
Powyższy obraz mówi jedno, głośno i bez znieczulenia. Miód, którym tak hojnie polewano nasze serca w trakcie wyborów w imię „Wspólnej sprawy”, okazał się zwykłym kitem – nie na uszczelnianie okien, tylko na nasze oczy. Lepki, tani i skuteczny. Choć właściwie… może to my się mylimy? Może oni od początku byli krystalicznie uczciwi. W końcu nigdy nie doprecyzowali, czyja to miała być wspólna sprawa. Oni mogli mieć na myśli swoje profity, swoje stołki i swoje konta, a my – jak ciemny lud – naiwnie dopowiedzieliśmy sobie resztę, marząc o wspólnym dobru.
Klasyczne nieporozumienie: oni mówili prozą interesów, my słyszeliśmy poezję solidarności.
Znowu zapadła cisza i brak argumentów obiecanych przez szefa komisji rewizyjnej. Postanowiłem więc delikatnie zaczepić Orędownika. Pomyślałem sobie: spadł śnieg, mróz ścisnął, noc długa – może biedak zapadł w sen zimowy gdzieś w gawrze, przykryty futrem z argumentów, których nikt jeszcze nie widział. A my wszyscy stoimy na mrozie i czekamy. Cierpliwie. Jak przystało na mieszkańców.
Odpowiedź, którą otrzymałem w środku nocy, jest jednak naprawdę wiele mówiąca. Mówi bowiem bardzo jasno, gdzie Orędownik ma mieszkańców Gminy – tych samych, którzy solidarnie zrzucają się na jego wypłatę i którzy, co by nie powiedzieć, zaufali mu, że będzie uczciwy, rzeczowy i… odpowiadający na pytania.
Co istotne, wiadomość nie była skierowana wyłącznie do mnie. Trafiła również do Urzędu Gminy Płaska oraz wszystkich Radnych. A skoro tak – mamy do czynienia z pełnoprawną debatą publiczną. Debatą, w której aż huczy od argumentów. No dobrze, może nie huczy. Może raczej… delikatnie echo ciszy się niesie.
Dlatego pozwalam sobie pokazać, jak ta „dyskusja” jest kontynuowana. Proszę zwrócić szczególną uwagę na siłę argumentów oraz ich imponującą liczbę. Naprawdę. Jestem pod wrażeniem. Takiej koncentracji treści w takiej pustce dawno nie widziałem.
„Orędownik” :
Szanowny Panie,
nie zamierzam prowadzić korespondencji opartej na insynuacjach oraz narracjach literackich.
Z poważaniem,
Marek Juszkiewicz
Ponieważ mam nieodparte wrażenie, że Pan Orędownik nie do końca orientuje się, na czym polega mandat Radnego, który otrzymał – pozwolę sobie przypomnieć. Otóż jego elementem jest nie tylko podnoszenie ręki w odpowiednim momencie, ale również wytłumaczenie mieszkańcom, dlaczego:
– gmina traci drogę wartą kilka milionów złotych za darmo,
– przez najbliższą dekadę będzie spłacać milionowy dług za coś, czego nie ma,
– dojdą kolejne koszty w podatkach (bo przecież cudów fiskalnych jeszcze nie wynaleziono),
– pewnie jakieś dotacje na drogi nam obetną
– a na sam koniec: dlaczego uchwałę podjęto bez sprawdzenia, ile to wszystko będzie nas naprawdę kosztować.
To nie są pytania filozoficzne z gatunku „być albo nie być”. To są pytania z kategorii: ile, za co i dlaczego my. I wypadałoby, żeby ktoś, kto nazywa siebie Orędownikiem, spróbował w tej sprawie choć symbolicznie… wstawić się za mieszkańcami.
Pan Juszkiewicz zapewne nie wie – a przynajmniej nic na to nie wskazuje – że słowo „orędownik” ma bardzo konkretne, wręcz podniosłe konotacje religijne. Oznacza bowiem kogoś, kto wstawia się za nami, gdy sami nie dajemy rady. Kogoś, kto idzie krok przed, a nie chowa się za plecami.
Orędownikami – żeby daleko nie szukać – są Jezus, Maryja, Święci oraz aniołowie stróżowie. Postacie raczej z górnej półki metafizycznej, z długim stażem w ratowaniu ludzkości i zerową tolerancją dla zamiatania spraw pod dywan.
Tymczasem Pan Orędownik, wymyślając sobie taką ksywkę superbohatera, pozycjonuje się… naprawdę wysoko. Ba, wręcz niebiańsko wysoko. Tyle że – drobny szczegół – od Orędownika oczekuje się wstawiennictwa, a nie milczenia. Ochrony, a nie podawania rachunku do zapłacenia. I raczej bronienia wspólnoty niż tłumaczenia, dlaczego ma być jej coraz drożej.
Bo jeśli ktoś przyjmuje imię zarezerwowane dla postaci zbawczych i anielskich, to wypadałoby choć od czasu do czasu wykonać gest w ich stylu. Na razie jednak wygląda to tak, jakbyśmy zamiast anioła stróża dostali anioła odsyłającego – najlepiej „do Wojewody”.
Ponieważ jednak odpowiedzi nie nadchodzą, a cisza robi się coraz bardziej wymowna, pozwoliłem sobie ponownie – z pełną uprzejmością i bez użycia dymu sygnałowego – wyjaśnić Panu Markowi „Orędownikowi” Juszkiewiczowi, dokąd dokładnie popycha gminę. Bo jeśli już mamy iść w nieznanym kierunku, to dobrze byłoby wiedzieć, czy jest to droga, czy raczej kosztowna ścieżka donikąd. Może wreszcie ujawni swoje argumenty, chyba …., że ich nie ma.
Ponowna próba wytłumaczenia, że powinien odpowiedzieć:
Dzień dobry,
pozwolę sobie zauważyć, że po raz kolejny stosuje Pan manewr, który w publicystyce zwykło się nazywać „unikiem”. Gdy pada pytanie – odpowiedź znika.
A pytanie było jedno. Proste. Wręcz banalne:
proszę wskazać choć jeden argument, który – w Pana ocenie – uzasadnia przekazanie drogi Wojewodzie.
I tu pojawia się gwiazdka, bo nie mówimy o byle jakiej drodze. Mówimy o nówce, funkiel, nieśmiganej drodze po remoncie, oddanej w momencie, gdy przez kolejne lata będziemy spłacać milionowy kredyt, a do tego dojdą nowe, stałe koszty dla budżetu gminy w postaci podatku od infrastruktury w pasie drogowym, płaconego przez nas.
Świadomie pomijam w tym miejscu problemy mieszkańców Rudawki. Skoro – jak Pan wielokrotnie podkreśla – była to „ich decyzja”, to według tej logiki ich późniejsze straty również są „ich problemem”. Oczywiście cytuję Pana tok rozumowania, nie własny.
Dla porządku ustalmy kalendarium faktów:
- w pierwszym mailu zapowiedział Pan przedstawienie argumentów – nie pojawił się ani jeden,
- w kolejnym zwróciłem się ponownie o ich podanie, bo naprawdę chciałem zrozumieć, co sprawiło, że mianował się Pan Orędownikiem tej decyzji (brzmi to wprawdzie jak pseudonim superbohatera, ale chyba nie o komiks tu chodzi),
- mimo racjonalnych, merytorycznych kontrargumentów – brnie Pan dalej.
Niech mi Pan wybaczy szczerość, ale przy takim poziomie determinacji widzę trzy możliwe wyjaśnienia tego – nazwijmy to – dziecięcego uporu:
- Ma Pan argument, ale wstydzi się go Pan wypowiedzieć na głos. Albo nie może. Albo się Pan boi.
- Tak postępuje ktoś, komu coś zostało obiecane w zamian.
- Były nieprawidłowości w utrzymaniu drogi, lecz – z powodów znanych tylko Panu – nie jest Pan w stanie podjąć decyzji przeciwko określonym osobom lub układom.
Osobiście skłaniam się ku wersji trzeciej. Uważam, że problemy z utrzymaniem drogi istniały, lecz zamiast je naprawić – i to bez dodatkowych kosztów – pcha Pan gminę w rozwiązanie, które finansowo przypomina skok w przepaść. Najwyraźniej łatwiej jest oddać drogę niż głośno powiedzieć, co i gdzie należy poprawić.
Forma bajki, którą się posługuję, nie jest przypadkowa. To próba pokazania absurdu różnymi drogami. Skoro jeden sposób nie działa, trzeba sięgnąć po inny. Zasada jest taka, że zawsze trzeba poszukiwać języka z którym da się porozumieć z interlokutorem.
Kolejny przykład? Proszę bardzo.
Kupuję samochód na kredyt. Po roku moja żona oddaje go koleżance za darmo, ustalając, że ja dalej spłacam kredyt, a dodatkowo co roku dopłacamy koleżance na paliwo. Pytanie brzmi: czy tylko ja widzę w tym problem? Bo dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku naszej drogi.
Oczywiście spojrzenie może się zmienić, gdy okaże się, iż nie pomagam w sprzątaniu auta, nie naprawiam go i nie dbam o jego stan. Jednak czy rozwiązaniem naprawdę jest wtedy oddanie samochodu, dalsza spłata ogromnego kredytu i nowe opłaty? A może jednak usiąść, porozmawiać i zmienić sposób utrzymania?
Tyle. I tylko tyle.
Pana odpowiedź – a właściwie jej brak – mieści się dziś w kategorii:
„Nie powiem i co mi zrobisz”.
Szkoda tylko, że tej samej stanowczości nie wykazuje Pan w sprawach realnych nieprawidłowości w gminie. Informuję Pana o wiele problemach od wielu miesięcy, a co Pan Panie Orędowniku zrobił? Mam wręcz wrażenie, że absolutorium za lata 2025 i 2026 leży już spokojnie w Pana szufladzie i czeka na właściwy moment odczytania.
Ironia? Owszem.
Ale pytanie pozostaje całkiem serio.
Może więc zechce Pan wreszcie oderwać się od wygodnej pozycji obserwatora i zwrócić twarzą do osoby, która co miesiąc dokłada się do Pana wynagrodzenia. I spróbuje Pan – choćby raz – w prostych słowach wyjaśnić, dlaczego decyzje, których Pan jest orędownikiem, skutkują taką niegospodarnością i dodatkowym sięgnięciem do mojej kieszeni.
Bo jeśli obywatel ma finansować rozwiązanie, które pogarsza jego sytuację, to wypadałoby przynajmniej zachować pozory dialogu. Na razie bowiem wygląda to tak, jakby pieniądze mieszkańców były oczywistością, a tłumaczenie ich losu – zbędnym luksusem.
Ironia polega na tym, że nie pytam o przysługę. Pytam o uzasadnienie. A to – w państwie i gminie, które lubią powoływać się na transparentność – nie powinno być aktem odwagi, lecz elementarnym obowiązkiem.
Z poważaniem
A tak już zupełnie na koniec. Czekamy na piątek. Wiemy dlaczego. Jeżeli się potwierdzi, to ja będę Waszym najmniejszym zmartwieniem.
