
Wstęgę przecina się raz. Rachunki przychodzą co miesiąc. Dlatego przy inwestycji za publiczne pieniądze dobrze byłoby najpierw policzyć, a dopiero potem się uśmiechać.
Pani Przewodnicząca Katarzyna Tomczyk podczas rozmowy na posiedzeniu Komisji Skarg 21 września była uprzejma uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej naszej sztandarowej inwestycji — modernizacji szkoły.
Szkoła uroczyście otwarta, zaproszeni politycy, zdjęcia zrobione. Wszystko wyglądało pięknie. Aż Pani Przewodnicząca zaczęła opowiadać o szczegółach.
I właśnie te szczegóły zainteresują mieszkańców bardziej niż pamiątkowe fotografie. Bo fotografie oglądamy za darmo. Za skutki decyzji płacimy.
Z jej wypowiedzi zapamiętałem dwa wątki: niepotrzebne zwiększenie zamówionej mocy oraz informację, że szkoła została producentem, a nie prosumentem.
Najwyraźniej podczas rozmowy o sukcesie wymknęło się również coś o jego kosztach.
Dokumentów potwierdzających te kwestie nam wtedy nie przedstawiono. Dlatego sprawdzam, co wynika z dostępnych opisów inwestycji, i pytam o resztę.
Dziękuję, Pani Przewodnicząca. Kierunek sprawdzania już mamy. Teraz poprosimy o dokumenty.
Pierwszy rachunek: ile mocy naprawdę potrzebuje szkoła?
Zwiększenie mocy umownej brzmi niewinnie. W praktyce może oznaczać większe opłaty zależne od tej mocy — zgodnie z taryfą i warunkami umowy.
Jeżeli szkoła potrzebuje większej mocy, należy ją zapewnić. Pompy ciepła, kuchnia, wentylacja i pozostałe urządzenia muszą działać.
Jeżeli zamówiono za dużo mocy, co miesiąc płacimy więcej za gotowość, której szkoła nie wykorzystuje. Abonament jest gminny, a pieniądze nasze.
To trochę jak opłacanie rezerwacji dwóch miejsc w restauracji, kiedy potrzebujemy jednego. Drugie stoi puste, ale opłata za jego zarezerwowanie zostaje. Przy szkolnym przyłączu taka rezerwacja może kosztować nas co miesiąc.
Gorzej, jeżeli zwiększono moc przede wszystkim po to, żeby spełnić warunki dofinansowania kolejnej instalacji, bez policzenia rzeczywistego zapotrzebowania szkoły i późniejszych kosztów.
Dlatego pytam:
- Jaka była moc umowna szkoły przed modernizacją, a jaka jest obecnie?
- Jaką najwyższą moc pobieraną odnotowano po modernizacji i jak wypada ona w porównaniu z mocą zamówioną?
- Czy zwiększenie mocy miało związek z przygotowaniem projektu „Innowacyjne OZE w Gminie Płaska”, obejmującego szkołę i SUW w Gruszkach? Czy było wymagane warunkami konkursu lub przyłączenia? Proszę wskazać konkretny zapis.
- Kto zatwierdził tę zmianę i na podstawie jakiej analizy kosztów oraz zapotrzebowania szkoły?
- O ile wzrosły miesięczne opłaty zależne od mocy?
Cały projekt „Innowacyjne OZE w Gminie Płaska”, obejmujący oba obiekty, ma wartość blisko 1,2 mln zł, a dofinansowanie wynosi 456,8 tys. zł.
Jeżeli zwiększenie mocy służyło przede wszystkim uzyskaniu dotacji, to czy ktoś policzył, ile będzie nas kosztować jej utrzymanie? Dotacja przychodzi raz. Wyższy rachunek może przychodzić przez lata.
Drugi rachunek: dwa projekty, jedna szkoła
W opisie pierwszej inwestycji czytamy o:
rozbudowie istniejącej instalacji fotowoltaicznej o mocy 10 kWp do 49,5 kWp.
Czyli po rozbudowie miało być 49,5 kWp łącznie.
Następnie pojawia się projekt „Innowacyjne OZE w Gminie Płaska”. Tutaj uśmiechy zwycięzców po złożeniu podpisu.

W przytoczonym opisie dla szkoły przewidziano:
nową instalację fotowoltaiczną o mocy 33,30 kWp oraz magazyn energii o pojemności 23,40 kWh.
Jeżeli nowa instalacja jest dodatkowa, a poprzednia pozostaje, rachunek wygląda tak:
49,5 + 33,3 = 82,8 kWp.
Według przytoczonej specyfikacji pierwsza inwestycja obejmowała instalację 49,5 kWp. Jak wynika z przekazanej mi informacji, gmina odebrała ją 22 czerwca. Tymczasem według oficjalnego komunikatu internetowego już 8 czerwca Wójt podpisał umowę o dofinansowanie drugiego przedsięwzięcia, obejmującego kolejną instalację przy szkole.
Dodawanie nie wymaga ekspertyzy. Uzasadnienie takiego zestawienia już wymaga dokumentów.
Próg 50 kW nie znika od drugiej dotacji
Dla zwykłej mikroinstalacji granica wynosi 50 kW mocy zainstalowanej.
49,5 kWp mieści się poniżej niej. 82,8 kWp — już nie.
Jeżeli obie części tworzą wspólną instalację za jednym punktem poboru energii, to mamy problem. Duży problem. Przekraczamy próg, od którego zależy możliwość korzystania ze zwykłych rozliczeń prosumenckich. I to by tłumaczyło słowa Pani Tomczyk.
Nie wystarczy powiedzieć, że jedna część pochodzi z pierwszego projektu, a druga z drugiego.
Prąd nie czyta nazw programów dotacyjnych. Operator również potrzebuje czegoś więcej niż dwóch pamiątkowych zdjęć.
Dlatego chcę wiedzieć, czy przed zatwierdzeniem kolejnego projektu ktoś sprawdził, jak dodatkowa instalacja wpłynie na rozliczanie energii z całej szkoły.
Producent czy prosument? Różnica zostaje na rachunku
Prosument również produkuje energię, a w net-billingu sprzedaje nadwyżki. Dlatego samo stwierdzenie „jesteśmy producentem” nie mówi nam jeszcze, co zmieniło się w rachunkach.
Ale wytwórca rozliczany poza systemem prosumenckim nie korzysta z tych samych zasad i przywilejów co prosument. Nadwyżki sprzedaje na warunkach właściwych dla swojej umowy, bez prosumenckiego mechanizmu rozliczeń. Przy działalności objętej rejestrem małych instalacji dochodzą również obowiązki ewidencyjne i sprawozdawcze.
To nie jest więc tylko zmiana nazwy z „prosumenta” na dumnie brzmiącego „producenta”. To zmiana zasad, którą należało uwzględnić przed podjęciem decyzji.
„Więcej paneli” to opis zamówienia. „Większe oszczędności” to wynik obliczeń. Nie należy mylić jednego z drugim.
Panie Wójcie, kto policzył obie inwestycje razem?
Nie pytam, kto policzył panele. Pytam, kto policzył rachunki szkoły po ich zamontowaniu: koszty mocy, zużycie własne, sprzedaż nadwyżek i zmianę zasad rozliczeń.
Jeżeli taka analiza istnieje — proszę ją pokazać. Jeżeli nie istnieje — na jakiej podstawie zdecydowano o wydaniu publicznych pieniędzy?
Bo dwie dotacje nie zwalniają z jednego myślenia.
Patrzymy. Pytamy. Liczymy. Żeby wszystkim żyło się lepiej.
