
Za siedmioma polami i jednym urzędem była sobie gmina, gdzie ludzie mówili wprost i patrzyli sobie w oczy.
Aż któregoś dnia pojawił się tam ktoś osobliwy — niby człowiek, a jakby cień. Głos miał donośny, lecz twarzy pokazać nie chciał.
Szeptał zza płotu, zaczepiał i straszył, jak to mają w zwyczaju ci, którym odwagi brakuje.
A gdy go zapytano: „Kto ty jesteś?”, raz prostował się i mówił: „Ja”, by za chwilę skulić się i tłumaczyć: „To nie ja, to dziecko z mojej chaty”.
I tak zmieniał wersje jak lis tropy na śniegu — byle tylko nikt nie doszedł, skąd naprawdę przychodzi.
A że kręci się przy sprawach wspólnych, wielu się dziwi, że zamiast mówić otwarcie przy stole, woli chować się za płotem i cudzymi słowami.
Bo bywa i tak, że za dnia zasiada przy ogniu z ważnymi, a gdy zapada zmrok — znów staje się cieniem zza płotu, mówiąc już nie swoim głosem.
Bo w tej gminie od dawna wiedziano: kto mówi raz jako pan, raz jako dziecko, ten nie szuka prawdy, tylko próbuje ją obejść bokiem.
A takie sztuczki są dobre na jarmarku, nie w sprawach ludzi.
I prędzej czy później każdy cień musi zdecydować — czy stanie w świetle jak człowiek, czy zostanie tylko szeptem.
Kto mówi zza płotu
i raz przypisuje słowa sobie, a raz innym —
ten nie szuka prawdy, tylko próbuje nią sterować.