Dzisiaj miał pojawić się kolejny komentarz pokazujący — na liczbach i dokumentach — w jaki sposób Wójt Skubis manipuluje danymi. Wrócę do tego tematu jutro.
Dziś natomiast, na prośbę czytelników, chciałbym wrócić do jednego wątku i zadać pytanie, którego dotąd świadomie unikałem. Nie dlatego, że było bezzasadne, lecz dlatego, że nie chciałem personalizować dyskusji. Skoro jednak kilka osób wprost domaga się odpowiedzi, czas je postawić.
Pani Katarzyno — napisała Pani „pudło”, wyjaśniając, że pismo powstało z inicjatywy mieszkańców Mołowistego. Z tonu wypowiedzi wynikało jasno: żadna firma, żadna instytucja, tylko lokalna społeczność działająca w swoim interesie.
Pozwoli Pani więc, że zadam pytanie sprawdzające.
Jeżeli ludzi coś realnie dotyka, jeśli mają konkretne postulaty, to zaczynają od tego, co boli najbardziej. Tak działa ludzka natura i tak działa logika argumentacji — najpierw sprawa kluczowa, później argumenty uzupełniające.
Spójrzmy więc na pierwszy punkt pisma, o którym mowa. Punkt otwierający całą argumentację:
„Utrzymywanie dużych powierzchni drzewostanów powyżej 110 lat bez możliwości prowadzenia racjonalnej gospodarki leśnej.”
I teraz pytanie — zupełnie poważne.
Czy naprawdę największym problemem mieszkańców Mołowistego jest brak możliwości prowadzenia „racjonalnej gospodarki leśnej” w ponadstuletnich lasach? Czy to temat codziennych rozmów przy sklepie, na przystanku czy przy płocie? Czy raczej problem podmiotu, który zawodowo zajmuje się gospodarką leśną?
Bo jeśli najważniejszym postulatem mieszkańców staje się możliwość wycinania starodrzewów, to sytuacja robi się — delikatnie mówiąc — zastanawiająca.
W tym samym piśmie, na początku drugiej strony, czytamy, że gospodarka leśna od dziesięcioleci prowadzona była bez naruszania walorów przyrodniczych. Przyznam szczerze — wielu czytelników, podobnie jak ja, ma z tym zdaniem poważny problem.
Wystarczy przypomnieć lata 2017–2023, kiedy wycinki w polskich lasach osiągnęły skalę, której wcześniej nie obserwowaliśmy. Widzieliśmy to wszyscy — ciężarówki z drewnem, nowe zręby, znikające fragmenty starych lasów. Nie trzeba było raportów ani analiz. Wystarczyło przejechać się po okolicy.
Czy dziś sytuacja wygląda diametralnie inaczej? Wystarczy spojrzeć wokół. Wycinki trwają, drewno wyjeżdża, a argument ekonomiczny wciąż okazuje się silniejszy niż troska o starodrzew.
I tu wracamy do pytania zasadniczego: czy w tym sporze naprawdę chodzi o dobro mieszkańców i przyszłość turystyki, czy raczej o możliwość dalszego gospodarowania lasem w określony sposób?
Bo jeśli znikną 110-letnie lasy, zniknie także to, co przyciąga ludzi do naszego regionu. Bez nich staniemy się jednym z wielu miejsc — z przeciętnym krajobrazem i równie przeciętną ofertą.
Powiem to na przykładzie Mołowistego, choć w Płaskiej sytuacja wygląda podobnie. Jaka jest dziś realna oferta dla przyjezdnych? Co sprawia, że ktoś ma zostać dłużej i wrócić za rok?
Turyści stają się coraz bardziej wymagający. Szukają ciszy, spokoju, natury i autentycznego wypoczynku. Chcemy przecież, by zostawali tu dłużej i wracali regularnie. Możemy to osiągnąć tylko dzięki temu, co mamy najcenniejsze: czystym jeziorom, spokojowi i pięknym, starym lasom.
Bo chyba nikt nie zakłada, że turysta przyjedzie drugi raz tylko po to, by ponownie popłynąć statkiem czy jeszcze raz zobaczyć Studzieniczną. Ludzie wracają tam, gdzie mogą odpocząć — spacerując, jeżdżąc na rowerze, oddychając ciszą.
A jeśli zamiast naturalnego lasu zobaczą zręby i równo posadzone młodniki za ogrodzeniami — to co zrobią? Zachwycą się? Wrócą?
Czy może pojadą tam, gdzie natura wciąż wygląda jak natura?
Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że pierwszy i najważniejszy punkt pisma nie dotyczy jakości życia mieszkańców, lecz czegoś zupełnie innego.
I właśnie o tę różnicę — między deklaracją a realnym interesem — warto dziś spokojnie zapytać.