Bezrobocie w Gminie rośnie

Główny Urząd Statystyczny podał nowe dane i – niespodzianka – bezrobocie w Gminie rośnie.
Było już tak ładnie od 2022, spadało, człowiek prawie uwierzył, że żyje w kraju mlekiem i miodem płynącym… a tu od 2024 klasyczne „a jednak nie”. Dlaczego od 2024 jest gorzej? „Tego jeszcze nie wie nikt” – jak śpiewał Bohdan Łazuka w 1982 roku 😊.

Mało tego – mamy wyższy wskaźnik niż średnia krajowa. Czyli jak już coś robimy, to nie w półśrodkach – od razu ponad średnią.

Przykro.

Ale spokojnie – idzie majówka. Temperatura 20+, trzy dni wolnego, grill, grabie i egzystencjalne przemyślenia między kiełbasą a chwastami.
Bo pamiętajcie: po najdłuższej zimie przychodzi wiosna. Przetrwaliśmy rozbiory, wojnę i socjalizm, to i statystyki przetrwamy. W końcu jesteśmy narodem, który potrafi zrobić obiad z niczego i jeszcze zaprosić gości.

Teza mojej dysertacji naukowej:

Bezrobocie jest dowodem sukcesu i rosnącej atrakcyjności naszej gminy.

Tak, wiem – brzmi jak grant z kosmosu, ale trzymajcie się faktów:

Założenia:

  • Senior nikogo nie zwalnia
  • Junior ciągle zatrudnia, jakby miał prywatny fundusz odbudowy
  • Ludzie do gminy przybywają (dziękujemy, Główny Urząd Statystyczny)
  • Bezrobocie rośnie

Wniosek (po analizie na poziomie „Excel + kawa z wkładką”):
Nowi mieszkańcy to… bezrobotni.

Logika? Żelazna. Na tym etapie nie wypada już dyskutować z nauką.

Dlaczego przyjeżdżają?

Po pogłębionych badaniach terenowych (czytaj: rozmowy przy sklepie i ławce na wzór dyskusji w Ranczu) wyłania się obraz migracji za marzeniem:

  • robi się cieplej – klimat zbliżającego się lata sprzyja przetrwaniu
  • lasy i jeziora – darmowy catering w wersji „zbierz i zjedz” do tego mozliwość utrzymania czystości na najwyższym poziomie, oczywiście wg ostatniej uchwały Rady Gminy tylko środki ekologiczne
  • nisza usługowa – czyli Eldorado dla przedsiębiorczych

A teraz crème de la crème – pomysły biznesowe przyszłych rekinów lokalnej gospodarki przybywających do gminy:

Start-upy przyszłości

1. Gastronomia mobilna premium
Model biznesowy: autostop do Augustowa → Biedronka → pierogi + kiełbasa → ognisko → marża x3
Zero kosztów energii. Ekologicznie. Innowacyjnie. Prawie jak startup z Doliny Krzemowej, tylko bardziej na dymie.

2. WC „Kwadrans” – sektor usług luksusowych
Brak toalet? To nie problem, to okazja inwestycyjna.

  • wynajem toi-toi w punktach premium
  • sprzedaż biletów wg kategorii czynności (pakiety rozszerzone w planach)
  • papier na listki – model subskrypcyjny w przygotowaniu

Jest też jasna polityka firmy:
„Nie akceptujemy własnego papieru klientów” – standard jak w restauracji.

W miejscach o niższym ruchu?
Opcja ekonomiczna: „na Małysza” – infrastruktura ziemna + marketing szeptany.

3. Mostek Experience™
Usługa adrenaliny z elementem ratownictwa.
Lina asekuracyjna + szybkie wyciąganie z kanału.
Turystyka przeżyciowa. Pakiet VIP: ręcznik gratis.

4. Sektor finansowy – wersja „bezgotówkowa, ale jednak gotówkowa”
Słyszałem też o planach rozwiązania problemu z bankomatem.
Na horyzoncie pojawiają się pierwsze lombardy, a młodsi migranci celują w nowoczesny model cinkciarstwa.

Jak to działa?
Turysta robi przelew BLIK na telefon przedsiębiorcy, a ten wypłaca gotówkę… po potrąceniu skromnych 25% opłaty manipulacyjnej.

Bankomat może i zniknął, ale sektor finansowy – jak widać – ma się świetnie.

Innowacja? Jest.
Marża? Jest.
Etyka? W trakcie konsultacji społecznych.

Podsumowanie naukowe

Bezrobocie rośnie, bo jesteśmy atrakcyjni.
Ludzie przyjeżdżają, bo widzą potencjał.
Potencjał jest – tylko jeszcze nie zdążył się zmaterializować. Ale spokojnie, jest w drodze. Prawdopodobnie autostopem.

Na koniec: śmiejmy się, bo alternatywą jest czytanie raportów do końca 😉

Miłej majówki – i pamiętajcie: statystyka statystyką, ale kiełbasa sama się nie zje.

teoria spiskowa ?

1 kwietnia gmina dostaje informację: w wodzie za dużo aluminium. Gmina: przekroczenie nie jest wielkie, świetnie, to nie trzeba nikomu mówić.

I tutaj teoria spiskowa czytelników. Ale czy na pewno spiskowa?

Nie da się ukryć, że wszystko dzieje się w samym środku awantury o pomysł wyłączenia wody w Wielką Sobotę, który Wójt wprowadzał w życie 2 kwietnia. Telefony się urywają, emocje rosną. Trzeba było całą akcje odwołać, ale bez przyznania się do winy. Więc naprawdę — czy to był dobry moment, żeby dorzucać ludziom jeszcze jakość wody?

Po co denerwować mieszkańców przed świętami takimi drobiazgami?
Po co psuć PR urzędu? Może samo się samo naprawi ?

Więc zapada decyzja: cisza.

Może temat zniknie szybciej niż świąteczne ciasta. A ludzie nie będą gadać przy świątecznym stole.

Problem jednak sam się znika, więc 17 kwietnia pojawia się komunikat. Jakiś taki słabiutki. Cicho, na stronie. Bez SMS-ów — bo przecież nie ma powodu robić zamieszania. W końcu napisaliśmy, a to, że nie wchodzą na stronę UG to ich problem.

Bo w tej gminie najważniejsze jest jedno: żeby mieszkańcy się nie denerwowali. Zwłaszcza wtedy, kiedy mogliby mieć powód.

A więc stawiamy pytanie. Czy mamy zaufanie do Wójta, że celowo nie „przeoczył” informacji? Ile jeszcze informacji przeoczył dotychczas?

28 dni później

Mamy 29 kwietnia. Minęło dokładnie 28 dni od ostrzeżenia Sanepidu dla UG Płaska.

Tytuł 28 Days Later pasuje do naszej sytuacji aż za dobrze.
Tam wirus rozprzestrzeniał się błyskawicznie.
U nas informacja – przeciwnie. Izolowana lepiej niż pacjent zero.

Mijały dni, tygodnie, a mieszkańcy żyli w błogiej nieświadomości.
W filmie przynajmniej było jasne, że jest zagrożenie.
Tutaj trzeba się go domyślać między wierszami komunikatu wrzuconego… po dwóch tygodniach. Na fajrant.

I teraz pytanie – czy to już koniec scenariusza, czy dopiero pierwszy akt?

Czy za chwilę dostaniemy lokalne „28 tygodni później” – kiedy zaczną się problemy zdrowotne, o których nikt wcześniej nie raczył poinformować?

A może „28 lat później” – tylko zamiast zombie będzie odpływ mieszkańców, bo ile można żyć w miejscu, gdzie woda pitna staje się grą losową?

Bo różnica między filmem a rzeczywistością jest taka, że tam to była fikcja.
A u nas ktoś ten scenariusz pisze na bieżąco.

Gwoli przypomnienia – żeby nasz Wójt Michał Piotr Skubis, znany również jako:
„Najwyższy Strażnik Kranu i Studni”,
„Wielki Zarządca Parametrów”,
„Arcymistrz Komunikatów Po Fakcie”
– nie musiał za chwilę poprawiać historii.

Ja rozumiem, że narrację też można „uzdatniać”.
Tylko tu chodziło o wodę.

Po kolei:

  • 1 kwietnia (to nie był żart) – UG dostaje informację o problemie
  • do 17 kwietnia „góra” wie wszystko. „Dół”? Hartuje zdrowie
  • 17 kwietnia – komunikat na stronie. SMS-y przychodzą o wszystkim, tylko nie o tym

I nagle wszyscy tracą głos.
„Wspólna Sprawa” – milczy.
Pani Przewodnicząca – milczy.
Widocznie aluminium w wodzie nie wpływa na zdolność do milczenia.

  • najsłabsi dostają „mikroelementy”, a Wójt prowadzi politykę zero emisji informacji
  • 20 kwietnia – Sanepid mówi wprost: jest źle, a mieszkańcy dowiedzieli się po 3 tygodniach
  • 28 kwietnia – Płaska „podobno” wraca do normy. Gruszki? Nie. Dalej eksperyment

Badania Sanepidu sprawdzające informację z Gminy? Podobno 30 kwietnia.
Wyniki? Niestety po majówce.
Idealnie – turyści przyjadą, napiją się i wyjadą… z doświadczeniem.

Strategia informacyjna?
„Jak się nie zapytają, to się nie dowiedzą”.

Mieszkańcom Gruszek – współczuję.

A teraz najlepsze.
Ktoś mi napisał: „Wójt ma doktorat, więc wie co robi”.

No to zajrzałem do tej nauki.
I kiedy w podobno „poważnej” pracy trafiam na kadr z Pokémon GO z dumnie stojącym Snorlax…

…to już wiem.

To nie jest brak informacji.
To jest rozszerzona rzeczywistość.

Parafrazując pewien świetny skecz: A co tu będzie takie, a gdzie oto piciu będzie? Ooo, to ja by też chciała, żeby piciu.

Kto stoi obok Pokemona 🙂 .

A dla tych, którzy dotrwali do końca i chcą zobaczyć „know-how”:

https://bip.ue.poznan.pl/download/attachment/1409/rozprawa-doktorska-mgr-m-skubisa.pdf

Praca z 2022 roku, a już lekko pachnie muzeum.
Technologia poszła do przodu, a tu raczej spacer, nie sprint.

To nie jest żadna rewolucja.
To klasyka gatunku:

  • zero konkretnego studium przypadku
  • zero eksperymentów
  • zero danych z realnego użycia
  • za to dużo ankiet i „intencji” (czyli: ludzie mówią co by zrobili)

A jak wiadomo – między „powiedziałem w ankiecie”, a „zrobiłem w realu” jest mniej więcej taka różnica jak między komunikatem gminy a rzeczywistością.

Podsumowanie?
Praca, która coś tam wnosi – ale raczej kosmetykę, nie zmianę gry.
Inspiracja? Może.
Gotowe rozwiązania? Nie.

I teraz najlepsze – w branży jest taki ironiczny przepis na szybki doktorat:

Weź model UTAUT
Dodaj 2–4 zmienne (np. zaufanie, ryzyko, satysfakcja)
Zrób ankietę
Potwierdź oczywiste oczywistości
Opublikuj

    Bonus o przemijaniu czasu, dogadywaniu się starej władzy z nową i trwaniu sekretarza

    Wielu z nas z oburzeniem patrzy na to, co dzieje się w wielkiej polityce. Politycy kłócą się, obrzucają błotem, wieszają na sobie psy i z mównicy mówią o katastrofach moralnych, upadku państwa i konieczności natychmiastowych rozliczeń.

    A potem kończy się transmisja, gasną kamery i… wszyscy jakoś potrafią razem siedzieć przy jednym stole. Bo polityka, jak wiadomo, to nie jest wojna – to raczej coś w rodzaju rodzinnej sprzeczki. Trochę hałasu, trochę teatru, a potem i tak wszyscy wiedzą, że jutro znowu trzeba razem funkcjonować.

    Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przegrana w wyborach rzadko oznacza prawdziwą porażkę. W polityce spada się najwyżej o jedno piętro niżej. Krzesło może mniej błyszczące, gabinet może trochę mniejszy, ale wypłata wciąż taka, że nikt nie musi nagle przypominać sobie, ile kosztuje masło w promocji.

    Można by pomyśleć, że to domena wielkiej polityki. Tych z Warszawy, z telewizji, z wielkich konferencji.

    Ale czasem wystarczy obejrzeć stare nagrania z lokalnych sesji poprzedniej kadencji Rady. Tam dopiero można zobaczyć prawdziwy teatr. Wielkie słowa. Groźne miny. Wystąpienia pełne oburzenia. Padają oskarżenia, pojawiają się deklaracje, że „tak dalej być nie może”, że „trzeba wszystko wyjaśnić”, że „mieszkańcy zasługują na prawdę”. Słyszymy Panią Katarzynę Tomczyk jak grzmi o błędach i nieprawidłowościach.

    Brzmi poważnie. Wręcz dramatycznie.

    A potem mijają miesiące… Pani Katarzyna Tomczyk, Wspólna Sprawa dochodzi do władzy absolutnej i dzieje się coś niezwykłego. Nagle okazuje się, że polityczna pamięć potrafi wyparować szybciej niż kałuża w lipcowym słońcu. Tematy, które jeszcze niedawno były powodem moralnego oburzenia, rozpływają się gdzieś między jednym posiedzeniem a drugim.

    Ci, którzy wczoraj byli symbolem wszystkiego, co złe, nagle funkcjonują całkiem normalnie w nowej rzeczywistości. Nawet utrzymali stołki. Współpraca kwitnie, atmosfera robi się zadziwiająco spokojna, a dawne tyrady z mównicy brzmią dziś trochę jak nagranie z kabaretu.

    I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać:
    czy tamte wielkie słowa były naprawdę o zasadach… czy raczej o tym, żeby mikrofon dobrze zebrał dźwięk?

    Bo w naszej polityce często działa stara, prosta zasada:
    najgłośniej szczeka się wtedy, gdy nie ma się jeszcze władzy.

    A kiedy władza już przychodzi… nagle okazuje się, że nawet najbardziej bojowy pies potrafi bardzo szybko zmienić się w wyjątkowo zgodnego salonowego pupila.

    I tylko mieszkańcy patrzą na to wszystko jak na kolejny sezon tego samego serialu. Z tymi samymi aktorami. Z tym samym scenariuszem. I z tym samym finałem, który wszyscy już dawno znają.

    Rozdziobią nas kruki, wrony

    To już nawet nie jest gra o władzę. To jest gra o brak kontroli.

    „Wspólna Sprawa” — jak wynika z obserwacji sytuacji — najwyraźniej zmierza po ostatni brakujący element układanki: ostatni mandat w Radzie. Nie dlatego, że bez niego nie da się rządzić. Bo rządzić się już da. Decyzje przechodzą, ręce się podnoszą, narracja się zgadza. Problem polega na czymś innym — zawsze może znaleźć się ktoś, kto zapyta, zajrzy w papiery, wyciągnie niewygodne fakty.

    A tego, jak widać, trzeba się pozbyć.

    Mamy obraz Rady, która nie pełni funkcji kontrolnej, tylko dekoracyjną. Pojawiają się zarzuty o selektywny obieg dokumentów i ich ukrywanie przed radnymi . Pojawia się chaos decyzyjny, brak nadzoru, sytuacje, w których podstawowe obowiązki przestają być wykonywane. I to nie są jednorazowe wpadki — to jest schemat.

    W takim układzie ostatni niezależny radny to nie problem personalny. To problem systemowy.

    Dlatego jego odejście mówi więcej niż tysiąc wpisów.

    Bo jeśli ktoś, kto kierował się dobrem gminy, w pewnym momencie mówi „dość” i wychodzi, to znaczy, że poziom tego całego układu przekroczył granicę, przy której nie da się już udawać, że „jeszcze można coś zmienić od środka”.

    I teraz najciekawsze: kto wejdzie na jego miejsce?

    Bo to nie jest zwykłe „wejście do Rady”. To jest podpisanie się pod pewnym modelem działania. Modelem, w którym dokumenty nie zawsze trafiają tam, gdzie powinny, decyzje zapadają poza kontrolą, a odpowiedzialność rozmywa się jak atrament w wodzie.

    Mechanizm jest stary jak świat:
    najpierw „chodź, będziesz miał wpływ”
    potem „tu już nic nie zmienisz”
    a na końcu „byłeś częścią, więc odpowiadasz razem z nami”.

    I to jest właśnie największy paradoks tej sytuacji.

    Bo władza, która tak bardzo chce mieć wszystko pod kontrolą, jednocześnie szuka kogoś, kto tę kontrolę legitymizuje swoim nazwiskiem.

    Tyle że tu pojawia się problem.

    Bo każdy, kto choć trochę śledzi to, co wypływa na światło dzienne — czy to w kontekście inwestycji, finansów, czy zwykłego funkcjonowania urzędu — widzi, że nie mówimy o drobnych potknięciach, tylko o narastającym bałaganie i chaosie zarządczym .

    I teraz pytanie brzmi nie „czy ktoś się znajdzie”.

    Tylko:

    czy znajdzie się ktoś, kto zrobi to świadomie.

    Bo uczciwy człowiek ma dziś prosty wybór:
    wejść w układ, w którym nie ma realnej kontroli i ryzykować, że zostanie jego twarzą,
    albo zostać z boku i nie firmować czegoś, co — delikatnie mówiąc — zaczyna coraz bardziej przypominać zamknięty system wzajemnej ochrony.

    Nie chodzi o to, że „nikt uczciwy tam nie pójdzie”.

    Chodzi o to, że każdy, kto tam pójdzie, automatycznie będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, po której stronie stoi.

    Bo władza absolutna w gminie to nie jest wielkie hasło z podręcznika historii.

    To jest bardzo prosta sytuacja:
    nikt nie patrzy na ręce,
    nikt nie pyta,
    nikt nie sprawdza.

    A wtedy wszystko zaczyna działać… aż za sprawnie.

    Do momentu, kiedy przychodzi rachunek.

    I wtedy — jak zawsze — okazuje się, że odpowiedzialność jest zbiorowa.

    Ale decyzje były bardzo konkretne.

    Ja mogę Wam, wszystkim mieszkańcom Płaskiej obiecać, że jeżeli się znajdzie ktoś bez charakteru, powolny Wójtowi Skubisowi i Przewodniczącej Tomczyk tak jak reszta skompromitowanej Rady Gminy to będzie najbardziej zapracowanym radnym w historii Polski i będzie najbardziej publicznie rozliczanym radnym z swoich zobowiązań wobec mieszkańców. Wszystkie tematy jakie aktualnie są poruszane zostaną mu przekazane celem ich procedowania i eskalacji. I będzie z tego rozliczanym w tygodniowych interwałach. W końcu będzie to Radny, który mnie reprezentuje.

    Baśń okiem Stańczyka

    W pewnym grodzie, gdzie więcej mówiono niż robiono, a jeszcze więcej ukrywano niż mówiono, zasiadała rada możnych. Nazywali się Wspólną Sprawą, choć każdy widział, że bardziej chodziło o wspólne trzymanie się stołków niż sprawy.

    Przy długim stole, gdzie zapadały decyzje dla całego grodu, zostało jedno wolne miejsce.

    Jedno.

    Niby nic. A jednak wszystko.

    Bo reszta miejsc była już zajęta — przez tych, co kiwają głowami w odpowiednim momencie, przez tych, co wiedzą, kiedy milczeć, i przez tych, co nauczyli się nie zadawać pytań, na które nie ma odpowiedzi… albo nie powinno ich być.

    Na uboczu, trochę w cieniu, siedział Stańczyk. Nie jako radny, nie jako możny. Jako ten, który patrzy i rozumie.

    I śmiał się.

    Nie głośno. Nie dla wszystkich. Raczej pod nosem, jak ktoś, kto zna zakończenie tej historii, choć inni dopiero zaczynają ją pisać.

    — Szukają — mruknął. — Zawsze szukają.

    Bo rada rozpuściła wieść po grodzie:

    „Potrzebny radny. Ostatnie miejsce. Możliwość wpływu. Udział w rządzeniu.”

    Brzmiało dumnie. Brzmiało poważnie. Brzmiało… jak zaproszenie.

    Ale Stańczyk tylko pokręcił głową.

    — Nie radnego szukają — powiedział do nikogo i do wszystkich jednocześnie. — Szukają alibi.

    Bo każdy, kto siądzie przy tym stole, dostanie nie tylko miejsce. Dostanie też odpowiedzialność. Za decyzje, których nie podejmie. Za dokumenty, których nie zobaczy. Za sprawy, które już dawno zostały rozstrzygnięte — gdzie indziej, przy innym stole.

    A potem, gdy przyjdzie czas rozliczeń, usłyszy:

    „Przecież byłeś z nami. Przecież głosowałeś. Przecież wiedziałeś.”

    Nawet jeśli nie wiedział.

    Nawet jeśli nie miał jak wiedzieć.

    Stańczyk spojrzał na puste krzesło.

    — Najdroższe miejsce w całym grodzie — westchnął. — Płaci się za nie nie złotem, a twarzą.

    W grodzie szeptano już nazwiska. Jedni się wycofywali, inni udawali, że nie słyszą. Bo każdy, kto miał choć odrobinę rozsądku, wiedział, że to nie jest propozycja — to jest test.

    Test na to, ile jesteś w stanie przełknąć.

    I jak dużo jesteś gotów nie widzieć.

    A rada czekała cierpliwie.

    — Ktoś się znajdzie — mówili. — Zawsze się ktoś znajduje.

    Stańczyk uśmiechnął się krzywo.

    — Owszem — odpowiedział. — Zawsze.

    Po czym wstał, poprawił czapkę z dzwoneczkami i rzucił na odchodne:

    — Tylko potem nie mówcie, że nikt nie wiedział, przy jakim stole siada.

    I znów się zaśmiał.

    Tym razem trochę głośniej.

    Aha, bym zapomniał zapytać Wójta w sprawie wody

    Trzy tygodnie. Nie trzy godziny, nie trzy dni — trzy tygodnie od momentu, kiedy Sanepid stwierdził problem z wodą. I co się wydarzyło przez ten czas? Jeśli ktoś szuka spektakularnych działań, zdecydowanych decyzji i troski o mieszkańców, to niestety musi zmienić kanał, bo tutaj leciał raczej teatr ciszy. A w tej ciszy pojawia się jeden szczegół, który mówi więcej niż wszystkie komunikaty razem wzięte.

    Bo zgodnie z przepisami sprawa jest prosta jak konstrukcja cepa: jeśli gmina upora się z awarią i przywróci właściwe parametry wody, ma obowiązek poinformować o tym Sanepid. Ten przyjeżdża, bada próbki i oficjalnie potwierdza, że wszystko wróciło do normy. Prosta, zamknięta procedura. Tyle teoria.

    A praktyka? Dziś w Sanepidzie, po blisko trzech tygodniach, usłyszałem, że takiej informacji… nie ma. Nie wpłynęła. Nie została wysłana. Nie istnieje.

    Jeśli tej informacji nie ma, to są tylko dwie możliwości: albo ktoś świadomie nie dopełnia obowiązków (co samo w sobie jest kompromitujące), albo — i to jest wersja dużo bardziej prawdopodobna — nie ma czego zgłaszać, bo problem z jakością wody nadal istnieje.

    Czyli przez trzy tygodnie mieszkańcy funkcjonują w stanie lekkiej loterii: pijemy wodę czy eksperyment? Bo skoro nie ma oficjalnego potwierdzenia, że wszystko wróciło do normy, to równie dobrze możemy założyć, że nie wróciło. A to już przestaje być śmieszne, a zaczyna być podręcznikowym przykładem absurdu.

    I w tym całym chaosie pojawia się jeszcze jeden, bardzo znajomy element — priorytety. A właściwie ich specyficzna, lokalna interpretacja. Bo pieniądze, jak się okazuje, są. Na imprezy, na szanty, na wydarzenia, które pięknie prezentują się w mediach społecznościowych. Na inwestycje dla wybranych. Na drogi, które prowadzą donikąd, ale za to świetnie wyglądają na mapach projektowych. Na rozdawanie majątku gminy, jakby był nieskończonym zasobem. Ale kiedy przychodzi do czegoś tak banalnego, tak nudnego, tak kompletnie niefotogenicznego jak zapewnienie mieszkańcom bezpiecznej wody — nagle zaczyna brakować wszystkiego: pieniędzy, czasu, kompetencji, a przede wszystkim chęci.

    Tylu awarii co mamy w ciągu 12 miesięcy to nie było od wojny. Ale co zrobić skoro kasa idzie na niepotrzebne pierdoły.

    No ale czego się spodziewać, skoro zarządzanie gminą coraz bardziej przypomina prowadzenie profilu w social mediach. Tik Toki, Facebooki czy inne tfu .. Wspólne Sprawy. Liczy się przekaz, emocja, zasięg. Albo wazelina jak w ostatni poniedziałek. Problem w tym, że wody nie da się „ogarnąć” postem na Facebooku ani przykryć relacją z kolejnego wydarzenia. Tu trzeba działać, czasem szybko, czasem niewdzięcznie, bez oklasków i fleszy. I właśnie wtedy wychodzi różnica między zarządzaniem a odgrywaniem roli zarządzającego.

    Zresztą, nazwijmy rzeczy po imieniu — czy to w ogóle była „awaria”? Bo jeśli coś trwa tygodniami, to przestaje być incydentem, a zaczyna być systemem.

    Wiemy już prawie na pewno, że to awaria w stacji uzdatniania wody. Może za dużo koagulanta, może coś nie zagrało w filtracji, może ktoś czegoś nie dopilnował, a może po prostu nikt już nie kontroluje tego procesu tak, jak powinien. Każda z tych opcji prowadzi do tego samego wniosku: procedury bezpieczeństwa istnieją gdzieś na papierze, ale rzeczywistość dawno poszła w swoją stronę.

    I gdzieś w tym wszystkim pojawia się jeszcze jedna myśl, taka trochę naiwna, ale jednak wracająca jak bumerang — może ktoś się w końcu przyzna? Może powie: tak, zawaliliśmy, tak, to nasza odpowiedzialność. Ale to trochę jak oczekiwanie, że ogień nagle zacznie się dogadywać z wodą. Tu obowiązuje inna logika — przeczekać, rozmyć, zagadać. Bo może ludzie zapomną. Tylko że problem polega na tym, że o wielu rzeczach można zapomnieć, ale nie o tym, co leci z kranu każdego dnia.

    I dlatego najważniejsze pytanie wcale nie brzmi „co się stało”, tylko „dlaczego przez trzy tygodnie nikt nie uznał za konieczne doprowadzenia sprawy do końca i poinformowania, że woda znów jest bezpieczna”. A skoro tej informacji nie ma, to może odpowiedź jest prostsza, niż byśmy chcieli. Bo to już nie jest kwestia jednego błędu. To jest kwestia podejścia. A to — niestety — nie zmienia się ani szybko, ani przypadkiem.

    Plus że czytają, minus, że truli nas przez blisko trzy tygodnie

    Widzę, że dzisiaj pojawiła się wreszcie informacja o zagrożeniu w Gruszkach. Wójt oderwał się od swoich zespołów szantowych i wreszcie ruszył 4 litery żeby zadbać o zdrowie mieszkańców.

    A teraz cos bardzo ciekawego.

    Dzisiaj rozmawiałem z Sanepidem.

    GMINA PŁASKA DOSTAŁA INFORMACJĘ W DNIU 1 KWIETNIA I MIAŁĄ JĄ OGŁOSIĆ MIESZKAŃCOM. JAKI BUR..L MUSI BYC W GMINIE, JAKI BRAK EMPATII I LENISTWO, ŻE PRZEZ 17 DNI (A W PRZYPADKU GRUSZEK 19 DNI) NIKT NIE RUSZYŁ 4 LITER ABY POINFORMOWAC MIESZKAŃCÓW.

    Kochani, to nie jest już kwestia polityki czy sympatii – to jest kwestia naszego zdrowia i życia.

    Komunikaty i meldunki – Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Augustowie – Portal Gov.pl

    Nie trzeba być specjalistą, żeby zrozumieć, że brak natychmiastowego poinformowania mieszkańców o zagrożeniu wody to skrajna nieodpowiedzialność. A jeżeli to celowe to powinien być prokurator.

    Z każdą błahą sprawą potrafią przychodzić SMS-y – ale gdy pojawia się realne zagrożenie zdrowia, zapada cisza. Ja żadnego ostrzeżenia nie otrzymałem. Informację opublikowano na stronie 17 kwietnia, a ja znalazłem ją dopiero 19 kwietnia czyli po kolejnych dwóch dniach. Dwa dni, w których mogłem dalej nieświadomie spożywać wodę niespełniającą norm.

    Sanepid wydał ostrzeżenie 1 kwietnia, a informacja pojawia się 17 kwietnia. Jak to w ogóle możliwe? Dlaczego mieszkańcy nie zostali poinformowani natychmiast?

    My W Płaskiej, Gorczycy i Strzelcowiźmie byliśmy narażeni ponad normy na granicy tego co uważałbym za dawkę tragicznie wielką, woda była na poziomie do 0,252 mg/l czyli toksyczna i powyżej absolutnej normy 0,200 mg/l. Jednak w Gruszkach mogła dochodzić, do 0,299 mg/l. Może dlatego w Gminie się chyba przestraszyli i ostrzeżenie o Płaskiej dali ale tego ostrzeżenia o Gruszkach nie dali na stronie. Ja gdybym mieszkał w Gruszkach naprawdę bym się bał i wkurzyłbym się.

    Dodatkowo – zauważyłem zmiany w wodzie: pienienie się, inny wygląd. To tylko potwierdza, że coś się działo.

    Szczególnie niepokojące są dane dotyczące poziomu glinu (aluminium).
    Maksymalna dopuszczalna norma w Polsce to 0,200 mg/l – a wartości zbliżające się do tej granicy są już sygnałem alarmowym. My je przekroczyliśmy. Szkoda tylko, że rodzice małych dzieci nie wiedzieli.

    A mówimy o substancji, której nadmiar:

    • wpływa na układ nerwowy (pamięć, koncentracja, ryzyko chorób neurodegeneracyjnych),
    • może powodować zmęczenie, bóle głowy, problemy żołądkowe,
    • odkłada się w organizmie (m.in. w mózgu i kościach),
    • jest szczególnie niebezpieczna dla osób chorych.

    Najbardziej współczuję mieszkańcom miejscowości, gdzie wartości były najwyższe – bo to oni byli najbardziej narażeni.

    To nie jest hejt. To są pytania, na które mieszkańcy mają prawo znać odpowiedzi:

    • Dlaczego nie było natychmiastowego powiadomienia SMS?
    • Dlaczego informacja pojawiła się z takim opóźnieniem?
    • Co dokładnie wydarzyło się w stacji uzdatniania wody?
    • Jakie działania zostały podjęte, żeby to się nie powtórzyło?

    Nie zgadzam się na sytuację, w której ktoś decyduje o naszym zdrowiu bez naszej wiedzy.
    Mamy prawo do informacji. Natychmiastowej, rzetelnej i pełnej.

    Jestem ciekawy ile osób wiedziało? Ile spożywało wodę butelkową lub wywiozło pociechy z zagrożonych miejscowości.

    Niedzielne przemyślenia część druga

    Miało być spokojnie, ale jak zwykle — wyszło ciekawie.

    Bo kiedy człowiek zaczyna patrzeć trochę uważniej, to nagle okazuje się, że życie gminne przypomina bardziej spektakl niż zarządzanie.
    Z podziałem na role, scenę i — co najważniejsze — widownię.

    Zacznijmy od sceny. Dosłownie.

    Rock Water.

    Wójt się wycofał. I bardzo dobrze. Każdy powinien robić to, w czym jest najlepszy.
    Jedni ogarniają zaplecze, inni dobrze wychodzą na zdjęciach.

    Scena, mikrofon, flesze — to jego życie i jedyna droga, więc niech tak zostanie.
    Organizacja, odpowiedzialność i dopinanie szczegółów — to już trochę inna bajka.

    Zostaje tylko jedno pytanie, które zawsze wraca jak bumerang: kto będzie odpowiadał, jeśli coś się posypie? Kozioł ofiarny być musi, więc niedługo się okaże.

    Bo doświadczenie życiowe podpowiada prostą zasadę: sukces ma wielu ojców, a porażka… bardzo szybko zostaje adoptowana przez ciszę.

    Pan Grzegorz na FB wydał oświadczenie? Piękne, wyciskające łzy z powodu jego straty tzn. wyrzucenia na zbity … .
    Przekazanie, rozwój, nowe standardy, ograniczony czas — wszystko brzmi jak podręcznik do zarządzania. A między wierszami?

    „oddaję stery, ale nie wypuszczam ich do końca z ręki”

    Na wszelki wypadek. Bo może zawalą i wrócę na białym koniu jako zbawiciel. Bo życie lubi robić zwroty akcji.

    Zejdźmy ze sceny na asfalt.

    Remont ulicy 3 Maja. Świetnie. Każdy remont cieszy.

    Tylko pojawia się drobny szczegół: dlaczego akurat ta ulica?

    Bo jeśli zestawić:

    • 70 adresów przy 3 Maja
    • 250–300 przy Orlej

    i dorzucić stan nawierzchni… to nagle matematyka przestaje być nauką ścisłą.

    Orla — w piątek mogliśmy zobaczyć jak działa łopata, asfalt na zimno i modlitwa, żeby wytrzymało do zimy.
    3 Maja — spotkania, plany, rozmowy.

    Czyli klasyczny przykład tego, że priorytety to pojęcie bardzo… elastyczne.

    Bo dobry gospodarz zaczyna od tego, co najbardziej zniszczone i najbardziej potrzebne.

    Chyba że stosujemy inną szkołę zarządzania najpierw wygoda jednej osoby, potem reszta

    A teraz część, w której zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

    Trzy tematy z gatunku „remontowo-inwestycyjno-zaniedbaniowego”.

    1. Szkoła i niewidzialni podwykonawcy

    Remont się kończy. Firma kończy. A właściwie — kończą podwykonawcy.

    Ci sami, których — jak twierdzi Wójt — „na budowie nie ma”.

    To ciekawe, bo ja ich widzę. Regularnie.
    Więc mamy dwie opcje albo mam halucynacje albo ktoś trochę przesadza z rzeczywistością

    Przyjrzałem się zewnętrznemu wykonaniu i powiem tak:
    zaczynam rozumieć, skąd się biorą te wszystkie „plotki” o potencjalnych problemach z odbiorem. Bo czasem plotka to po prostu fakt, który jeszcze nie zdążył przejść przez oficjalne kanały. No ale spokojnie — zawsze istnieje opcja, że wszystko zostanie uznane za idealne.

    Zwłaszcza jeśli rzeczywistość trzeba będzie lekko… dopasować albo w trakcie poszukiwań sponsora na Rock Water.

    A że przy okazji koszty wzrosły o 100 tysięcy przy stałej umowie i inflacji na poziomie 3,6%?

    No cóż. Widocznie matematyka też ma swoje lokalne odmiany.

    2. Wodociąg — czyli jak 100 robi się 200

    Wymiana wodociągu.

    Z 100 tysięcy robi się 200 000 zł ? Panie Wójcie naprawdę? 100%b niedoszacowania albo krótkie zajrzenie do wykopu i stwierdzenie, ze jest bardzo źle. Panie Wójcie mam rację ? Mamy potencjalny wydatek, a kasy nie ma ?
    Pytanie brzmi czemu taki wzrost. Stanie Wójt w prawdzie i powie ?

    co dokładnie się wydarzyło?

    Bo możliwości jest kilka:

    • ktoś źle policzył
    • ktoś czegoś nie doczytał
    • albo rzeczywistość znowu okazała się „bardziej skomplikowana”
    • Rock Water ?

    Najlepsze w tym wszystkim jest to, że efekt widzą wszyscy, ale odpowiedzialność — jak zwykle — znika gdzieś po drodze.

    3. Remiza i gra losowa

    Remiza.

    Minęło trochę czasu od 31 grudnia 2025 roku, gdy obiecał Pan sprawdzić, gdy powiedziałem Panu przy prawniku że zawaliliście..
    Czy już wiemy, kto zawalił sprawę i dlaczego nie skorzystano z polisy OC sprawcy? Przegapiliśmy terminy ? Czy nadal gramy w klasyczną gminną grę kto ostatni dotknie tematu, ten przegrywa?

    Bo na razie wygląda to jak losowanie:

    entliczek-pentliczek… Na kogo wypadnie — ten będzie winny.

    A jak się dobrze poszuka, to zawsze znajdzie się ktoś, kto „bardziej pasuje”.

    Na końcu zawsze zostaje to samo:

    Na papierze — sukces.
    W komunikatach — rozwój.
    W rzeczywistości — coraz więcej znaków zapytania.

    I może właśnie dlatego coraz więcej osób przestaje słuchać tego, co Pan mówi.

    A zaczyna patrzeć na to, co Pan robi. Bo to drugie — w przeciwieństwie do narracji — trudniej przykryć. Nawet dywanem.

    Niedzielne przemyślenia część pierwsza. Część druga za 3h

    Niedziela. Miało być spokojnie. Wyszło jak zwykle.

    Człowiek myśli: pojedzie do Strzelcowizny, msza, spacer, świeże powietrze. A tu przy okazji trafia na lokalne „case study” pt. jak zmienia się narracja, kiedy zmienia się stanowisko.

    Parking przy kościele — pamiętacie temat?
    No właśnie. Zobaczyłem go pierwszy raz. Ten sam, który jeszcze w 2024 roku był przykładem wszystkiego, co złe. Katarzyna Tomczyk grzmiała, krytykowała, wytykała poprzedniej władzy.

    A dziś?
    Cisza. Spokój. Projekt sama zrealizować, nie patrząc na prawne defekty i nagle jakby temat mniej przeszkadzał.

    Widocznie beton szybciej twardnieje niż poglądy.

    Sam parking?
    Powiedzmy tak: gdyby to była wizytówka inwestycji, to raczej taka, którą trzyma się w szufladzie. Najlepiej wyszło dojście do kościoła — reszta wygląda, jakby zabrakło albo pomysłu, albo chęci, albo jednego i drugiego.

    Ale to jeszcze nic. Przejdźmy do rzeczy poważniejszych.


    Krążą informacje, że pani zastępca wójta żegna się ze stanowiskiem.

    Oficjalny kontakt z zainteresowaną i … — wiadomo — „nie można potwierdzić ani zaprzeczyć”.
    Czyli klasyka: wszyscy wiedzą, nikt nie mówi. Chociaż mądrej głowie dość po słowie.

    I teraz najlepsze.
    Bo jeśli ktoś próbuje sprzedać historię o przeciążeniu obowiązkami i trosce o profesjonalizm… to naprawdę trzeba mieć dużo dobrej woli, żeby w to uwierzyć. Chyba, że dochodzą czynniki o których się nie mówi.

    Zakres obowiązków znany od maja 2025.
    Minęło 11 miesięcy.
    I nagle: „to jednak za dużo”?

    To co się zmieniło — obowiązki czy rzeczywistość?

    Sukcesy zastępcy? No właśnie.
    Bo były dwa główne przekazy Naszego miłościwie panującego Michała Skubisa.

    Pierwszy: podniesienie bezpieczeństwa Gminy.
    Tylko że jakoś mieszkańcy nadal widzą to samo co wcześniej — hałas, crossy, policja przyjeżdża do nas tylko na spacer i brak realnej reakcji.

    Drugi: wielkie dofinansowanie na wodociąg.
    Brzmi dobrze, dopóki nie zapyta się: dla kogo konkretnie?

    Bo z tego co widać, pieniądze popłynęły głównie do:

    • Nadleśnictwa Szczebra
    • i kilku gospodarstw w Wysokim Brzegu

    Powiedzmy to wprost — większość tych pieniędzy nie trafiła do mieszkańców gminy. Raczej końcówka.
    Tak po prostu. Bez owijania.

    Za końcówkę środków udało się dociągnąć wodociąg do Suchej Rzeczki. Sukces? No prawie.

    Bo na uroczystym otwarciu sam sołtys powiedział wprost, że połowa sołectwa nadal nie ma dostępu do wody z wodociągu.

    Serio.
    XXI wiek. Podlasie. Polska. Woda — dalej luksus.

    Ale spokojnie — przecież był odbiór, była wstęga, zdjęcia pewnie też były. Czyli wszystko się zgadza.

    Tylko rzeczywistość jakby mniej współpracuje z narracją.

    Panie Wójcie, wszyscy wiemy, jak to powinno wyglądać.
    Najpierw woda dla wszystkich mieszkańców Suchej Rzeczki.
    Dla wszystkich !!!!!!

    A dopiero potem — jeśli coś zostanie — można się bawić w inne inwestycje.

    Tymczasem wyszło trochę odwrotnie.

    Bo na Wysokim Brzegu, gdzie trafiła większa część środków, naprawdę trudno uwierzyć, że bez tej inwestycji świat by się zatrzymał. Kanalizacja? Oczywiście, że potrzebna. Ale może niekoniecznie kosztem ludzi, którzy do dziś nie mają podstawowego dostępu do wody.

    Zwłaszcza że — umówmy się — mieszkańcy Wysokiego Brzegu mają dokładnie taką samą przemianę materii jak reszta gminy.
    I jakoś ponad 2000 mieszkańców radzi sobie bez kanalizacji.
    Z szambami. Z oczyszczalniami. Da się. A kanalizacji żaden mieszkaniec Gminy, który ma obecnie ponad 18 lat nigdy nie zobaczy. NIGDY !!!!

    Ale w Suchej Rzeczce?
    Tam dalej nie da się odkręcić kranu i mieć wody.

    Priorytety się komuś pomieszały. Najwyraźniej.

    No i pojawia się pytanie, którego nikt oficjalnie nie zada.
    Dlaczego proporcje wydatków wyglądały właśnie tak?

    Czy to była kwestia decyzji inwestycyjnych…
    czy może — nazwijmy to delikatnie — „relacji” i „wdzięczności”?

    Bo jeśli ktoś zaczyna się zastanawiać, czy chodziło o jakieś zobowiązania ……….. albo odwdzięczenie się za różne formy wsparcia — na przykład przy projektach typu Rock Water — to naprawdę trudno się dziwić.

    Tylko że wtedy pojawia się kolejna refleksja:

    czy to był dobry interes dla gminy…
    czy tylko dla wybranych?

    Bo jedno trzeba przyznać —
    dla mieszkańców Suchej Rzeczki efekt jest dość jednoznaczny:

    woda nadal nie dla wszystkich.

    Ale za to narracja — pełen sukces.

    Czyli tam, gdzie potrzeby — delikatnie mówiąc — nie są najbardziej palące.

    A w tym samym czasie w Suchej Rzeczce ludzie dalej nie mają wodociągu.
    Ale spokojnie — na papierze wszystko się zgadza.

    Do tego dochodzi drobny szczegół:
    zwrot prawie 600 tysięcy złotych i ponad 30 tysięcy odsetek, które zapłaciliśmy i jak słyszę nikt się nie poczuwa do ich zwrotu. Tutaj sprawdza się stara zasada. Sukces ma wielu ojców, a porażka jest zawsze sierotą.

    Ale wiadomo — w urzędzie to pewnie też jakiś „nietypowy sukces”.

    I tu dochodzimy do rzeczy, która naprawdę daje do myślenia.
    Czyli ocen ludzi.

    Bo pamiętam bardzo dobrze, jak pewna Pani Katarzyna wypowiadała się na przykład o pani J. która zajmowała się przetargami. Krytyka była ostra, momentami wręcz bezlitosna.

    Tylko że z mojej perspektywy wyglądało to zupełnie inaczej.

    Ja panią J zapamiętałem jako osobę, która:

    • robiła swoje,
    • pomagała mieszkańcom,
    • i naprawdę starała się ogarniać sprawy najlepiej jak potrafiła.

    W piatek usłyszałem, że Pani D. jest na etapie uczenia, a z kontekstu wynikało, że nie ogarnia samodzielnie. Ja odniosłem wrażenie, że jest to miła osoba, która chce coś osiągnąć i się nauczyć, czego jej szczerze życzę. Jeśli czegoś nie wie — to od czego są szkolenia? Bo z tego co pamiętam, problemem było raczej to, że nikt zarówno jednej jak i drugiej Pani na takie szkolenia nie wysyłał.

    Więc pytanie jest proste:
    czy problem jest w pracownikach… czy w tym, jak zarządza się ludźmi?

    Dziś, patrząc na efekty, odpowiedź zaczyna się rysować sama.

    A skoro już o kadrach mowa — pamiętacie „super specjalistę” od przetargów?
    Tak, tego od zamówień publicznych, który wygrał konkurs w lutym. Na BIP Płaska dalej jest rozstrzygnięcie konkursu.

    Nawet co niektórzy na Linked In się trochę poreklamowali, że mają dobrą fuchę

    Oficjalna opinia Wójta Michała Skubisa o wybranym kandydacie brzmiała jak z podręcznika HR:
    pełne kwalifikacje, świetne predyspozycje, idealny kandydat.

    Tylko że w praktyce jakoś trudno zauważyć te spektakularne efekty.

    I znowu wraca to samo pytanie:
    czy problemem są ludzie… czy decyzje o ich zatrudnianiu?

    Bo mieszkańcy nie żyją komunikatami.
    Mieszkańcy widzą efekty.

    A tych — mimo całej tej pięknej narracji — jakoś wciąż za mało.

    A tak zupełnie na koniec. Za poprzedniego Wójta były dwa naczelne etaty, Wójt i Sekretarz. Teraz doszedł do tego Zastępca i zwiększone zatrudnienie w Gminie. I się nie wyrabiają ? Bo kosztuje nas na pewno ta sama praca o wiele więcej.

    Wójcie parcie na szkło, tiktok czy FB to nie jest realna praca, a zwykły lansik. Z tej mąki chleba nie będzie. Będą tylko tak jak teraz: bałagan w urzędzie, długi gminy, kasa dla wybranych i powiększająca się degradacja, degrengolada i w skrócie bieda.

    Czy ktoś zauważy zmianę dynamiki na zdjęciu poniżej? Czekam na komentarze 🙂