Niby wiedziałem. Ale człowiek się jeszcze łudził.

Dzisiaj nie mam ochoty na żarty. Nie chce mi się wymyślać złośliwego tytułu ani ubierać tego wszystkiego w satyrę. Jestem zmęczony. Tak zwyczajnie, po ludzku.

Ten tekst będzie emocjonalny. W kilku miejscach również niecenzuralny, choć wykropkowany. Jeśli nie lubisz takich tekstów, odpuść sobie dalszą lekturę.

Dzisiaj nie potrafię napisać tego inaczej. Z uśmiechem.

Bo kiedy ktoś siedzi naprzeciwko, patrzy Ci w oczy i mówi: „zajmę się tym”, to jeszcze mu wierzysz. Nawet po wcześniejszych doświadczeniach. Myślisz, że może tym razem dotrzyma słowa. Zapisze, zadzwoni, sprawdzi. A jeśli nie da rady — przynajmniej odpowie.

Potem mija tydzień. Drugi. Prawie trzeci.

I znowu cisza.

21 września byłem na posiedzeniu Komisji Skarg, Wniosków i Petycji. Padły deklaracje, ustalenia i terminy. Jutro miną trzy tygodnie od tego spotkania. Patrzę na to, co z tych deklaracji wynikło, i naprawdę mam dość.

Ile razy trzeba prosić o tę samą rzecz?

Bo ile można, do k… nędzy? Pisać, przypominać, przyjeżdżać, tłumaczyć. A potem znowu siedzieć przed pustą skrzynką i zastanawiać się, czy ktoś w ogóle zamierza odpowiedzieć. Na zrobienie to juz nie liczę.

W sprawie rozliczenia wody przez półtora roku przekonywano mnie, że nie mam racji. Dopiero kiedy zapowiedziałem, że przywiozę sprzęt, którego używam zawodowo, i sprawdzę dane, pojawiły się „nowe okoliczności”. Moje skargi ostatecznie uznano.

Powinienem się cieszyć. Tylko że po takim czasie człowiek już nie czuje satysfakcji. Zastanawia się, po co były te wszystkie pisma, odpowiedzi i zapewnienia. Dlaczego trzeba było zapowiadać własną kontrolę, żeby ktoś ponownie przyjrzał się sprawie?

A później proszę o poprawienie rozliczenia i słyszę sprzeciw Pani Przewodniczącej Katarzyny Tomczyk.

Pani Przewodnicząca, ja naprawdę nie rozumiem. Skoro stwierdzono problem, to oczekuję jego naprawienia. Chcę wiedzieć, jak zostaną rozliczeni mieszkańcy. Po co mamy kończyć na przyznaniu mi racji, jeżeli za tym nie idzie rozwiązanie?

Ja po półtora roku chciałbym wreszcie zobaczyć poprawne rozliczenie. Zamknąć tę sprawę. Przestać do niej wracać.

Na posiedzeniu poruszyłem również sprawę funkcji systemu zakupionego z dotacji — tych, które według mnie powinny działać, a nie działają. Z wypowiedzi Pani Przewodniczącej i Pana Sekretarza wynikało, że znają te problemy.

To dlaczego nadal muszę o nie pytać? Kto sprawdza zgodność tego, co zamówiono, z tym, co dostarczono? Kto domaga się usunięcia braków? Co właściwie zrobiono?

Jeżeli wiecie o problemie, to chciałbym usłyszeć, jakie działania podjęliście. Z datami, z odpowiedzialnymi osobami, z wynikiem.

Ja już nie mam siły wyciągać każdej informacji osobno.

Szlaban.

Kolejna rzecz, która stoi rozwalona od miesięcy.

21 września Pan Sekretarz Maciej Zdancewicz powiedział przy radnych, że temat został zakończony. Minęły prawie trzy tygodnie, a ja nadal widzę uszkodzony szlaban.

Panie Sekretarzu, co oznaczało „zakończony”? Bo dla mieszkańca oznacza to, że sprawa jest załatwiona. Jeżeli naprawa dopiero została zlecona, można było powiedzieć właśnie to. Podać termin. Wyjaśnić opóźnienie.

Stoję przed tym rozwalonym szlabanem i przypominam sobie Pańskie zapewnienie. I wtedy już naprawdę trafia mnie szlag.

Co, do ch…, zostało zakończone? Naprawa czy tylko rozmowa ze mną?

Tą drogą codziennie jeżdżą mieszkańcy, wojsko i turyści. Wszyscy mogą zobaczyć stan szlabanu. Wszyscy widza obraz degrengolady, upadku i tumiwisizmu. I ja mam znowu pisać, robić zdjęcia, przypominać, pytać?

A czego właściwie uczymy dzieci w tej gminie?

W szkole mówimy im: ucz się, pracuj, bądź uczciwy, dotrzymuj słowa. A potem wychodzą ze szkoły i widzą dorosłych na odpowiedzialnych stanowiskach, których obietnic trzeba pilnować, którym trzeba przypominać o obowiązkach i od których trudno uzyskać choćby odpowiedź.

Jak mam młodemu człowiekowi tłumaczyć, że słowność jest ważna, skoro właśnie opisałem, co zostało z zapewnień złożonych 21 września?

Panie Sekretarzu Zdancewicz, Panie Wójcie Skubis — jaki przykład dajecie?

Czego dziecko ma się nauczyć, patrząc na takie załatwianie spraw mieszkańców?

O Pani Tomczyk nie wspominam bo jej w kategorii kręcenie, fałszywość i kłamstwo to nawet oni we dwóch razem nie podskoczą.

Że można obiecać, nie dotrzymać i spokojnie czekać, aż ktoś znowu się przypomni? Że odpowiedzialność za stanowisko kończy się na pobraniu wynagrodzenia?

I wtedy naprawdę trafia mnie szlag. Bo my możemy dzieciom godzinami mówić o uczciwości i odpowiedzialności. Ale one patrzą również na Was.

Co mam odpowiedzieć młodemu człowiekowi, który zapyta: „To po co się starać, skoro oni nie muszą?”

Naprawdę?

Przecież to jest zwykła sprawa do załatwienia. Ktoś powinien ją prowadzić, sprawdzać postęp i dopilnować końca. Chciałbym móc przejechać tamtędy i pomyśleć: wreszcie naprawili.

Orla.

Pani Ewo Citkowska, 21 września rozmawialiśmy o problemie zgłaszanym przez mieszkańców, w tym o szybko jeżdżących wojskowych ciężarówkach. Ustaliliśmy, że zajmie się Pani sprawą w ciągu dwóch tygodni, a po tygodniu poinformuje mnie o działaniach.

Nie dostałem tej informacji. Ani po tygodniu, ani po dwóch. Ani po trzech.

Wczoraj o 16.43 jechałem Orlą z prędkością 50 km/h. Minęła mnie wojskowa ciężarówka jadąca, w mojej ocenie, znacznie szybciej. Nie miałem radaru, ale na podstawie doświadczenia mogę śmiało powiedzieć, że było to dobrze powyżej 80 km/h.. Właśnie takie sytuacje mieszkańcy zgłaszają.

Idzie jesień. Wcześniej robi się ciemno, będzie mokro i ślisko. Martwię się, że w końcu komuś stanie się krzywda.

Pani Ewo, tu chodzi o bezpieczeństwo ludzi. Kiedy widzę kolejną ciężarówkę pędzącą przez miejscowość, a w skrzynce nadal nie mam obiecanej wiadomości, myślę sobie: do ch…, czy naprawdę nawet w takiej sprawie trzeba się przypominać? Ile razy?

Nie oczekiwałem, że osobiście zatrzyma Pani ciężarówki. Oczekiwałem interwencji i wiadomości: do kogo Pani wystąpiła, co ustaliła, jaki jest następny krok. Choćby kilku zdań.

Nawet tego nie dostałem.

I mam czekać dalej? Do kolejnego posiedzenia? Znowu poruszać ten sam temat i słuchać kolejnego zapewnienia, że ktoś się nim zajmie?

Spokojna. Kąty.

Panie Demski, zapisał Pan dwa tematy. Słupki, które mają uniemożliwić omijanie spowalniaczy na Spokojnej, oraz poprawienie wyjazdu z Kątów na Orlą.

Powiedział Pan, że tydzień to za mało, ale w dwa tygodnie zajmie się Pan sprawami. Po tygodniu miał być e-mail z informacją o postępie.

Pisałem do Pana ponownie. Odpowiedzi nie dostałem.

Na spotkaniu rozmawialiśmy o uczciwości i etyce.

BUAHAHAHA

Teraz potrzebuję zobaczyć, co te słowa oznaczają w praktyce. Czy dotrzymuje Pan ustaleń? Czy odpowiada Pan mieszkańcowi? Czy informuje Pan, że pojawiła się przeszkoda?

Przecież można napisać: „Nie udało się, potrzebuję więcej czasu”. To też jest uczciwa odpowiedź.

Ta cisza jest najgorsza. Bo nie wiem, czy ktoś próbuje cokolwiek zrobić, czy moje pytania zostały już odłożone i zapomniane.

Zaoferowałem nawet, że dołożę do rozwiązania problemu na Spokojnej. Chciałem pomóc doprowadzić sprawę do końca. Teraz siedzę i zastanawiam się, co jeszcze miałbym zrobić, żeby dostać choć odpowiedź.

A na koniec szkoła i tabliczka.

Zwracałem uwagę na brak informacji o przetwarzaniu danych przez monitoring.

Pojawiła się tabliczka: „UWAGA — OBIEKT MONITOROWANY”.

Patrzę na nią i przez chwilę nie wiem, co powiedzieć. Potem przychodzi tylko jedno: ja pier…

Naprawdę? Tyle tłumaczenia, tyle pisania, a odpowiedzią jest napis „obiekt monitorowany”?

Panie Dyrektorze, chciałem, żeby mieszkańcy mogli dowiedzieć się, kto i w jakim celu ich nagrywa, jakie mają prawa i gdzie znajdą pełną informację. Na tej tabliczce tego nie ma. Nie ma też wskazania, gdzie takich informacji szukać.

Jest kamera i napis, że obiekt jest monitorowany.

Przecież ja widzę tę kamerę. Chciałem wiedzieć, kto i po co mnie nagrywa. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, o co proszę?

Przecież to nie ta tabliczka.

I znowu mam tłumaczyć od początku.

Mam dość tego bajzlu. Mam już, k… mać, serdecznie dość.

Mam dość pilnowania cudzych obietnic. Przypominania dorosłym ludziom, że mieli odpowiedzieć. Sprawdzania, czy „załatwione” oznacza załatwione. Wracania do spraw, które dawno powinny być zamknięte.

Najgorsze, że ta wściekłość też mnie męczy. Chciałem dziś usiąść spokojnie, wypić kawę i zająć się swoim życiem. Zamiast tego znów sprawdzam, kto nie odpowiedział i czego nie zrobił, choć obiecał.

Piszę kolejne zdanie, kasuję je, bo jest za ostre. Piszę spokojniej i czuję, że już nie potrafię oddać tego, jak bardzo jestem tym wszystkim zmęczony.

Pracuję. Mam rodzinę, własne obowiązki i życie poza urzędem. Nie chcę spędzać kolejnego wieczoru na pisaniu o szlabanie, słupkach, wodzie i tabliczce pod kamerą.

Chciałbym móc zaufać temu, co słyszę na posiedzeniu. Wyjść, wrócić do swoich spraw i po dwóch tygodniach zobaczyć efekt albo dostać uczciwą informację o opóźnieniu.

Tymczasem znowu siedzę i piszę ten tekst.

Być może ktoś przeczyta go i powie, że przesadziłem. Że powinienem spokojniej. Grzeczniej. Że te wykropkowane słowa są niepotrzebne.

Ja też wolałbym napisać spokojny tekst o tym, że naprawiono szlaban, zajęto się bezpieczeństwem na Orlej i odpowiedziano mieszkańcom. Naprawdę chciałbym mieć powód, żeby taki tekst napisać.

Coraz trudniej mi uwierzyć w następne „zajmiemy się”. I to mnie chyba najbardziej przygnębia. Bo ja nadal chciałbym wierzyć, że można tu coś normalnie załatwić.

Niby wiedziałem, że może się tak skończyć.

Ale człowiek się jeszcze łudził.

Na jutro mam już przygotowany post. O dziwo — z pozytywnym wydźwiękiem. A później zrobię sobie tydzień przerwy od spraw gminy. Bo zwyczajnie robi mi się od tego wszystkiego źle.

Daliśmy d… Wszyscy. Ja też.

Po poprzednim włodarzu, który w mojej ocenie zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością, rzuciliśmy się w ramiona pierwszego, który obiecał nam miłość, wierność i uczciwość do końca kadencji. A swatowie, którzy przyprowadzali go do naszych domów, ręczyli za niego głową.

Brzydko zestarzały się te zapewnienia.

Dzisiaj mam poczucie, że miłości do mieszkańców nigdy w tym nie było. Wierność owszem — wobec swoich. A uczciwość? Jakby zniknęła z dokumentu tuż przed podpisaniem.

Patrzę na to wszystko i coraz trudniej odpędzić myśl, że my szukaliśmy gospodarza, a ktoś po prostu szukał posady. Sąsiedzi ze Wspólnej Sprawy pomogli nas przekonać, że to będzie dobry wybór. Uwierzyliśmy.

Teraz zostały nam obietnice do przypominania, sprawy do pilnowania i rozczarowanie, którego nie da się już przykryć kolejnym „zajmiemy się”.

Chciałbym móc powiedzieć, że tylko jestem zły. Ale najbardziej jestem rozczarowany. Również sobą, bo też liczyłem, że będzie inaczej.

Na tydzień lub dłużej odpuszczam. Muszę odpocząć od tego bajzlu. Odstępstwo zrobię tylko dla sesji, bo wróbelki ćwierkają, że będzie bardzo grubo.

Dzień jak co dzień.

1 komentarz do “Niby wiedziałem. Ale człowiek się jeszcze łudził.”

  1. Wojciech Skrzyszewski

    Dzień dobry. Tak jest, nadzieje na poprawę sytuacji zostały stracone . Przyznam ze strategia urzędu gminy żeby brać wszystko na przeczekanie odnosi skutki. Nawet twardziela potrafi zmęczyć, nie pokonać a zmęczyć.
    Na poziomie urzędu gminy nic się nie osiągnie. Trzeba podnieść poziom.

    Odpowiedz ↓

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *