Panie Juszkiewicz,
obiecałem, że w wolnej chwili odniosę się do Pana zaczepki – i niniejszym to czynię. Postaram się przy tym uporządkować kilka kwestii, które w ostatnim czasie – zaskakująco dla niektórych, a całkiem przewidywalnie dla innych – zaczęły budzić w naszej lokalnej społeczności coraz większe emocje.
Zacznijmy od faktów, bo te – w przeciwieństwie do narracji – mają tę niewygodną cechę, że istnieją niezależnie od tego, czy komuś pasują. Obecnie mamy wakat w Radzie. Aby jednak zrozumieć jego znaczenie, warto cofnąć się o krok i przypomnieć, jak ten organ funkcjonował jeszcze niedawno.
Rada składała się – upraszczając, choć nie upraszczając nadmiernie – z dwóch wyraźnie odmiennych postaw.
Z jednej strony mieliśmy osoby o silnej osobowości.
Przewodnicząca – konsekwentna, zdeterminowana i, trzeba przyznać, odporna na wszelkie formy niezależności myślenia, które mogłyby zakłócić przyjętą linię działania. W jej stylu zarządzania próżno było szukać przestrzeni dla pluralizmu czy autentycznej debaty. Raczej dominował model, który – pozwolę sobie na pewne skrócenie – można by opisać jako „cel uświęca środki”, choć w praktyce bywało to bliższe wersji: „po trupach do celu, byle szybko i bez zbędnych pytań”.
Z drugiej strony był radny Tomasz – człowiek z doświadczeniem, który wnosił do prac Rady element refleksji, rzeczowości i, co dziś wydaje się niemal ekstrawagancją, zwykłej dociekliwości. Zadawał pytania, drążył tematy istotne dla mieszkańców i nie unikał spraw trudnych, nawet jeśli były one niewygodne dla władzy wykonawczej. Pełnił rolę swoistego bezpiecznika – przypominał, że samorząd to nie tylko sprawne zarządzanie, ale przede wszystkim odpowiedzialność wobec wspólnoty, a nie wobec układu.
Jego decyzja o rezygnacji nabiera w tym kontekście szczególnego znaczenia. Można ją oczywiście sprowadzić do prostego faktu: radny odchodzi. Można też – i to wydaje się uczciwsze – odczytać ją jako sygnał. Sygnał, że doszedł do granicy, za którą nie był już w stanie skutecznie reprezentować swoich wyborców. Nie mógł realizować postulatów, które deklarował. Nie miał realnej przestrzeni, by sprzeciwić się decyzjom, które uznawał za dla nich krzywdzące.
W takiej sytuacji powiedzenie „dość” przestaje być oznaką słabości. Staje się wyborem – być może trudnym, być może kosztownym – ale opartym na odpowiedzialności. I choć w lokalnej polityce nie jest to postawa szczególnie popularna, to jednak budzi coś, co coraz rzadziej pojawia się w życiu publicznym: szacunek.
Bo właśnie tutaj ujawniają się dwie postawy.
Pierwsza – trwać mimo wszystko. Nawet kosztem własnych przekonań, nawet kosztem obietnic składanych wyborcom. Byle trwać.
Druga – uznać, że dalsze uczestnictwo w takim układzie oznaczałoby milczącą zgodę na coś, z czym nie sposób się utożsamiać. Ta druga jest zdecydowanie mniej wygodna. I właśnie dlatego – paradoksalnie – znacznie bardziej wiarygodna.
Na drugim biegunie mamy grupę radnych Wspólnej Sprawy – środowisko tak konsekwentne, że aż przewidywalne. Ich nazwiska rzeczywiście nie są tu kluczowe, bo – niezależnie od sytuacji – efekt końcowy pozostaje ten sam. Decyzje zapadają wcześniej, a sesja bywa jedynie formą ich publicznego odczytania. Można by powiedzieć: sprawność organizacyjna na wysokim poziomie. Złośliwi nazwaliby to jednak klasycznym przykładem zasady „mierni, ale wierni” – i trudno byłoby im całkowicie odmówić racji.
Obserwując przebieg sesji, można było odnieść wrażenie, że rola części radnych ewoluowała w kierunku czysto formalnym. Zamiast realnego udziału w procesie decyzyjnym – obecność. Zamiast debaty – potwierdzanie ustaleń. A próby wyłamania się z tej logiki? Bywały, owszem – i niemal zawsze spotykały się z reakcją tak zdecydowaną, jakby ktoś naruszył niepisany regulamin lojalności.
Niepokojące były również sytuacje, które – jak wskazywali nawet prawnicy obsługujący gminę – balansowały na granicy obowiązujących przepisów. A to już nie jest kwestia stylu zarządzania, lecz standardów, które w samorządzie powinny być czymś więcej niż tylko dekoracją.
Nie sposób pominąć szerszego kontekstu. Coraz częściej pojawiają się głosy o nadmiernej koncentracji wpływów i atmosferze, w której rzeczywista niezależność staje się towarem deficytowym. W niewielkiej społeczności, gdzie relacje zawodowe i instytucjonalne splatają się ze sobą, takie mechanizmy działają szczególnie skutecznie – i szczególnie cicho. Właśnie dlatego bywają tak trudne do uchwycenia, a jednocześnie tak odczuwalne.
Oczywiście istnieje też postawa bardziej pragmatyczna – nazwijmy ją łagodnie konformistyczną. Dostosowanie się do istniejącego układu, wybór świętego spokoju zamiast konfliktu, przetrwanie zamiast reprezentowania. To również element rzeczywistości. Nie nowy, nie zaskakujący – ale wciąż wart nazwania, choćby po to, by nie udawać, że go nie ma.
Panie Marku – bo i do Pana kieruję te słowa – historia samorządów uczy jednego: nawet najbardziej bierne społeczności potrafią w pewnym momencie powiedzieć „sprawdzam”. Wybory nie są tylko procedurą. Bywają momentem, w którym mieszkańcy wyznaczają granice akceptacji – dla działań, dla stylu rządzenia, dla ludzi.
Na koniec pozostaje jeszcze jedna, może najmniej wygodna uwaga. Żyjemy w czasach, w których pamięć nie znika wraz z końcem kadencji. Internet archiwizuje nie tylko decyzje, ale także sposób ich podejmowania, ton wypowiedzi, gesty i milczenie. To, co dziś wydaje się jedynie lokalnym epizodem, jutro może stać się materiałem do szerszej oceny – również przez tych, którzy dopiero będą budować swoją opinię o tym, czym jest życie publiczne.
I być może właśnie ta świadomość powinna skłaniać wszystkich uczestników tego życia do większej odpowiedzialności. Bo ostatecznie nie chodzi o to, kto dziś ma rację. Chodzi o to, kto jutro będzie w stanie jej bronić – bez konieczności tłumaczenia się z własnych kompromisów.