Jak Wójt oszukuje i wprowadza w błąd mieszkańców dla własnego zysku – wpis 1 z 2

Drugi wpis pojawi się po 20.00.

Nie ukrywam, że jest mi miło. Blog czyta codziennie od 200 do 640 osób. Mamy odbiorców w całej Europie, w Ameryce Północnej, a nawet jednego wiernego czytelnika w Wietnamie. Globalny zasięg, lokalna treść – można powiedzieć: eksport myśli z Płaskiej.

Ale przyznam szczerze – najbardziej buduje mnie jeden konkretny czytelnik. Pan Michał Skubis. Czujny, uważny, reagujący w czasie rzeczywistym. Prawdziwy monitoring obywatelski, tyle że odwrócony.

Bo gdy tylko pojawiła się informacja o niefortunnym terminie jutrzejszego spotkania, niemal natychmiast – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – na stronie gminy ukazało się ogłoszenie. Przypadek? Oczywiście. Przecież administracja działa zawsze z wyprzedzeniem. Czasem tylko wyprzedzenie bywa… bardzo świeże.

Szkoda jedynie, że data publikacji pozostała niezmieniona. Internet ma tę nieprzyjemną cechę, że pamięta. Czasem aż za dobrze. I zamiast subtelnej korekty narracji, zostaje cyfrowy ślad, który bardziej przypomina kronikę wydarzeń niż planowaną komunikację.

Nie wiem, czy to dowód refleksji, czy dowód czujności. Wiem natomiast, że czytelnictwo rośnie, a interakcja z władzą przybiera coraz ciekawsze formy. W końcu nie każdy blog może pochwalić się tak szybkim wpływem na oficjalne komunikaty.

Za to – bez ironii – dziękuję.

Pozwólcie, że pokażę Wam, dlaczego Pan Michał Skubis tak bardzo chce, byśmy patrzyli w jednym, starannie ustawionym kierunku.

Cała sprawa zaczyna przypominać klasyczny scenariusz „chleba może nie być, ale igrzyska muszą”. W naszym wydaniu igrzyska nazywają się Rock Water. Brzmi dumnie, nowocześnie, medialnie. A przede wszystkim – efektownie na zdjęciach.

Bo zdjęcia są kluczowe. Wójt przed sceną. Wójt na scenie. Wójt obok sceny. Wójt przy stoisku z jedzeniem. Wójt w tle, Wójt w centrum, Wójt w ujęciu dynamicznym. Fotorelacja pełna energii, nawet jeśli budżet już niekoniecznie.

Bo w tej opowieści o Rock Water wszystko jest możliwe. Człowiek zaczyna mieć wrażenie, że gdyby ktoś na imprezie otworzył butelkę piwa, to zamiast kapsla mógłby wyskoczyć… kolejny kadr z Wójtem w tle. Tak intensywna jest obecność w przestrzeni wydarzenia, że zaczyna funkcjonować niemal jak element scenografii – obowiązkowy, powtarzalny i zawsze w centralnym punkcie ujęcia.

Tymczasem coraz częściej słychać głosy, nawet wśród radnych, że może to jednak impreza o ambicjach większych niż możliwości finansowe gminy. Że może to wydarzenie bardziej wizerunkowe niż gospodarcze. Że może bilans ekonomiczny nie jest tak spektakularny jak scena.

Bo jeśli wydarzenie kosztuje dużo i nie zarabia na siebie, to znaczy, że ktoś do niego dopłaca. A dopłacamy my. W praktyce finansujemy jednodniową atrakcję, z której – poza ładnymi zdjęciami – trudno wskazać długofalowe korzyści dla mieszkańców.

Nawet darmowe busiki, które mają wozić tłumy, zdają się czasem realizować kursy bardziej symboliczne niż transportowe. Ale za to jak pięknie brzmi: „zapewniliśmy bezpłatny transport”.

Mam nawet drobną propozycję racjonalizatorską: może wprowadźmy system potwierdzenia obecności? Pieczątka „Byłem na Rock Water” jako załącznik do każdego wniosku w urzędzie. W końcu skoro to wydarzenie strategiczne, może warto je wpisać w obieg administracyjny. Inspiracje można czerpać z różnych modeli organizacyjnych – historia zna wiele ciekawych przykładów.

Mam jednak wrażenie, że sedno sprawy jest inne. Jeśli entuzjazm radnych nieco przygasł, a potrzeba organizowania kolejnej edycji u Michała Skubisa nie maleje, trzeba znaleźć sposób, by odpowiedzialność za decyzję rozłożyć szerzej. Najlepiej na mieszkańców.

Wystarczy zorganizować spotkanie. Najlepiej w terminie dogodnym. Bez nagrania. Z protokołem, który – jak pokazuje praktyka ostatnich lat – bywa dokumentem selektywnym w swojej pamięci. A potem można powiedzieć: „konsultacje się odbyły, mieszkańcy chcieli”.

A jeśli ktoś powie, że o czymś nie było mowy? Cóż. Zawsze można stwierdzić, że coś zostało źle zrozumiane.

Trzy miesiące temu zadałem pytania dotyczące opłacalności tej imprezy. Pytania konkretne, o liczby i bilans. Do dziś odpowiedzi brak. Dziś wysłałem przypomnienie. A pod nim leży tamten mail z 19 grudnia – wciąż bez odpowiedzi.

Cisza też jest formą komunikatu. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą publiczne pieniądze.

A więc przypomnienie z dzisiaj:

Szanowny Panie Wójcie,

W czwartek miną trzy miesiące od momentu, gdy zadałem pytania zawarte w poniższej korespondencji. To wystarczająco dużo czasu, by odpowiedź zdążyła dojrzeć, przejść przez wszystkie etapy refleksji, konsultacji i zapewne także głębokiej analizy strategicznej.

Milczenie w tej sprawie trudno uznać za przypadek. Raczej za komunikat. Taki subtelny. W stylu: „nie wszystko wymaga odpowiedzi, szczególnie jeśli pytania są niewygodne”.

Dzisiejszy SMS z informacją o jutrzejszym spotkaniu o godzinie 16:00, bez wcześniejszej zapowiedzi na stronie internetowej i bez jakiegokolwiek wyprzedzenia – to już komunikat mniej subtelny. To model konsultacji społecznych w wersji ekspresowej: informujemy, odbywamy, odnotowujemy. Najlepiej w godzinach pracy, gdy większość mieszkańców ma inne obowiązki niż śledzenie kalendarza wydarzeń ogłaszanych z 24-godzinnym wyprzedzeniem.

Szczególnie interesujące jest to, że spotkanie odbywa się przed przedstawieniem danych, o które wnioskuję od trzech miesięcy. To rozwiązanie niezwykle nowatorskie: najpierw dyskusja, później, być może informacje. O ile okażą się potrzebne.

Brak nagrania wideo również wpisuje się w tę koncepcję. Pozostaje protokół, dokument o elastycznej pamięci, który jakimś zbiegiem okoliczności bywa mniej rozmowny w kwestiach najistotniejszych. A potem zaczyna się klasyczna gra: „tego nie było”, „to zostało inaczej zrozumiane”, „to wyrwano z kontekstu”.

Z zewnątrz wygląda to nie jak dialog z mieszkańcami, lecz jak zarządzanie wizerunkiem przy minimalnym ryzyku konfrontacji z trudnymi pytaniami. A przecież konsultacje społeczne nie polegają na tym, by były – tylko na tym, by coś znaczyły.

Pozostaje mieć nadzieję, że w którymś momencie forma przestanie dominować nad treścią, a pytania przestaną być traktowane jak niedogodność, którą najlepiej przeczekać. Nadzieję, że te dwa lata szybko zlecą, a potem zostanie tylko infamia.

Nie mam nadziei, ale proszę Panią Przewodniczącą Rady Gminy o przekazanie w dniu dzisiejszym tego emaila w całości radnym. Także tym zapatrzonym.

Z poważaniem,

Dnia 19 grudnia 2025 14:38 > napisał(a):

Szanowny Panie Wójcie,

upłynął już wystarczający czas, aby dokonać rzetelnego podsumowania wydarzenia promowanego przez Wójta Gminy pod nazwą Rock Water. W związku z tym chciałbym zweryfikować swoje dotychczasowe stanowisko dotyczące nieopłacalności organizacji tego wydarzenia oraz – w przypadku przedstawienia przekonujących danych – ewentualnie przyznać rację Wójtowi.

Moim zdaniem skala przedsięwzięcia była nieadekwatna do aktualnej sytuacji finansowej gminy, w szczególności w kontekście poziomu jej zadłużenia. Ponadto, w mojej ocenie, znaczna część mieszkańców gminy nie uczestniczyła w wydarzeniu. Aby jednak oprzeć ocenę wyłącznie na faktach, zwracam się z uprzejmą prośbą o udzielenie odpowiedzi na poniższe pytania, które pozwolą przedstawić obiektywny obraz organizacji i efektów imprezy.

  1. Ilu uczestników wzięło udział w wydarzeniu, z podziałem na osoby, które nabyły bilety, oraz osoby uczestniczące nieodpłatnie (m.in. pracownicy urzędu, zaproszeni goście, przedstawiciele sponsorów itp.)?
  2. Jaki był całkowity przychód z imprezy, z wyszczególnieniem:
    • wpływów ze sprzedaży biletów (po potrąceniu prowizji pośredników),
    • przychodów z tytułu opłat od wystawców i stoisk,
    • wpłat lub świadczeń finansowych od sponsorów?

Jeżeli część środków została ujęta w księgach w inny sposób, proszę o wskazanie łącznej wartości wszystkich wpływów, które pomniejszały faktyczny koszt organizacji wydarzenia.

  1. Jaki był całkowity koszt organizacji imprezy, rozumiany jako suma wszystkich wydatków poniesionych przez Urząd Gminy, jednostki organizacyjne oraz inne podmioty gminne, w tym wszystkich faktur i zobowiązań finansowych związanych z wydarzeniem? Zwracam uwagę, że chodzi o koszt rzeczywisty i pełny, a nie jedynie koszt prezentowany Radzie Gminy. Mam obawy, że prezentowana w kuluarach kwota 70 tyś straty może być celowo zaniżona.  Jako przykłady kosztów pośrednich wskazuję m.in. bezpłatną komunikację dla uczestników czy prace organizacyjne wykonywane przez pracowników urzędu i jednostek podległych.
  2. Proszę również o ujęcie w kosztach, o których mowa w pkt 3, wartości pracy urzędników oraz pracowników jednostek podległych, którzy w godzinach pracy realizowali zadania związane z przygotowaniem i nadzorem nad kolejnymi etapami wydarzenia.
  3. Jaki był koszt ubezpieczenia imprezy, uwzględniony w całkowitych kosztach, o których mowa w pkt 3?
  4. Jaki był łączny koszt transportu zapewnionego w dniu wydarzenia oraz ilu mieszkańców faktycznie skorzystało z tej formy dojazdu?
  5. Proszę o udostępnienie opracowania lub analizy sporządzonej przez urząd (o ile taka powstała) dotyczącej korzyści wynikających z organizacji imprezy, w szczególności w zakresie promocji gminy, aby potwierdzić, że powszechne odczucie o nieefektywnym wydatkowaniu środków publicznych nie jest zasadne.
  6. Podtrzymuję również wniosek o udostępnienie protokołów z przeglądów budowlanych obowiązujących w trakcie trwania imprezy, jak również ewentualnych przeglądów wykonanych po jej zakończeniu.

Z góry dziękuję za udzielenie wyczerpujących i precyzyjnych odpowiedzi.

Tradycyjnie proszę Panią Przewodniczącą o przesłanie informacji dla Radnych, chociaż patrząc na dotychczasowe działania to zapewne jest to tylko „wołanie na puszczy.

Zajawka na dzisiaj

Dzisiaj późnym wieczorem mocny komentarz, bo to co robi Wójt przekroczyło już dawno wyczyny poprzedniego Wójta. Arogancja, buta, brak szacunku do mieszkańców, zadufanie w sobie to obraz codzienny Naszego włodarza. Czas się obudzić. A Ci co kochają swojego „ulubieńca” niech robią to dalej.

W końcu miłość to uczucie głupie, ale przebudzenie się czasami boli.

Bajdy, bujdy i legendy powiatu

Przyznam, że choć z Autorem nie zawsze nadajemy na tych samych falach, tym razem byłem pod wrażeniem. Szczególnie imponujące było to, ile czasu i determinacji wymagało dotarcie do informacji rozsianych — delikatnie mówiąc — w „kilku” miejscach.

Wpis Dyrektora GOK przeczytałem z niemałymi emocjami, a nawet z odrobiną zawodowej zazdrości. Trzeba bowiem przyznać, że na takie śledztwa potrzeba czasu, którego — pracując zawodowo — zwyczajnie mi brakuje. Do emerytury jeszcze chwila, więc na wielogodzinne kwerendy przyjdzie czas później.

Tymczasem, oprócz komentowania w sposób satyryczny bieżących wydarzeń w Gminie oraz działań zmierzających do odzyskania środków należnych mieszkańcom, postanowiłem spróbować sił w nieco bardziej metaforycznej formule.

Na początek proponuję dwa obszary: etymologię nazwisk oraz zielnik podlaski. Oczywiście wszystko w formie przystępnej, lekkiej i — mam nadzieję — przyjemnej w odbiorze.

Ci, którzy wolą czytać bez nadmiernego zastanawiania się, znajdą w tym odrobinę uśmiechu. Ci bardziej dociekliwi — być może nutę refleksji. A jeśli pojawi się frasunek, to wyłącznie ten twórczy.

https://www.facebook.com/tolek.kuzma/?locale=pl_PL

Projekt Ratunkowy: Operacja „Mapa 2.0”

Do poniższego tekstu doszło po przeczytaniu wiadomości od jednego z czytelników. Szacun. Nie pomyślałem. Dobrej nocy.

Każda gmina ma dwie rzeczy: granice i ambicje.
Granice są na mapie. Ambicje — w prezentacji PowerPoint.

Czasem jednak budżet zaczyna przypominać dietę cud:
dużo zapewnień, mało efektów i stałe zapewnienie, że „to tylko przejściowe zatrzymanie metabolizmu inwestycyjnego”.

Dlatego proponuję reformę nowoczesną, europejską i – co najważniejsze – księgową:
przyłączenie naszej Gminy do którejś z sąsiednich.

Dlatego, że wszystko się wali.
Dlatego, że dramat.
Dlatego, że matematyka ma tę brutalną cechę, iż nie reaguje na wystąpienia okolicznościowe.

Wyobraźmy to sobie.

Zamiast dwóch urzędów, z czego jeden jest niewydolny – jeden.
Zamiast dwóch sekretariatów – jeden czajnik.
Zamiast podtrzymywać lokalny folklor administracyjny i brak wiedzy – urząd, który… działa.

Bo u sąsiadów woda nie jest metaforą rozwoju.
Po prostu leci.
Droga nie jest wizją.
Jest drogą.
A odpowiedź na pismo nie przypomina pracy magisterskiej z unikania odpowiedzi.

Tam mieszkaniec nie odbywa pielgrzymki przez referaty,
nie kolekcjonuje pieczątek jak znaczków,
nie uczy się przepisów, by udowodnić, że 2+2 jednak bywa cztery.

Tam urząd jest usługą.
U nas bywa przeżyciem.

Owszem, mamy strukturę.
Referaty.
Zespoły.
Stanowiska.
Analizy sytuacji.

Analizujemy tak długo, aż sytuacja przestaje istnieć albo zmienia się kadencja.

Przyłączenie do sąsiedniej jednostki oznaczałoby brutalną rzecz:
racjonalizację.

Mniej stanowisk od „koordynowania koordynacji”.
Mniej narad o harmonogramie narad.
Mniej energii zużywanej na samo istnienie.

Mniej Wójta, który jak tłumaczą juz trzeci rok jego radni: popełnia błędy, ale się uczy. Pytanie czego.

Czy to zamach na suwerenność?
Oczywiście.
Bo nic tak nie boli jak likwidacja etatu w imię logiki.

Ale zaryzykuję tezę heretycką:
mieszkaniec nie potrzebuje suwerenności urzędu.
Potrzebuje sprawnego wodociągu.

Tabliczkę przy drodze można wymienić.
Pieczątkę można zamówić nową.
Szyld można odkręcić.

Tylko śmieci muszą być wywiezione.
Droga musi być przejezdna.
A odpowiedź musi być odpowiedzią.

Może więc prawdziwą dojrzałością samorządu nie jest pielęgnowanie własnej wielkości,
lecz umiejętność przyznania, że większy organizm bywa sprawniejszy.

Bo na końcu zawsze zostaje jedno pytanie – nie ideologiczne, nie ambicjonalne, nie honorowe.

Bardzo przyziemne.

Czy taniej i lepiej – czy drożej i z przemówieniem?

Jest taki stary dowcip, że żeby było w kraju lepiej, trzeba wywołać wojnę z kimś sprawniejszym i natychmiast się poddać. Oczywiście nikt rozsądny nie chce wojny — ale metafora bywa kusząca. Bo czasem najrozsądniejszą strategią jest nie walczyć z rzeczywistością, tylko… dołączyć do tej, która działa.

Zróbmy więc wersję samorządową.
Nie armaty, nie fanfary — tylko Operację „Kontrolowana Kapitulacja Administracyjna”. Poddajmy się sprawności sąsiadów. Bez strat w ludziach, za to z zyskiem w wodociągach.

Wyobraźmy to sobie:
– woda leci, bo ma lecieć, a nie dlatego, że ktoś właśnie analizuje jej filozoficzne podstawy;
– odpowiedź na pismo zawiera odpowiedź, a nie streszczenie drogi, którą przeszło pismo;
– inwestycja kończy się oddaniem do użytku, a nie konferencją o oddaniu do użytku.

  • wszystko jest tańsze, bo nie trzeba utrzymywać darmozjadów

A przy okazji — uporządkujmy system. Nie „pogonić”, tylko odchudzić. Nie „wypędzić”, tylko zracjonalizować. Bo jeśli struktura żyje głównie po to, by podtrzymywać samą siebie, to najwyższy czas na dietę. Tę bez slajdów i bez przemówień.

Nie chodzi o ludzi. Chodzi o mechanizm.
Jeśli ktoś jest naprawdę dobry — poradzi sobie wszędzie.
Jeśli nie — to może rynek pracy jest najuczciwszą komisją audytową.

Zamiast więc wojny — zróbmy porządek.
Zamiast rewolucji — rachunek.
Zamiast wielkich słów — działające usługi.

Bo przyszłość wygrywa się nie hasłami, tylko sprawnością. A jeśli można mieć ją szybciej, przykręcając nową tabliczkę przy drodze, to może warto zapytać: czy naprawdę potrzebujemy heroizmu, skoro wystarczy zdrowy rozsądek?

Bez armat.
Bez czarnych flag.
Za to z działającym wodociągiem i regularnym wywowzem śmieci. I z odśnieżaniem. I wszystko taniej.

Sprawa o odzyskanie pieniędzy mieszkańców za wywóz odpadów

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, wystąpiłem do Samorządowego Kolegium Odwoławczego z wnioskiem o ocenę prawidłowości stosowania przez Urząd Gminy Płaska podwyższonych stawek opłat w roku 2025.

W szczególności zwróciłem się o rozstrzygnięcie, czy:

  • mieszkańcy byli zobowiązani do ponoszenia opłat w podwyższonej wysokości już od dnia 1 stycznia 2025 r., zgodnie ze stanowiskiem Urzędu Gminy,
  • czy też – zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa krajowego – nowa stawka powinna obowiązywać dopiero od momentu skutecznego doręczenia decyzji podatkowej, co w konsekwencji wymagałoby dokonania stosownych korekt i przeliczenia należności.

W przypadku potwierdzenia, że zastosowane przez Organ rozwiązanie było niezgodne z prawem, zasadne będzie również ustalenie odpowiedzialności za ewentualne skutki finansowe oraz straty poniesione przez Gminę i mieszkańców.

Z uwagi na właściwość proceduralną w pierwszej kolejności sprawa została skierowana do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które co do zasady rozpatruje sprawy w terminie około miesiąca. W przypadku uznania braku kompetencji do jej rozstrzygnięcia, dalsze kroki zostaną podjęte przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym.

Jednocześnie pragnę wskazać, że przed skierowaniem sprawy do SKO Wójtowi Gminy przedstawiono liczne orzeczenia sądów administracyjnych, jednoznacznie potwierdzające przyjętą interpretację przepisów. Jednak nie był zainteresowany tematem.

W szczególności powołano się na następujące wyroki:

  • wyrok WSA w Gliwicach z 30.08.2016 r., sygn. I SA/Gl 679/16,
  • wyrok WSA w Gliwicach z 26.06.2018 r., sygn. I SA/Gl 295/18,
  • wyrok WSA w Gorzowie Wielkopolskim z 01.08.2018 r., sygn. I SA/Go 217/18,
  • wyrok WSA w Gdańsku z 19.12.2018 r., sygn. I SA/Gd 972/18,
  • wyrok WSA w Poznaniu z 04.12.2019 r., sygn. I SA/Po 718/19,
  • wyrok WSA w Gdańsku z 22.01.2020 r., sygn. I SA/Gd 1619/19,
  • wyrok WSA w Olsztynie z 13.04.2022 r., sygn. I SA/Ol 62/22,
  • wyrok NSA z 28.06.2023 r., sygn. III FSK 836/22.

Analogiczne stanowisko zostało również zaprezentowane przez Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Krakowie w postanowieniu z dnia 15.01.2025 r., sygn. SKO.EA/418/147/2024, wydanym w sprawie o zbliżonym stanie faktycznym.

Łezka się w oku kręci, ale to jednak trochę tchórzostwo

Hasła się zmieniają, plakaty mają nową czcionkę, a twarze młodsze o trzydzieści lat… ale ton pozostaje dziwnie znajomy.

Bo przecież już to kiedyś było.

„Nietrudno domyślić się, kto łoży na organizowanie awantur… wrogowie władzy, wichrzyciele, elementy wywrotowe, pogrobowcy starego ustroju, sługusi imperializmu…”
Człowiek czyta i zastanawia się, czy to archiwum z 1968 roku, czy świeży komunikat z gminnego newslettera.

Zmieniła się tylko „podlaska woda”. Kiedyś była „historia”, „postęp” albo „lud pracujący miast i wsi”.
Dziś woda. Też groźna. Też komuś ma kości pogruchotać. Hydrologia bojowa.

Aktualnie trwają spotkania Wójta z mieszkańcami.
Podobno konsultacje. Dialog. Otwartość.

Złośliwi twierdzą, że to raczej objazdowy teatr jednego aktora pod hasłem:
„Jak ocieplić wizerunek w pięciu prostych krokach i jednym cateringiem”.

Transparentność? Odpowiedzi? Niewygodne pytania?
Ależ skąd.

Będą ciasteczka.
I kawa rozpuszczalna.

Ta sama, którą według wszystkich lekarzy należy omijać szerokim łukiem, bo bardziej przypomina eksperyment chemiczny niż napój — ale na zebranie wiejskie nadaje się idealnie.
W końcu nic tak nie buduje dialogu społecznego jak plastikowy kubek, trzy herbatniki i aromat przypominający lata 90.

Człowiek przychodzi z problemami, wychodzi z kofeiną i cukrem.
I od razu jakoś lżej na sercu.

Bo jak wiadomo — gdy jest kawa i ciastko, to demokracja działa lepiej.
A przynajmniej łatwiej się ją przełyka.

Bardzo chciałem być na spotkaniu. Naprawdę.
Bo w urzędzie odpowiedzi dostaję w stylu zen: dużo słów, zero treści.
Takie administracyjne haiku.
Czytasz trzy razy i dalej nie wiesz, czy to odpowiedź, czy przepis na kompot.

Niestety — pech.
Zebranie akurat w jedyny dzień, o którym wszyscy z władzy wiedzą, że nie mogę.

Przypadek?
Oczywiście.
Taki sam jak to, że deszcz zawsze pada w weekend.

Muszę jednak przyznać: planowanie — mistrzostwo świata.
Szachy 5D. Wójt uczy się na błędach, ale może nie tego co byśmy my chcieli jako mieszkańcy.
Terminarz tak ułożony, by nikt zadający pytania nie dotarł.
Gdyby tak planować inwestycje, mielibyśmy Dubaj Północy.

Oczywiście spotkanie zapewne nie będzie nagrane.
Bo po co archiwizować sukcesy?
Sukcesy należy przeżywać duchowo.

A szkoda, bo można by potem spokojnie wrócić do kilku drobiazgów:

Na przykład:
– czemu w jednym miejscu budujemy ekskluzywne cuda techniki, a gdzie indziej ludzie zamarzają z kranem w ręku i wody brak,
– czemu asfalt ląduje tam, gdzie nawet rower się gubi,
– czemu majątek gminy znika szybciej niż cukier w herbacie,
– czemu dyrektorzy są zwalniani i przywracani częściej niż seriale tureckie w ramówce TV,
– czemu uchwały po głosowaniu żyją własnym życiem,
– czemu żeby odzyskać pieniądze mieszkańców Gminy, trzeba iść do sądu, jakby to był sport narodowy.

No i mój ulubiony klasyk:
ponad połowa budżetu na pensje.
To już nie urząd — to program socjalny z biurkami.

Ale spokojnie.
Tych pytań nikt nie zada.

Bo żeby zadać pytania, trzeba być na sali.
A żeby być na sali, trzeba trafić w jedyny termin w roku, kiedy akurat nie ma się życia, pracy ani zdrowego rozsądku.

I tak toczy się ta nasza mała historia:
plakaty nowe, hasła nowe, tylko metoda wiecznie ta sama.

Człowiek patrzy, przeciera oczy i myśli:
„Kurczę… ja już ten film widziałem”.

Tylko popcorn droższy.

Specjalnie dla mieszkańców. Wiersz.

Podobno nadesłany aż z odległej, zaprzyjaźnionej wioski północnokoreańskiej, w geście braterskiej solidarności i uznania dla historycznego zbliżenia naszej Gminy z lokalnym „Słońcem Narodu”.

Utwór — jak zapewnia organizator — napisany przez małego, niedożywionego pioniera, siedzącego na zboczu góry Pektu-san, przy wietrze, śniegu i obowiązkowej miłości do władzy.

Czyli standardowy program wymiany kulturalnej.

Gdy słońce nad gminą wschodzi jak złoto,
a rosa lśni dumnie na każdym źdźble traw,
my w szyku idziemy — równiutko, ochoczo —
bo przecież to Wspólna prowadzi nas Sprawa!

Tu łopata błyszczy jak sztandar na wietrze,
tu grabie jak szable podnoszą się w dal,
a ktoś z okna krzyczy: „Zebraniu naprzeciw!”
i nawet gołębie maszerują w takt.

Na czele — wiadomo — ktoś stoi dostojnie,
z teczką, co cięższa od losów i map,
i kiwa nam głową poważnie, spokojnie,
jak gdyby plan pięcioletni miał w planach od lat.

„Naprzód!” — mówi cicho. „Do czynów, do pracy!”
Więc idą mieszkańcy, z uśmiechem co dnia,
bo gdy razem działasz, to łatwiej zapłacić…
to znaczy — osiągnąć wspólny cel. O, tak!

A kiedy już zmrok się nad wioską rozłoży,
i lampy jak gwiazdy zapalą swój blask,
to każdy z dumą sąsiadowi powie:
„No widzisz — we Wspólnej Sprawie jest moc i jest… czas.”

I tylko wiatr niesie po polach i dachach
ten hymn nieco wielki, patosu w nim stos:
że razem najłatwiej naprawić chodniki,
a czasem… przegłosować coś.

Czeska komedia

Do dziś nie dotarła do mnie żadna informacja o wdrożeniu działań naprawczych w sprawie opłat za gospodarkę odpadami za rok 2025. Wobec tego – klasycznie – mówię: sprawdzam. O efektach tej weryfikacji oczywiście poinformuję.

Na razie otrzymałem jedynie demonstrację administracyjnej kreatywności w postaci odmowy udostępnienia dokumentu niezbędnego do postępowania przed SKO. Dokumentu, który i tak jutro będę miał. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że jedynym celem tej operacji było przesunięcie całej sprawy o kilka dni – zapewne w imię procedur, tradycji lub sportu.

Szczególne uznanie budzi także moment przekazania informacji – piątek, godzina równo 15:00.

Timing niemal podręcznikowy: tak, by nikt nie zdążył już zareagować. Administracyjny odpowiednik gaszenia światła i udawania, że biura nie ma.

Całość zaczyna przypominać piaskownicę. Z tą różnicą, że to Wójt Skubis i Sekretarz Zdancewicz się w niej bawią – a piasek, łopatki i foremki finansujemy wszyscy z własnych kieszeni.

Pozostały 3 dni

Do końca stycznia Urząd Gminy Płaska ma, zgodnie z umową, przekazać mi informację w sprawie ostatecznej decyzji w sprawie opłat za śmieci. Innymi słowy: wreszcie dowiemy się, czy wszystko było policzone uczciwie, czy przez ostatnie miesiące mieszkańcy płacili więcej, niż powinni.

Bo ja twierdzę jasno: coś tu się nie zgadza. I to bardzo.

Od miesięcy wskazuję, że sposób naliczania opłat wg mnie wprowadzał mieszkańców w błąd i skutkował zawyżonymi rachunkami, a sam Urząd był informowany o tym od dawna. Mówiąc po ludzku — mogliśmy płacić za dużo. Urząd odpowiadał: „wszystko jest zgodnie z prawem”. Zawsze jest zgodnie z prawem.

Pan Nasewicz, Pan Zdancewicz, a pośrednio także Wójt — który od kwietnia 2025 roku konsekwentnie milczy na prośby o weryfikację — przekonują mnie, że nie mam racji. Że nie znam przepisów. Że to ja się mylę.

Czyli klasyka: obywatel pyta, urząd tłumaczy, że obywatel nic nie rozumie.

Na szczęście sprawy nie da się zagadać w nieskończoność. W piątek wszystko powinno być jasne.
Albo gmina przyzna, że doszło do nieprawidłowości w rozliczeniach,
albo sprawa w poniedziałek pojedzie dalej — do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a jeśli trzeba, do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Ja stawiam sprawę uczciwie: jeśli się mylę — przeproszę. Publicznie i na piśmie. Bez problemu.

Ale jeśli racja jest po mojej stronie, to problem będzie miał już nie mieszkaniec, tylko gmina.

Bo wtedy mówimy nie o „drobnej pomyłce”, tylko o miesiącach błędnych rozliczeń wobec całej wspólnoty oraz wprowadzania w błąd sygnalisty, który wskazywał problem. A to oznacza zwroty, korekty, tłumaczenia i bardzo poważny cios w wiarygodność urzędu.

Zwłaszcza, że przed nami kolejne tematy do wyjaśnienia przez Urząd lub przed sądem: np. rozliczenia za wodę X 2024-VI 2025. Zaufanie mieszkańców jest tu kluczowe. A trudno ufać komuś, kto najpierw wystawia rachunki, a dopiero potem sprawdza, czy były prawidłowe, a jak już wie, że jest źle to idzie w zaparte.

Najbardziej irytujące jest jednak coś innego: tę sprawę można było zamknąć wiele miesięcy temu. Wystarczyło usiąść, sprawdzić przepisy, wyjaśnić. Zamiast tego wybrano strategię „przeczekać”. Efekt? Problem urósł, dokumentów przybyło, nerwów jeszcze więcej. A wyprostowanie może być teraz o wiele trudniejsze.

Teraz pozostaje już tylko jedno pytanie: kiedy dokładnie gmina wysłała ostatnią decyzję śmieciową w 2025 roku — i ile osób zdążyło zapłacić coś, co być może wcale nie było należne?

Kiedy skończy się nam majątek Gminny

Poniżej publicystyczna i satyryczna wersja emaila do Wójta z pytaniem co się dzieje w tej Gminie. Główne tezy i pytania zachowane co do wartości merytorycznej.

Zwracam się z uprzejmą prośbą o informację, co jeszcze z majątku naszej Gminy planujemy w najbliższym czasie „oddać w dobre ręce”. Najlepiej w formie listy: co sprzedajemy, komu, za ile oraz z jakich roszczeń przy okazji rezygnujemy. Dobrze byłoby też wiedzieć, ile to wszystko jest naprawdę warte, a za ile oddajemy — tak orientacyjnie, żeby mieszkańcy wiedzieli, czy to jeszcze gospodarność, czy już wyprzedaż garażowa.

Dotąd sądziłem, że akcja „Oddajmy drogę” dotyczy tylko Rudawki. Taki jednorazowy eksperyment, wypadek przy pracy. Tymczasem wygląda na to, że wchodzimy w tryb hurtowy. Teraz w pakiecie leci droga z Rygoli do Muł, do tego świeżo wyremontowany most — jeszcze ciepły po odbiorze technicznym.

To naprawdę imponujące: najpierw remontujemy za własne pieniądze, potem stwierdzamy, że jednak nam się nie opłaca… i oddajemy komuś innemu. Ekonomia level master.

Co ciekawe, nam się nie opłaca, a Powiatowi i Województwu już tak. Oni przejmą chętnie. Bez wahania. Czyli coś musi być z tym majątkiem nie tak — skoro dla nas bezwartościowy, a dla nich nagle atrakcyjny. Może mamy jakąś szczególną odmianę asfaltu, który traci wartość po przekroczeniu granicy gminy?

Patrząc na to z boku, trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie są pojedyncze decyzje, tylko strategia. Taka długofalowa. Skoro nie mamy pieniędzy na remonty i zdolności kredytowej, to robimy to, co robi każdy rozsądny gospodarz nigdy nie zrobi: wyprzedajemy, co się da.

Najpierw drogi. Potem mosty. Może budynki. A na końcu zostanie tablica z napisem „Gmina była tu kiedyś”.

Całość zaczyna przypominać dom, w którym brakuje gotówki, więc zamiast naprawić budżet, wynosi się do lombardu kolejne rzeczy. Najpierw telewizor, potem lodówkę, potem rodzinne srebra. Przynajmniej przez chwilę jest płynność finansowa. Do momentu, gdy nie ma już czego wynosić.

Albo historycznie: przyjeżdżają „dobrzy ludzie z zewnątrz”, obiecują pomoc, a my w zamian oddajemy im gotową infrastrukturę. Trochę jak wymiana paciorków na złoto z Indianami, tylko w nowoczesnej, samorządowej wersji. Z protokołem zdawczo-odbiorczym.

Dlatego naprawdę chciałbym zobaczyć pełną listę. Zanim pewnego dnia obudzimy się w gminie, w której nic już do nas nie należy — poza rachunkami i wspomnieniami po inwestycjach.

Bo jeśli to ma być „racjonalne zarządzanie majątkiem”, to chyba przegapiłem moment, w którym racjonalność zaczęła oznaczać oddawanie wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość.

Michał, pobaw się klockami i nie przeszkadzaj

Pani Przewodnicząca nie odpowiedziała na pytanie.

Zamiast tego wysłała swojego giermka. Wójta.

Tak jak w średniowieczu – królowa nie schodzi do ludu, tylko posyła posłańca z pergaminem. Tylko że, Panie Władzo, z całym szacunkiem… Amerykanie mają na takie wyjaśnienia jedno krótkie, techniczne określenie:
„bullshit”. I nie chodzi o anglistykę. Chodzi o wiarygodność.

Panie Wójcie, niech się Pan szanuje. Serio.
Ja wiem, że Pani Przewodnicząca jest mądrzejsza, szybsza i potrafi jednym spojrzeniem zamienić dorosłego faceta w ucznia podstawówki. Wiem, że trzeba być grzecznym.

Ale może zamiast być grzecznym – warto być samodzielnym?

Oprzeć się na ludziach mądrych, silnych, którym zależy na gminie, a nie na stołkach i dietach. Wtedy jeszcze może Pan wyjść na człowieka. Bo na razie wygląda to trochę jak polityczny „program praktyk zawodowych”.

A chce się Pan pośmiać?
To proszę bardzo.

Ja potrafię się przyznać do błędu.

Dalej uważam, że numer z dyrektorem GOK był prawnie wątpliwy jak paragon z bazaru.
Ale facet? Z jajami. Ambitny. Z pomysłami. I – co mówię z bólem serca – ogarnięty.

Może zamiast pod nim dołki kopać, pogadać z nim jak z człowiekiem?
Bo jak ktoś potrafi wygrać z lokalną władzą, to znaczy, że coś w nim jednak jest.

A teraz crème de la crème.

Mamy w gminie Katarzynę Tomczyk.

Prywatnie – sympatyczna osoba. Politycznie – kombajn. Miało być lepiej. Bez prywaty. Bez nepotyzmu. Bez sterowania z tylnego siedzenia.

A wyszło jak zawsze: kierownica z tyłu, a kierowca z przodu tylko trzyma ręce na kole, żeby ładnie wyglądało.

Umysł ostry. Upór jak beton. Charakter „po trupach do celu”.
Przy odwołaniu Wiesława – graliśmy pierwsze skrzypce. A dziś?

Najlepsza fucha w gminie:
nic nie odpowiadać, a wszystkim sterować.

Radni? W większości jak uczniowie na wycieczce – „proszę pani, a możemy głosować?”. Ludzie czasem mądrzy, z dobrymi intencjami, tylko że wpadli w układ jak w kredyt hipoteczny – łatwo wejść, wyjść trudniej.

To trochę jak sekta. Albo Amway.
Każdy wie, że coś jest nie tak, ale nikt nie wie, jak powiedzieć „dobra, wysiadam”. A przecież wystarczyłoby po ludzku: „pomyliłem się, chcę to naprawić”. Naprawdę. To nie boli.

Z rozmów z pracownikami wychodzi ciekawy obraz: do końca 2024 – druga szefowa urzędu. A właściwie pierwsza. Wójt? Siedział grzecznie i potakiwał. 99 na 100 razy. Potem próbował się usamodzielnić.
Jak nastolatek uczący się jeździć bez bocznych kółek. Trochę krzywo, trochę w krzaki.

A teraz najlepsze. Historia z uchwałą. Radni dostają projekt. Są błędy.
Padają pytania. Sekretarz mówi: „poprawimy”.

I co? Cisza. Zero informacji. Zero aktualizacji. Zero maila.

Radni głosują starą wersję (CO NAJMNIEJ 2 Z NICH NIE BYŁO NA KOMISJI I NIE WIEDZĄ O ZMIANACH”.

A potem… magia.

Uchwała po głosowaniu zaczyna żyć własnym życiem. Paragrafy się zmieniają. Treść się wygładza. Błędy znikają. Normalnie Photoshop, tylko w prawie miejscowym.

Nazywajmy rzeczy po imieniu:
edycja przegłosowanej uchwały.

Bez pełnomocnictwa. Bez decyzji Rady. Bez słowa.

Cicho. Po kątach. Jak poprawianie klasówki po oddaniu.

I to jest ten moment, w którym człowiek przestaje się śmiać.

Bo to już nie kabaret. To jest po prostu niebezpieczne.

Najgorsze? To wszystko można było załatwić uczciwie. Mail do radnych.
„Słuchajcie, były błędy, poprawiliśmy, przegłosujmy jeszcze raz.”

Koniec. Temat zamknięty. Ale nie. Bo tu nie chodzi o gminę. Nie o prawo.
Nie o mieszkańców. Tu chodzi o władzę z drugiego rzędu i wizerunek bez rysy/skazy.

Wójcie, podtrzymuję nasze ustalenia. Jeśli ta polityczna telenowela się skończy i Pani Przewodnicząca zniknie z pierwszego planu – deklaruję współpracę. Pół roku spokoju. Naprawiajcie. Porządkujcie. Róbcie robotę.

Bo póki co mamy gminę, która wygląda jak kabaret.
Tylko bilety – niestety – wszyscy płacimy obowiązkowo.