Pani Przewodnicząca nie odpowiedziała. Ok, nie musi się schylać do poziomu maluczkich. Ale maluczcy mogą jutro podsumować, co się w Radzie dzieje.
A na razie małą analiza materiałów dotyczącej jednej uchwały, która będzie głosowana w wtorek.
We wtorek radni znów pochylą się nad uchwałami dotyczącymi dochodów Gminy. A konkretnie – nad tym, ile maksymalnie można darować z odpadów jednej grupie. Dosłownie i w przenośni. I nie są to mieszkańcy.
Temat z gatunku „śmieciowy”, ale emocje jak przy budżecie państwa.
Przeglądam protokoły z komisji z 24 listopada, oglądam sesję z 26 listopada, czytam materiały na 27 stycznia i mam wrażenie, że uczestniczę w jakiejś grze terenowej. Dokumenty się pojawiają, znikają, stawki rosną, maleją, a logika robi sobie urlop.
I na usta cisną się pytania.
Pierwsze – dość podstawowe, dlaczego po komisji, na której uchwała dotycząca stawek maksymalnych nie uzyskała akceptacji (9 przeciw i 5 wstrzymujących się), nikt nie wstawił nowego projektu na stronę?
Dlaczego mieszkańcy nie mogli zobaczyć aktualnej wersji i zadać pytań, tylko zostali zaskoczeni na sesji jak uczniowie kartkówką z materiału, którego nie było w podręczniku?
Transparentność w wersji „niespodzianka”.
Drugie pytanie jest już matematyczne, a matematyka – jak wiadomo – bywa bezlitosna.
Spójrzmy na liczby dotyczących zmian w stawkach dla różnych grup w latach 2023-2026 w kwotach brutto:
My, zwykli mieszkańcy: 29 zł → 34 zł/osoba, czyli wzrost 17%.
Inflacja, koszty, trudne czasy – rozumiemy.
Ale teraz magia zaczyna się gdzie indziej.
Gmina i nadleśnictwo: 292 zł/m³ w 2023 → 21.11.2025, najpierw 833 zł → potem 26.11.2025, 250 zł + VAT =307,50 zł → a teraz 27.01.2026 ma być 250 zł/m³. Czyli… finalnie taniej niż w 2023 roku o 17%.
To samo przy odpadach niesegregowanych – po całej tej operze mydlanej wychodzi… taniej niż trzy lata temu. 583 zł/m³ → 21.11.2025, najpierw 1250 zł → potem 26.11.2025, 500 zł + VAT = 617 zł → a teraz 27.01.2026 ma być 500 zł/m³. Czyli… finalnie taniej niż w 2023 roku o 17%.
Za to stawka na wywóz z szamb wzrasta o 23%, a oczyszczalnie drożeją spektakularnie, niemal kosmicznie bo, aż o 231%.
Czyli tam, gdzie płaci mieszkaniec – w górę.
Tam, gdzie płaci urząd, instytucje publiczne i nadleśnictwo – w dół.
Przypadek?
No oczywiście. Tak samo jak przypadkiem zawsze pada, gdy umyjesz samochód.
Na komisji słyszeliśmy, że system się nie bilansuje, że koszty rosną bo muszą, że dramat, że Excel płacze, a worki na śmieci mu wtórują.
A jednak nagle stawki dla wybranych spadają.
Więc jak to się zbilansuje? Cudów nie ma:
Albo:
– rzadziej wywozimy śmieci,
– trudniej będzie oddać gabaryty, materiały budowlane
– PSZOK działa „jak się uda”,
albo:
– dopłacamy z budżetu.
A budżet, przypominam, nie rośnie na drzewach. To wciąż nasze pieniądze. Tylko przepakowane. Z kieszeni lewej do prawej.
Efekt?
Czujemy ulgę, bo „stawki spadły”, a potem okazuje się, że zabrakło na drogę, szkołę, chodnik albo świetlicę.
Czyli płacimy tak samo – tylko mniej widać.
Chciałbym więc usłyszeć konkrety:
– o ile wzrósł deficyt po zmianie stawek dla mieszkańców między propozycją UG w dniu 21.11, a stawka ustaloną w dniu 24.11, z czego zostanie pokryty?
– ile mniej wpłynie po obniżkach dla gminy i nadleśnictwa (obiekty nie zamieszkane) między stawką z 21.11, a tą z nadchodzącego wtorku, z czego deficyt zostanie pokryty?
Bo matematyka jest brutalna: budżet jest jeden. Jeśli ktoś płaci mniej, ktoś inny płaci więcej.
I dziwnym trafem tym „kimś” prawie zawsze jesteśmy my – mieszkańcy.
Naprawdę podziwiam tę inżynierię finansową. Z odpadów robi się złoto. Tyle że nie w naszych portfelach.
A tak w ogóle — zanim zaczniemy ustalać kolejne stawki, podnosić, obniżać, mieszać i przeliczać na trzy sposoby — mam jedno, bardzo przyziemne pytanie:
kto właściwie kontroluje wywóz odpadów?
Bo z tego, co wiemy (a wiemy zaskakująco dużo z rozmów pod sklepem i z obserwacji spod bramy), system wygląda mniej więcej tak:
przyjeżdża śmieciarka, patrzy, bierze wszystko jak leci. Kod, worek, frakcja? To raczej sugestia niż zasada. Segregacja po polsku.
Tymczasem w protokole dumnie stoi, że Wójt się skarży, że rok do roku ilość bioodpadów wzrosła z 34 do 41 ton.
Siedem ton więcej. Brzmi poważnie. Prawie jak sukces w zbiórce złomu w latach 80. Tylko że brakuje jednego drobiazgu. Takiego szczególiku.
Takiej malutkiej informacji, którą normalnie ktoś powinien zadać w pierwszym pytaniu.
Skąd te bioodpady właściwie się wzięły?
Bo jeśli z nieruchomości, które normalnie płacą za odbiór pełną stawkę — no to wszystko jasne. Płacą, oddają, system działa. I nikomu nic do tego.
Ale jeśli z nieruchomości z kompostownikiem… to zaczyna się lekki kabaret.
Bo przypomnę: kompostownik to w teorii „bio zostaje na działce”.
Nie ma worków. Nie ma kodów. Nie ma odbioru.
Więc jakim cudem te odpady magicznie pojawiają się w statystykach?
Teleportacja?
Bio-duchy?
A może kompostownik w wersji „teoretycznej”, czyli stoi skrzynka, a reszta i tak jedzie do śmieciarki? Ale jak do tej śmieciarki wpada ?
Ktoś tu czegoś nie dopowiedział.
Albo system jest tak szczelny jak sito. Albo statystyki powstają metodą „na oko plus VAT”.
Najbardziej urocze jest to, że nikt z radnych nie zapytał. Siedem ton więcej, a łącznie 41 ton i cisza. Gdyby to było siedem ton ziemniaków, już mielibyśmy komisję śledczą. Ale że bio? To widocznie samo rośnie.
Im dłużej patrzę na tę gospodarkę odpadami, tym bardziej mam wrażenie, że to nie system, tylko performance artystyczny.
Wszyscy coś liczą, nikt niczego nie sprawdza, a na końcu i tak płaci mieszkaniec.
Segregujcie sumiennie, drodzy Państwo.
Reszta najwyraźniej i tak trafia do kategorii: „jakoś to będzie”.
Wtorek zapowiada się ciekawie. Sesja o śmieciach, a zapach… polityczny.
A co do danych jakie były przedstawiane to mam uzasadnione wątpliwości, iż pracownik odpowiedzialny za ochronę środowiska, Pan N. może nie mówić prawdy. Z pełną świadomością mówię, iż wielokrotnie oszukiwał, co mogę udowodnić na emailach. Powiem więcej ten bałagan z roku 2025, który teraz podobno próbuje rozwiązać Gmina, a jeżeli do końca stycznia sobie nie poradzi, to od lutego zapewne trafi na wokandę, to wg mnie jego wina.