
Pani Przewodnicząca nie odpowiedziała na pytanie.
Zamiast tego wysłała swojego giermka. Wójta.
Tak jak w średniowieczu – królowa nie schodzi do ludu, tylko posyła posłańca z pergaminem. Tylko że, Panie Władzo, z całym szacunkiem… Amerykanie mają na takie wyjaśnienia jedno krótkie, techniczne określenie:
„bullshit”. I nie chodzi o anglistykę. Chodzi o wiarygodność.
Panie Wójcie, niech się Pan szanuje. Serio.
Ja wiem, że Pani Przewodnicząca jest mądrzejsza, szybsza i potrafi jednym spojrzeniem zamienić dorosłego faceta w ucznia podstawówki. Wiem, że trzeba być grzecznym.
Ale może zamiast być grzecznym – warto być samodzielnym?
Oprzeć się na ludziach mądrych, silnych, którym zależy na gminie, a nie na stołkach i dietach. Wtedy jeszcze może Pan wyjść na człowieka. Bo na razie wygląda to trochę jak polityczny „program praktyk zawodowych”.
A chce się Pan pośmiać?
To proszę bardzo.
Ja potrafię się przyznać do błędu.
Dalej uważam, że numer z dyrektorem GOK był prawnie wątpliwy jak paragon z bazaru.
Ale facet? Z jajami. Ambitny. Z pomysłami. I – co mówię z bólem serca – ogarnięty.
Może zamiast pod nim dołki kopać, pogadać z nim jak z człowiekiem?
Bo jak ktoś potrafi wygrać z lokalną władzą, to znaczy, że coś w nim jednak jest.
A teraz crème de la crème.
Mamy w gminie Katarzynę Tomczyk.
Prywatnie – sympatyczna osoba. Politycznie – kombajn. Miało być lepiej. Bez prywaty. Bez nepotyzmu. Bez sterowania z tylnego siedzenia.
A wyszło jak zawsze: kierownica z tyłu, a kierowca z przodu tylko trzyma ręce na kole, żeby ładnie wyglądało.
Umysł ostry. Upór jak beton. Charakter „po trupach do celu”.
Przy odwołaniu Wiesława – graliśmy pierwsze skrzypce. A dziś?
Najlepsza fucha w gminie:
nic nie odpowiadać, a wszystkim sterować.
Radni? W większości jak uczniowie na wycieczce – „proszę pani, a możemy głosować?”. Ludzie czasem mądrzy, z dobrymi intencjami, tylko że wpadli w układ jak w kredyt hipoteczny – łatwo wejść, wyjść trudniej.
To trochę jak sekta. Albo Amway.
Każdy wie, że coś jest nie tak, ale nikt nie wie, jak powiedzieć „dobra, wysiadam”. A przecież wystarczyłoby po ludzku: „pomyliłem się, chcę to naprawić”. Naprawdę. To nie boli.
Z rozmów z pracownikami wychodzi ciekawy obraz: do końca 2024 – druga szefowa urzędu. A właściwie pierwsza. Wójt? Siedział grzecznie i potakiwał. 99 na 100 razy. Potem próbował się usamodzielnić.
Jak nastolatek uczący się jeździć bez bocznych kółek. Trochę krzywo, trochę w krzaki.
A teraz najlepsze. Historia z uchwałą. Radni dostają projekt. Są błędy.
Padają pytania. Sekretarz mówi: „poprawimy”.
I co? Cisza. Zero informacji. Zero aktualizacji. Zero maila.
Radni głosują starą wersję (CO NAJMNIEJ 2 Z NICH NIE BYŁO NA KOMISJI I NIE WIEDZĄ O ZMIANACH”.
A potem… magia.
Uchwała po głosowaniu zaczyna żyć własnym życiem. Paragrafy się zmieniają. Treść się wygładza. Błędy znikają. Normalnie Photoshop, tylko w prawie miejscowym.
Nazywajmy rzeczy po imieniu:
edycja przegłosowanej uchwały.
Bez pełnomocnictwa. Bez decyzji Rady. Bez słowa.
Cicho. Po kątach. Jak poprawianie klasówki po oddaniu.
I to jest ten moment, w którym człowiek przestaje się śmiać.
Bo to już nie kabaret. To jest po prostu niebezpieczne.
Najgorsze? To wszystko można było załatwić uczciwie. Mail do radnych.
„Słuchajcie, były błędy, poprawiliśmy, przegłosujmy jeszcze raz.”
Koniec. Temat zamknięty. Ale nie. Bo tu nie chodzi o gminę. Nie o prawo.
Nie o mieszkańców. Tu chodzi o władzę z drugiego rzędu i wizerunek bez rysy/skazy.
Wójcie, podtrzymuję nasze ustalenia. Jeśli ta polityczna telenowela się skończy i Pani Przewodnicząca zniknie z pierwszego planu – deklaruję współpracę. Pół roku spokoju. Naprawiajcie. Porządkujcie. Róbcie robotę.
Bo póki co mamy gminę, która wygląda jak kabaret.
Tylko bilety – niestety – wszyscy płacimy obowiązkowo.
