Krótka, najnowsza historia pewnego remontu

Nie wiem, o czym pisać. Bo gdzie nie spojrzysz – prywata. Wypływ gotówki. Zaniedbania. I jakaś przedziwna, niemal artystyczna zmowa, żeby absolutnie nic nie wyszło. Nic. Zero. Null.

W oczekiwaniu na piątek – może na bombę atomową, a może tylko na kapiszon – sięgnijmy po historię. Historię piękną, podniosłą i… piekielnie drogą dla kasy Gminy.

To opowieść o megalomanii poprzedniego Wójta. O braku nadzoru nad pracami. O brnięciu w ślepą uliczkę z taką determinacją, jakby na końcu czekał Nobel, a nie mur. I to także mały kamyczek, o przepraszam duży głaz do ogródka nowego Wójta, z którym rozmawiałem pod koniec 2024 roku. Powiedziałem mu wtedy o inwestycji jako czteromilionowym mercedesie, który z impetem jedzie prosto na ścianę, a po zderzeniu – w najlepszym wypadku – zostanie z niego Skoda.

Obrazowo: zamówiłem mercedesa, zapłaciłem za mercedesa, a przy odbiorze dostaję Skodę i jeszcze każą się cieszyć.

Usłyszałem, że to jego decyzja, że on woli się „dogadywać” i że wszystko zakończy się dobrze. No cóż – dogadywanie się z fizyką zwykle kończy się siniakiem.

31 grudnia 2025 zapytałem Wójta i mecenasa, jak się sprawy mają. Odpowiedź była klasyczna, podręcznikowa, wręcz wzorcowa: to nie my, to poprzedni Wójt. Standard ludzi, którzy świetnie ustawiają się do zdjęcia, ale jakoś tak… rączki bez odcisków.

Nie chce mi się pisać wszystkiego, bo to wstyd i rozpacz w jednym. Pokażę tylko jeden, konkretny przykład tego, co nazywam „nicnierobieniem” oraz brakiem troski o dobro wspólne. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Usłyszałem, że brak egzekwowania zapisów umownych od wykonawcy to wina Projektanta. Nie znam umów, nie znam szczegółów – tajemnica poprzedniego i obecnego Wójta.

Przyjąłem więc roboczo, że tak jest. I pytam: I co w tej sprawie zrobiliście?

Cisza.
Wójt patrzy na mecenasa. Mecenas patrzy na Wójta.
Gra w „gorące krzesła”, tylko bez muzyki.

Pytam dalej: skoro Projektant zawinił, to jakie kroki podjęto w ramach zapisów umownych dotyczących fuszerki projektu?
Cisza.

Pytam: z którego roku jest umowa?
Cisza.

Jakie są zapisy dotyczące odpowiedzialności Projektanta?
Cisza.

To może chociaż: kiedy umowę zawarto i kiedy ją zakończono?
Cisza.

Każdemu przysługuje roszczenie z tytułu odpowiedzialności cywilnej. Termin? Trzy lata. Mówię więc: ludzie, dziś jest 31 grudnia – jeśli ktoś dziś zgłosi roszczenie, ratujemy lata 2022–2025. Jeżeli jutro, czyli 1 stycznia to będzie tylko 2023-2025, czyli tracimy rok 2022.

I wtedy nastąpiło przebudzenie. Wezwanie Pani sekretarki. Sprawdzanie dat. Kserowanie umów. Urząd Gminy nagle przypomniał sobie, że istnieje dokumentacja.

Kochani, powtórzę to, co powiedziałem przy trzech świadkach – mogą mnie pozwać, jeśli mają ochotę. Powiedziałem Wójtowi, że jeśli ma się wielkie ambicje i chce się być Wójtem, to trzeba dbać o Gminę. A jeśli brakuje wiedzy lub kompetencji, to zatrudnia się ludzi, którzy je mają.

Dla mnie standardem jest to, że kancelarie prawne wiedzą, iż nie jestem prawnikiem. Ja zgłaszam problem. Oni przedstawiają opcje. Dyskutujemy. Wybieramy najlepsze rozwiązanie. Czasem idziemy na spór, czasem odpuszczamy – ale zawsze jest to świadomy wybór, a nie efekt zbiorowego wzruszenia ramion.

Tymczasem w Gminie najwyraźniej wszyscy osiągnęli stan pełnego „niksenu” – holenderskiej filozofii błogiego odpoczynku i wolności od obowiązków. Polski odpowiednik? „Nicnierobienie”.

Problem w tym, że nawet nicnierobienie nie zwalnia z rachunków. Panie Wójcie, biorąc pod uwagę projekt, wydane pieniądze i efekt końcowy – czy to będzie kolejny milion, który „Wspólna Sprawa” przepuściła, zaraz po skandalu drogowym?

Ale spokojnie. Dla mieszkańców mam dobrą wiadomość: dwa miliony to przecież niewiele. Jakieś tysiąc złotych na głowę. Bez względu na wiek. Niemowlęta też się dorzucą – demokracja kosztuje.

Mam też złą wiadomość. Bardzo złą. I nie, to jeszcze nie koniec.

To, co widzimy, to zaledwie czubek góry lodowej. Jak uczy elementarna wiedza z zakresu katastrof morskich i samorządowych – na powierzchni jest około 30%. Reszta, solidne 70%, czai się pod wodą. W ciemnej, lodowatej toni dokumentów, aneksów, „uzgodnień”, „interpretacji” i telefonów zaczynających się od słów: „tego lepiej nie ruszać”.

Pytanie więc nie brzmi: ile pieniędzy straciliśmy, tylko: o jakiej straconej kasie jeszcze nie wiemy.

Bo to, co już wypłynęło, wygląda źle. Bardzo źle. A skoro wypłynęło samo, bez nurkowania, audytu i przeczesywania szaf pancernych, to aż strach pomyśleć, co leży głębiej. Tam, gdzie faktury są „w trakcie wyjaśniania”, odpowiedzialność jest „rozproszona”, a winny – jak zawsze – „już nie pracuje”.

Góra lodowa ma tę przewagę nad budżetem gminy, że przynajmniej jest szczera. Nie udaje wyspy. Nie twierdzi, że to tylko drobny kawałek lodu i „sytuacja jest pod kontrolą”. Tymczasem u nas zapewnia się, że wszystko widać, wszystko policzone, wszystko zamknięte. Oczywiście – zamknięte w szufladzie, do której nikt nie ma klucza.

Więc kiedy słyszycie, że „to już wszystko”, pamiętajcie: to tylko te 30%, które wystają nad powierzchnię. Reszta czeka. Cicho. Spokojnie. Aż przyjdzie moment, w którym znowu ktoś powie: „tego nikt nie mógł przewidzieć”.

I wtedy dopiero okaże się, że Titanic to była mała łódka wiosłowa.

Na koniec mała złośliwość, bo nie byłbym sobą. Wójt pieniędzy się nie boi – Pani Przewodnicząca podniosła mu apanaże. Samo głosowanie tej uchwały było prawdziwym majstersztykiem. Tyle energii w uzasadnieniu nie widziałem od dawna – gdyby ją zsumować z kilku sesji, i tak by się nie uzbierało.

Oczywiście była to transakcja wiązana, bo Radni też dostali solidne podwyżki. Klasyka gatunku: ja tobie, ty mnie. A reszta? Usłyszą:

„Ze względu na trudną sytuację gospodarczą nie możemy nic zrobić, ale jesteśmy z wami w waszym trudzie utrzymywania „Wspólnej Sprawy”.

Wzruszające. Naprawdę. Tylko portfel jakoś nie chce się wzruszyć razem z nami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *