Łezka się w oku kręci, ale to jednak trochę tchórzostwo

Hasła się zmieniają, plakaty mają nową czcionkę, a twarze młodsze o trzydzieści lat… ale ton pozostaje dziwnie znajomy.

Bo przecież już to kiedyś było.

„Nietrudno domyślić się, kto łoży na organizowanie awantur… wrogowie władzy, wichrzyciele, elementy wywrotowe, pogrobowcy starego ustroju, sługusi imperializmu…”
Człowiek czyta i zastanawia się, czy to archiwum z 1968 roku, czy świeży komunikat z gminnego newslettera.

Zmieniła się tylko „podlaska woda”. Kiedyś była „historia”, „postęp” albo „lud pracujący miast i wsi”.
Dziś woda. Też groźna. Też komuś ma kości pogruchotać. Hydrologia bojowa.

Aktualnie trwają spotkania Wójta z mieszkańcami.
Podobno konsultacje. Dialog. Otwartość.

Złośliwi twierdzą, że to raczej objazdowy teatr jednego aktora pod hasłem:
„Jak ocieplić wizerunek w pięciu prostych krokach i jednym cateringiem”.

Transparentność? Odpowiedzi? Niewygodne pytania?
Ależ skąd.

Będą ciasteczka.
I kawa rozpuszczalna.

Ta sama, którą według wszystkich lekarzy należy omijać szerokim łukiem, bo bardziej przypomina eksperyment chemiczny niż napój — ale na zebranie wiejskie nadaje się idealnie.
W końcu nic tak nie buduje dialogu społecznego jak plastikowy kubek, trzy herbatniki i aromat przypominający lata 90.

Człowiek przychodzi z problemami, wychodzi z kofeiną i cukrem.
I od razu jakoś lżej na sercu.

Bo jak wiadomo — gdy jest kawa i ciastko, to demokracja działa lepiej.
A przynajmniej łatwiej się ją przełyka.

Bardzo chciałem być na spotkaniu. Naprawdę.
Bo w urzędzie odpowiedzi dostaję w stylu zen: dużo słów, zero treści.
Takie administracyjne haiku.
Czytasz trzy razy i dalej nie wiesz, czy to odpowiedź, czy przepis na kompot.

Niestety — pech.
Zebranie akurat w jedyny dzień, o którym wszyscy z władzy wiedzą, że nie mogę.

Przypadek?
Oczywiście.
Taki sam jak to, że deszcz zawsze pada w weekend.

Muszę jednak przyznać: planowanie — mistrzostwo świata.
Szachy 5D. Wójt uczy się na błędach, ale może nie tego co byśmy my chcieli jako mieszkańcy.
Terminarz tak ułożony, by nikt zadający pytania nie dotarł.
Gdyby tak planować inwestycje, mielibyśmy Dubaj Północy.

Oczywiście spotkanie zapewne nie będzie nagrane.
Bo po co archiwizować sukcesy?
Sukcesy należy przeżywać duchowo.

A szkoda, bo można by potem spokojnie wrócić do kilku drobiazgów:

Na przykład:
– czemu w jednym miejscu budujemy ekskluzywne cuda techniki, a gdzie indziej ludzie zamarzają z kranem w ręku i wody brak,
– czemu asfalt ląduje tam, gdzie nawet rower się gubi,
– czemu majątek gminy znika szybciej niż cukier w herbacie,
– czemu dyrektorzy są zwalniani i przywracani częściej niż seriale tureckie w ramówce TV,
– czemu uchwały po głosowaniu żyją własnym życiem,
– czemu żeby odzyskać pieniądze mieszkańców Gminy, trzeba iść do sądu, jakby to był sport narodowy.

No i mój ulubiony klasyk:
ponad połowa budżetu na pensje.
To już nie urząd — to program socjalny z biurkami.

Ale spokojnie.
Tych pytań nikt nie zada.

Bo żeby zadać pytania, trzeba być na sali.
A żeby być na sali, trzeba trafić w jedyny termin w roku, kiedy akurat nie ma się życia, pracy ani zdrowego rozsądku.

I tak toczy się ta nasza mała historia:
plakaty nowe, hasła nowe, tylko metoda wiecznie ta sama.

Człowiek patrzy, przeciera oczy i myśli:
„Kurczę… ja już ten film widziałem”.

Tylko popcorn droższy.

Specjalnie dla mieszkańców. Wiersz.

Podobno nadesłany aż z odległej, zaprzyjaźnionej wioski północnokoreańskiej, w geście braterskiej solidarności i uznania dla historycznego zbliżenia naszej Gminy z lokalnym „Słońcem Narodu”.

Utwór — jak zapewnia organizator — napisany przez małego, niedożywionego pioniera, siedzącego na zboczu góry Pektu-san, przy wietrze, śniegu i obowiązkowej miłości do władzy.

Czyli standardowy program wymiany kulturalnej.

Gdy słońce nad gminą wschodzi jak złoto,
a rosa lśni dumnie na każdym źdźble traw,
my w szyku idziemy — równiutko, ochoczo —
bo przecież to Wspólna prowadzi nas Sprawa!

Tu łopata błyszczy jak sztandar na wietrze,
tu grabie jak szable podnoszą się w dal,
a ktoś z okna krzyczy: „Zebraniu naprzeciw!”
i nawet gołębie maszerują w takt.

Na czele — wiadomo — ktoś stoi dostojnie,
z teczką, co cięższa od losów i map,
i kiwa nam głową poważnie, spokojnie,
jak gdyby plan pięcioletni miał w planach od lat.

„Naprzód!” — mówi cicho. „Do czynów, do pracy!”
Więc idą mieszkańcy, z uśmiechem co dnia,
bo gdy razem działasz, to łatwiej zapłacić…
to znaczy — osiągnąć wspólny cel. O, tak!

A kiedy już zmrok się nad wioską rozłoży,
i lampy jak gwiazdy zapalą swój blask,
to każdy z dumą sąsiadowi powie:
„No widzisz — we Wspólnej Sprawie jest moc i jest… czas.”

I tylko wiatr niesie po polach i dachach
ten hymn nieco wielki, patosu w nim stos:
że razem najłatwiej naprawić chodniki,
a czasem… przegłosować coś.

2 komentarze do “Łezka się w oku kręci, ale to jednak trochę tchórzostwo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *