Kalendarium: opłata za odpady i urzędowa wersja „prawa”

W ostatnich dniach grudnia zaproponowałem Wójtowi spotkanie. Nie po to, by „porozmawiać”, tylko by sprawdzić, czy w tej Gminie słowo jeszcze cokolwiek znaczy. Dwa tematy były dla mnie kluczowe: po pierwsze – niewywiązanie się z obietnicy wyrównania szutrowej części ulicy Spokojnej wraz z jej oznakowaniem, tak aby kolejne inwestycje nie były regularnie niszczone przez auta z drewnem. Po drugie – propozycja zmiany, które moim zdaniem mogłyby realnie poprawić funkcjonowanie Gminy. W tym drugim przypadku, po osiągnięciu porozumienia obiecywałem, że przez 6-9 miesięcy wstrzymam się od jakiejkolwiek krytyki, dając czas na nowy start. Chodziło o wyeliminowanie największego problemu w gminie. Uwierzcie to mógł być game changer, który miał przynieść tej gminie szansę większą niż to co mieliśmy od kilkunastu lat.

Niestety podobno Rada Gminy się nie zgodziła.

Spotkanie odbyło się 31 grudnia. Cztery osoby, trudne sprawy, ostrożne ważenie słów. Atmosfera – zaskakująco dobra jak na ciężar tematów. Tyle że dobra atmosfera nie naprawia drogi, nie rozlicza decyzji i nie sprawia, że urzędowa korespondencja zaczyna mówić prawdę. Wyszedłem z tego spotkania z wrażeniem, że jest szansa, ale każdy z nas miał inną wizję „wyniku”: ja – konkretów i terminów; druga strona – deklarowała zastanowienie się i konsultacje z radnymi. Daliśmy sobie czas do 12 stycznia.

Najsprawniej poszła sprawa oznakowania ulicy Spokojnej. Powiedziałem wprost, że drażni mnie standard, w którym w konsultacjach pokazuje się mieszkańcom jedno, a później do organizacji ruchu zleca coś innego. Tu akurat udało się dojść do porozumienia. Jeśli ostatnie poprawki na dniach zostaną uwzględnione, będzie to rzadki moment, gdy lokalna społeczność faktycznie miała wpływ na to, jak wygląda jej najbliższe otoczenie.

Ale kiedy zeszło na sedno – szutrową część ulicy Spokojnej – porozumienia już nie było. I tu jest prawdziwy problem: nie w tym, że „nie wyszło”, tylko w tym, że ta Gmina coraz częściej działa według zasady, że rzeczy pilne są zawsze za drogie, a rzeczy zbędne jakoś zawsze da się sfinansować.

Bo myśląc o ulicy Spokojnej i jej problemach w głowie mam inne „inwestycje”. Myślę o ogromnych pieniądzach wydanych na Wysokim Brzegu na Nadleśnictwo Szczebra i kilku „bamberów” z Augustowa. Mam w uszach słowa Sekretarza Zdancewicza z sesji 17 września: że „musimy zmienić prawo, bo do tej pory nie było nigdzie kanalizacji”. Tylko że oni już kanalizację mają – a my wszyscy za to zapłaciliśmy. A koszty utrzymania infrastruktury, przepompowni ? I jeszcze dostali w prezencie trzykrotnie większy przydział wody niż jakikolwiek inny mieszkaniec Gminy. Trzeba mieć wyjątkowy talent do tłumaczenia rzeczy oczywistych, żeby to sprzedać jako „normalność”.

Jeśli chcecie, to zrobimy w szkole wycieczki do Przewięzi – dzieci zobaczą, jak wygląda kanalizacja w Gminie. Taka edukacja obywatelska w praktyce: kto ma władzę, temu się robi. Kto nie ma, temu się pokazuje.

Do tego dochodzi asfalt na Pobojno – symbol inwestycyjnej logiki „bo można”. Asfalt, który prowadzi donikąd. Pieniądze wywalone w błoto, bo gdy przychodzi do wyrównania odcinka drogi, po którym codziennie jeżdżą mieszkańcy, zaczyna się opowieść o ograniczeniach, procedurach i „braku możliwości”.

I wtedy zaczyna się układać szerszy obraz. Najpierw – niby przypadkiem – przy uchwalaniu opłaty adiacenckiej zabrakło analizy finansowej i wszystko upadło. Prawnik mówił, że analiza zostanie opracowana. Mija półtora roku i… nic. A przecież za sam Wysoki Brzeg byłoby ponad 100 tysięcy złotych do budżetu. Za asfalt donikąd na Pobojnem kilku dobrze ustawionych właścicieli działek też zapłaciłoby niemało. Czy to przypadek, że tej uchwały nie ma? Nie wiem. Ale jeśli ktoś mi mówi, że to „zbieg okoliczności”, to oczekuję przynajmniej, że nie będzie mnie traktował jak dziecko.

Do tego dziś radny Juszkiewicz nazywa siebie orędownikiem oddania nówki drogi i płacenia przez następną dekadę około miliona złotych kredytu za tę przyjemność. Do tego dojdą kolejne opłaty roczne za zajęcie pasa. Nie mówię o mieszkańcach Rudawki, którzy prawdopodobnie nie wiedzą w co się władowali. Mam nadzieję, że nie. I co? I nic – brak wyliczeń kosztów, brak twardej analizy, brak odpowiedzialności. Na sesji emocje sięgają poziomu, na którym Przewodnicząca Rady – w złości – łamie prawo, uspokojona dopiero przez prawnika. Widać, jak emocje opadają dopiero wtedy, gdy pada zdanie: „uchwała przeszła”. Czyli nie liczy się, czy było legalnie i sensownie – liczy się, że „przeszło”.

Podsumowanie jest bolesne, ale proste: jak w kraju – ci, co mają, dostają za darmo. Pozostałym spadają resztki z pańskiego stołu.

I w tym miejscu przechodzę do pierwszego przykładu z cyklu: jak Urząd Gminy Płaska wg mnie świadomie łamie prawo, jak radni kryją sprawcę, a komisja rewizyjna nie podejmuje działań, choć sprawa dotyczy pieniędzy mieszkańców.

Kalendarium: opłata za odpady i urzędowa wersja „prawa”

Zgodnie z polskim prawem opłata za gospodarowanie odpadami komunalnymi jest daniną publiczną o charakterze podatku. To nie jest „umowa” ani „dobra wola” – to obowiązek, który wymaga podstawy prawnej i właściwej procedury. W praktyce oznacza to, że Gmina musi doręczyć decyzję w trybie przewidzianym przepisami, a obowiązek płacenia według nowej stawki powstaje dopiero od momentu skutecznego doręczenia, wraz z pouczeniem. Z tego wszystkiego to właśnie te pouczenie to jedna z ważniejszych spraw bo ono pozwala egzekwować brak zapłaty.

W lipcu 2025 roku dowiedziałem się, że mam rzekomą niedopłatę. 21 lipca napisałem do Pana Nasewicza, że do kwietnia płaciłem według starych stawek, bo decyzję otrzymałem dopiero 10 kwietnia. Logika jest tu prosta: skoro doręczenie nastąpiło 10 kwietnia, to nie można żądać ode mnie wyrównywania „wstecz”, jakby ktoś cofnął czas. Zresztą takie jest prawo.

19 sierpnia, po miesiącu, Pan Nasewicz odpisał, dodając w kopii Wójta i Sekretarza. Odpowiedź była napisana tak, jakby maczał w niej palce mecenas – dużo paragrafów, dużo urzędowego tonu. Jednak nie zauważyłem tam ani grama uczciwości. Dla zwykłego Kowalskiego taka odpowiedź wygląda poważnie: „Skoro cytują przepisy, to pewnie mają rację”. W tym przypadku chodziło jednak nie o wyjaśnienie, tylko o zastraszenie i przykrycie błędu. Urząd wiedział, że popełnił błąd – i że naprawa oznaczałaby konsekwencje: wizerunkowe, finansowe i formalne. Zamiast to skorygować, postanowił brnąć w zaparte.

Problem polega na tym, że ja akurat mam dostęp do narzędzi i wiedzy, których przeciętny mieszkaniec nie ma. Na co dzień nadzoruję rozliczenia większej liczby gospodarstw domowych niż liczy Gmina Płaska, mam dostęp do Lexa i współpracuję z kancelariami. Znam orzecznictwo i wiem, że w tej sprawie istnieje jednolita linia orzecznicza. A ona mówi jedno: interpretacja przedstawiona przez Pana Nasewicza była nie do obrony.

Dlatego tego samego dnia wysłałem mu kilka wyroków sądów, które jednoznacznie wskazują, jak w Polsce wygląda prawo w tej kwestii. I wtedy zaczął się drugi problem – problem instytucjonalnego milczenia.

Próbowałem zainteresować sprawą Pana Juszkiewicza, bo jako przewodniczący komisji rewizyjnej powinien bronić mieszkańców i badać takie sytuacje. Z mojej wiedzy wynika, że komisja nawet się tym nie zajęła. A do dziś dźwięczą mi w uszach słowa, które brzmią bardziej jak deklaracja sprawcy niż kontrolera: „Nie dopuszczę do wystawiania korekt nawet jak są słuszne, bo to zakłóci pracę urzędu”. Proszę to przeczytać jeszcze raz: mamy sytuację, w której – w mojej ocenie – mieszkańcom nalicza się należności niezgodnie z prawem, a problemem nie jest oddanie pieniędzy z odsetkami, tylko „zakłócenie pracy urzędu”.

Próbowałem też zainteresować Przewodniczącą Rady. Cisza. A nawet gorzej niż cisza. Po skonfrontowaniu usłyszałem, że przez pewien czas korespondencja z mojej skrzynki nie była przekazywana radnym, mimo próśb. Usłyszałem, że osoba obsługująca Radę Gminy „specjalnie” nie pokazywała maili ani Przewodniczącej, ani innym radnym. Jeśli to prawda, to mamy już nie tylko problem prawny, ale i problem z elementarną przejrzystością funkcjonowania organu uchwałodawczego.

17 września, około 32 minuty sesji, usłyszałem, jak Sekretarz Zdancewicz wymienia się informacjami z Panem Juszkiewiczem w sprawach zgłaszanych przeze mnie. Wrażenie było jedno: temat był wcześniej „ustawiony”, a prawda miała nie paść albo paść w wersji bezpiecznej dla Urzędu. Pojawiały się nieścisłości czy kłamstwa, ale nie pociągnęło to za sobą żadnych konsekwencji.

19 września, widząc, jak to wygląda, wysłałem maila z 19 sierpnia do wszystkich radnych (otrzymał go także Wójt i Pani Przewodnicząca). Chciałem, żeby widzieli argumenty prawne i nie mogli twierdzić, iż nie wiedzieli o problemie. Z nieoficjalnych informacji wynika, że większość radnych była za tym, by „siedzieć cicho”. W samorządzie cisza bywa walutą – im ciszej, tym wygodniej.

6 października odpisał Pan Zdancewicz. Odpowiedź była przykładem mijania się z prawem i wprowadzania w błąd, na tyle poważnym, że przytoczono nawet konkretną sprawę sądu administracyjnego, ale w sposób zmieniający sens wyroku. Przyznaję: wtedy powiedziałem sobie, że się wypisuję. Poczułem, że mam do wyboru tylko dwie interpretacje: albo ktoś naprawdę uważa mnie za łatwowiernego i naiwnie liczy, że „łyknę” każdą urzędową formułkę, albo – co gorsza – pisanie pism oderwanych od faktów przestało tu kogokolwiek uwierać. Że można już bez skrępowania produkować dokumenty, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego, a ich treść jest po prostu nieprawdziwa. Przestałem pisać do Urzędu. Zastanawiałem się nawet nad zamknięciem bloga. Przez trzy miesiące milczałem.

Wróciłem w listopadzie, gdy zobaczyłem, co „odwaliła” Pani Przewodnicząca Rady. Wróciłem, gdy zauważyłem, że kiedy ja milczę, Wójt zapomina o obietnicach złożonych na piśmie w lipcu. I wróciłem z prostego powodu: ludziom trzeba pomagać, jeśli się umie i może. Trzeba zapalać światło, żeby wszyscy widzieli, co kryje się za ładnymi słowami.

Dlatego 16 grudnia napisałem do Pana Zdancewicza jasno: w imieniu mieszkańców kieruję sprawę do sądu, jeśli Urząd się „nie ogarnie”. Wskazałem, że jego odpowiedź pomija przedstawione przeze mnie orzecznictwo i w sposób nieuprawniony zmienia sens przywołanego wyroku SA/Gd 1619/19. Przesłałem fragment uzasadnienia SKO wraz z sygnaturą akt tego wyroku i wielu innych, które jednoznacznie potwierdzały wcześniej dostarczone wyroki sądów z jednolitą linią orzeczniczą – nowa stawka obowiązuje właściciela nieruchomości od momentu skutecznego doręczenia zawiadomienia, a nie z mocą wsteczną. Zapytałem wprost, ile osób nie ma dostępu do wiedzy i narzędzi, a więc może być przez Urząd wprowadzanych w błąd w różnych sprawach.

Poprosiłem też Przewodniczącą Rady o przekazanie tego maila radnym – wcześniej sama prosiła, by nie rozsyłać korespondencji do wszystkich, bo „ona się tym zajmie”. Oczywiście jak zwykle nic nie przekazała, więc 21 grudnia zrobiłem to sam. Oczekiwałem również, że Przewodniczący Komisji Rewizyjnej odniesie się do nieprawidłowości w ramach ustawowych kompetencji. Z dostępnych mi informacji wynikało, że miał wiedzę o problemie od miesięcy, ale nie podjął działań zmierzających do korekty.

31 grudnia poruszyłem temat także z radcą Gminy – wyglądał, jakby nie wiedział, o czym mówię. Jakby sprawa nie istniała. Jakby była „czyjaś”, tylko nie urzędowa.

Dziś sytuacja jest prosta. Do końca stycznia zostały dwa tygodnie. Odpowiedź na mój email – zgodnie z informacją na stronie – powinna była zostać udzielona w ciągu 14 dni, czyli do 30 grudnia. Jednak minął miesiąc. Jeśli do końca stycznia nie otrzymam informacji wskazującej, jakie stawki – zgodnie z polskim prawem – faktycznie mnie obowiązywały, trudno. Poprosimy SKO, lub WSA, by rozstrzygnęły problem. A ten może mieć jeszcze drugie dno: jeśli rzeczywiście decyzje dotyczące opłaty za wywóz odpadów były wydawane dla mieszkańców dopiero w lipcu, to możemy mówić o konieczności wydania nowych decyzji za 2025 rok dla znacznej części Gminy, bo różnych stawek i różnych momentów obowiązywania – bez podstawy prawnej – nie da się obronić.

I na koniec jeszcze jeden obrazek, który pokazuje logikę „budżetowania” kosztem mieszkańców. Końcówka 2024 roku: nie odczytano liczników, rozliczono ryczałtem. Dzięki temu w pierwszym kwartale 2025 roku można było policzyć nas drożej za wodę. Ile Gmina na tym zarobiła? Tego już nikt nie sprawdzi, bo ktoś uznał, że 31 grudnia 2024 roku – mimo końca kwartału, końca roku i mimo uchwały Rady Gminy – liczników po prostu nie odczytano. Przypadek? A jeśli to nie przypadek, to dlaczego Przewodnicząca Rady i przewodniczący komisji rewizyjnej – choć wiedzą – nic z tym nie robią? Ewidentne złamanie regulaminu dostarczania wody oraz uchwały Rady Gminy o nowej stawce za wodę w 2025 roku.

To jest historia o jednej gminie. To jest historia o mechanizmie: o obietnicach bez pokrycia, o inwestycjach bez sensu, o pieniądzach mieszkańców traktowanych jak rezerwa awaryjna, i o systemie, w którym kontrola ma nie przeszkadzać, a prawda ma nie wychodzić na światło dzienne.

I dlatego właśnie to światło zapalam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *