
Historia alternatywna powodów oddania drogi. Ale, ale…
Czy naprawdę alternatywna?
Wszelkie podobieństwa jak najbardziej są całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Dawno to było, dawno, za górami wysokiemi i lasami gęstemi istniała Gmina Łaska, a w jej łonie sołectwo zwane Udawką — nazwa to była znamienna, bo i sprawy tam często w udo wchodziły. W Udawce tej radny mieszkał, mąż z wyboru ludu wzięty, lecz serce miał niespokojne, a odwaga jego była raczej z tych, co ją w kufrze trzymają i tylko od święta wyjmują.
Frasunek wielki nosił na barkach, albowiem gościniec przez wieś wiodący w stanie był opłakanym, choć nowy, kamieniem świeżo brukowany i wielkimi słowy poświęcony. Lecz rychło okazało się, iż kamień kamieniem, a ręka do zamiatania potrzebna. Liście jesienne leżały jak chciały, śnieg zimowy twardniał w koleiny, a pachołkowie, co pieczę nad traktem mieć winni, pieczę mieli raczej nad własnym spokojem.
Radny widział to wszystko, wzdychał ciężko i kiwał głową z powagą wielką, lecz do Komesa, co Gminą władał, iść się nie ważył. Bał się bowiem jego oblicza surowego, głosu donośnego i zwyczaju, iż gniew swój szybciej rozdaje niźli chleb ubogim.
Pewnego dnia, gdy traktem owym szedł i nogi w błocie grzęzły, spotkał innego mieszkańca Gminy. A że język ludzki lżejszy bywa niż sumienie, począł się radny skarżyć na gościniec zaniedbany i pachołków, co bardziej umieli stać niż sprzątać. Ledwie słowa te z ust jego padły, gdy ów zapytał niby mimochodem, lecz z uśmiechem podejrzanym:
„A czy to, miły panie, na samego Komesa się skarżysz, powiadając, iż służba jego trakt zaniedbuje?”
Wtem pot straszliwy radnego oblał, kolana mu zagrały jak piszczałki na jarmarku, a serce w piersi łomotać poczęło, jakby chciało uciec pierwsze. Zaprzeczać zaraz zaczął, że to nie on, że wiatr słowa poniósł, że gościniec w istocie piękny, a liście i śnieg to ozdoba natury, nie zaniedbanie. Oświadczył też, iż do spraw drogi nijakiej uwagi nie przywiązuje, bo i tak się po niej nie jeździ.
Tak przelękniony do chałupy swej powrócił, na przyzbie przysiadł i po głowie się podrapał, myśli ciężkie snując. I oto nagle myśl mu zaświtała, bystra jak błyskawica, choć niekoniecznie mądra. Uśmiech szeroki, krzywy niczym banan z dalekich krain, lico jego ogarnął.
Rzekł sam do siebie:
„Niechże drogę odda się pod arendę wojewodzie. Standard się poprawi, a ja będę czysty jak śnieg, choć śniegu nikt sprzątać nie będzie. Komes się nie obrazi, ja ręce umyję, a lud niech się cieszy, że coś się dzieje.”
Sukmanę przygładził, pas poprawił i do sioła Łaska ruszył, by Komesowi pomysł swój przedłożyć, z miną tak niewinną, jakby to sam Światowid mu ją zesłał. Co działo się dalej — o tym kronikarze milczą, bo i pióra im wyschły, a bardowie pieśni nie śpiewają, bo gardła im zajęte były liczeniem darów.
Dość rzec, iż Komes pomysł poparł, bo i jemu wygodniej było rządzić pomysłem niż drogą. Wraz z radnym udali się tedy do strażniczki ogniska, co przy posągu Światowida drzemała, a gdy ją obudzili, tak długo mówili, aż i ona uznała, że to mądrość pradawna i wolą bogów jest.
I tak przedsięwzięcie w życie wprowadzili.
Lecz nie kończy się ta baśń, jako by chciano na jarmarku opowiadać. Nie było długo i szczęśliwie. Gmina upadła, mieszkańcy w jasyr poszli, wilcy niektórych zjedli, inni po lasach się rozpierzchli, a gościniec znów zarósł chwastem, dumą i dokumentacją.
Tylko Komes, Radny i Strażniczka, dukaty wszystkie zebrawszy, do najbliższego grodu się udali, by tam dni swoich dożyć w dostatku i spokoju, wspominając Łaskę z czułością — jako miejsce, gdzie wszystko się zaczęło, a nikt za nic nie odpowiadał.