za : RockWater Festival | Facebook
Rock Water 2026 to już nie festiwal. To pełnoprawny spin-off Harry Potter pt. „I jak tu zrobić imprezę i udawać, że to nie my”.
Na plakacie – piracki klimat, czaszki, ogień, gitara, romantyzm i wielkie granie.
W rzeczywistości – magia wyższej szkoły: znikają pieniądze, znika odpowiedzialność, a na końcu znika organizator.
Bo „Sami-Wiecie-Kto” najpierw wychodzi do ludzi jak dobry czarodziej i pyta: czy chcecie szanty?
A potem robi dokładnie to, co już dawno było ustawione, a śmierciożercy organizowali już od kilku miesięcy. Konsultacje? To nie były konsultacje. To był stand-up. Publiczność przyszła, posłuchała, pokiwała głowami, a scenariusz i tak był zapisany w księdze zakazanych zaklęć budżetowych.
Koszty? Tajne przez poufne.
Straty? „Maleńki minusik” – pewnie taki, co jak się go dobrze przyciśnie, to robi się z niego całkiem dorodny smok.
Busiki? Wożą powietrze. I to konsekwentnie, bez względu na pogodę i zainteresowanie.
A najlepsze dopiero teraz.
Organizator.
A właściwie: brak organizatora.
Bo „Ten, którego imienia nie wolno wymawiać” zrobił najpiękniejsze Abrakadabra odpowiedzialności i zniknął szybciej niż polityk po niewygodnym pytaniu. Zorganizował ekipę, która miała to ogarniać – tylko że część tej ekipy, kiedy zobaczyła, co jest pod dywanem, zrobiła klasyczne nara i teleportowała się w siną dal.
I tak mamy festiwal, który:
- oficjalnie się jeszcze nie przyznaje,
- nieoficjalnie już się promuje,
- a faktycznie… wygląda jak projekt, którego nikt nie chce podpisać własnym nazwiskiem.
Plakat wisi. Zespoły grają.
Szantana, Luxtorpeda, Róże Europy – wszystko się zgadza. Tylko jedno się nie zgadza: kto za to odpowiada i dlaczego robi z tego grę w chowanego.
Rock Water 2026 się odbędzie – jasne. Sami Wiecie Kto musi mieć zdjęcia do albumu.
Warszawiacy, mieszkańcy Augustowa, Sejn przyjdą, wypiją, pośpiewają i wrócą do domu.
A następnego dnia zostanie po tym coś więcej niż śmieci i puste kubki.
Zostanie klasyczne pytanie z tej całej magicznej historii:
jakim cudem coś, co podobno było „do przedyskutowania”, od miesięcy było już dawno postanowione?
I kto tu tak naprawdę jest Voldemortem.
Bo spokojnie – wszyscy wiedzą.
Tylko jak zwykle… nikt oficjalnie nie powie.
A na deser jeszcze jeden drobiazg z tej magicznej opowieści: od kilku lat nikt nie zadał sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, czy ten cały festiwal faktycznie przynosi gminie jakiekolwiek dochody. Zero badań, zero konkretów, zero liczb. Czyli klasyczne: wydajemy, organizujemy, bawimy się… a czy to się w ogóle opłaca – to już najwyraźniej wiedza równie tajna jak horcruxy.
Za to kiedy kurz opada, okazuje się, że sponsorami są głównie podmioty, które akurat wykonują usługi dla gminy albo żyją z niej całkiem wygodnie. Tu ktoś dostaje kanalizację, tam nagle rosną budżety na remonty prowadzone przez sponsorów… ale spokojnie – to wszystko oczywiście czysty przypadek. Jak wiadomo, w tej historii nic się ze sobą nie łączy.
REKLAMA:

RZECZYWISTOŚĆ:
