obławie Augustowskiej, przez tę godzinę nie reprezentuje się siebie.
Reprezentuje nas wszystkich.
I wtedy strój nie jest kwestią mody.
Jest elementem ceremoniału i okazaniem szacunku ludziom, przed których pomnikiem składamy kwiaty.
Pozostałe delegacje swoim wyglądem mówią:
„Pamiętamy. Przyjechaliśmy oddać Wam hołd.”
Chciałbym, żeby reprezentanci mojej gminy wysyłali dokładnie taki sam komunikat.
Można źle zrobić plakat. Można nieudolnie promować imprezę. Można nawet zrobić gminie kiepski PR. Ludzie o tym zapomną.
Ale są wydarzenia, przy których naprawdę wypada wiedzieć, gdzie się przyjechało i kogo przyjechało się uczcić.
dziękuję za obszerny komentarz z dodatkowymi informacjami – publikuję go na dole oraz jest widoczny jako komentarz do poprzedniego postu.
I właśnie o taką rozmowę mi chodzi, bo pojawiło się w niej kilka konkretów, do których warto się odnieść.
Zacznę od tych 2000 osób po 100 zł i 5000 po 40 zł, bo mam wrażenie, że zaczynamy dyskutować o liczbach, które z rzeczywistą frekwencją RockWater mają na razie niewiele wspólnego.
W ubiegłym roku sprzedano około 1700 biletów łącznie na dwa dni, a w tym roku około 1000. Sprzedany bilet nie oznacza oczywiście osoby przebywającej na terenie imprezy w konkretnym momencie, szczególnie przy wydarzeniu dwudniowym.
Dlatego zanim zaczniemy zastanawiać się nad 5000 uczestników, warto byłoby odpowiedzieć na znacznie prostsze pytanie:
ile osób faktycznie znajdowało się jednocześnie na terenie RockWater w szczytowym momencie?
Być może nigdy nie było tam jednocześnie nawet 1000 osób. Tego nie wiem, więc nie będę tego twierdził.
Natomiast jedno wiemy: 2000 osób nie jest liczbą wynikającą z dotychczasowej rzeczywistej frekwencji RockWater, a 5000 jest już całkowicie hipotetycznym przykładem.
Dlatego zestawienie „2000 osób po 100 zł albo 5000 po 40 zł” brzmi efektownie, ale na dzisiaj trochę przypomina wybór pomiędzy dwiema sytuacjami, z których żadna jeszcze nie wystąpiła.
Najpierw spróbujmy dojść do 1500 czy 2000 uczestników, a później martwmy się problemami związanymi z pięcioma tysiącami.
Jednocześnie zwrócił Pan uwagę na rzecz znacznie ciekawszą.
Pisze Pan o imprezie organizowanej na 1500 osób, natomiast 5000 osób w Serwach byłoby z punktu widzenia bezpieczeństwa „samobójstwem”.
I właśnie to skłania mnie do zupełnie innego pytania:
czy Serwy są właściwym miejscem dla RockWater, jeżeli ta impreza ma się rozwijać?
Jeżeli już przy 1500 osobach poważnym wyzwaniem stają się toalety, umywalki, kontenery, ochrona, parkingi, dojazd, drogi ewakuacyjne czy wymagania przeciwpożarowe, to może nie powinniśmy zastanawiać się, jak zmieścić tam 5000 ludzi.
Może powinniśmy zastanowić się, czy festiwal nie wyrósł z miejsca, w którym jest organizowany.
Chyba że RockWater z założenia ma pozostać imprezą niszową dla około 1000–1500 osób.
I żeby było jasne — nie ma w tym nic złego.
Kameralny festiwal nad jeziorem może mieć własny klimat, charakter i wierną publiczność. Tylko wtedy warto jasno określić jego cel.
Czy za pięć lat RockWater nadal ma być kameralnym wydarzeniem dla około tysiąca osób?
Czy chcemy stworzyć imprezę przyciągającą kilka tysięcy ludzi z całego regionu?
Obie odpowiedzi są dobre. Problem zaczyna się wtedy, kiedy chcemy rozwijać duży festiwal w miejscu, które pozwala organizować mały.
Jest tylko jeszcze jeden element tej układanki — pieniądze i cel, jakiemu te pieniądze mają służyć.
Jeżeli świadomie wybieramy model niszowego koncertu dla około tysiąca osób, to musimy również uczciwie powiedzieć mieszkańcom, jakie są tego konsekwencje.
Przy obecnym modelu będziemy prawdopodobnie co roku dokładać do RockWater 80–100 tys. zł z publicznych pieniędzy. I można taką decyzję podjąć. Kultura nie musi przecież na siebie zarabiać.
Tylko chciałbym wiedzieć, co jako gmina otrzymujemy w zamian.
Jeżeli wydajemy te pieniądze również na promocję gminy i rozwój turystyki, to impreza dla około tysiąca osób, która praktycznie nie przebija się poza lokalny krąg odbiorców, ma bardzo ograniczoną wartość promocyjną. Nie tworzy efektu, dzięki któremu kilka tysięcy nowych ludzi poznaje Płaską, przyjeżdża tutaj, nocuje, korzysta z gastronomii, a później być może wraca jako turysta.
Wtedy RockWater staje się po prostu drogim, niszowym koncertem dla stosunkowo niewielkiej grupy odbiorców.
I jeszcze jedna rzecz.
Dzisiaj ten rachunek wygląda łagodniej, ponieważ otrzymujemy około 100 tys. zł zewnętrznego dofinansowania. Ale przecież nikt nam nie zagwarantuje, że marszałek czy wojewoda będzie finansował RockWater każdego roku.
Co się stanie, jeżeli któregoś roku tych 60 tys. zł nie dostaniemy?
Wtedy przy podobnym budżecie cała różnica będzie musiała zostać pokryta z naszych środków i dopłata do jednego weekendu może zrobić się naprawdę bolesna.
Dlatego nie sprowadzałbym tej rozmowy wyłącznie do pytania, czy koncert był fajny.
Pytanie jest szersze:
Po co gmina organizuje RockWater?
Jeżeli przede wszystkim dla mieszkańców — może warto zrobić wydarzenie bardziej dostępne cenowo i otwarte.
Jeżeli dla turystów i promocji gminy — potrzebujemy skali, programu i promocji, które rzeczywiście przyciągną ludzi spoza gminy.
Jeżeli natomiast chcemy świadomie organizować niszowy festiwal muzyczny dla około tysiąca odbiorców — również możemy.
Tylko wtedy nazwijmy rzecz po imieniu i odpowiedzmy sobie, ile jako gmina jesteśmy gotowi każdego roku za tę niszowość zapłacić.
Toalety, umywalki i śmieci
Tutaj Pańskie tłumaczenie trochę mnie zaskoczyło.
Przecież RockWater nie odbywał się w Serwach pierwszy raz. Za Państwem są już wcześniejsze edycje i — co ważne — w ubiegłym roku sprzedano około 1700 biletów na dwa dni, podczas gdy w tym roku około 1000.
Nie twierdzę oczywiście, że 1700 sprzedanych biletów oznacza 1700 osób przebywających jednocześnie na terenie. To dwie zupełnie różne rzeczy.
Ale oznacza to, że organizator ma już praktyczne doświadczenie z organizacją tej imprezy i większą liczbą sprzedanych biletów niż w tym roku.
Toalety, umywalki, śmieci, ochrona czy zabezpieczenie medyczne nie są przecież wymaganiami, które pojawiły się tydzień przed koncertem.
Jeżeli imprezę od początku planowano na 1500 osób, to od początku było wiadomo, ile potrzeba toalet, umywalek, ochrony i pozostałego zaplecza.
Dlatego argument:
„gdzieś te toalety trzeba ustawić”
jest dla mnie trochę niezrozumiały.
Oczywiście, że trzeba.
Tylko właśnie po to planuje się imprezę, żeby wcześniej ustalić gdzie.
Tym bardziej że organizujecie ją Państwo w tym miejscu kolejny raz.
Jeżeli po kilku edycjach nadal okazuje się, że nie ma dobrego miejsca na wymagane zaplecze, toalety przeszkadzają publiczności, parkingi stanowią problem, a większa liczba uczestników zaczyna powodować problemy z bezpieczeństwem, to ponownie wracamy do pytania:
czy problemem naprawdę są toalety, czy może lokalizacja?
Koszt 2000 i 5000 uczestników
Napisał Pan, że nie będzie rozpisywał kosztów imprezy dla 1500 czy 5000 osób.
A mnie akurat bardzo interesowałby taki rachunek.
Oczywiście wraz ze wzrostem frekwencji rosną koszty ochrony, sanitariatów, odpadów, zabezpieczenia medycznego, organizacji ruchu czy części obsługi.
Tego nie kwestionuję.
Tyle że największe pozycje kosztowe koncertu w znacznej części nie rosną proporcjonalnie do liczby ludzi.
Zespół nie bierze trzy razy większego honorarium dlatego, że zamiast 1500 osób pod sceną stoi 5000. Podobnie wiele kosztów sceny, techniki koncertowej, nagłośnienia, oświetlenia, transportu czy organizacji wydarzenia trzeba ponieść niezależnie od tego, czy przyjdzie 1000, 2000 czy więcej osób.
Dlatego skoro sam Pan wcześniej podał przykład:
2000 × 100 zł = 200 000 zł
i
5000 × 40 zł = 200 000 zł,
to wpływy ze sprzedaży biletów w obu przypadkach są dokładnie takie same.
Oczywiście różnica pojawia się po stronie kosztów zależnych od liczby uczestników.
Tylko właśnie dlatego interesowałoby mnie, o ile rzeczywiście wzrósłby całkowity koszt imprezy przy 5000 zamiast 2000 uczestników.
Bo może się okazać, że większa frekwencja pozwala rozłożyć największe koszty wydarzenia na większą liczbę uczestników i dzięki temu zaoferować tańszy bilet.
A jeżeli przeszkodą dla takiego modelu nie są przede wszystkim koszty koncertu, tylko możliwości Serw — ponownie dochodzimy do lokalizacji.
KGW „dodatkiem do koncertu”
Tutaj pozwolę sobie zdecydowanie się z Panem nie zgodzić.
Nie ma co zaklinać rzeczywistości.
Być może w założeniach organizatora KGW miały być jedynie dodatkiem do koncertu. Tyle że zarówno w ubiegłym roku, a już szczególnie w tym, to właśnie Koła Gospodyń Wiejskich zebrały jedne z najlepszych opinii uczestników.
Ludzie je chwalili, zatrzymywali się przy stoiskach, rozmawiali, jedli i bardzo dobrze oceniali tę część wydarzenia.
I naprawdę nie widzę powodu, żeby umniejszać ich roli.
Organizator może zdecydować, co w programie nazwie atrakcją główną, a co dodatkiem.
Nie może jednak zdecydować za uczestników, co dla nich było największą atrakcją.
Powiem nawet więcej.
Patrząc na odbiór ostatnich edycji, zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście KGW są jeszcze dodatkiem do koncertu, czy powoli to koncert nie zaczyna być dodatkiem do KGW.
I wcale nie piszę tego złośliwie.
Może właśnie publiczność pokazuje organizatorowi, gdzie znajduje się jeden z największych atutów tej imprezy.
Bo sukces wydarzenia nie zawsze polega na tym, że publiczność zachwyca się dokładnie tym elementem, który organizator wcześniej uznał za najważniejszy.
Czasem publiczność sama pokazuje organizatorowi, co w jego imprezie jest najlepsze.
Dlaczego KGW znalazły się za bramkami?
To jest zresztą kolejny ciekawy temat.
Pisze Pan, że skoro KGW były częścią koncertu, dlatego znalazły się wewnątrz strefy biletowanej.
Tylko że konsekwencja tej decyzji była bardzo konkretna.
Mieszkaniec albo turysta, który chciał przyjść wyłącznie do KGW, zjeść, spotkać się ze znajomymi i zostawić trochę pieniędzy u naszych Kół, najpierw musiał kupić bilet na koncert.
Gdyby strefa KGW była ogólnodostępna, a biletowana była dopiero właściwa strefa koncertowa, prawdopodobnie część biletów nie zostałaby sprzedana.
Nie zamierzam udawać, że takiego efektu by nie było.
Ale jednocześnie przez strefę KGW mogłoby przewinąć się znacznie więcej mieszkańców i turystów, a same Koła miałyby możliwość obsłużenia większej liczby klientów i osiągnięcia większych obrotów.
I dlatego naprawdę interesuje mnie:
kto i z jakich powodów zdecydował, że KGW muszą znaleźć się wewnątrz strefy biletowanej?
Bo to nie jest decyzja bez znaczenia.
Ma ona konsekwencje zarówno dla liczby sprzedanych biletów, jak i dla liczby osób, które mogły skorzystać z oferty KGW.
Być może warto za rok pomyśleć o zupełnie innym modelu:
otwartej, bezpłatnej strefie lokalnej z KGW oraz oddzielnej, biletowanej strefie koncertowej.
Wtedy mieszkaniec, który chce przyjść do KGW, może to zrobić bez kupowania biletu na koncert, a osoba zainteresowana koncertem kupuje bilet i wchodzi dalej.
Może się wtedy okazać, że biletów sprzedamy trochę mniej.
Ale może się również okazać, że na całe wydarzenie przyjdzie znacznie więcej ludzi, KGW zarobią więcej, atmosfera będzie lepsza, a część osób odwiedzających bezpłatną strefę spontanicznie zdecyduje się również kupić bilet na koncert.
VAT
Co do VAT — tutaj przyjmuję Pańskie wyjaśnienie.
Rzeczywiście biletowany charakter wydarzenia może mieć znaczenie dla możliwości odliczenia VAT od wydatków związanych ze sprzedażą opodatkowaną.
Tylko nie przeceniałbym tego argumentu.
Tegoroczny RockWater kosztował około 290 tys. zł, czyli około 60 tys. zł więcej niż rok wcześniej.
Od całej tej kwoty VAT oczywiście odzyskać się nie da. Znaczną część kosztów stanowią honoraria artystów oraz inne pozycje, przy których VAT do odliczenia może w ogóle nie występować.
Nie znam wszystkich faktur, więc nie będę zgadywał konkretnej kwoty.
Podejrzewam jednak, że mówimy o około 40 tysiącach złotych, a nie o kwocie, która sama w sobie przesądza o ekonomicznym sensie całej imprezy.
I chyba warto pamiętać o jednej rzeczy:
nie organizujemy płatnego koncertu po to, żeby odzyskać VAT.
VAT jest elementem rozliczenia wydarzenia, a nie jego celem.
Jeżeli chcemy ocenić ekonomiczny sens przyjętego modelu, to policzmy wszystko:
koszt imprezy, wpływy ze sprzedaży biletów, rzeczywiście odliczony VAT i ostateczną kwotę, którą do wydarzenia dołożył GOK czy gmina.
Wtedy będziemy mieli konkrety zamiast przypuszczeń.
I na koniec Augustów
Napisał Pan, że pytanie powinno raczej brzmieć:
„dlaczego ludzie z Augustowa nie przyjechali na płatną imprezę do Serw, kiedy w Augustowie mieli własną bezpłatną?”
Panie Dyrektorze…
No właśnie dlatego.
Bo tam było za darmo.
Bo oferta koncertowa i okołokoncertowa była w mojej ocenie atrakcyjniejsza.
I wreszcie dlatego, że o tamtej imprezie ludzie wiedzieli.
A o RockWater wielu potencjalnych uczestników nawet nie wiedziało.
I właśnie tutaj znajduje się problem promocji, o którym piszę od początku.
Uczestnik w sobotnie popołudnie nie analizuje kosztu ochroniarza, liczby kontenerów, stawki VAT czy kosztu wynajęcia toalety.
Podejmuje dużo prostszą decyzję:
Co się dzisiaj dzieje?
Gdzie pojadę?
Co tam dostanę?
Ile mnie to będzie kosztowało?
Tylko zanim podejmie nawet tę decyzję, najpierw musi jeszcze wiedzieć, że dana impreza w ogóle istnieje.
Augustów w tym roku odpowiedział na te pytania lepiej.
I dlatego nie do końca przekonuje mnie kończenie tej dyskusji stwierdzeniem:
„wszystkim nie dogodzisz”.
Oczywiście, że wszystkim nie dogodzimy.
Tylko przecież nie o to chodzi.
Nie twierdzę, że organizowanie RockWater jest łatwe. Nie jest.
Nie twierdzę również, że wszystko było źle. Nie było. KGW są najlepszym przykładem czegoś, co wyszło naprawdę dobrze.
Nie chodzi też o krytykowanie dla samego krytykowania.
Chodzi o to, że po każdej imprezie można zrobić jedną z dwóch rzeczy.
Można tłumaczyć, dlaczego inaczej się nie dało.
Albo można spokojnie przeanalizować, co zadziałało, co nie zadziałało i zastanowić się, co zrobić lepiej następnym razem.
I dla mnie najważniejsze pytanie po tegorocznym RockWater brzmi bardzo prosto:
Co zrobić, żeby za rok ludzie, mając do wyboru Augustów i Serwy, wybrali Serwy?
Bo ostatecznie imprezy organizujemy nie dla organizatorów.
Organizujemy je dla ludzi.
Oryginalny komentarz:
Panie Andrzeju wiem co piszę i jak odbierają to ludzie . Na Serwach nie wyobrażam sobie imprezy na 5 tys. osób bo to w sprawach bezpieczeństwa jest samobójstwo. Dlatego pisząc że wolę 2 tys. osób po 100 zł niż 5 tys. po 40 zł właśnie to miałem na myśli. Następna sprawa : śmieci. Inna jest ich ich ilość przy 2000 osób a inna przy 5000. Tak samo inna ilość kontenerów , które gdzieś trzeba umieścić. Druga sprawa jeśli impreza masowa jest organizowana na 1500 osób to potrzebne jest odpowiednie zapotrzebowanie na toalety i ochronę. Na temat toalet były głosy krytyczne ze sa ustawione niedaleko publiczności. A gdzie je można ustawić jak wszędzie i wszystkim przeszkadzają bo po prostu śmierdzą. Ale być muszą. Przy imprezie masowej na 1500 osób ich liczba powinna wynosić według wzoru: 1 toaleta na 250 osób czyli 1500 podzielić na 250 czyli 6 plus jedna na 750 osób czyli jeszcze 2 . Razem daje to 8. Przy sprzedaży piwa trzeba doliczyć 20% zaokrąglić w górę czyli łącznie 10. To jest minimum. Do tego powinny być umywalki przy tej ilości osób 23 sztuki. Gdzieś to ustawić trzeba. Nie będę rozpisywał tu kosztów imprezy na 1500 osób w porównaniu z kosztami imprezy na 5000 osób bo chyba nie o to panu chodzi. Nie będę się rozpisywał na temat koncertu bo każdy ma swoje zdanie. Jednak chciałbym zauważyć że tu KGW (wypadły bardzo dobrze) były dodatkiem do koncertu a nie jak sądzą niektórzy że koncert był dodatkiem do stoisk KGW. Dlatego koła były w strefie koncertu a nie na zewnątrz. Koncert był płatny bo gdyby był darmowy nie moglibyśmy odzyskać podatku VAT, który trochę wynosi. Pańskie stwierdzenie…Dlaczego ludzie pojechali na darmową imprezę do Augustowa?….nie wiem czy jest właściwe , bo powinno raczej brzmieć dlaczego ludzie z Augustowa nie przyjechali na płatną imprezę do Serw , kiedy w Augustowie mieli własną bezpłatną? Podsumuję na koniec krótko : wszystkim nie dogodzisz bo zawsze będą tacy co chwalą i tacy co krytykują nie znająć realiów z jakimi mierzą się organizatorzy. Pozdrawiam
I na początek rzecz, którą trzeba mu oddać: podpisał się pod organizacją imprezy własnym nazwiskiem, napisał, że bierze odpowiedzialność „na klatę”, podał konkretne liczby i zapowiedział przedstawienie pełnego rozliczenia.
To jest właściwe podejście.
Wiem też, że Rock Water w tym roku miał bardzo trudne warunki. Jednak sami sobie te warunki stworzyliśmy, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Konkurencja Augustowa i Suwałk była ogromna i tego nie ma sensu pomijać. Ale ………. to my zaplanowaliśmy jako Gmina tę imprezę i w swej megalomanii co niektórzy w Gminie pomyśleli, ze cała Polska ruszy do nas.
Ale skoro mówi Pan, Panie Dyrektorze, że jako organizator bierze Pan wszystko „na klatę”, to trzeba wziąć na nią również to, co się na tej klacie nie utrzymało.
A problemów było sporo. Od komunikacji i reklamy po samą organizację. I były to problemy, których przy trzecim roku organizowania tej imprezy nie powinno być.
Skoro jednak mamy już liczby i konkretne informacje, to przyjrzyjmy się temu, co z tego podsumowania wynika.
Ale najpierw jedna sprawa, bo tutaj, Panie Dyrektorze, różnimy się fundamentalnie.
Napisał Pan:
„Szczerze mówiąc wolałbym 2 tys. uczestników którzy zapłacą po 100 zł (200 tys) niż 5 tys co zapłacą po 40 zł (też 200 tys).”
Czytaj mniej się napracować, a dostać tyle samo.
Pozwolę sobie tutaj na małą emocję.
A ja, cholera, wolę te 5 tysięcy ludzi, którzy zapłacą po 40 zł.
Wie Pan dlaczego?
Bo musimy wreszcie zdecydować, czym właściwie ma być Rock Water.
Jeżeli ma być po prostu koncertem, który raz w roku ma zarobić albo przynajmniej możliwie najmniej kosztować budżet, to Pańskie rozumowanie ma sens.
Dwa tysiące ludzi razy 100 zł daje 200 tys. zł.
Pięć tysięcy razy 40 zł również daje 200 tys. zł.
Księgowo remis.
Tylko że sam Pan napisał, że Rock Water jest:
„największą imprezą muzyczną reklamującą gminę Płaska”.
Także Wójt Skubis głosi wszem i wobec, że to ma być reklama Gminy.
W ubiegłym roku Wójt pisał mi jak to festiwal przekłada się na dziesiątki tysięcy złotych zarobionych na noclegach w Płaskiej .
A jeżeli Rock Water ma reklamować gminę Płaska, to 2 tysiące ludzi i 5 tysięcy ludzi nie jest tym samym.
Ja chcę tych dodatkowych 3 tysięcy.
I chyba inaczej patrzymy na to, kogo powinniśmy próbować tą imprezą do Płaskiej przyciągnąć.
Człowiek, który bez większego zastanowienia może przeznaczyć 100 zł od osoby na kilka godzin koncertu, ma również ogromny wybór innych wydarzeń.
Może pojechać do Augustowa, Suwałk, Białegostoku czy Warszawy. Może wybierać spośród znacznie większych koncertów, większych nazwisk, większych scen i imprez dysponujących budżetami, z którymi gmina licząca około 2,5 tysiąca mieszkańców po prostu nie będzie konkurować.
A część tych wydarzeń, jak pokazał ten rok, będzie jeszcze na dodatek bezpłatna.
My nie wygramy z dużymi miastami ich własną bronią.
Ale mamy coś, czego one nie mają.
Mamy Płaską.
Dlatego mnie bardziej interesuje rodzina, która przyjechała w nasze okolice na tydzień pod namiot, kamperem, na camping albo do gospodarstwa agroturystycznego.
Rodzina, która na co dzień liczy pieniądze.
Bo 100 zł za bilet nie zawsze oznacza 100 zł.
Dwie osoby to 200 zł.
Rodzina z dwójką starszych dzieci to już 400 zł tylko za wejście. Do tego jedzenie, dojazd i inne wydatki.
I taka rodzina może zwyczajnie powiedzieć:
„Za drogo. Nie idziemy.”
Ale przy bilecie za 40 zł może powiedzieć:
„A chodźmy. Zobaczymy, co tam jest.”
I właśnie tych ludzi chciałbym zobaczyć na Rock Water.
Niech przyjadą. Niech posłuchają muzyki. Niech zjedzą coś przygotowanego przez nasze KGW. Niech zobaczą Serwy, Płaską, jeziora i Kanał Augustowski.
Niech następnego dnia wypożyczą kajak. Niech zrobią zakupy w miejscowym sklepie. Niech zjedzą obiad. Niech skorzystają z lokalnych usług. Niech przenocują tutaj kolejny dzień.
A przede wszystkim:
niech za rok powiedzą: jedziemy do Płaskiej.
Bo właśnie o to, moim zdaniem, powinniśmy walczyć.
Taki turysta może zostawić w naszej gminie podczas tygodniowego pobytu znacznie więcej pieniędzy niż różnica 60 zł na jednym bilecie.
A jeżeli spodoba mu się tutaj, może wracać przez następne lata.
Dlatego 5 tysięcy ludzi po 40 zł i 2 tysiące ludzi po 100 zł to dla mnie nie jest ten sam wynik, nawet jeżeli na kalkulatorze w obu przypadkach pojawia się dokładnie 200 tys. zł.
Kasa biletowa pokazuje nam tylko, ile pieniędzy zebraliśmy przy bramce.
Gmina powinna patrzyć w przyszłość i policzyć również to, co dzieje się po drugiej stronie tej bramki.
Czy zależy nam na tym, żeby raz w roku zrobić koncert i maksymalizować wpływy z biletów?
Czy chcemy stworzyć imprezę, która będzie jednym z narzędzi budowania turystyki w gminie Płaska?
Po prostu czy chcemy stworzyć modę na Płaską.
Jeżeli wybieramy pierwszą możliwość, możemy dyskutować o cenie 80, 100 czy 120 zł i zastanawiać się, ile maksymalnie uczestnik jest gotowy zapłacić.
Jeżeli jednak wybieramy drugą, to zaczyna nas interesować nie tylko kasa przy wejściu.
Zaczyna nas interesować człowiek.
Skąd przyjechał. Czy został na noc. Czy coś tutaj kupił. Czy skorzystał z lokalnych usług. Czy zobaczył coś poza sceną. Czy opowiedział o Płaskiej znajomym.
I przede wszystkim:
czy wróci.
Bo koncert trwa dwa dni.
A dobrze pozyskany turysta może wracać do gminy Płaska przez następne dwadzieścia lat.
Dlatego ja naprawdę wybieram 5 tysięcy ludzi po 40 zł.
Nie dlatego, że nie potrafię policzyć, że 2 000 × 100 i 5 000 × 40 daje dokładnie tyle samo.
Tylko dlatego, że liczę coś więcej niż wpływy z biletów.
Jeżeli Rock Water ma być imprezą promującą gminę, powinien być dla turysty powodem, żeby odkryć Płaską.
A nie finansową barierą, która sprawi, że nawet nie przekroczy bramy.
1. 290 tysięcy złotych i 953 sprzedane bilety
Według dyrektora całkowity koszt Rock Water wyniósł około 290 tys. zł.
Sprzedano 953 bilety, czyli — jak sam przyznaje — około połowy tego, co w ubiegłym roku.
Bilety kosztowały w dniu koncertu 45 zł za jeden dzień i 80 zł za dwa dni. W przedsprzedaży online były tańsze.
Obstawiam że dochód z biletów to 43-54 tyś zł w zależności w których miesiącach kupowane były bilety w internecie (cena rosła o około 5 zł co miesiąc od maja).
Czyli dochód z biletów to około 14,5 – 18,7% kosztu całej imprezy.
W przypadku imprezy biletowanej z dotacjami powinno to być minimum 25%.
Dlatego z oceną finansową poczekajmy na zapowiedziane przez dyrektora pełne rozliczenie.
Chciałbym w nim zobaczyć przede wszystkim: całkowite wpływy z biletów, wpływy od sponsorów i innych podmiotów oraz ostateczną kwotę, którą do imprezy dołożyła gmina/GOK ze środków publicznych.
Dopiero wtedy będziemy wiedzieli, ile Rock Water 2026 rzeczywiście kosztował mieszkańców.
2. Augustów i Suwałki
Według dyrektora jedną z przyczyn słabszej frekwencji mogła być darmowa trzydniowa impreza w Augustowie oraz koncert Agnieszki Chylińskiej w Suwałkach.
Zapewne miało to wpływ.
Tylko że konkurencyjne wydarzenia w sezonie wakacyjnym na Suwalszczyźnie i w Augustowie nie są zjawiskiem nadzwyczajnym.
Jeżeli organizujemy wydarzenie za około 290 tys. zł, kalendarz dużych imprez w najbliższej okolicy powinien być jednym z elementów planowania terminu i strategii promocji.
Pytanie nie powinno więc brzmieć dopiero po imprezie:
„Dlaczego ludzie pojechali na darmową imprezę do Augustowa?”
Tylko przed imprezą:
„Co zrobimy, żeby mimo konkurencji chcieli przyjechać właśnie do Serw?”
3. Reklama
Dyrektor pisze:
„Są głosy że w gminie była słaba reklama tego wydarzenia. Też mogę się z tym zgodzić ale wiadomo że nie dotrzesz do ludzi, których to nie interesuje.”
Tu mam inne zdanie.
Reklamy nie robi się wyłącznie dla ludzi, którzy już interesują się Rock Water i wiedzą, że chcą przyjechać.
Reklama ma właśnie zainteresować wydarzeniem ludzi, którzy wcześniej nie planowali w nim uczestniczyć.
Jeżeli sprzedaż biletów spada z roku na rok o około połowę, pytanie o skuteczność promocji nie jest złośliwością.
Jest jednym z podstawowych pytań, jakie powinien sobie zadać organizator.
4. Najpoważniejszy fragment całego podsumowania
I tutaj kończą się kwestie frekwencji, reklamy i pieniędzy.
Dyrektor napisał o miejscu organizacji Rock Water:
„Parking jest na terenie prywatnym i jeśli właściciel się nie zgodzi to…żegnaj pieśni.”
Następnie:
„Podobnie jak drogi ewakuacyjne wychodzą na posesje prywatne.”
I dalej:
„Dojazd dużego wozu strażackiego w pobliże sceny wśród rozstawionych stoisk i biegających ludzi teoretycznie możliwy ale praktycznie ….bez komentarza.”
To są już stwierdzenia, których nie powinno się traktować jako elementu luźnej dyskusji o tym, czy impreza się udała.
Jeżeli organizator publicznie wskazuje problemy dotyczące dróg ewakuacyjnych oraz praktycznej możliwości dojazdu dużego samochodu strażackiego w pobliże sceny, to należy po prostu sprawdzić dokumentację.
Bez oskarżeń i bez wyciągania przedwczesnych wniosków.
Trzeba ustalić, jakie warunki bezpieczeństwa zostały przewidziane, jakie były uzgodnienia, jak wyglądał plan zabezpieczenia imprezy i czy rzeczywista organizacja terenu była z nim zgodna.
Dopiero dokumenty pozwolą ocenić, czy dyrektor zastosował niefortunny skrót myślowy, czy opisał rzeczywisty problem.
5. „Organizacyjnie bez zarzutu”?
Na początku podsumowania czytamy:
„Impreza pod względem organizacyjnym nie miała nic do zarzucenia”.
A kilka akapitów później dowiadujemy się o spadku sprzedaży biletów o około połowę, słabej reklamie, miejscu, które według samego organizatora jest zbyt małe, problemie z parkingiem, drogach ewakuacyjnych wychodzących na prywatne posesje oraz dojeździe dużego wozu strażackiego, który ma być „teoretycznie możliwy, ale praktycznie… bez komentarza”.
Dlatego stwierdzenie, że pod względem organizacyjnym impreza „nie miała nic do zarzucenia”, wydaje mi się co najmniej przedwczesne.
6. I jeszcze jedna rzecz – komunikacja GOK
Mam na koniec jedną uwagę do Dyrektora GOK, zupełnie niezależną od oceny samego Rock Water.
Warto popracować nad sposobem komunikacji z mieszkańcami i osobami komentującymi działalność GOK.
Profil Gminnego Ośrodka Kultury w Płaskiej nie jest prywatnym profilem jego dyrektora.
Każda odpowiedź zamieszczona z tego konta jest odbierana jako wypowiedź publicznej instytucji, a pośrednio również jako element komunikacji Gminy Płaska.
Dlatego sformułowania takie jak:
„ludzie pańskiego pokroju”
czy odpowiedź na pytanie o zamkniętą toaletę:
„Proste, brak ludzi do obsługi”
nie powinny pojawiać się w komunikacji prowadzonej z oficjalnego profilu instytucji publicznej.
Tym bardziej, że sam Dyrektor zakończył swoje podsumowanie prośbą:
„Prosiłbym o komentarze, które pozwolą nam wyeliminować popełnione błędy i pozwolą uniknąć ich na przyszłość”.
Jeżeli prosimy ludzi o opinie, musimy być przygotowani również na opinie krytyczne, niewygodne albo odmienne od naszych własnych.
Nie trzeba się z nimi zgadzać.
Można polemizować, przedstawiać argumenty i wyjaśniać swoje decyzje.
Ale odpowiedź instytucji publicznej powinna pozostać rzeczowa i profesjonalna.
Warto również pamiętać, że Facebook nie jest rozmową prowadzoną przy stole pomiędzy kilkoma osobami.
To, co publikuje GOK, idzie w świat.
Czytają to mieszkańcy, turyści, artyści, potencjalni partnerzy, sponsorzy i osoby, które zastanawiają się, czy przyjechać do gminy Płaska.
Ktoś może zrobić zrzut ekranu i jedna niefortunna odpowiedź zaczyna żyć własnym życiem, niezależnie od późniejszych wyjaśnień czy przeprosin.
Jeżeli Rock Water ma być wydarzeniem promującym gminę, to promocją gminy jest nie tylko scena, muzyka, plakaty i reklama.
Promocją jest również sposób, w jaki jej instytucje rozmawiają z ludźmi.
Dyrektor GOK ma oczywiście prawo mieć własne zdanie, emocje i temperament.
Ale kiedy odpowiada jako Gminny Ośrodek Kultury w Płaskiej, nie wypowiada się już wyłącznie we własnym imieniu.
I o tym warto pamiętać przed naciśnięciem przycisku „Opublikuj”.
I na koniec
Nie zamierzam krytykować dyrektora za to, że napisał swoje podsumowanie.
Wręcz przeciwnie.
Dobrze, że je napisał.
Podał liczby, przyznał, że były problemy i zapowiedział pełne rozliczenie.
Teraz warto po prostu pójść krok dalej i te informacje zweryfikować.
Bo najważniejsze pytanie nie brzmi:
„Czy Rock Water był sukcesem czy porażką?”
Najważniejsze pytanie brzmi:
Skoro impreza kosztowała około 290 tys. zł, sprzedano 953 bilety, sprzedaż spadła o około połowę, a organizator sam wskazuje problemy z promocją i miejscem organizacji — to jaki konkretnie efekt promocyjny otrzymała gmina za wydane pieniądze i ile ostatecznie zapłacili za niego mieszkańcy?
A kwestię dróg ewakuacyjnych i dojazdu straży trzeba wyjaśnić osobno.
Fajnie było ale się skończyło. Czas przejść do podsumowań. Organizatorem był ten tu na zdjęciu i jak coś to pretensje do niego i to on to pisze biorąc pełną odpowiedzialność na klatę.
Minęło już 10 dni jak zakończył się w Serwach Festival Rock Water 2026 największa impreza muzyczna reklamująca gminę Płaska. Festival trwał trwał 2 dni .Wystąpiło łącznie 10 zespołów muzycznych z całej Polski . Po wysłuchaniu różnych opinii jako organizator tego wydarzenia chciałbym podsumować całą imprezę.
Na temat strony technicznej (nagłośnienie ) opinie zespołów były bardzo pozytywne. Bardzo dobrze oceniono pracę całej ekipy technicznej , która składała się w doświadczonych specjalistów w swoim ,,fachu”.
Bardzo dobrze wypadły Koła Gospodyń Wiejskich ze swoimi frykasami serwowanymi na stoiskach. Impreza pod wzgędem organizacyjnym nie miała nic do zarzucenia , nie będę się chwalił że to moja zasługa ale trochę pracy GOK w to włożył.
W sprawie porządku były nieliczne wypadki (można policzyć na palcach jednej ręki) łamania porządku publicznego ale ochrona i służby poradziły z tym bez problemu.
Opinie zespołów występujących są wspaniałe . Impreza dla publiczności Ok , a dla organizatorów do przemyślenia w pewnych aspektach.
Jak to w przyrodzie , są plusy to muszą być minusy.
Pierwszym minusem jest niewielka ilość uczestników . Sprzedano 953 bilety wstępu co stanowi około połowy sprzedanych biletów z ubiegłego roku.
Powodem może być to że w tym samym czasie w sąsiednim Augustowie trwała 3-dniowa darmowa impreza muzyczna a na dodatek w sobotę w Suwałkach odbył się koncert Chylińskiej. Trudno konkurować naszej 2,5 tys. gminie z tymi miastami, które na kulturę przeznaczają około 3 % budżetu.
Są głosy że w gminie była słaba reklama tego wydarzenia. Też mogę się z tym zgodzić ale wiadomo że nie dotrzesz do ludzi, których to nie interesuje. Z tego co wiem wydarzenie to przyciąga około 2 tys. Może w dobrym okresie 2,5 tys uczestników i nie ma się co oszukiwać że przebywa tu 4-5 tys ludzi.
W tym roku na wydarzeniu łącznie z obsługą i muzykami było około 1200 osób.
Następnym minusem jest miejsce, które choć kultowe jest zbyt małe. Do imprez do 2 tys ludzi wystarczy ale już są problemy m.in.: parkingiem i drogą ewakuacyjną oraz dojazdem w pobliże sceny podczas imprezy. Parking jest na terenie prywatnym i jeśli właściciel się nie zgodzi to…żegnaj pieśni. Podobnie jak drogi ewakuacyjne wychodzą na posesje prywatne.
Dojazd dużego wozu strażackiego w pobliże sceny wśród rozstawionych stoisk i biegajacych ludzi teoretycznie możliwy ale praktycznie ….bez komentarza.
Całkowity koszt finansowy imprezy wyniosł około 290 tys zł. Pozwolicie ze najpierw rozliczę wszystko co do złotówki i przedstawię oficjalny raport władzom gminy niż opublikuję tu, gdyż będzie to wyglądać niepoważnie że radni dowiadują się z internetu a nie z raportu.
Były głosy że ceny biletów są za wysokie . Przypomnę w dniu koncertu bilety kosztowały odpowiednio: jeden dzień 45 zł i 2 dni 80 zł. Czy to dużo???
Wpływy z biletów to jeden ze ważniejszych kosztów organizacyjnych imprezy. Z drugiej strony cena świadczy też o randze imprezy. Jeśli zrobimy bilety po 5 zł …to nas wyśmieją i pomyśla co to jest? Szczerze mówiąc wolałbym 2 tys. uczestników którzy zapłacą po 100 zł (200 tys) niż 5 tys co zapłacą po 40zł (też 200 tys).
Wyszło jak wyszło. Jako dyrektor GOK podjąłem się zlecenia realizacji tej imprezy, choć nie musiałem tego robić gdyż na sesji mówiłem jak to może wypaść finansowo.
Podsumowanie: moje zdanie jest takie że trzeba przemyśleć tą imprezę bo w tej formie sprzed 20 lat niestety gmina nie wyrobi. A szczególnie jeśli w tym samym czasie w pobliżu będzie odbywać się impreza równoległa za darmo.
Prosiłbym o komentarze , które pozwolą nam wyeliminować popełnione błędy i pozwolą uniknąć ich na przyszłość
Ten komentarz zasługuje moim zdaniem na coś więcej niż pozostawienie go gdzieś pod postem.
Dlatego publikuję go poniżej osobno.
Przede wszystkim dlatego, że nie napisał go kolejny mieszkaniec krytykujący Wójta, GOK czy Gminę.
Napisał go człowiek z zewnątrz.
Człowiek, który poznał RockWater wcześniej, spodobało mu się i postanowił wrócić.
Wydał pieniądze. Zaplanował pod festiwal swój urlop. Przyjechał zza granicy kilka dni wcześniej. Namówił na przyjazd syna. Zabrał wnuka, żeby pokazać mu kawałek Polski, który sam wcześniej polubił.
Czyli zrobił dokładnie to, czego oczekujemy od dobrze prowadzonej promocji turystycznej.
Przyjechał.
Przywiózł następnych ludzi.
Zostawił tutaj pieniądze.
I miał wyjechać z takim wspomnieniem, żeby za rok zrobić to ponownie.
To właśnie dla takich ludzi organizujemy imprezy i wydajemy publiczne pieniądze na promocję.
Dlatego trzeba ich słuchać.
Nie obrażać się na krytykę. Nie tłumaczyć, że przecież było świetnie. Nie przekonywać turysty, że powinien być zadowolony, skoro nie jest.
Słuchać. Wyciągać wnioski. Poprawiać.
Bo możemy sami sobie wystawić najlepszą recenzję na świecie, ale ostatecznie o sukcesie promocji Gminy Płaska zdecyduje człowiek, który po powrocie do Warszawy, Łodzi, Białegostoku czy za granicę powie znajomym:
„Byłem w Płaskiej. Musicie tam pojechać.”
W jego komentarzu jest sporo gorzkich słów.
Ale dla mnie najważniejsze jest coś zupełnie innego.
Ten człowiek, mimo rozczarowania tegorocznym festiwalem, nie przekreśla Płaskiej.
Wręcz przeciwnie.
Pisze o naszych mieszkańcach. O KGW. O jeziorach, lasach i Kanale Augustowskim. Pisze, że chce wrócić.
A na koniec nie mówi:
„zróbcie coś”.
Mówi:
„pomogę”.
Jest motocyklistą, fotografem, potrafi zrobić stronę internetową i deklaruje, że jeśli pomysł zlotu motocykli nad Kanałem Augustowskim spotka się z zainteresowaniem:
„pomogę. Nie słowami, robotą.”
I właśnie dlatego ten komentarz tak bardzo pasuje do pomysłu „Moda na Płaską”.
Bo może właśnie tak powinno się ją budować.
Nie od pytania, jak zrobić większą scenę niż Augustów.
Tylko od ludzi, którzy przyjechali tutaj raz, coś ich w tym miejscu urzekło i dzisiaj mówią:
„Chcę wrócić za rok.”
A jeszcze lepiej:
„Chcę wrócić za rok i mogę Wam pomóc.”
Przeczytajcie jego komentarz. W całości.
Bo czasami jeden głos człowieka, który przyjechał tutaj jako turysta, mówi o naszej promocji więcej niż najlepsze oficjalne podsumowanie.
ODDAJĘ GŁOS TWÓRCY KOMENTARZA, KTÓRY JEST RÓWNIEŻ WIDOCZNY POD OSTATNIM POSTEM:
Przyjechałem zza granicy zobaczyć RockWater. Zamiast tego zobaczyłem toi-toi obok sceny Nie będę powtarzał zarzutów, które już tu padły – zgadzam się z tym, co napisał twórca festiwalu, i z tym, co napisała Pani, która przyjechała zachwycona, a wyjechała rozczarowana. Nie mam nic do dodania do tej listy. Chcę napisać co innego – o tym, jak to wygląda z perspektywy kogoś, kto przyjechał specjalnie po to. Zaplanowałem cały urlop pod ten festiwal. Nie wpadłem tu przypadkiem po drodze. To nie był mój pierwszy raz. Dwa lata temu byłem tu po raz pierwszy – akurat wtedy, gdy RockWater wracał po długiej przerwie. Wtedy naprawdę mnie to złapało. Rok temu nie udało się przyjechać. W tym roku postanowiłem to nadrobić – przyjechałem kilka dni wcześniej i namówiłem też syna, żeby dołączył. Wylądował dokładnie w dniu festiwalu, po tym jak przez miesiące zapewniałem go, jak dobrze tu jest. Wziąłem też wnuka. Wychowuje się za granicą, w innej kulturze, i chciałem, żeby zobaczył kawałek Polski, którego mu na co dzień brakuje. I to jest właśnie ten moment, w którym muszę powiedzieć wprost: byłem zdruzgotany. Syn, któremu tyle obiecywałem,- rozczarowany. To gorsze niż zawieść się samemu – zawiodłem kogoś, komu coś obiecałem. Z tegorocznej edycji wywożę jedno wspomnienie: zapach toalet ustawionych tuż obok sceny. Nie muzykę. Nie atmosferę. Zapach. Mógłbym na tym skończyć i zostawić kolejną skargę w komentarzach. Nie zrobię tego, bo byłoby to niesprawiedliwe wobec ludzi, którzy uratowali ten weekend. Obok całej organizacyjnej niemocy byli zwykli ludzie, i to dzięki nim, a nie dzięki samemu festiwalowi, chcę tu wrócić za rok. Kobiety przy stoiskach z jedzeniem, które traktowały to miejsce jak swój dom. Sąsiedzi, którzy podpowiadali, gdzie zaparkować, gdzie zjeść, jak dojść do jeziora. Osobne podziękowanie należy się Paniom z Kół Gospodyń Wiejskich. To one wykonały w tym roku największą robotę – bez sceny, bez mikrofonu, po prostu stojąc na miejscu do końca. Szczególnie dziękuję KGW z Gorczycy – spotkałem je jeszcze raz następnego dnia, przypadkiem, na wystawie koni w Augustowie. Drobiazg, ale zapadł mi w pamięć, bo takie rzeczy budują prawdziwy obraz gminy, nie posty na Facebooku. To zabieram ze sobą. Nie festiwal. Ludzi. Wnuk dorasta. Za rok czy dwa może będzie tu przyjeżdżał z własnymi wspomnieniami, może namówi kolegów , może zostawią tu trochę pieniędzy, zabiorą coś, czego nie da się kupić …a moze nie ? I jeszcze jedno, bo to ważne: żyjemy w czasach, w których jedno zdjęcie albo jeden źle postawiony toi-toi mogą zaważyć na tym, czy ktoś wróci, czy nie. Nie trzeba do tego milionów. Trzeba dopilnować szczegółów i uszanować gościa, który zaplanował tu swój urlop. Sam organizowałem kilka imprez , mniejszych i większych niż RockWater. Wiem, ile roboty kosztuje dopięcie szczegółów, i wiem, że to one, a nie budżet, decydują, czy człowiek wyjeżdża zadowolony. Dlatego zgadzam się z koncepcją opisaną na tym blogu – żeby przestać się ścigać z Augustowem na wielkość i zbudować coś swojego, opartego na ludziach, jeziorach, lesie i Kanale Augustowskim. To ma sens i nie wymaga miliona złotych, tylko pomysłu i konsekwencji. Dorzucę jeszcze jedną uwagę, tym razem muzyczną. Jestem fanem Luxtorpedy, wychowałem się też na Różach Europy. Ale czy ten repertuar pasuje do tego, czym RockWater ma być? Gusta są różne, lecz moim zdaniem -niekoniecznie. To nie jest zarzut wobec żadnego zespołu, tylko pytanie o tożsamość festiwalu. Jest mnóstwo młodych, dobrych zespołów, które zasługują na scenę i nie zażądają za koncert „milionów monet „. Może warto zrobić coś na wzór opolskiego przeglądu młodych talentów – żeby RockWater nie tylko gościł gwiazdy, ale też je tworzył? Na koniec konkretna deklaracja: jestem motocyklistą , fotografem , potrafię też wydłubać coś w HTML (stworzyc strone etc) Jeśli pomysł zlotu motocykli nad Kanałem Augustowskim znajdzie zainteresowanie wśród organizatorów – pomogę. Nie słowami, robotą. Wiem ,ze o tym co ma byc za rok trzeba mysleć juz dzisiaj . Wracam tu nie dla festiwalu, tylko dla tego, co festiwal miał obiecać, a czego w tym roku nie dowiózł. Wierzę, że za rok to nadrobimy . Do zobaczenia nad Serwami.