GOPS, czyli „mamy wszystko pod kontrolą”

Chciałbym podziękować Wójtowi. Tak — podziękować.
Bo są sytuacje, w których różnice poglądów schodzą na dalszy plan, a liczy się jedno: reakcja. Szybka, rzeczowa i ludzka.

To, co opisuję poniżej, wydarzyło się naprawdę. Wiem, że ten tekst może się wielu osobom nie spodobać. Ale nie po to się go pisze, by było miło. Pisze się go po to, by nazwać rzeczy po imieniu.

Niedziela, Płaska. Msza o 13.00. Tym razem nietypowa była pogoda — lekki mróz i intensywny opad śniegu, który w ciągu godziny zasypał samochody stojące na parkingu przy kościele. Wracam ulicą Orlą. Przede mną i za mną jadą auta ludzi wracających z kościoła. Ta sama wspólnota. To samo wyznanie. To samo poczucie spełnionego obowiązku.

Po lewej stronie jezdni idzie starsza kobieta. Ubrana zupełnie nieadekwatnie do warunków: bez czapki, bez ciepłego okrycia, z przemoczonymi nogami. Jej twarz zdradza pierwsze oznaki wychłodzenia. Próbuje zatrzymywać samochody.

Nikt się nie zatrzymuje.
Nikt nie zwalnia.
Nikt nie zapyta.

Czy to jest miłość bliźniego?
Czy to jest wspólnota?

Nie moralizuję. Powiem tylko jedno — życiowo. Kiedyś to może być wasze dziecko, wasz rodzic albo wasz współmałżonek, który stanie na drodze i będzie prosił o pomoc. A gdy nikt się nie zatrzyma, nazwiecie to znieczulicą społeczną. Przypomnijcie sobie wtedy tę niedzielę, kiedy pięć minut było ważniejsze niż drugi człowiek.

Pomogłem, jak potrafiłem. Może nieidealnie, ale po ludzku. Kobieta nie pamiętała nawet, gdzie mieszka. Nie wiedziałem, czy dzwonić na policję. Zadzwoniliśmy więc do Wójta. Odebrał. Spokojnie, rzeczowo ustaliliśmy dalsze kroki i wysłanie służb gminnych. W wielu sprawach można się spierać — ale tutaj zobaczyłem empatię i realne działanie.

I na tym historia mogłaby się skończyć.

Kilka dni później żona, jadąc do pracy, zauważyła tę samą kobietę. Tym razem leżała w zaspie śniegu. Było –10 stopni mrozu. Nie potrafiła wstać. Nie miała jednego buta. Twierdziła, że „idzie do wsi po pomoc”.

Zadzwoniliśmy. Znów zareagował Wójt. Tak, jak powinien zareagować każdy odpowiedzialny człowiek pełniący funkcję publiczną. Również osobiście w domu kobiety. Tak jak włodarz którego chciałbym pokazać wszystkim. A po wszystkim zadzwonił i poinformował o podjętych działaniach. Tyle. I aż tyle. Szacun i czapka z głów.

Jest jednak druga strona tej historii. Ciemna.

Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa usłyszane w rozmowie z GOPS-em:
„Proszę się nie przejmować, wszystko mamy pod kontrolą.”

Pod jaką kontrolą?

Kilka dni wcześniej ta sama instytucja była w domu tej kobiety — domu, w którym temperatura była taka jak na zewnątrz. Zareagowano tylko dlatego, że ktoś się zatrzymał, a Wójt wezwał pomoc. Kobieta najwyraźniej chora — skoro po odprowadzeniu do domu wychodziła w śnieżycę, a później nie wiedziała, gdzie mieszka.

Dziesięć dni później sytuacja była jeszcze gorsza.

Jeśli ja, przejeżdżając tą ulicą trzy razy, widzę dwie sytuacje zagrażające życiu, to ile takich sytuacji wydarzyło się pomiędzy?

Czy naprawdę musi dojść do tragedii?
Do pogrzebu, na którym wszyscy będą opowiadać, jak bardzo się starali — byle tylko usprawiedliwić własną obojętność?

Praca w GOPS-ie to nie jest etat „od–do”. To praca z ludźmi słabymi, często chorymi, po traumach, zagubionymi, gdzie patologia to no czasami norma. A więc to odpowiedzialność. To konieczność przewidywania skutków i reagowania, zanim stanie się najgorsze.

Nie sztuką jest siedzieć w pierwszej ławce w kościele.
Sztuką jest dostrzec bliźniego tam, gdzie jest najsłabszy.

Żeby było jasne — nie mówię o pracownikach terenowych. O ludziach, którzy codziennie mierzą się z dramatami, biedą i brakiem środków. Ich praca jest ciężka i często niewdzięczna. Zajęli się Panią, według mnie profesjonalnie. W życiu nie powiem złego słowa.

Mówię wyłącznie o kierownictwie. O osobie, która ewidentnie straciła kontakt z rzeczywistością, a miarą pracy uczyniła jedynie comiesięczną wypłatę. O kimś, kto trwa do emerytury, bo wie, że nikt jej nie zatrudni — zamiast działać.

Nie płacę podatków na czyjeś „trwanie do emerytury”.
Płacę na pomoc, empatię i realne działania.

I na koniec — do mieszkańców gminy.
Nie zgadzajcie się na bylejakość. Na urzędników, którzy dbają wyłącznie o własny komfort.

Starzejemy się. Dzieci wyjadą. Zostaniemy sami.
Zdani na takie „kontrole”.

I to jest problem, którego nie wolno zamiatać pod dywan.

Wójcie, czy naprawdę nie widzisz, ze obecna kierownik to gwarancja równi pochyłej na miarę skoczni Małysza ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *