Poniżej dwa tematy, które mam nadzieję Was zainteresują. Szczególnie polecam ten o śmieciach.
A jutro piątek. Jak na razie większość radnych jest twarda, a Pani Przewodnicząca schowała się głęboko. A co tam jutro skieruję jeszcze pytanie do Urzędu, żeby nie mogli udawać dziewicy orleańskiej. A jak będą, to ktoś z zewnątrz będzie musiał rozstrzygnąć spór.
A teraz shorty. Informacja z strony internetowej Naszej Gminy. Gmina wprowadza pojemniki na nową frakcje odpadów.
Nie wiem co oni wzięli, ale poproszę próbkę 🙂
I jeszcze jedno pytanie. Jak wydacie już te prawie 50 tyś zł na cyberbezpieczeństwo to nie będę widział czegoś takiego po wybraniu E-WODA w menu głównym na stronie?
Oto krótka kronika urbanistycznej fantazji, czyli jak na czterech kilometrach zmieścić trzy ulice i jedną konstytucyjną zagadkę.
Wyobraźcie sobie ciąg drogowy, który zaczyna się niewinnie: ulica Paniówka. Spokojna nazwa, swojska, jedna posesja — jakby gmina mówiła: „to tylko przystawka”. Co prawda — bądźmy precyzyjni — gdzie rzeczka Paniówka, a gdzie ulica Paniówka, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tak jak Czesi chcą dostępu do morza, to i mieszkańcy Gorczycy mogą marzyć o rzeczce (niewinny żart:-) ). W końcu od szczegółów jest rzeczywistość, a od fantazji administracja. A tej, jak widać, nie brakuje.
Wójt najwyraźniej ma wyobraźnię. I to bujną. Taką, co nie zna granic ani map, ani logiki. Być może była impreza. Może dłuższa. A może po prostu wieczorne dowcipy przy stole — te wszystkie „a wyobraźcie sobie, że nazwiemy to tak samo, tylko inaczej” — następnego ranka magicznie awansowały do rangi oficjalnej decyzji administracyjnej.
I tak żart stał się ulicą. Dowcip — adresem. A fantazja — problemem, który od rana próbuje rozwiązać kurier, listonosz, kierowca karetki i pół gminy z GPS-em w ręku. Bo w Polsce, jak wiadomo, granica między kabaretem a dokumentem urzędowym bywa cienka jak linia na mapie… o ile ktoś ją w ogóle narysował. 200 metrów dalej następuje płynne przejście w ulicę Spokojną. Nazwa obiecująca. Uspokaja. Człowiek myśli: „tu już nic mnie nie zaskoczy”. I właśnie wtedy, na deser, droga przechodzi w ulicę Nad Paniówką. Bo czemu nie. W końcu cztery kilometry to wystarczająco dużo miejsca na mały thriller administracyjny.
Wczoraj, chwilę przed 17.00, do moich drzwi zawitał kurier. Energiczny, zdecydowany, z trzema paczkami w objęciach. Wszystkie adresowane do pani Jadwigi …(RODO) Problem w tym, że pani Jadwiga mieszka przy Paniówka, a nie przy Nad Paniówką. Różnica subtelna jak między solą a cukrem — tylko że w praktyce oznacza zupełnie inny koniec świata.
Rozpoczęło się dochodzenie. Nazwy podobne. Droga ta sama. Kobiet w systemie — wiele. Logika poległa w pierwszej rundzie. Kurier, próbując objąć umysłem fakt, że na jednym asfalcie mamy Paniówkę, Spokojną i Nad Paniówką, podsumował sytuację w sposób tak dosadny, że — z szacunku dla języka polskiego — pozostanie to moją błogą tajemnicą. Najłagodniejsza wersja brzmiała mniej więcej: „no popier…ło was, dwie Paniówki w jednym miejscu?”
I w tym momencie przestaje być śmiesznie.
Bo paczka to paczka. Najwyżej nie dojedzie dziś. Ale wyobraźmy sobie karetkę. Zawał. Liczy się czas. Dyspozytor: „Paniówka”. Ratownik: „Nad Paniówką?”. Cztery kilometry później pacjent nadal czeka, a system adresowy prowadzi filozoficzną debatę o tożsamości ulic.
Urbanistyka z poczuciem humoru jest fajna — do momentu, gdy humor ten trzeba reanimować.
A na poważnie. Wiadomo, skąd wziął się ten błąd, i nie jest moją intencją krytykowanie ani obwinianie kogokolwiek za jego powstanie. Tego typu sytuacje mogą się zdarzyć i same w sobie nie muszą być niczyją winą.
Problem polega jednak na czym innym. Gdy błąd został zauważony i jednoznacznie zidentyfikowany, mimo wielokrotnych zgłoszeń i monitów, nikt nie podjął realnych działań, aby się nim zająć. W tym czasie sytuacja zaczęła się komplikować. Pierwsza osoba zakończyła budowę, prawdopodobnie dokonała meldunku, a to oznacza, że obecnie konieczne będzie prostowanie i korygowanie szeregu dokumentów urzędowych.
O problemie informuję i piszę od kwietnia 2025 roku. Brak reakcji na wczesnym etapie sprawił, że kwestia, którą można było rozwiązać stosunkowo prosto, z czasem urosła do rangi poważnego i kosztownego problemu administracyjnego.
Tak sobie przeglądam projekty uchwał na kolejną sesję. Radni też zapewne uważnie czytają. No nie aż tak złośliwy nie będę. U większości lektura krótka, dynamiczna, wręcz sprinterska — bo jak wszyscy wiemy, standardowa procedura wygląda tak: pięć sekund „wnikliwej analizy”, kiwnięcie głową i przyjęcie przez aklamację. Demokracja w wersji ekspres. Kawa dłużej stygnie niż trwa dyskusja.
I tak myślę sobie, że niektórzy to naprawdę mają dobrze.
Jeszcze na sesji 26 listopada Wójt, głosem godnym finału opery tragicznej, tłumaczył, że opłaty za śmieci muszą wzrosnąć, bo system się nie domyka, budżet płacze, a worki z odpadami prawie same proszą o podwyżkę. Wszyscy dostaliśmy rachunek grozy. Trudno, życie.
Aż tu nagle — cud. Pieniądze się znalazły. Ulga. Radość. Obniżki! Już człowiek chce otwierać szampana… i wtedy dociera, że to nie dla mnie. Nie dla Ciebie. To promocja dla wybrańców. Taka strefa VIP w gospodarce odpadami.
I może się mylę (choć coraz trudniej w to wierzyć), ale wygląda to tak, jakby wszystko było zaplanowane już w listopadzie. Nagle zmiana jednostek na m³, żeby przypadkiem ktoś za szybko nie porównał stawek. Bo jak wiadomo, najskuteczniejszą metodą na przejrzystość jest lekkie zamieszanie w tabelkach.
My, mieszkańcy? Klasycznie — co roku w górę. Ubiegłoroczne naliczenia zresztą budzą poważne wątpliwości prawne, ale to jeszcze wyjdzie.
Za to osobną kategorią są budynki niezamieszkane: nadleśnictwa, instytucje, urzędy, szkoły. Tacy szczęśliwcy systemowi. Weźmy przykład nadleśnictwa. W 2023 r. — po przeliczeniu z litrów to ok. 280 zł/m³. W listopadzie 2025 — po przeliczeniu z litrów to 800 zł/m³. A teraz? 250 zł/m³.
Czyli niby najpierw górę, a po dwóch miesiącach po cichutku elegancki zjazd w dół, nawet poniżej stawek sprzed dwóch lat. My konsekwentnie pod górkę, a wybrańcy — rollercoaster z happy endem. Wychodzi na to, że najlepszą strategią finansową jest… nie mieszkać.
Wisienka na torcie: oczyszczalnie. Człowiek inwestuje, dba o środowisko, działa ekologicznie, a potem dowiaduje się, że wywóz z oczyszczalni zostaje drogi, a z szamba tanieje prawie do historycznych stawek. Morał? Ekologia jest ważna — ale nie przesadzajmy.
Naprawdę, znać Wójta to dobra rzecz. Momentami mam wrażenie, że to najpewniejsza forma programu socjalnego.
A budżet? Też ciekawy. Wreszcie wiem, czemu nie było pieniędzy na wyrównanie ulicy Spokojnej. Spokojna musi poczekać, bo w Gruszkach dzieje się szybki rozwój cywilizacyjny. Prawie 100 tys. trzeba było dorzucić do drogi. Ja naprawdę nikomu nie żałuję, ale czy to nie powinien być zrównoważony rozwój wszystkich zamieszkanych miejsc w gminie? Od dwóch lat wszystko tam idzie jakby sprawniej. Zadziwiająca dynamika. Prawie jak specjalna strefa ekonomiczna.
Człowiekowi od razu przypominają się historie o przesuwaniu pieniędzy „do siebie”. Ziobro miał swoje Strażackie wozy, sprzęty agd, ale u nas w gminie nie jesteśmy gorsi, teraz drogi na Pobojno, w Gruszkach, Rudawka, oczyszczalnie w zamkniętym ośrodku dla bogatych… Rozmach. Kiedyś pisałem, że przy remoncie w remizie z Mercedesa robi się Skoda — byłem w błędzie. Teraz to raczej Polonez, tylko że z kolejną dopłatą.
A na koniec wisienka organizacyjna: sesja we wtorek. Przypadek? Oczywiście. Tego dnia akurat nie mogę być. Cóż za pech kalendarza. I znów nikt nie zada niewygodnych pytań.
Bo u nas wszystko działa sprawnie. Szczególnie wtedy, gdy nikt nie patrzy.
Swoją drogą jestem ciekaw kto poprowadzi obrady. Zobaczymy czy oni mają jakieś granice. Boję się, że nie.
Jak widać, diabełek ma dziś dobrą passę — już zdążył wygrać rundę i wyrwać aniołkowi aureolkę. Historia jednak uczy, że nawet po takim faulu człowiek wciąż może dokonać dobrego wyboru. Pytanie tylko, czy chce.
I tu pojawia się Pan, Panie Przewodniczący Komisji Rewizyjnej, Orędowniku dróg, szos oraz wszelkich utwardzonych traktów — asfaltowych, betonowych i tych, po których sumienie porusza się nieco wolniej.
Zwracam się z uprzejmą, choć już nie pierwszą prośbą: czy zamierza Pan wreszcie przekazać informację, o którą pytam od dłuższego czasu — informację wskazującą, jakie materiały otrzymał Pan przed sesją Rady Gminy, która odbyła się w dniu 26 listopada?
To drobiazg. Ale właśnie ten drobiazg pozwoli ustalić, czy mieliśmy do czynienia z przestępstwem, czy jedynie z kolejnym niefortunnym „nieporozumieniem proceduralnym”.
Jest to obywatelskie wezwanie mieszkańca, który — pozwolę sobie na szczerość — dysponuje dowodami na działania nielegalne i chciałby je skonfrontować z faktami, a nie z ciszą.
Oczywiście w pełni rozumiem, że jeśli brał Pan udział w opisanych zdarzeniach — lub jeśli mógłby być nimi objęty ktoś z Pana najbliższej rodziny — przysługuje Panu prawo do milczenia, wynikające z art. 175, 182 oraz 185 Kodeksu postępowania karnego. To prawo święte i nienaruszalne.
Pozostaje jednak pytanie natury nieprawnej, lecz moralnej: czy Przewodniczący Komisji Rewizyjnej, powołany do patrzenia władzy na ręce, naprawdę chce przejść do historii jako ten, który wolał odwrócić wzrok?
Bo choć diabełek dziś triumfuje, to aureolkę — przynajmniej w teorii — zawsze można jeszcze podnieść z ziemi.
Swoich nie zostawiamy. W obliczu zmasowanego ataku emocji, sumienia i innych nieprzewidzianych okoliczności — potrzebne jest wsparcie. Dlatego wysyłamy na pomoc słynnego Misia na miarę naszych możliwości. Na miarę możliwości Gminy Płaska. Skuteczność gwarantowana, budżet zachowany, morale w drodze 🐻🦸♂️
Nie wiem, o czym pisać. Bo gdzie nie spojrzysz – prywata. Wypływ gotówki. Zaniedbania. I jakaś przedziwna, niemal artystyczna zmowa, żeby absolutnie nic nie wyszło. Nic. Zero. Null.
W oczekiwaniu na piątek – może na bombę atomową, a może tylko na kapiszon – sięgnijmy po historię. Historię piękną, podniosłą i… piekielnie drogą dla kasy Gminy.
To opowieść o megalomanii poprzedniego Wójta. O braku nadzoru nad pracami. O brnięciu w ślepą uliczkę z taką determinacją, jakby na końcu czekał Nobel, a nie mur. I to także mały kamyczek, o przepraszam duży głaz do ogródka nowego Wójta, z którym rozmawiałem pod koniec 2024 roku. Powiedziałem mu wtedy o inwestycji jako czteromilionowym mercedesie, który z impetem jedzie prosto na ścianę, a po zderzeniu – w najlepszym wypadku – zostanie z niego Skoda.
Obrazowo: zamówiłem mercedesa, zapłaciłem za mercedesa, a przy odbiorze dostaję Skodę i jeszcze każą się cieszyć.
Usłyszałem, że to jego decyzja, że on woli się „dogadywać” i że wszystko zakończy się dobrze. No cóż – dogadywanie się z fizyką zwykle kończy się siniakiem.
31 grudnia 2025 zapytałem Wójta i mecenasa, jak się sprawy mają. Odpowiedź była klasyczna, podręcznikowa, wręcz wzorcowa: to nie my, to poprzedni Wójt. Standard ludzi, którzy świetnie ustawiają się do zdjęcia, ale jakoś tak… rączki bez odcisków.
Nie chce mi się pisać wszystkiego, bo to wstyd i rozpacz w jednym. Pokażę tylko jeden, konkretny przykład tego, co nazywam „nicnierobieniem” oraz brakiem troski o dobro wspólne. Resztę dopowiedzcie sobie sami.
Usłyszałem, że brak egzekwowania zapisów umownych od wykonawcy to wina Projektanta. Nie znam umów, nie znam szczegółów – tajemnica poprzedniego i obecnego Wójta.
Przyjąłem więc roboczo, że tak jest. I pytam: I co w tej sprawie zrobiliście?
Cisza. Wójt patrzy na mecenasa. Mecenas patrzy na Wójta. Gra w „gorące krzesła”, tylko bez muzyki.
Pytam dalej: skoro Projektant zawinił, to jakie kroki podjęto w ramach zapisów umownych dotyczących fuszerki projektu? Cisza.
Pytam: z którego roku jest umowa? Cisza.
Jakie są zapisy dotyczące odpowiedzialności Projektanta? Cisza.
To może chociaż: kiedy umowę zawarto i kiedy ją zakończono? Cisza.
Każdemu przysługuje roszczenie z tytułu odpowiedzialności cywilnej. Termin? Trzy lata. Mówię więc: ludzie, dziś jest 31 grudnia – jeśli ktoś dziś zgłosi roszczenie, ratujemy lata 2022–2025. Jeżeli jutro, czyli 1 stycznia to będzie tylko 2023-2025, czyli tracimy rok 2022.
I wtedy nastąpiło przebudzenie. Wezwanie Pani sekretarki. Sprawdzanie dat. Kserowanie umów. Urząd Gminy nagle przypomniał sobie, że istnieje dokumentacja.
Kochani, powtórzę to, co powiedziałem przy trzech świadkach – mogą mnie pozwać, jeśli mają ochotę. Powiedziałem Wójtowi, że jeśli ma się wielkie ambicje i chce się być Wójtem, to trzeba dbać o Gminę. A jeśli brakuje wiedzy lub kompetencji, to zatrudnia się ludzi, którzy je mają.
Dla mnie standardem jest to, że kancelarie prawne wiedzą, iż nie jestem prawnikiem. Ja zgłaszam problem. Oni przedstawiają opcje. Dyskutujemy. Wybieramy najlepsze rozwiązanie. Czasem idziemy na spór, czasem odpuszczamy – ale zawsze jest to świadomy wybór, a nie efekt zbiorowego wzruszenia ramion.
Tymczasem w Gminie najwyraźniej wszyscy osiągnęli stan pełnego „niksenu” – holenderskiej filozofii błogiego odpoczynku i wolności od obowiązków. Polski odpowiednik? „Nicnierobienie”.
Problem w tym, że nawet nicnierobienie nie zwalnia z rachunków. Panie Wójcie, biorąc pod uwagę projekt, wydane pieniądze i efekt końcowy – czy to będzie kolejny milion, który „Wspólna Sprawa” przepuściła, zaraz po skandalu drogowym?
Ale spokojnie. Dla mieszkańców mam dobrą wiadomość: dwa miliony to przecież niewiele. Jakieś tysiąc złotych na głowę. Bez względu na wiek. Niemowlęta też się dorzucą – demokracja kosztuje.
Mam też złą wiadomość. Bardzo złą. I nie, to jeszcze nie koniec.
To, co widzimy, to zaledwie czubek góry lodowej. Jak uczy elementarna wiedza z zakresu katastrof morskich i samorządowych – na powierzchni jest około 30%. Reszta, solidne 70%, czai się pod wodą. W ciemnej, lodowatej toni dokumentów, aneksów, „uzgodnień”, „interpretacji” i telefonów zaczynających się od słów: „tego lepiej nie ruszać”.
Pytanie więc nie brzmi: ile pieniędzy straciliśmy, tylko: o jakiej straconej kasie jeszcze nie wiemy.
Bo to, co już wypłynęło, wygląda źle. Bardzo źle. A skoro wypłynęło samo, bez nurkowania, audytu i przeczesywania szaf pancernych, to aż strach pomyśleć, co leży głębiej. Tam, gdzie faktury są „w trakcie wyjaśniania”, odpowiedzialność jest „rozproszona”, a winny – jak zawsze – „już nie pracuje”.
Góra lodowa ma tę przewagę nad budżetem gminy, że przynajmniej jest szczera. Nie udaje wyspy. Nie twierdzi, że to tylko drobny kawałek lodu i „sytuacja jest pod kontrolą”. Tymczasem u nas zapewnia się, że wszystko widać, wszystko policzone, wszystko zamknięte. Oczywiście – zamknięte w szufladzie, do której nikt nie ma klucza.
Więc kiedy słyszycie, że „to już wszystko”, pamiętajcie: to tylko te 30%, które wystają nad powierzchnię. Reszta czeka. Cicho. Spokojnie. Aż przyjdzie moment, w którym znowu ktoś powie: „tego nikt nie mógł przewidzieć”.
I wtedy dopiero okaże się, że Titanic to była mała łódka wiosłowa.
Na koniec mała złośliwość, bo nie byłbym sobą. Wójt pieniędzy się nie boi – Pani Przewodnicząca podniosła mu apanaże. Samo głosowanie tej uchwały było prawdziwym majstersztykiem. Tyle energii w uzasadnieniu nie widziałem od dawna – gdyby ją zsumować z kilku sesji, i tak by się nie uzbierało.
Oczywiście była to transakcja wiązana, bo Radni też dostali solidne podwyżki. Klasyka gatunku: ja tobie, ty mnie. A reszta? Usłyszą:
„Ze względu na trudną sytuację gospodarczą nie możemy nic zrobić, ale jesteśmy z wami w waszym trudzie utrzymywania „Wspólnej Sprawy”.
Wzruszające. Naprawdę. Tylko portfel jakoś nie chce się wzruszyć razem z nami.
Powyższy obraz mówi jedno, głośno i bez znieczulenia. Miód, którym tak hojnie polewano nasze serca w trakcie wyborów w imię „Wspólnej sprawy”, okazał się zwykłym kitem – nie na uszczelnianie okien, tylko na nasze oczy. Lepki, tani i skuteczny. Choć właściwie… może to my się mylimy? Może oni od początku byli krystalicznie uczciwi. W końcu nigdy nie doprecyzowali, czyja to miała być wspólna sprawa. Oni mogli mieć na myśli swoje profity, swoje stołki i swoje konta, a my – jak ciemny lud – naiwnie dopowiedzieliśmy sobie resztę, marząc o wspólnym dobru.
Klasyczne nieporozumienie: oni mówili prozą interesów, my słyszeliśmy poezję solidarności.
Znowu zapadła cisza i brak argumentów obiecanych przez szefa komisji rewizyjnej. Postanowiłem więc delikatnie zaczepić Orędownika. Pomyślałem sobie: spadł śnieg, mróz ścisnął, noc długa – może biedak zapadł w sen zimowy gdzieś w gawrze, przykryty futrem z argumentów, których nikt jeszcze nie widział. A my wszyscy stoimy na mrozie i czekamy. Cierpliwie. Jak przystało na mieszkańców.
Odpowiedź, którą otrzymałem w środku nocy, jest jednak naprawdę wiele mówiąca. Mówi bowiem bardzo jasno, gdzie Orędownik ma mieszkańców Gminy – tych samych, którzy solidarnie zrzucają się na jego wypłatę i którzy, co by nie powiedzieć, zaufali mu, że będzie uczciwy, rzeczowy i… odpowiadający na pytania.
Co istotne, wiadomość nie była skierowana wyłącznie do mnie. Trafiła również do Urzędu Gminy Płaska oraz wszystkich Radnych. A skoro tak – mamy do czynienia z pełnoprawną debatą publiczną. Debatą, w której aż huczy od argumentów. No dobrze, może nie huczy. Może raczej… delikatnie echo ciszy się niesie.
Dlatego pozwalam sobie pokazać, jak ta „dyskusja” jest kontynuowana. Proszę zwrócić szczególną uwagę na siłę argumentów oraz ich imponującą liczbę. Naprawdę. Jestem pod wrażeniem. Takiej koncentracji treści w takiej pustce dawno nie widziałem.
„Orędownik” :
Szanowny Panie,
nie zamierzam prowadzić korespondencji opartej na insynuacjach oraz narracjach literackich.
Z poważaniem,
Marek Juszkiewicz
Ponieważ mam nieodparte wrażenie, że Pan Orędownik nie do końca orientuje się, na czym polega mandatRadnego, który otrzymał – pozwolę sobie przypomnieć. Otóż jego elementem jest nie tylko podnoszenie ręki w odpowiednim momencie, ale również wytłumaczenie mieszkańcom, dlaczego:
– gmina traci drogę wartą kilka milionów złotych za darmo, – przez najbliższą dekadę będzie spłacać milionowy dług za coś, czego nie ma, – dojdą kolejne koszty w podatkach (bo przecież cudów fiskalnych jeszcze nie wynaleziono),
– pewnie jakieś dotacje na drogi nam obetną – a na sam koniec: dlaczego uchwałę podjęto bez sprawdzenia, ile to wszystko będzie nas naprawdę kosztować.
To nie są pytania filozoficzne z gatunku „być albo nie być”. To są pytania z kategorii: ile, za co i dlaczego my. I wypadałoby, żeby ktoś, kto nazywa siebie Orędownikiem, spróbował w tej sprawie choć symbolicznie… wstawić się za mieszkańcami.
Pan Juszkiewicz zapewne nie wie – a przynajmniej nic na to nie wskazuje – że słowo „orędownik” ma bardzo konkretne, wręcz podniosłe konotacje religijne. Oznacza bowiem kogoś, kto wstawia się za nami, gdy sami nie dajemy rady. Kogoś, kto idzie krok przed, a nie chowa się za plecami.
Orędownikami – żeby daleko nie szukać – są Jezus, Maryja, Święci oraz aniołowie stróżowie. Postacie raczej z górnej półki metafizycznej, z długim stażem w ratowaniu ludzkości i zerową tolerancją dla zamiatania spraw pod dywan.
Tymczasem Pan Orędownik, wymyślając sobie taką ksywkę superbohatera, pozycjonuje się… naprawdę wysoko. Ba, wręcz niebiańsko wysoko. Tyle że – drobny szczegół – od Orędownika oczekuje się wstawiennictwa, a nie milczenia. Ochrony, a nie podawania rachunku do zapłacenia. I raczej bronienia wspólnoty niż tłumaczenia, dlaczego ma być jej coraz drożej.
Bo jeśli ktoś przyjmuje imię zarezerwowane dla postaci zbawczych i anielskich, to wypadałoby choć od czasu do czasu wykonać gest w ich stylu. Na razie jednak wygląda to tak, jakbyśmy zamiast anioła stróża dostali anioła odsyłającego – najlepiej „do Wojewody”.
Ponieważ jednak odpowiedzi nie nadchodzą, a cisza robi się coraz bardziej wymowna, pozwoliłem sobie ponownie – z pełną uprzejmością i bez użycia dymu sygnałowego – wyjaśnić Panu Markowi „Orędownikowi” Juszkiewiczowi, dokąd dokładnie popycha gminę. Bo jeśli już mamy iść w nieznanym kierunku, to dobrze byłoby wiedzieć, czy jest to droga, czy raczej kosztowna ścieżka donikąd. Może wreszcie ujawni swoje argumenty, chyba …., że ich nie ma.
Ponowna próba wytłumaczenia, że powinien odpowiedzieć:
Dzień dobry,
pozwolę sobie zauważyć, że po raz kolejny stosuje Pan manewr, który w publicystyce zwykło się nazywać „unikiem”. Gdy pada pytanie – odpowiedź znika.
A pytanie było jedno. Proste. Wręcz banalne:
proszę wskazać choć jeden argument, który – w Pana ocenie – uzasadnia przekazanie drogi Wojewodzie.
I tu pojawia się gwiazdka, bo nie mówimy o byle jakiej drodze. Mówimy o nówce, funkiel, nieśmiganej drodze po remoncie, oddanej w momencie, gdy przez kolejne lata będziemy spłacać milionowy kredyt, a do tego dojdą nowe, stałe koszty dla budżetu gminy w postaci podatku od infrastruktury w pasie drogowym, płaconego przez nas.
Świadomie pomijam w tym miejscu problemy mieszkańców Rudawki. Skoro – jak Pan wielokrotnie podkreśla – była to „ich decyzja”, to według tej logiki ich późniejsze straty również są „ich problemem”. Oczywiście cytuję Pana tok rozumowania, nie własny.
Dla porządku ustalmy kalendarium faktów:
w pierwszym mailu zapowiedział Pan przedstawienie argumentów – nie pojawił się ani jeden,
w kolejnym zwróciłem się ponownie o ich podanie, bo naprawdę chciałem zrozumieć, co sprawiło, że mianował się Pan Orędownikiem tej decyzji (brzmi to wprawdzie jak pseudonim superbohatera, ale chyba nie o komiks tu chodzi),
mimo racjonalnych, merytorycznych kontrargumentów – brnie Pan dalej.
Niech mi Pan wybaczy szczerość, ale przy takim poziomie determinacji widzę trzy możliwe wyjaśnienia tego – nazwijmy to – dziecięcego uporu:
Ma Pan argument, ale wstydzi się go Pan wypowiedzieć na głos. Albo nie może. Albo się Pan boi.
Tak postępuje ktoś, komu coś zostało obiecane w zamian.
Były nieprawidłowości w utrzymaniu drogi, lecz – z powodów znanych tylko Panu – nie jest Pan w stanie podjąć decyzji przeciwko określonym osobom lub układom.
Osobiście skłaniam się ku wersji trzeciej. Uważam, że problemy z utrzymaniem drogi istniały, lecz zamiast je naprawić – i to bez dodatkowych kosztów – pcha Pan gminę w rozwiązanie, które finansowo przypomina skok w przepaść. Najwyraźniej łatwiej jest oddać drogę niż głośno powiedzieć, co i gdzie należy poprawić.
Forma bajki, którą się posługuję, nie jest przypadkowa. To próba pokazania absurdu różnymi drogami. Skoro jeden sposób nie działa, trzeba sięgnąć po inny. Zasada jest taka, że zawsze trzeba poszukiwać języka z którym da się porozumieć z interlokutorem.
Kolejny przykład? Proszę bardzo.
Kupuję samochód na kredyt. Po roku moja żona oddaje go koleżance za darmo, ustalając, że ja dalej spłacam kredyt, a dodatkowo co roku dopłacamy koleżance na paliwo. Pytanie brzmi: czy tylko ja widzę w tym problem? Bo dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku naszej drogi.
Oczywiście spojrzenie może się zmienić, gdy okaże się, iż nie pomagam w sprzątaniu auta, nie naprawiam go i nie dbam o jego stan. Jednak czy rozwiązaniem naprawdę jest wtedy oddanie samochodu, dalsza spłata ogromnego kredytu i nowe opłaty? A może jednak usiąść, porozmawiać i zmienić sposób utrzymania?
Tyle. I tylko tyle.
Pana odpowiedź – a właściwie jej brak – mieści się dziś w kategorii:
„Nie powiem i co mi zrobisz”.
Szkoda tylko, że tej samej stanowczości nie wykazuje Pan w sprawach realnych nieprawidłowości w gminie. Informuję Pana o wiele problemach od wielu miesięcy, a co Pan Panie Orędowniku zrobił? Mam wręcz wrażenie, że absolutorium za lata 2025 i 2026 leży już spokojnie w Pana szufladzie i czeka na właściwy moment odczytania.
Ironia? Owszem.
Ale pytanie pozostaje całkiem serio.
Może więc zechce Pan wreszcie oderwać się od wygodnej pozycji obserwatora i zwrócić twarzą do osoby, która co miesiąc dokłada się do Pana wynagrodzenia. I spróbuje Pan – choćby raz – w prostych słowach wyjaśnić, dlaczego decyzje, których Pan jest orędownikiem, skutkują taką niegospodarnością i dodatkowym sięgnięciem do mojej kieszeni.
Bo jeśli obywatel ma finansować rozwiązanie, które pogarsza jego sytuację, to wypadałoby przynajmniej zachować pozory dialogu. Na razie bowiem wygląda to tak, jakby pieniądze mieszkańców były oczywistością, a tłumaczenie ich losu – zbędnym luksusem.
Ironia polega na tym, że nie pytam o przysługę. Pytam o uzasadnienie. A to – w państwie i gminie, które lubią powoływać się na transparentność – nie powinno być aktem odwagi, lecz elementarnym obowiązkiem.
Z poważaniem
A tak już zupełnie na koniec. Czekamy na piątek. Wiemy dlaczego. Jeżeli się potwierdzi, to ja będę Waszym najmniejszym zmartwieniem.
I stało się w dniach dawnych, gdy pamięć ludu była krótka, a zapisy długie, że za górami wysokimi i borami nieprzebytymi leżała ziemia, którą zwano Łaską. A w ziemi tej było osiedle jedno, imieniem Udawka, a imię jego nie bez przyczyny było nadane.
I był w Udawce mąż nie końca święty, postawiony ponad innymi wolą ludu. Nie był on ani sprawiedliwy jak sędziowie dawni, ani bezbożny jak synowie Beliala, lecz stał pośrodku: znał dobro, lecz rzadko po nie sięgał. Serce jego było niespokojne, a duch jego był jak trzcina, którą każdy podmuch ugina. Odwagę swą chował jak srebro zakopane w ziemi i nie wydobywał jej, gdy była potrzebna
A droga wiodła przez Udawkę, nowa była i kamieniem obłożona, i poświęcona słowami wielkimi. Lecz rychło została zaniedbana: liść spadał na liść, śnieg na śnieg się kładł, a koleiny wypełniały się błotem. A słudzy, którym drogę powierzono, strzegli raczej swego odpoczynku niż kamienia.
I widział to mąż nie końca święty, i bolało go to w sercu, lecz nie powstał, by iść do Pana, który nad Łaską i całą okoliczną okolicą władał. Bał się bowiem oblicza Pana, bo było surowe, i głosu jego, bo był jak grzmot nad doliną. A gniew Pana był szybki, a łaska rzadka.
I wyszedł mąż nie końca święty pewnego dnia na drogę, i ugrzęzła noga jego w błocie i szatę ubrudził. I spotkał innego z ludu Łaski. I otworzył usta swoje, i wypowiedział słowa skargi nad drogą i nad sługami leniwymi. Lecz ów rzekł do niego:
„Czyż nie przeciw Panu mówisz, skoro sługi jego obwiniasz?”
I padł strach wielki na męża nie końca świętego. I zadrżały kolana jego, a serce jego stopniało jak wosk przed ogniem. I po trzykroć zaparł się słów swoich, mówiąc: „Nie ja to rzekłem, lecz wiatr. A droga dobra jest, a liść i śnieg są znakiem czasu. A mnie droga ta nie jest potrzebna”.
I wrócił do domu swego, i usiadł w prochu, i rozważał w sercu swoim. I nie przyszedł do niego duch mądrości, lecz duch wybiegu.
I rzekł w sobie:
„Oddam drogę w ręce wojewody, a ręce moje będą czyste. Pan się nie rozgniewa, a lud pomyśli, że dzieło wielkie się dokonało”.
I powstał, i opasał biodra swoje, i poszedł do Pana. A Pan wysłuchał go i rzekł: „Dobre są słowa twoje, bo zdejmują ciężar z ramion moich”.
I wezwali Radę starszych co zawsze głowy grawitacji poddali. I mówili do nich długo, aż zwiedli serce Rady, żeby uznali, że tak jest zapisane w porządku świata. I powiedzieli Panu „ Niech nam się stanie wedle słów Twoich”
I usłyszeli surmy i trąby grające, aż uczynili wedle słów swoich.
Wtedy podniósł się lament i płacz wielki wokół, a wokół zapadła ciemność, ale oni nie słuchali i nie patrzyli.
Lecz Czas, który jest świadkiem wszystkich spraw, nie zapomniał. I przyszły dni złe: ziemia została spustoszona, lud rozproszony, jednych pokonał las, innych niewola. A droga znów zarosła, bo nie była strzeżona, lecz przekazywana z rąk do rąk.
A Pan, mąż nie końca święty i Rada starszych zabrali srebrniki i odeszli do innej ziemi, i tam mieszkali w pokoju.
A kronikarz zapisał:
Biada temu, kto zna dobro, a go nie czyni. Biada temu, kto ręce myje, gdy droga zarasta. Bo Pan sądzi nie z pomysłów, lecz z uczynków.
Kto czyta, niech rozumie.
A przeczytał ten zapiski mąż wielki i świątobliwy wiele set lat później i dopisek swój złożył na okładce: „ Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż mąż nie do końca święty pochyli się nad losem maluczkich”
I spojrzał na to co napisał i dobre mu się wydało. Kazał swoim uczniom przeto przypowieść po świecie roznieść i nauczać.
Historia alternatywna powodów oddania drogi. Ale, ale…
Czy naprawdę alternatywna?
Wszelkie podobieństwa jak najbardziej są całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Dawno to było, dawno, za górami wysokiemi i lasami gęstemi istniała Gmina Łaska, a w jej łonie sołectwo zwane Udawką — nazwa to była znamienna, bo i sprawy tam często w udo wchodziły. W Udawce tej radny mieszkał, mąż z wyboru ludu wzięty, lecz serce miał niespokojne, a odwaga jego była raczej z tych, co ją w kufrze trzymają i tylko od święta wyjmują.
Frasunek wielki nosił na barkach, albowiem gościniec przez wieś wiodący w stanie był opłakanym, choć nowy, kamieniem świeżo brukowany i wielkimi słowy poświęcony. Lecz rychło okazało się, iż kamień kamieniem, a ręka do zamiatania potrzebna. Liście jesienne leżały jak chciały, śnieg zimowy twardniał w koleiny, a pachołkowie, co pieczę nad traktem mieć winni, pieczę mieli raczej nad własnym spokojem.
Radny widział to wszystko, wzdychał ciężko i kiwał głową z powagą wielką, lecz do Komesa, co Gminą władał, iść się nie ważył. Bał się bowiem jego oblicza surowego, głosu donośnego i zwyczaju, iż gniew swój szybciej rozdaje niźli chleb ubogim.
Pewnego dnia, gdy traktem owym szedł i nogi w błocie grzęzły, spotkał innego mieszkańca Gminy. A że język ludzki lżejszy bywa niż sumienie, począł się radny skarżyć na gościniec zaniedbany i pachołków, co bardziej umieli stać niż sprzątać. Ledwie słowa te z ust jego padły, gdy ów zapytał niby mimochodem, lecz z uśmiechem podejrzanym:
„A czy to, miły panie, na samego Komesa się skarżysz, powiadając, iż służba jego trakt zaniedbuje?”
Wtem pot straszliwy radnego oblał, kolana mu zagrały jak piszczałki na jarmarku, a serce w piersi łomotać poczęło, jakby chciało uciec pierwsze. Zaprzeczać zaraz zaczął, że to nie on, że wiatr słowa poniósł, że gościniec w istocie piękny, a liście i śnieg to ozdoba natury, nie zaniedbanie. Oświadczył też, iż do spraw drogi nijakiej uwagi nie przywiązuje, bo i tak się po niej nie jeździ.
Tak przelękniony do chałupy swej powrócił, na przyzbie przysiadł i po głowie się podrapał, myśli ciężkie snując. I oto nagle myśl mu zaświtała, bystra jak błyskawica, choć niekoniecznie mądra. Uśmiech szeroki, krzywy niczym banan z dalekich krain, lico jego ogarnął.
Rzekł sam do siebie: „Niechże drogę odda się pod arendę wojewodzie. Standard się poprawi, a ja będę czysty jak śnieg, choć śniegu nikt sprzątać nie będzie. Komes się nie obrazi, ja ręce umyję, a lud niech się cieszy, że coś się dzieje.”
Sukmanę przygładził, pas poprawił i do sioła Łaska ruszył, by Komesowi pomysł swój przedłożyć, z miną tak niewinną, jakby to sam Światowid mu ją zesłał. Co działo się dalej — o tym kronikarze milczą, bo i pióra im wyschły, a bardowie pieśni nie śpiewają, bo gardła im zajęte były liczeniem darów.
Dość rzec, iż Komes pomysł poparł, bo i jemu wygodniej było rządzić pomysłem niż drogą. Wraz z radnym udali się tedy do strażniczki ogniska, co przy posągu Światowida drzemała, a gdy ją obudzili, tak długo mówili, aż i ona uznała, że to mądrość pradawna i wolą bogów jest.
I tak przedsięwzięcie w życie wprowadzili.
Lecz nie kończy się ta baśń, jako by chciano na jarmarku opowiadać. Nie było długo i szczęśliwie. Gmina upadła, mieszkańcy w jasyr poszli, wilcy niektórych zjedli, inni po lasach się rozpierzchli, a gościniec znów zarósł chwastem, dumą i dokumentacją.
Tylko Komes, Radny i Strażniczka, dukaty wszystkie zebrawszy, do najbliższego grodu się udali, by tam dni swoich dożyć w dostatku i spokoju, wspominając Łaskę z czułością — jako miejsce, gdzie wszystko się zaczęło, a nikt za nic nie odpowiadał.
W ostatnich dniach grudnia zaproponowałem Wójtowi spotkanie. Nie po to, by „porozmawiać”, tylko by sprawdzić, czy w tej Gminie słowo jeszcze cokolwiek znaczy. Dwa tematy były dla mnie kluczowe: po pierwsze – niewywiązanie się z obietnicy wyrównania szutrowej części ulicy Spokojnej wraz z jej oznakowaniem, tak aby kolejne inwestycje nie były regularnie niszczone przez auta z drewnem. Po drugie – propozycja zmiany, które moim zdaniem mogłyby realnie poprawić funkcjonowanie Gminy. W tym drugim przypadku, po osiągnięciu porozumienia obiecywałem, że przez 6-9 miesięcy wstrzymam się od jakiejkolwiek krytyki, dając czas na nowy start. Chodziło o wyeliminowanie największego problemu w gminie. Uwierzcie to mógł być game changer, który miał przynieść tej gminie szansę większą niż to co mieliśmy od kilkunastu lat.
Niestety podobno Rada Gminy się nie zgodziła.
Spotkanie odbyło się 31 grudnia. Cztery osoby, trudne sprawy, ostrożne ważenie słów. Atmosfera – zaskakująco dobra jak na ciężar tematów. Tyle że dobra atmosfera nie naprawia drogi, nie rozlicza decyzji i nie sprawia, że urzędowa korespondencja zaczyna mówić prawdę. Wyszedłem z tego spotkania z wrażeniem, że jest szansa, ale każdy z nas miał inną wizję „wyniku”: ja – konkretów i terminów; druga strona – deklarowała zastanowienie się i konsultacje z radnymi. Daliśmy sobie czas do 12 stycznia.
Najsprawniej poszła sprawa oznakowania ulicy Spokojnej. Powiedziałem wprost, że drażni mnie standard, w którym w konsultacjach pokazuje się mieszkańcom jedno, a później do organizacji ruchu zleca coś innego. Tu akurat udało się dojść do porozumienia. Jeśli ostatnie poprawki na dniach zostaną uwzględnione, będzie to rzadki moment, gdy lokalna społeczność faktycznie miała wpływ na to, jak wygląda jej najbliższe otoczenie.
Ale kiedy zeszło na sedno – szutrową część ulicy Spokojnej – porozumienia już nie było. I tu jest prawdziwy problem: nie w tym, że „nie wyszło”, tylko w tym, że ta Gmina coraz częściej działa według zasady, że rzeczy pilne są zawsze za drogie, a rzeczy zbędne jakoś zawsze da się sfinansować.
Bo myśląc o ulicy Spokojnej i jej problemach w głowie mam inne „inwestycje”. Myślę o ogromnych pieniądzach wydanych na Wysokim Brzegu na Nadleśnictwo Szczebra i kilku „bamberów” z Augustowa. Mam w uszach słowa Sekretarza Zdancewicza z sesji 17 września: że „musimy zmienić prawo, bo do tej pory nie było nigdzie kanalizacji”. Tylko że oni już kanalizację mają – a my wszyscy za to zapłaciliśmy. A koszty utrzymania infrastruktury, przepompowni ? I jeszcze dostali w prezencie trzykrotnie większy przydział wody niż jakikolwiek inny mieszkaniec Gminy. Trzeba mieć wyjątkowy talent do tłumaczenia rzeczy oczywistych, żeby to sprzedać jako „normalność”.
Jeśli chcecie, to zrobimy w szkole wycieczki do Przewięzi – dzieci zobaczą, jak wygląda kanalizacja w Gminie. Taka edukacja obywatelska w praktyce: kto ma władzę, temu się robi. Kto nie ma, temu się pokazuje.
Do tego dochodzi asfalt na Pobojno – symbol inwestycyjnej logiki „bo można”. Asfalt, który prowadzi donikąd. Pieniądze wywalone w błoto, bo gdy przychodzi do wyrównania odcinka drogi, po którym codziennie jeżdżą mieszkańcy, zaczyna się opowieść o ograniczeniach, procedurach i „braku możliwości”.
I wtedy zaczyna się układać szerszy obraz. Najpierw – niby przypadkiem – przy uchwalaniu opłaty adiacenckiej zabrakło analizy finansowej i wszystko upadło. Prawnik mówił, że analiza zostanie opracowana. Mija półtora roku i… nic. A przecież za sam Wysoki Brzeg byłoby ponad 100 tysięcy złotych do budżetu. Za asfalt donikąd na Pobojnem kilku dobrze ustawionych właścicieli działek też zapłaciłoby niemało. Czy to przypadek, że tej uchwały nie ma? Nie wiem. Ale jeśli ktoś mi mówi, że to „zbieg okoliczności”, to oczekuję przynajmniej, że nie będzie mnie traktował jak dziecko.
Do tego dziś radny Juszkiewicz nazywa siebie orędownikiem oddania nówki drogi i płacenia przez następną dekadę około miliona złotych kredytu za tę przyjemność. Do tego dojdą kolejne opłaty roczne za zajęcie pasa. Nie mówię o mieszkańcach Rudawki, którzy prawdopodobnie nie wiedzą w co się władowali. Mam nadzieję, że nie. I co? I nic – brak wyliczeń kosztów, brak twardej analizy, brak odpowiedzialności. Na sesji emocje sięgają poziomu, na którym Przewodnicząca Rady – w złości – łamie prawo, uspokojona dopiero przez prawnika. Widać, jak emocje opadają dopiero wtedy, gdy pada zdanie: „uchwała przeszła”. Czyli nie liczy się, czy było legalnie i sensownie – liczy się, że „przeszło”.
Podsumowanie jest bolesne, ale proste: jak w kraju – ci, co mają, dostają za darmo. Pozostałym spadają resztki z pańskiego stołu.
I w tym miejscu przechodzę do pierwszego przykładu z cyklu: jak Urząd Gminy Płaska wg mnie świadomie łamie prawo, jak radni kryją sprawcę, a komisja rewizyjna nie podejmuje działań, choć sprawa dotyczy pieniędzy mieszkańców.
Kalendarium: opłata za odpady i urzędowa wersja „prawa”
Zgodnie z polskim prawem opłata za gospodarowanie odpadami komunalnymi jest daniną publiczną o charakterze podatku. To nie jest „umowa” ani „dobra wola” – to obowiązek, który wymaga podstawy prawnej i właściwej procedury. W praktyce oznacza to, że Gmina musi doręczyć decyzję w trybie przewidzianym przepisami, a obowiązek płacenia według nowej stawki powstaje dopiero od momentu skutecznego doręczenia, wraz z pouczeniem. Z tego wszystkiego to właśnie te pouczenie to jedna z ważniejszych spraw bo ono pozwala egzekwować brak zapłaty.
W lipcu 2025 roku dowiedziałem się, że mam rzekomą niedopłatę. 21 lipca napisałem do Pana Nasewicza, że do kwietnia płaciłem według starych stawek, bo decyzję otrzymałem dopiero 10 kwietnia. Logika jest tu prosta: skoro doręczenie nastąpiło 10 kwietnia, to nie można żądać ode mnie wyrównywania „wstecz”, jakby ktoś cofnął czas. Zresztą takie jest prawo.
19 sierpnia, po miesiącu, Pan Nasewicz odpisał, dodając w kopii Wójta i Sekretarza. Odpowiedź była napisana tak, jakby maczał w niej palce mecenas – dużo paragrafów, dużo urzędowego tonu. Jednak nie zauważyłem tam ani grama uczciwości. Dla zwykłego Kowalskiego taka odpowiedź wygląda poważnie: „Skoro cytują przepisy, to pewnie mają rację”. W tym przypadku chodziło jednak nie o wyjaśnienie, tylko o zastraszenie i przykrycie błędu. Urząd wiedział, że popełnił błąd – i że naprawa oznaczałaby konsekwencje: wizerunkowe, finansowe i formalne. Zamiast to skorygować, postanowił brnąć w zaparte.
Problem polega na tym, że ja akurat mam dostęp do narzędzi i wiedzy, których przeciętny mieszkaniec nie ma. Na co dzień nadzoruję rozliczenia większej liczby gospodarstw domowych niż liczy Gmina Płaska, mam dostęp do Lexa i współpracuję z kancelariami. Znam orzecznictwo i wiem, że w tej sprawie istnieje jednolita linia orzecznicza. A ona mówi jedno: interpretacja przedstawiona przez Pana Nasewicza była nie do obrony.
Dlatego tego samego dnia wysłałem mu kilka wyroków sądów, które jednoznacznie wskazują, jak w Polsce wygląda prawo w tej kwestii. I wtedy zaczął się drugi problem – problem instytucjonalnego milczenia.
Próbowałem zainteresować sprawą Pana Juszkiewicza, bo jako przewodniczący komisji rewizyjnej powinien bronić mieszkańców i badać takie sytuacje. Z mojej wiedzy wynika, że komisja nawet się tym nie zajęła. A do dziś dźwięczą mi w uszach słowa, które brzmią bardziej jak deklaracja sprawcy niż kontrolera: „Nie dopuszczę do wystawiania korekt nawet jak są słuszne, bo to zakłóci pracę urzędu”. Proszę to przeczytać jeszcze raz: mamy sytuację, w której – w mojej ocenie – mieszkańcom nalicza się należności niezgodnie z prawem, a problemem nie jest oddanie pieniędzy z odsetkami, tylko „zakłócenie pracy urzędu”.
Próbowałem też zainteresować Przewodniczącą Rady. Cisza. A nawet gorzej niż cisza. Po skonfrontowaniu usłyszałem, że przez pewien czas korespondencja z mojej skrzynki nie była przekazywana radnym, mimo próśb. Usłyszałem, że osoba obsługująca Radę Gminy „specjalnie” nie pokazywała maili ani Przewodniczącej, ani innym radnym. Jeśli to prawda, to mamy już nie tylko problem prawny, ale i problem z elementarną przejrzystością funkcjonowania organu uchwałodawczego.
17 września, około 32 minuty sesji, usłyszałem, jak Sekretarz Zdancewicz wymienia się informacjami z Panem Juszkiewiczem w sprawach zgłaszanych przeze mnie. Wrażenie było jedno: temat był wcześniej „ustawiony”, a prawda miała nie paść albo paść w wersji bezpiecznej dla Urzędu. Pojawiały się nieścisłości czy kłamstwa, ale nie pociągnęło to za sobą żadnych konsekwencji.
19 września, widząc, jak to wygląda, wysłałem maila z 19 sierpnia do wszystkich radnych (otrzymał go także Wójt i Pani Przewodnicząca). Chciałem, żeby widzieli argumenty prawne i nie mogli twierdzić, iż nie wiedzieli o problemie. Z nieoficjalnych informacji wynika, że większość radnych była za tym, by „siedzieć cicho”. W samorządzie cisza bywa walutą – im ciszej, tym wygodniej.
6 października odpisał Pan Zdancewicz. Odpowiedź była przykładem mijania się z prawem i wprowadzania w błąd, na tyle poważnym, że przytoczono nawet konkretną sprawę sądu administracyjnego, ale w sposób zmieniający sens wyroku. Przyznaję: wtedy powiedziałem sobie, że się wypisuję. Poczułem, że mam do wyboru tylko dwie interpretacje: albo ktoś naprawdę uważa mnie za łatwowiernego i naiwnie liczy, że „łyknę” każdą urzędową formułkę, albo – co gorsza – pisanie pism oderwanych od faktów przestało tu kogokolwiek uwierać. Że można już bez skrępowania produkować dokumenty, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego, a ich treść jest po prostu nieprawdziwa. Przestałem pisać do Urzędu. Zastanawiałem się nawet nad zamknięciem bloga. Przez trzy miesiące milczałem.
Wróciłem w listopadzie, gdy zobaczyłem, co „odwaliła” Pani Przewodnicząca Rady. Wróciłem, gdy zauważyłem, że kiedy ja milczę, Wójt zapomina o obietnicach złożonych na piśmie w lipcu. I wróciłem z prostego powodu: ludziom trzeba pomagać, jeśli się umie i może. Trzeba zapalać światło, żeby wszyscy widzieli, co kryje się za ładnymi słowami.
Dlatego 16 grudnia napisałem do Pana Zdancewicza jasno: w imieniu mieszkańców kieruję sprawę do sądu, jeśli Urząd się „nie ogarnie”. Wskazałem, że jego odpowiedź pomija przedstawione przeze mnie orzecznictwo i w sposób nieuprawniony zmienia sens przywołanego wyroku SA/Gd 1619/19. Przesłałem fragment uzasadnienia SKO wraz z sygnaturą akt tego wyroku i wielu innych, które jednoznacznie potwierdzały wcześniej dostarczone wyroki sądów z jednolitą linią orzeczniczą – nowa stawka obowiązuje właściciela nieruchomości od momentu skutecznego doręczenia zawiadomienia, a nie z mocą wsteczną. Zapytałem wprost, ile osób nie ma dostępu do wiedzy i narzędzi, a więc może być przez Urząd wprowadzanych w błąd w różnych sprawach.
Poprosiłem też Przewodniczącą Rady o przekazanie tego maila radnym – wcześniej sama prosiła, by nie rozsyłać korespondencji do wszystkich, bo „ona się tym zajmie”. Oczywiście jak zwykle nic nie przekazała, więc 21 grudnia zrobiłem to sam. Oczekiwałem również, że Przewodniczący Komisji Rewizyjnej odniesie się do nieprawidłowości w ramach ustawowych kompetencji. Z dostępnych mi informacji wynikało, że miał wiedzę o problemie od miesięcy, ale nie podjął działań zmierzających do korekty.
31 grudnia poruszyłem temat także z radcą Gminy – wyglądał, jakby nie wiedział, o czym mówię. Jakby sprawa nie istniała. Jakby była „czyjaś”, tylko nie urzędowa.
Dziś sytuacja jest prosta. Do końca stycznia zostały dwa tygodnie. Odpowiedź na mój email – zgodnie z informacją na stronie – powinna była zostać udzielona w ciągu 14 dni, czyli do 30 grudnia. Jednak minął miesiąc. Jeśli do końca stycznia nie otrzymam informacji wskazującej, jakie stawki – zgodnie z polskim prawem – faktycznie mnie obowiązywały, trudno. Poprosimy SKO, lub WSA, by rozstrzygnęły problem. A ten może mieć jeszcze drugie dno: jeśli rzeczywiście decyzje dotyczące opłaty za wywóz odpadów były wydawane dla mieszkańców dopiero w lipcu, to możemy mówić o konieczności wydania nowych decyzji za 2025 rok dla znacznej części Gminy, bo różnych stawek i różnych momentów obowiązywania – bez podstawy prawnej – nie da się obronić.
I na koniec jeszcze jeden obrazek, który pokazuje logikę „budżetowania” kosztem mieszkańców. Końcówka 2024 roku: nie odczytano liczników, rozliczono ryczałtem. Dzięki temu w pierwszym kwartale 2025 roku można było policzyć nas drożej za wodę. Ile Gmina na tym zarobiła? Tego już nikt nie sprawdzi, bo ktoś uznał, że 31 grudnia 2024 roku – mimo końca kwartału, końca roku i mimo uchwały Rady Gminy – liczników po prostu nie odczytano. Przypadek? A jeśli to nie przypadek, to dlaczego Przewodnicząca Rady i przewodniczący komisji rewizyjnej – choć wiedzą – nic z tym nie robią? Ewidentne złamanie regulaminu dostarczania wody oraz uchwały Rady Gminy o nowej stawce za wodę w 2025 roku.
To jest historia o jednej gminie. To jest historia o mechanizmie: o obietnicach bez pokrycia, o inwestycjach bez sensu, o pieniądzach mieszkańców traktowanych jak rezerwa awaryjna, i o systemie, w którym kontrola ma nie przeszkadzać, a prawda ma nie wychodzić na światło dzienne.