Ze względu na ważny interes społeczny zmieniam kolejność tematów. Panie Juszkiewicz przepraszam z całego serca. Jutro po południu opublikuję.
Być może ktoś z Państwa lepiej odnajduje się w tej nowej, eksperymentalnej matematyce samorządowej, gdzie pół miliona w jedną czy drugą stronę to już nie błąd, tylko – powiedzmy – „zakres tolerancji budżetowej”.
Na stronie 12 projektu uchwały z 30 marca 2026 zmieniającej budżet na 2026 rok widzimy elegancką kwotę dochodu z dotacji na słynny już wodociąg, w wysokości po zmianach: 2 678 938 zł. Wszystko pięknie, liczby się zgadzają, tabelki się świecą – pełna kultura księgowa.

Powyższe potwierdzone jest w tabeli na stronie 3:

Ale wystarczy zajrzeć do uchwały zmieniającej WPF (strona 15, punkt 2), żeby odkryć alternatywną rzeczywistość, w której ta sama dotacja (środki na inwestycje) magicznie wynosi już tylko 2 140 061 zł.

Czyli – jeśli dobrze rozumiem – gdzieś po drodze znika nam ponad 500 000 zł.
Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak, ale za to z pełnym spokojem i urzędową powagą.
Oczywiście można by próbować ratować sytuację, tłumacząc to przepływami wieloletnimi w WPF, rozliczeniami etapowymi albo wpływem faz księżyca na sprawozdawczość finansową. Problem w tym, że zapis w WPF wprost mówi wyraźnie:
„W 2026 roku zaplanowano …” – czyli jednak mówimy o konkretnym roku, a nie o filozoficznej refleksji nad czasem i przestrzenią.
W tym miejscu pojawia się podejrzenie, że to nie matematyka jest trudna, tylko rzeczywistość została… delikatnie „podrasowana”.
A teraz wisienka na torcie.
Nagle pojawiają się kwoty 570 893 zł oraz 35 661 zł


Nie wiadomo skąd – ale spokojnie, dokumenty są łaskawe i wyjaśniają:
- pieniądze w wysokości 570 893 zł zostały wypłacone dla Gminy,
- następnie kazano je oddać,
- a na deser dorzucono jeszcze 35 661 zł kary.
Czyli w skrócie:
najpierw dostaliśmy pieniądze, potem ich nie mamy, a na końcu jeszcze dopłacamy.
Model biznesowy godny Nobla.
Pozostają więc pytania, które – niestety – nie są już ani ironiczne, ani zabawne:
- kto pokryje te odsetki i kary? Przecież winna jest konkretna osoba
- czy 570 893 zł wróci do budżetu, czy właśnie wyparowało jak wcześniejsze pół miliona?
- i czy naprawdę wszystko to dzieje się „w interesie mieszkańców”, czy raczej w interesie – powiedzmy – wąskiego grona z Wysokiego Brzegu?
A tak swoją drogą – ostatnio pozwoliłem sobie zapytać, czy to prawda, że Wójt Skubis zaczął delikatnie „modelować rzeczywistość” przy zakresie remontu szkoły. Wiecie Państwo – nieoficjalnie, bez rozgłosu, tak żeby tylko wtajemniczeni wiedzieli, gdzie ściana jest nośna, a gdzie budżet elastyczny.
Bo jak to bywa na wsi – wróbelki ćwierkają. A jak ćwierkają, to zwykle nie o pogodzie.
Podobno firma wykonawcza postanowiła wykazać się obywatelską postawą i dorzuciła się do imprezy Rock Water 2025. Gest piękny, niemal filantropijny. Tylko taki drobiazg – w relacji inwestor (czyli gmina) – wykonawca (czyli firma od remontu) takie „prezenty” mają tendencję do bycia… delikatnie korupcjogennymi.
Bo nagle robi się bardzo przyjemna atmosfera:
- tu scena,
- tam koncert,
- a między tym wszystkim – całkiem przypadkowo – decyzje o zakresie robót, aneksach i kosztach.
I oczywiście nikt niczego nie sugeruje. To tylko taka swojska symbioza – trochę kultury, trochę betonu.
Wójt, zapytany, milczy.
Co w sumie jest już pewnym standardem komunikacyjnym – cisza jako strategia zarządzania informacją. No chyba, że mówimy o mediach, tam nawet koparką nie oderwą od szkła.
Ale liczby, jak to liczby, mają brzydki zwyczaj mówić.
I oto widzimy, że wkład własny na remont szkoły wzrósł o 100 000 zł.
No i teraz pojawia się klasyczne pytanie obywatelskie:
czy my:
- spłacamy jakieś „niewidzialne zobowiązania”,
- czy może remont wchodzi w fazę premium i ławki będą nie tylko edukacyjne, ale i inwestycyjne?
Bo jeśli dopłacamy 100 tysięcy, to człowiek zaczyna mieć pewne oczekiwania.
Nie mówię od razu o marmurach i złoceniach – jesteśmy przecież skromną gminą – ale może chociaż:
- złote gwoździe?
- ergonomiczne oparcia z domieszką prestiżu?
- albo przynajmniej kreda pisząca sama, żeby nauczyciel nie musiał się przemęczać?
Najbardziej fascynujące jest jednak to, że wszystko to dzieje się równolegle:
- z jednej strony darowizny od wykonawcy na imprezy,
- z drugiej rosnące koszty inwestycji,
- a pomiędzy nimi brak odpowiedzi na pytania.
Czyli klasyczny trójkąt bermudzki samorządu:
pieniądze wchodzą – odpowiedzi znikają.
Oczywiście ktoś powie, że to przypadek.
Że firma po prostu kocha muzykę, a gmina przypadkiem zwiększa wydatki.
I ja oczywiście wierzę w przypadki.
Szczególnie takie, które kosztują dokładnie 100 000 zł.
Ale może się czepiam.
Może to po prostu nowy model zarządzania:
partnerstwo publiczno-kulturalno-remontowe,
gdzie beton, koncert i budżet spotykają się w jednym miejscu – ku radości mieszkańców okolicznych gmin i warszawiaków.
Tylko szkoda, że mieszkańcy dowiadują się o tym głównie z ćwierkania wróbli,
bo oficjalnie – jak zwykle – wszystko gra.