Tutaj już chyba nic nie dadzą rady wymyślić ;-)

Dzień dobry,

działając na podstawie art. 2 ust. 1 w zw. z art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej, wnoszę o udostępnienie informacji publicznej.

Zwracam się do Pana Sekretarza, jako przedstawiciela organu wykonawczego Gminy Płaska, oraz do Pani Przewodniczącej Rady Gminy Płaska o wyjaśnienie, dlaczego podczas posiedzenia Komisji Skarg, Wniosków i Petycji, w którym uczestniczyłem, przedstawiane były argumenty uzasadniające odrzucenie mojej skargi, które pozostają w sprzeczności z dokumentacją techniczną dotyczącą systemu telemetrycznego wdrożonego przez Gminę Płaska.

W mojej ocenie okoliczność ta mogła mieć istotny wpływ zarówno na stanowisko Komisji, jak i na późniejszą decyzję Rady Gminy Płaska.

Z dokumentacji postępowania o udzielenie zamówienia publicznego pn. „Wdrożenie e-usług z zakresu gospodarki wodno-ściekowej na terenie Gminy Płaska” (znak sprawy: ZPP.271.11.2023) wynika, że zastosowany system odczytu wodomierzy miał umożliwiać dostęp do historycznych wskazań liczników. Jest to standard dla wszystkich lokalizacji w Polsce.

Zgodnie z wymaganiami określonymi w dokumentacji przetargowej funkcjonalność modułów radiowych obejmuje możliwość pozyskania aktualnego stanu licznika oraz jednocześnie historii pomiarów z poprzednich 12 miesięcy. System umożliwia również identyfikację zdarzeń i alarmów związanych z pracą urządzenia pomiarowego.

Oznacza to, że jeszcze przez praktycznie cały 2025 rok istniała możliwość sprawdzenia stanu wodomierzy na dzień 31 grudnia 2024 r., a tym samym możliwość precyzyjnego przypisania zużycia wody do okresów obowiązywania poszczególnych taryf.

Pomimo tego zarówno w korespondencji kierowanej do mieszkańców, jak również podczas posiedzenia Komisji Skarg, przedstawiana była argumentacja oparta na założeniu, że ustalenie rzeczywistego stanu liczników na dzień 31 grudnia 2024 r. nie było możliwe.

W związku z powyższym proszę o udzielenie odpowiedzi na następujące pytania:

  1. Czy przed przygotowaniem stanowiska Komisji Skarg oraz przed podjęciem uchwały przez Radę Gminy zweryfikowano, jakie dane historyczne były dostępne w systemie telemetrycznym?
  2. Czy sprawdzono możliwość odczytu stanu wodomierzy na dzień 31 grudnia 2024 r. na podstawie danych zapisanych przez moduły radiowe?
  3. Jeżeli taka weryfikacja została przeprowadzona, proszę o wskazanie jej wyników oraz udostępnienie dokumentów, notatek lub raportów potwierdzających jej wykonanie.
  4. Jeżeli weryfikacji nie przeprowadzono, proszę o wskazanie przyczyn.
  5. Na jakiej podstawie podczas posiedzenia Komisji Skarg przedstawiano stanowisko, że ustalenie stanu wodomierzy na dzień 31 grudnia 2024 r. nie było możliwe?

Biorąc pod uwagę wymagania techniczne określone przez samą Gminę Płaska w dokumentacji przetargowej, przedstawiane podczas Komisji oraz w uzasadnieniu uchwały twierdzenia dotyczące braku możliwości ustalenia stanu liczników na dzień 31 grudnia 2024 r. budzą poważne wątpliwości i wymagają jednoznacznego wyjaśnienia.

Z poważaniem

Nie widzę. Nie słyszę. Nie sprawdzam. Czyli jak odrzucono skargę mieszkańca, nie sprawdzając danych, które system miał przechowywać.

Otrzymałem wreszcie od Pani Przewodniczącej odpowiedzi na moje skargi.

Przyznam szczerze – odwagi nie można odmówić. Gorzej z analizą dokumentów.

Pierwszej skargi nie dało się „skręcić”, bo nagrałem komisję od początku do końca. Łącznie z głosowaniem. Została uznana.

Dwie pozostałe już nie.

I to pomimo tego, że przed wyjściem wyraźnie uprzedzałem Komisję, że muszę pilnie opuścić posiedzenie, ale proszę, aby nie przyjmowała bezkrytycznie za prawdę wszystkiego, co przygotowano jej na kartce i co przed chwilą bez trudu obaliłem.

Nie posłuchali.

Co ciekawe, podczas komisji wielokrotnie wykazywałem Pani Przewodniczącej Katarzynie Tomczyk oraz Panu Sekretarzowi Maciejowi Zdancewiczowi, że przedstawiane przez nich wyjaśnienia nie wytrzymują konfrontacji z dokumentami i faktami.

Nie jest to zresztą dziedzina, w której poruszam się po omacku.

Od lat pracuję z systemami rozliczania mediów i zarządzam nieruchomościami obejmującymi około dwa razy więcej gospodarstw niż cała Gmina Płaska.

Nie mam jeszcze protokołu głosowania komisji, dlatego do chwili jego otrzymania zakładam, że przynajmniej jeden radny zachował zdrowy rozsądek i uczciwość intelektualną.

Jednego jestem pewien.

Nie był to przewodniczący komisji Pan Sudnik.

Dlatego daję Pani Przewodniczącej Tomczyk oraz Panu Sekretarzowi Zdancewiczowi czas do końca piątku na poinformowanie mieszkańców, że przekazane Komisji informacje były niepełne lub nieprawdziwe, w wyniku czego Komisja, a następnie Rada Gminy podejmowały decyzję bez znajomości wszystkich istotnych okoliczności.

Bo teraz przechodzimy do rzeczy.

Uwaga. Attention. Achtung.

Wyskakuje królik z kapelusza:

  1. Żeby nie przytaczać pół pisma uzasadnienia komisji Skarg:

Przez wiele stron uzasadnienia mojej skargi mieszkańcom tłumaczono, że nie było możliwości ustalenia rzeczywistego zużycia wody na dzień zmiany taryfy.

Komisja przyjęła tę wersję.

Rada Gminy również.

Problem polega na tym, że ja czytam dokumenty. A dokumenty czasem bywają bezlitosne.

Jako inżynier znam się również na technice.

Zacznijmy więc od początku.

Co Gmina kupowała za publiczne pieniądze?

W opisie przedmiotu zamówienia dotyczącym wdrożenia systemu telemetrycznego dla wodomierzy zapisano między innymi:

Dane pomiarowe odczytywane, rejestrowane i transmitowane z modułu radiowego do systemu objazdowego muszą zawierać: a) podanie aktualnego wskazania wodomierza w momencie odczytu, b) rejestr wskazań licznika z poprzednich 12 miesięcy (wskazanie, przepływ wsteczny), c) podanie informacji o alarmach, w tym: ➢ o użyciu magnesu neodymowego, ➢ o demontażu modułu radiowego, ➢ o przecieku z podaniem ilości dni w miesiącu, ➢ o stanie baterii, ➢ o przepływie wstecznym, d) aktualna data i godzina odczytu (z uwzględnieniem czasu letniego i zimowego oraz lat przestępnych), e) podanie informacji o przepływach wstecznych, f) rejestr wskazań licznika z poprzednich 12 miesięcy (wskazanie, przepływ wsteczny) g) historia alarmów z 12 miesięcy.

Czyli po polsku:

Gmina wymagała, aby system przechowywał historię wskazań liczników.

Nie jeden odczyt.

Nie dwa.

Dwanaście miesięcy.

Ale to dopiero początek.

Próba nr 1 – usuńmy rejestrator, ograniczmy historię danych

Jeden z wykonawców zapytał:

27. Pytanie do OPZ, Rozdział IV. Pkt 10. Zamawiający wymaga aby moduły radiowe posiadały rozszerzenie w postaci rejestratora. Czy Zamawiający zgodzi się na wykreślenie w całości tego wymagania? Na rynku jest tylko jeden producent który oferuje takie urządzenia. Takie wymaganie wyklucza konkurencyjność postępowania przetargowego. Odpowiedz: Zamawiający nie chce ograniczać funkcjonalność modułów, rejestrator jest urządzeniem powszechnym. Zamawiający nie dopuszcza zmiany zapisu.

28. Pytanie do OPZ, Rozdział IV. Pkt 10. Zamawiający wymaga aby dane pomiarowe odczytane, rejestrowane i transmitowane z modułu radiowego do systemu objazdowego musiały zawierać: … b) rejestr wskazań z licznika z poprzednich 12 miesięcy (wskazanie, przepływ wsteczny). Czy Zamawiający dopuści moduł radiowy, który w odczycie trasy będzie przesyłał dane o wskazaniu zapamiętane z końca ostatniego miesiąca. Dane odczytowe z pozostałych 11 miesięcy będą możliwe do odczytu w trybie serwisowym. Odpowiedz: Zamawiający dopuszcza proponowany moduł o ile wymagane dane będą prezentowane w systemie telemetrycznym. Przetłumaczę.

Wykonawca chciał wyrzucić rejestrator.

Gmina powiedziała:

Nie.

Ma być.

Koniec dyskusji.

Gmina nie zrezygnowała z historii 12 miesięcy.

Gmina nie powiedziała:

„nie potrzebujemy tych danych”.

Gmina powiedziała:

„dane mają być dostępne w systemie telemetrycznym”, zresztą identycznie jak w wszystkich systemach w Polsce jakie znam.

I teraz robi się naprawdę ciekawie

Moja sprawa dotyczy przełomu 2024 i 2025 roku.

Czyli okresu, w którym system działał już od wielu miesięcy.

A teraz przypomnijmy sobie, co usłyszała Komisja Skarg i Rada Gminy.

Że nie dało się ustalić rzeczywistego zużycia na dzień zmiany taryfy.

Przecież pomimo ciągłych odpowiedzi od Wójta Michała Skubisa i Sekretarza Zdancewicza, gmina miała dostęp do tych danych co najmniej do listopada 2025 roku, a jak zarchiwizowała dane to ma je cały czas. Mogli chodzić i odczytywać dane 2 miesiące, nawet 11 miesięcy. System podałby im zawsze dokładną daną na 31.12.2024. Jeżeli by chcieli.

Tak to wygląda u mnie:

Gdzie aktualny jest na dzień odczytu, a kolejne M- … to ostatnie dni poprzednich miesięcy, aż do 12 miesięcy wstecz.

Są też i inne dane:

To ja mam bardzo proste pytanie.

Jeżeli system miał przechowywać historię wskazań liczników z poprzednich 12 miesięcy, a Gmina sama walczyła o utrzymanie tej funkcjonalności podczas przetargu (słusznie, gdyż jest to standard na rynku), to:

Czy Urząd Gminy Płaska posiadał stan liczników na dzień 31 grudnia 2024 roku?

Jeżeli tak – dlaczego nie został wykorzystany?

Jeżeli nie – to dlaczego odebrano system, który miał takie dane przechowywać?

W tym miejscu możliwe są tylko dwa wyjaśnienia.

Najbardziej zadziwiające jest to, że przez całą komisję, a następnie w uzasadnieniu uchwały, nikt nawet nie zadał pytania o dane zapisane w systemie telemetrycznym. Nikt nie zapytał, czy system przechowuje historię wskazań. Nikt nie sprawdził, czy można odtworzyć stan licznika na dzień 31 grudnia 2024 r. Wszyscy przyjęli za pewnik, że takich danych nie ma.

Wariant pierwszy

Urząd nie ma pojęcia, jakie funkcjonalności posiada system kupiony za publiczne pieniądze.

To byłby poziom kompromitacji trudny do opisania. Poza tym wyrzucanie pieniędzy publicznych w błoto

Wariant drugi

Urząd doskonale wie, jakie dane posiada system.

I wtedy każdy może sam odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego mieszkańcom przedstawiono inną wersję wydarzeń.

Ja swojego zdania nie muszę już nikomu podpowiadać.

Dokumenty robią to za mnie.

Wariant trzeci

Wiedzieli, że system może przechowywać takie dane, ale nikomu nie chciało się sprawdzić.

Wtedy nie mówimy ani o niewiedzy, ani o świadomym wprowadzaniu kogokolwiek w błąd.

Mówimy o sytuacji, w której skarga mieszkańca została odrzucona bez zweryfikowania podstawowych danych znajdujących się w systemie zakupionym za publiczne pieniądze.

A teraz kilka słów do osób odpowiedzialnych za tę historię.

Pani Katarzyno Tomczyk.

Panie Michale Skubisie

Panie Macieju Zdancewicz.

Panie Sudnik.

Mówiłem podczas komisji, czym zajmuję się zawodowo.

Mówiłem, że od lat pracuję między innymi z systemami rozliczeń mediów.

Mówiłem, że zarządzam większymi systemami niż ten funkcjonujący w Gminie Płaska.

Mówiłem, że wiem, jak działają radiowe odczyty liczników.

Nie słuchaliście podpowiedzi, gdy pędziliście uparcie do zderzenia z ścianą.

Nie szkodzi.

Do końca piątku mają Państwo czas, aby wyjaśnić mieszkańcom, dlaczego Komisja i Rada Gminy podejmowały decyzję bez odniesienia się do tych dokumentów. Chętnie przedstawię takie wyjaśnienie, które mi wyślecie.

Jeżeli tego nie zrobicie, w weekend przejdziemy do rozebrania tego cyrku na czynniki pierwsze.

I zapewniam Państwa, że ten królik był dopiero pierwszy.

Sprawdzę również co można wysłać do Wojewody za pośrednictwem Rady Gminy Płaska 🙂

PS. Dla porządku przypomnę jeszcze jedną rzecz.

Podczas komisji wyraźnie mówiłem, że jako licencjonowany zarządca nieruchomości doskonale rozumiem, iż odczyt wszystkich liczników w gminie może trwać dwa lub trzy dni. Jest to nagrane.

Nigdy nie twierdziłem, że ktoś powinien odczytać wszystkie wodomierze o północy 31 grudnia. System pozwalał Wam czytać nawet kilka miesięcy, jeżeli byłaby taka Wasza wola, i zawsze podałby poprawną daną na dzień 31.12.2024. Bo wszystkie systemy mają taką funkcjonalność.

Mój zarzut był inny.

Skoro kolejny odczyt wykonano dopiero 13 marca 2025 r., czyli ponad trzy miesiące po zmianie taryfy, to oznacza to, że od samego początku nie planowano ustalenia rzeczywistego stanu liczników na dzień zmiany stawki. Co więcej, nawet gdyby ktoś chciał twierdzić, że nie sprawdzono tych danych w marcu 2025 r., to nadal pozostaje pytanie, dlaczego nie sprawdzono ich w czerwcu 2025 r., wrześniu 2025 r. lub podczas rozpatrywania skargi. Historia 12 miesięcy obejmowała wówczas grudzień 2024 r. i mogła zostać zweryfikowana jednym raportem z systemu. Dziś okazuje się jednak, że sama Gmina wymagała od wykonawcy systemu przechowywania historii wskazań liczników z poprzednich 12 miesięcy.

I właśnie dlatego odpowiedź na pytanie, co naprawdę znajdowało się w systemie telemetrycznym na dzień rozliczenia mieszkańców, staje się jeszcze bardziej interesująca.

Najbardziej niezwykłe w całej tej historii nie jest to, że ktoś mógł się pomylić.

Najbardziej niezwykłe jest to, że przed odrzuceniem skargi mieszkańca nikt nie wykazał, że sprawdził dane, które – zgodnie z dokumentacją przetargową – system miał przechowywać.

Tutaj mała podpowiedź dla urzędu. Gdybyście odczytali dzisiaj dane, to możecie odczytać stan na dzień dzisiejszy, oraz 12 kolejnych miesięcy wstecz na ostatni dzień tych miesięcy: 31 maja 2026 , 30 kwietnia 2026 , 31 marca 2026, ………………… aż do 31 maja 2025. To taka darmowa podpowiedź

Radni dostali pismo od prawnika i je przegłosowali. Dokumenty przedstawione przeze mnie najwyraźniej nie były już potrzebne.

Wg Pani Tomczyk wojsko zawaliło segregację. A kto odpowiada za nadzór?

Pani Przewodnicząca Tomczyk na moje stwierdzenie, że nadal nie otrzymałem z gminy odpowiedzi dotyczącej raportu o stanie gminy przedstawionego przez Wójta Skubisa, szybko stwierdziła, że za słabe wyniki segregacji odpadów odpowiada wojsko.

Przytaknął jej również Sekretarz Zdancewicz.

Dowiedziałem się, że właśnie to ma być wyjaśnieniem anomalii wykazanych w raporcie. Tym razem nie chodzi więc o błędy, które w ubiegłym roku były poprawiane po mojej interwencji, lecz o wpływ jednego podmiotu na wyniki całej gminy.

Na razie jednak jest to bardziej hipoteza niż udowodniony fakt.

Być może mają rację.

Jeżeli dane przekazane przez jednostkę wojskową rzeczywiście wykazały niski poziom segregacji, mogło to mieć wpływ na wyniki całej gminy.

Tylko że takie wyjaśnienie rodzi znacznie poważniejsze pytania.

Gmina nie jest biernym obserwatorem, który przypadkiem dowiaduje się o problemach po zakończeniu roku.

To gmina organizuje system gospodarki odpadami.

To gmina odpowiada za osiąganie poziomów recyklingu.

To gmina analizuje sprawozdania.

To gmina ma narzędzia kontrolne.

To gmina ma obowiązek reagować, gdy pojawiają się nieprawidłowości.

Gmina nie jest przy tym całkowicie bezradna wobec jednostki wojskowej.

Może analizować informacje uzyskiwane od przedsiębiorców odbierających odpady oraz weryfikować okresowe zestawienia i sprawozdania dotyczące odbioru poszczególnych frakcji odpadów.

Jeżeli więc problem rzeczywiście istniał przez cały 2025 rok, mieszkańcy mają prawo zapytać, czy wcześniejsze dane pozwalały go zauważyć jeszcze przed sporządzeniem rocznego raportu.

Możliwe są tylko dwa scenariusze.

Pierwszy.

Władze gminy wiedziały o problemie.

W takim przypadku należy zapytać, dlaczego przez tak długi czas nie podjęto skutecznych działań.

Drugi.

Władze gminy nie wiedziały o problemie.

Tylko że wtedy pojawia się pytanie, po co w ogóle istnieje system nadzoru, analiz i kontroli.

Nie wiem, która z tych odpowiedzi jest bardziej kompromitująca.

Bo tłumaczenie nieosiągniętych poziomów recyklingu zachowaniem jednego podmiotu jest jednocześnie przyznaniem, że coś nie zadziałało w samym systemie nadzoru.

To trochę tak, jakby kierownik sklepu tłumaczył wieloletnie braki w kasie tym, że jeden pracownik źle liczył pieniądze.

Pierwsze pytanie nie brzmi wtedy:

„Co zrobił pracownik?”

Pierwsze pytanie brzmi:

„Gdzie przez cały ten czas był kierownik?”

Dlatego mieszkańcy mają prawo poznać odpowiedzi na kilka prostych pytań.

  • Kiedy gmina po raz pierwszy dowiedziała się o problemie?
  • Jakie dane to wykazały?
  • Czy problem był możliwy do zauważenia już w trakcie roku?
  • Jakie działania podjęto?
  • Jakie kontrole przeprowadzono?
  • Jaką korespondencję prowadzono z jednostką wojskową?

I najważniejsze.

Mamy koniec czerwca 2026 roku.

Od momentu sporządzania sprawozdania minęło już kilka miesięcy.

Co konkretnie zrobiono od początku roku, aby ten sam problem nie powtórzył się w sprawozdaniu za 2026 rok?

Czy przeprowadzono rozmowy z wojskiem?

Czy ustalono plan naprawczy?

Czy wdrożono jakiekolwiek działania mające poprawić poziom segregacji?

Czy może jedynym działaniem było znalezienie winnego po fakcie?

Bo mieszkańców interesuje nie tylko wskazanie odpowiedzialnego za rok ubiegły.

Mieszkańców interesuje przede wszystkim to, czy za rok znowu nie usłyszą dokładnie tego samego tłumaczenia.

I mają pełne prawo oczekiwać odpowiedzi.

Nie z ciekawości.

Dlatego, że ewentualne konsekwencje finansowe nie obciążą ani Przewodniczącej Rady Gminy, ani Wójta, ani dowódcy jednostki wojskowej.

Jeżeli pojawią się kary lub dodatkowe koszty związane z nieosiągnięciem wymaganych poziomów recyklingu, zostaną one pokryte z budżetu gminy.

A budżet gminy to pieniądze mieszkańców.

Boję się jednak, że prawda może być dużo bardziej prozaiczna niż wszystkie dzisiejsze wyjaśnienia.

Problem został zauważony dopiero wtedy, gdy przyszedł czas sporządzenia raportu i okazało się, że dokument musi być publiczny, a mieszkańcy zaczęli go czytać.

Jeżeli tak było, to jeszcze bardziej niepokoi mnie coś innego.

Mamy już koniec czerwca 2026 roku.

Od wykrycia problemu minęło kilka miesięcy.

Czy ktokolwiek sprawdził, jak wygląda sytuacja obecnie?

Czy przeprowadzono analizę danych za 2026 rok?

Czy ustalono działania naprawcze?

Czy wdrożono rozwiązania, które mają zapobiec powtórzeniu się tej sytuacji?

Bo jeśli za kilka miesięcy okaże się, że problem nadal istnieje, to trudno będzie mówić o pechu, wojsku czy nieprzewidzianych okolicznościach.

Będzie to oznaczało, że po wykryciu problemu po prostu nic z nim nie zrobiono.

Najbardziej martwi mnie jednak coś jeszcze.

Za ewentualne błędy, zaniedbania czy brak nadzoru nie zapłacą osoby pełniące funkcje publiczne.

Nie zapłaci Wójt.

Nie zapłaci Sekretarz.

Nie zapłaci Przewodnicząca Rady.

Jeżeli pojawią się kary lub dodatkowe koszty, zapłacą mieszkańcy.

Jak zwykle.

Na koniec zostawię pewną scenę z ostatniej sesji komisji skarg.

Padło pytanie, jak to się stało, że w raporcie o stanie gminy powierzchnia rezerwatów w Gminie Płaska okazała się mniejsza niż rok wcześniej.

Pan Sekretarz odpowiedział stanowczo, że powierzchnia rezerwatów się zwiększyła.

Problem w tym, że raport Wójta mówi coś zupełnie innego.

I tu pojawia się dylemat.

Albo raport zawiera błędne dane.

Albo Sekretarz nie zna danych zawartych w raporcie, a mimo to koryguje mieszkańców z pełnym przekonaniem.

Jedno jest pewne – ktoś nie ma racji.

I dobrze byłoby ustalić kto, zanim zaczniemy przyjmować za pewnik kolejne wyjaśnienia dotyczące odpadów, rezerwatów czy innych danych zawartych w dokumentach gminy.

Bo jeśli oficjalny raport mówi jedno, a przedstawiciel urzędu publicznie twierdzi coś dokładnie przeciwnego, to mieszkańcy mają pełne prawo oczekiwać wyjaśnienia, która wersja jest prawdziwa.

Zwłaszcza gdy te same osoby przekonują dziś, że znają przyczyny problemów z odpadami, choć odpowiedzi i dokumentów potwierdzających te tezy nadal brak.

A skoro przy odpadach słyszymy, że winne jest wojsko, to tym bardziej warto poznać odpowiedź na pytanie, kiedy problem został wykryty, jakie działania podjęto i co zrobiono, aby nie powtórzył się w 2026 roku.

Bo mieszkańcy nie oczekują kolejnych zapewnień.

Mieszkańcy oczekują faktów.

Tandem Skubis–Tomczyk. Dlaczego ten układ się nie rozpadnie

I na koniec.

Byłem jedną z twarzy odwołania poprzedniego Wójta. Tych, którzy mówili o tym głośno.

Powód był prosty.

Oderwanie tego człowieka od rzeczywistości.

Ktoś kiedyś powiedział mi (to nie moje słowa, a opinia mieszkańców), że gdyby jako konkurencję wystawiono wtedy ślepego kota albo przypadkowego człowieka z ławeczki, wynik wyborów byłby dokładnie taki sam.

Dziś coraz częściej wracam myślami do tamtych rozmów.

Bo problem nigdy nie polegał na tym, że ktoś popełnia błędy.

Błędy popełnia każdy.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś jest przekonany o własnej nieomylności.

Gdy każda decyzja jest najlepsza.

Gdy każda krytyka jest atakiem.

Gdy każdy, kto zadaje pytania, staje się problemem.

Zresztą podczas posiedzenia Komisji Skarg kilkukrotnie pytałem Panią Przewodniczącą Katarzynę Tomczyk, co się stało z ideałami, o które kiedyś wspólnie walczyliśmy.

Dlaczego dziś tak wiele rzeczy wygląda gorzej niż kiedyś.

Dlaczego coraz częściej bronione są działania, które jeszcze kilka lat temu sami krytykowaliśmy.

Nie usłyszałem odpowiedzi.

A milczenie bywa czasem bardziej wymowne niż najdłuższe przemówienie.

Najbardziej zastanawia mnie jednak coś innego.

Pan Michał Skubis może wierzyć, że wszystko działa dobrze.

Może uważać, że podejmuje najlepsze decyzje.

Może być przekonany, że krytyka jest niesprawiedliwa.

Ale Pani Katarzyna Tomczyk takiego komfortu już nie ma.

Zbyt dobrze zna dokumenty.

Zbyt dobrze zna procedury.

Zbyt dobrze zna konsekwencje.

I właśnie dlatego od miesięcy zadaję sobie jedno pytanie.

Nie dlaczego Wójt popełnia błędy.

Tylko dlaczego Przewodnicząca Rady tak konsekwentnie bierze odpowiedzialność za ich obronę.

I właśnie dlatego tandem Wójt–Przewodnicząca prawdopodobnie nigdy się nie rozpadnie.

Pani Katarzyna Tomczyk sprawia wrażenie osoby doskonale rozumiejącej dokumenty, procedury i konsekwencje podejmowanych decyzji.

Pan Michał Skubis natomiast wielokrotnie pokazuje, że jest głęboko przekonany o słuszności własnych działań.

To układ idealny.

Jedna strona wie.

Druga jest przekonana, że zawsze ma rację.

W takim modelu błędy nie są naprawiane.

Błędy są tłumaczone.

Usprawiedliwiane.

Przemilczane.

Największym problemem nie jest bowiem popełnianie błędów.

Największym problemem jest przekonanie, że błędów się nie popełnia.

Bo wtedy nie ma potrzeby wyciągania wniosków.

Nie ma potrzeby słuchania mieszkańców.

Nie ma potrzeby zadawania pytań.

A od tego właśnie powinna być Rada Gminy.

Od zadawania pytań.

Od kontroli.

Od rozliczania.

Nie od przytakiwania.

Dlatego spróbujmy siły internetu.

Miejsca, w którym dokumenty nie znikają, a pamięć trwa znacznie dłużej niż jedna kadencja.

Miejsca, w którym za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat nadal będzie można sprawdzić, kto głosował, kto zadawał pytania, kto domagał się wyjaśnień, a kto konsekwentnie milczał.

Powstanie lista głosowań.

Zaczynając od ostatniej sesji.

Lista decyzji.

Lista zaniechań.

Lista sytuacji, w których można było zareagować, ale tego nie zrobiono.

Nie po to, aby kogokolwiek obrażać.

Po to, aby przed kolejnymi wyborami nikt nie mógł powiedzieć:

„Nie wiedziałem”.

A wtedy każdy mieszkaniec sam oceni, czy była to lista sukcesów.

Czy lista wstydu.

Jeżeli ktoś zrezygnuje do końca miesiąca z udziału w tej patologii, potraktuję to jako refleksję i próbę naprawienia sytuacji.

Bo zawsze bardziej ceniłem ludzi, którzy potrafią zmienić zdanie po poznaniu faktów, niż tych, którzy trwają przy błędzie tylko dlatego, że wcześniej publicznie go bronili.

I po raz pierwszy od dawna każda osoba pełniąca funkcję publiczną w tej gminie będzie musiała odpowiedzieć nie przede mną.

Nie przed blogiem.

Nie przed opozycją.

Tylko przed własnym nazwiskiem.

Incitatus też by zagłosował za

Przypomniała mi się pewna historia ze starożytnego Rzymu.

Cesarz Kaligula miał podobno rozważać mianowanie swojego konia Incitatusa konsulem.

Historycy do dziś spierają się, czy mówił to poważnie, czy był to jedynie żart i demonstracja pogardy wobec senatu.

Ale sens tej historii jest prosty.

W pewnym momencie nie miało już znaczenia, kto zajmuje stanowisko.

Nie miało znaczenia doświadczenie.

Nie miały znaczenia kompetencje.

Nie miało znaczenia samodzielne myślenie.

Liczyła się wyłącznie lojalność.

Bo jeżeli ktoś i tak zagłosuje dokładnie tak, jak oczekuje władca, to w pewnym sensie przestaje mieć znaczenie, kto siedzi na krześle.

I właśnie dlatego od dwóch tysięcy lat historia Incitatusa jest symbolem władzy, która przestała potrzebować kontroli i zaczęła oczekiwać wyłącznie posłuszeństwa.

A gdy poziom absurdu sięga zenitu, warto przypomnieć sobie jedną prostą zasadę.

Rada Gminy nie jest od tego, żeby głosować tak, jak chce Wójt.

Rada Gminy jest od tego, żeby czasem powiedzieć Wójtowi:

„Nie”.

W oczekiwaniu na Panią Przewodniczącą Tomczyk

Jestem trochę zajęty i nie mam czasu oglądać kilku godzin nagrań z sesji, więc nadal nie wiem, czy Rada Gminy zgodziła się z Komisją Skarg i uznała że moje skargi były zasadne, że m.in. mieszkańcy byli obciążani za wodę według stawek wyższych niż obowiązujące na terenie gminy.

Przepraszam, ale od kiedy mamy tandem Skubis -Tomczyk to mamy program patologia + . Tylko beneficjentem tego programu nie jest ogół społeczeństwa, a jedynie Wspólna Sprawa.

Poprosiłem Panią Przewodniczącą Katarzynę Tomczyk o przesłanie uchwał po głosowaniach.

Na razie cisza.

Może są jeszcze analizowane.

Może są poprawiane – tutaj Pani Przewodnicząca Tomczyk ma pewne doświadczenie.

Może są przepisywane na czysto.

A może po prostu nie ma pośpiechu.

W końcu mieszkańcy czekają tylko od wczoraj.

Słynna już Pani Monika również ma ręce pełne roboty. Zaczyna wrzucać na BIP uchwały, ale nie udało sie jej wrzucić żadnej całkowicie. Tempo godne urzędu, który podobno stawia na przejrzystość i informowanie mieszkańców.

Ale skoro uchwał jeszcze nie ma, to będzie mała zajawka.

Pewną informację zatrzymałem sobie na później. Jak game changerem w rozumieniu komisji, gdy wreszcie zaczęli zachowywać się uczciwie, było poinformowanie o tym, że nagrywam posiedzenie, to może będzie tak samo, w ewentualnym poprawianiu uchwały gdy opisze poniżej kolejny przykład. To taki VAR jak w meczach piłki nożnej.

Sprawa miała być dodatkowym potwierdzeniem moich wątpliwości dotyczących rozliczania wody w Gminie Płaska.

Dokument podpisany z jednej strony przez Gminę Płaska, a z drugiej przez organ kontrolny.

Wynika z niego rzecz dość niezwykła.

W oficjalnych danych pojawia się różnica wynosząca prawie 2 000 000 litrów wody.

Tak.

Dwa miliony litrów za które zostaliśmy jako mieszkańcy obciążeni, ale ta woda nie została pobrana z ujęcia. Nie została przesłana rurami, nie wypiliśmy jej, ani nie użylismy do ablucji. My za nią zapłaciliśmy.

Bo urząd się przyznał, że faktury w 2025 roku były wystawione na 2 000 000 litrów więcej niż wyszło z stacji uzdatniania wody.

Gmina wymyśliła biznes, który wydaje się, że by każda mafia podchwyciła. Kasa ogromna, a nie trzeba ryzykować z narkotykami czy kradzieżami.

I teraz najlepsze.

Kiedy mieszkaniec spóźni się z opłatą, dostaje wezwanie.

Kiedy mieszkaniec zadaje niewygodne pytania, słyszy, że wszystko zostało dokładnie policzone.

Tymczasem w oficjalnych dokumentach pojawia się różnica odpowiadająca niemal dwóm milionom litrów wody.

I wszyscy zachowują spokój.

Pełen profesjonalizm.

Pełne opanowanie.

Żadnej paniki.

Żadnych pytań.

Żadnego nadzwyczajnego zainteresowania.

Najbardziej fascynujące jest jednak coś innego.

Jeżeli przez lata słyszeliśmy, że wszystko jest policzone co do kropli, to jakim cudem w oficjalnych dokumentach za 2025 rok pojawiają się różnice liczone już nie w kroplach, nie w wiadrach, nawet nie w cysternach, ale w milionach litrów?

Mam nadzieję, że kiedy uchwały w końcu pojawią się w BIP, znajdzie się również czas na wyjaśnienie jednej prostej kwestii.

Skąd wzięło się niemal 2 000 000 litrów wody, których według oficjalnych dokumentów nie było na stacji uzdatniania, nie było w rurach, nie było w naszych kranach, a które znalazły się na wystawionych mieszkańcom fakturach? Za które zapłaciliśmy.

Bo jeśli przez lata słyszeliśmy, że wszystko jest liczone co do kropli, to mieszkańcy mają prawo wiedzieć, kiedy zabrakło nie jednej kropli, nie jednego wiadra, ale dwóch milionów litrów.

Warszawa ma swojego lekarza, a Płaska pewnego dyrektora ?

Piszecie do mnie o tym, co wydarzyło się w Warszawie. O lekarzu, który zainkasował gigantyczne pieniądze.

Kochani…

Naprawdę myślicie, że takie rzeczy dzieją się tylko w Warszawie?

No nie bądźmy naiwni. 😊

Oczywiście skala jest trochę inna. Warszawa ma większy budżet. U nas wszystko jest bardziej kameralne. Nawet nieprawidłowości są bardziej lokalne i swojskie.

Jakby to powiedzieć…

Była sobie pewna instytucja w Płaskiej.

Był sobie pewien dyrektor.

Było sobie pewne wynagrodzenie.

I jest sobie pewna kontrola przeprowadzona przez pewną instytucję z Białegostoku.

A w tej kontroli można przeczytać bardzo ciekawe rzeczy.

Na przykład o tym, że przez prawie 3 lata wypłacano wynagrodzenie wyższe niż dopuszczają przepisy.

Można też przeczytać, ile to kosztowało.

Można przeczytać, kto takie wynagrodzenie przyznał oraz jak dwóch Wójtów solidarnie się na to zgadzało.

Można nawet przeczytać, kto według kontrolujących mógłby odpowiadać za skutki całej sytuacji.

Naprawdę ciekawa lektura.

Polecam.

Zwłaszcza tym, którzy lubią słuchać o przejrzystości, odpowiedzialności i trosce o publiczne pieniądze.

Co stało się później?

No właśnie.

I tu zaczyna się najciekawsza część historii.

Bo z tego co pamiętam:

nie było wielkiej afery,

nie było konferencji,

nie było publicznego rozliczania,

nie było szczególnego oburzenia,

nie było spektakularnych konsekwencji.

Niekwestionowana gwiazda Tik toka milczy, na youtubie filmów nie nagrał, konferencji nie zrobił, do radia nie poleciał, prasy nie ściągnął, konsekwencji nie wyciągnął.

Za to była cisza.

Bardzo wygodna cisza.

Temat zna obecny Wójt Skubis, w końcu on był adresatem pism urzędowych, a nawet jednej uchwały pewnej instytucji :-).

Temat zna Przewodnicząca Rady ;-).

Temat znają niektórzy radni.

Temat znają osoby, które powinny go znać.

I co?

I nic.

W Warszawie lecą stanowiska.

Lekarz ze strachu i w nadziei na mniejszy wyrok oddaje pieniądze.

Prokuratura zagląda w dokumenty.

Media żyją tematem tygodniami.

A w Płaskiej?

W Płaskiej najwyraźniej obowiązuje bardziej ekologiczne podejście.

Nie robi się hałasu.

Nie wzbudza emocji.

Nie produkuje zbędnych pytań.

Wszystko pozostaje w obiegu zamkniętym.

I tylko od czasu do czasu ktoś znajdzie w internecie jakiś dokument, przeczyta go i zacznie się zastanawiać:

„Chwileczkę… to naprawdę tak można?”

Sztuka manipulacji

Przed chwilą ktoś zwrócił mi uwagę na pewną rzecz, o której szczerze mówiąc wcześniej nie pomyślałem.

W budżecie gminy są przecież środki na szkolenia.

Patrząc na przebieg ostatniej komisji zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie są to szkolenia z manipulacji.

Bo manipulacja nie polega na kłamaniu.

To byłoby zbyt proste.

Prawdziwa sztuka polega na tym, żeby powiedzieć prawdę. Tylko nie całą.

Powiedzieć jeden fakt.

Pominąć drugi.

Przemilczeć trzeci.

A potem z pełnym przekonaniem stwierdzić, że przecież wszystko było zgodne z prawdą.

Brzmi znajomo?

Na ostatniej komisji mogliśmy zobaczyć kilka podręcznikowych przykładów takich technik.

Selektywny dobór informacji

Jeżeli istnieją dwa przepisy, pokazujemy jeden.

Jeżeli istnieje stary i nowy stan prawny, mówimy tylko o nowym.

Jeżeli istnieją fakty niewygodne dla naszej tezy, pomijamy je.

Formalnie wszystko jest prawdą.

Problem w tym, że nie jest to cała prawda.

Manipulowanie kontekstem

Jeżeli mieszkańcy przez blisko trzy tygodnie nie otrzymali informacji o jakości wody, można powiedzieć:

„Przecież woda była zdatna do spożycia”.

To prawda.

Można jednak nie wspomnieć, że przedmiotem skargi nie jest przydatność wody, tylko obowiązek poinformowania mieszkańców o stanowisku Sanepidu.

I nagle wszyscy zaczynają dyskutować o czymś zupełnie innym.

Efekt autorytetu

Wystarczy kilka razy powołać się na przepisy.

Jeszcze lepiej na przepisy, których większość słuchaczy nie zna.

A najlepiej na przepisy, które weszły w życie już po opisywanych wydarzeniach.

Wtedy brzmi to szczególnie przekonująco.

Efekt powtarzalności

Jeżeli coś powtórzy się odpowiednio wiele razy, część osób zaczyna traktować to jako fakt.

Nie dlatego, że jest prawdziwe.

Dlatego, że było często powtarzane.

A na koniec oklaski

Bo przecież każda dobra prezentacja potrzebuje odpowiedniej atmosfery.

Jeżeli publiczność klaszcze – świetnie.

Jeżeli nie klaszcze – można jej pomóc.

A jeśli nadal nie klaszcze?

Cóż.

Jak głosi jedna z niepisanych zasad sztuki manipulacji:

„Poczekaj na oklaski. A jeśli ich nie ma – zainicjuj je sam.”

8 zapytanie do gminy

Po przeanalizowaniu dokumentacji dotyczącej zakupu latarni solarnych wysłałem do Gminy Płaska kilka pytań.

Interesuje mnie między innymi:

🔹 kto przygotował specyfikację techniczną,

🔹 na podstawie jakiej konkretnej lampy oszacowano wartość zamówienia na około 8 tys. zł za sztukę,

🔹 oraz jaki dokładnie model lampy został ostatecznie wybrany za około 4,6 tys. zł.

Bo coraz bardziej przypomina mi to stary dowcip.

Żona wysyła męża do sklepu po masło z instrukcją:

– to te coś w prostokątnym opakowaniu, zawinięte w złotko, ważące 250 gramów i leżące w lodówce.

Mąż wraca z margaryną.

I trudno mieć do niego pretensje. Wszystkie wymagania z instrukcji zostały przecież spełnione.

Pytanie brzmi tylko, czy właśnie to chciała kupić żona.

Czy w przypadku latarni solarnych było podobnie?

Odpowiedź urzędu może okazać się ciekawsza niż sam przetarg.

8 tysięcy w kosztorysie, 4,6 tysiąca w ofercie. Co właściwie kupuje Gmina Płaska?

ZAPYTANIE OFERTOWE na dostawę i montaż latarni solarnych – Biuletyn Informacji Publicznej Urzędu Gminy Płaska

Specyfikacja wg urzędu w Płaskiej

Przeglądając dokumentację dotyczącą zakupu i montażu latarni solarnych w Gminie Płaska natrafiłem na kilka zapisów, które wzbudziły moje wątpliwości.

Pierwszy brzmi:

„Latarnia solarna powinna posiadać minimum 2 akumulatory wraz z hermetyczną obudową dla każdego akumulatora”.

I tutaj pojawia się kilka pytań. Dlaczego akurat dwa akumulatory? Czy mają być połączone szeregowo czy równolegle? Czy mają mieć jednakową pojemność? A przede wszystkim – dlaczego określono liczbę akumulatorów, skoro nie określono ich pojemności, technologii wykonania ani trwałości?

Z punktu widzenia użytkownika liczba akumulatorów nie ma większego znaczenia. Znaczenie ma ilość zgromadzonej energii, liczba cykli ładowania oraz to, jak długo lampa będzie świecić po kilku latach eksploatacji.

Drugi zapis brzmi:

„Sterownik solarny powinien być wyposażony w funkcję automatycznego dostosowywania czasu pracy oprawy do długości i trwania nocy”.

I tutaj również nie jest do końca jasne, co autor miał na myśli. Jeżeli chodzi o bardziej zaawansowany sterownik analizujący poziom naładowania akumulatorów, długość nocy oraz dynamicznie dostosowujący moc świecenia do dostępnej energii, należałoby to opisać znacznie precyzyjniej. Jeżeli natomiast chodzi jedynie o funkcję czujnika zmierzchu powszechnie spotykaną we współczesnych lampach solarnych, trudno uznać ją za parametr odróżniający rozwiązania z wyższej i niższej półki.

Oba przykłady dobrze pokazują problem, który przewija się przez całą specyfikację. Pojawiają się w niej wymagania dotyczące parametrów drugorzędnych lub opisów funkcji, natomiast brakuje parametrów, które rzeczywiście decydują o trwałości, jakości i kosztach eksploatacji całego systemu.

W zapytaniu ofertowym wymagano między innymi:
– opraw LED o mocy minimum 40 W,
– strumienia świetlnego minimum 4800 lm,
– słupa o wysokości minimum 6 m,
– dwóch akumulatorów dla każdej latarni,
– temperatury barwowej około 5700 K,
– oraz deklarowanej żywotności diod LED wynoszącej co najmniej 50 000 godzin.

Jednocześnie minimalny wymagany okres gwarancji określono na zaledwie 24 miesiące.

Przy średnim czasie świecenia około 10 godzin na dobę, 50 000 godzin oznacza blisko 14 lat eksploatacji. Powstaje więc pytanie, czy przy inwestycji planowanej na kilkanaście lat użytkowania nie należało oczekiwać dłuższego okresu gwarancyjnego.

Bo deklarację 50 tysięcy godzin można wpisać do każdej karty katalogowej. Prawdziwe pytanie brzmi: kto i w jaki sposób zweryfikuje tę wartość po dwóch, pięciu czy dziesięciu latach eksploatacji?

Co więcej, niektórzy polscy producenci profesjonalnego oświetlenia oferują dziś 5-letnie gwarancje na oprawy, a dla wybranych rozwiązań nawet dłuższe okresy ochrony.

Jednocześnie dokumentacja szczegółowo opisuje parametry samych opraw LED, natomiast nie zawiera najważniejszych wymagań dotyczących:
– trwałości akumulatorów,
– liczby cykli ładowania,
– gwarantowanego czasu świecenia w okresie zimowym,
– utrzymania parametrów po kilku latach eksploatacji,
– pojemności akumulatorów,
– technologii wykonania akumulatorów,
– mocy paneli fotowoltaicznych,
– zakresu temperatur pracy,
– ani przewidywanego okresu eksploatacji magazynu energii.

Tymczasem to właśnie akumulatory są zwykle elementem, który zużywa się najszybciej. Nawet jeśli sama oprawa LED będzie sprawna przez kilkanaście lat, utrata pojemności akumulatorów może znacząco ograniczyć czas świecenia latarni już po kilku sezonach. Co więcej, koszt akumulatorów potrafi stanowić nawet jedną trzecią wartości całej latarni.

Jeżeli za około 4–5 lat konieczna będzie wymiana akumulatorów, to dla około 20 latarni może to oznaczać dodatkowy wydatek rzędu 30–40 tysięcy złotych.

Zwraca uwagę również sposób określenia parametrów samej oprawy LED. W dokumentacji wymagano mocy minimum 40 W oraz strumienia świetlnego minimum 4800 lumenów.

Oznacza to skuteczność świetlną na poziomie około 120 lm/W. Współczesne oprawy uliczne osiągają z reguły 140–170 lm/W, a nowe rozwiązania przekraczają nawet 180 lm/W.

Zaskakuje również wymaganie temperatury barwowej na poziomie około 5700 K. Jest to światło o bardzo chłodnej, niebieskawej barwie, stosowane raczej tam, gdzie priorytetem jest maksymalna jasność, a nie komfort użytkowników. Trudno zrozumieć, dlaczego dla oświetlenia niewielkich miejscowości wybrano właśnie taki parametr, podczas gdy współczesne rozwiązania uliczne i osiedlowe coraz częściej wykorzystują barwy 3000–4000 K, które są przyjaźniejsze dla mieszkańców i mniej uciążliwe dla otoczenia.

Na rynku można znaleźć lampy wyposażone w akumulatory LiFePO4, deklarujące ponad 6000 lumenów przy poborze zaledwie 30 W. Oznacza to więcej światła przy mniejszym zużyciu energii.

Powstaje więc pytanie, czy przy inwestycji opartej na energii słonecznej nie należało większego nacisku położyć na efektywność energetyczną opraw, zamiast określać przede wszystkim ich minimalną moc.

Kolejna kwestia dotyczy samych słupów. Dokumentacja określa jedynie ich minimalną wysokość wynoszącą 6 metrów. Nie wskazano natomiast:
– z jakiego materiału mają być wykonane,
– jaka ma być grubość ścianki,
– jakie zabezpieczenie antykorozyjne powinny posiadać,
– ani jaką trwałość powinny gwarantować.

W praktyce trwałość całej inwestycji zależy nie tylko od opraw LED, ale również od jakości słupów i ich odporności na warunki atmosferyczne. Tymczasem koszt słupa wraz z fundamentem może stanowić nawet około 25% wartości całej latarni.

Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Wartość zamówienia została oszacowana przez gminę na około 8 000 zł netto za latarnię. Ostatecznie po negocjacjach wybrano ofertę opiewającą na około 4 650 zł netto za sztukę.

To oczywiście może oznaczać bardzo korzystną ofertę. Jednak różnica przekraczająca 40% rodzi naturalne pytanie:

czy zamawiający otrzyma dokładnie taki produkt, jaki miał na myśli podczas szacowania wartości zamówienia?

Gdyby gmina chciała kupić latarnie z wyższej półki za około 8 tysięcy złotych za sztukę (jak wynika z dokumentacji), nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Przy odpowiednich akumulatorach, dobrej jakości słupach, wydajnych panelach fotowoltaicznych, wysokiej sprawności opraw i dłuższej gwarancji taki poziom cen jest jak najbardziej możliwy do uzasadnienia.

Problem polega na tym, że większość parametrów, które mogłyby uzasadniać taką wycenę, nie znalazła się w specyfikacji.

A to zasadnicza różnica.

Bo źle oszacowany kosztorys oznacza jedynie błędne wyliczenia. Natomiast źle opisana specyfikacja może sprawić, że wykonawcy nie konkurują jakością, trwałością i kosztami eksploatacji, lecz wyłącznie ceną.

I właśnie dlatego pojawia się pytanie:

czy gmina kupiła najtańszą ofertę na produkt, który chciała mieć, czy najtańszą ofertę na produkt, który potrafiła opisać?

Bo mieszkańcy nie kupują lamp na dwa lata. Kupują je za publiczne pieniądze na kilkanaście lat.