DLACZEGO NASZE DROGI TAK WYGLĄDAJĄ?

Być może właśnie znaleźliśmy odpowiedź na pytanie, dlaczego po kolejnych naprawach nasze drogi szybko wracają do stanu, który najlepiej określa słowo „gminny”.

W 2026 roku Gmina Płaska zamówiła żwirowanie i profilowanie dróg. Największa pozycja przetargu obejmuje aż 2 000 ton materiału.

Jakiego?

No właśnie.

W opisie robót czytamy o „dowozie żwiru”. W formularzu cenowym pojawia się „kruszywo naturalne”, a w projekcie umowy nagle „pospółka”.

Żwir, pospółka czy piasek? Nie wiadomo.

Nie podano frakcji. Nie określono uziarnienia. Nie wskazano, ile w materiale ma być żwiru, a ile piasku. Nie ma nawet jasnego zakazu przywożenia samego piasku, który również jest kruszywem naturalnym.

Za to cena jest jedna – za tonę „kruszywa naturalnego wraz z dowozem i rozplantowaniem”.

Jeżeli więc Gmina uzna za kruszywo naturalne raz żwir, raz pospółkę, a innym razem piasek, wszystko może zostać rozliczone według tej samej stawki. Materiały różne, jakość różna, przydatność do naprawy drogi różna – ale rubryka na fakturze ta sama.

I nie mówimy tu o kilku wywrotkach.

Mówimy o 2 000 tonach.

Porównanie dostępnych cenników pokazuje, że przy takiej ilości różnica między ceną żwiru a znacznie tańszą pospółką lub piaskiem może wynieść nawet około 100 000 zł.

Dla firmy, która wiedziałaby wcześniej, że pod hasłem „kruszywo naturalne” Gmina zaakceptuje również tańszy materiał, byłaby to niezwykle cenna informacja. Można zaoferować niską cenę, wygrać przetarg, a później oszczędzić dziesiątki tysięcy złotych na tym, co rzeczywiście trafi na drogi.

Oczywiście absolutnie nie twierdzimy, że ktokolwiek był tutaj „wtajemniczony”. Zauważamy jedynie, że dokumentację napisano tak, iż znajomość faktycznej interpretacji słów „kruszywo naturalne” mogłaby być warta nawet 100 000 zł.

Przypadek? Nie wiemy.

Bałagan? To już widać gołym okiem.

Kamienie, które mają się kleić

A co z zagęszczeniem?

Rozplantowanie jest w cenie tony. Walcowanie płatne jest oddzielnie – za każdą godzinę pracy walca. Dokumentacja nie mówi, że każda partia wysypanego materiału musi zostać zagęszczona.

Na szczęście urzędnicy przewidzieli rozwiązanie. W projekcie umowy zapisali, że dostarczany materiał powinien:

„być spoisty i mieć właściwości do łatwego samozagęszczania się w trakcie normalnego użytkowania drogi”.

I tutaj, mówiąc najprościej, coś się nie klei.

Dosłownie i technicznie.

Ten sam zapis dotyczy bowiem nie tylko tajemniczego „kruszywa naturalnego”, ale również kruszywa 50% i 100% łamanego. Tymczasem typowe kruszywo łamane nie jest materiałem spoistym. Jego ziarna nie sklejają się ze sobą. Stabilność uzyskują dzięki właściwemu uziarnieniu, klinowaniu się ziaren i mechanicznemu zagęszczeniu, najczęściej walcem.

Jeszcze prościej, dla tych, którym urzędowa technologia mogłaby wydawać się dziełem inżynierskiego geniuszu:

kamienie się nie kleją, a walec nie jest dekoracją.

Kruszywo łamane może bardzo dobrze się zagęścić, ale najpierw trzeba określić jego frakcję, skład i sposób zagęszczenia. Nie wystarczy napisać, że ma być „spoiste” i samo ułożyć się pod kołami mieszkańców.

W dokumentacji nie określono:

  • jak sprawdzić „spoistość”;
  • po jakim czasie materiał ma się samozagęścić;
  • jaki poziom zagęszczenia powinien osiągnąć;
  • kto i czym ma to zmierzyć;
  • kiedy można uznać, że droga została wykonana prawidłowo.

Czyli najpierw Gmina kupuje bliżej nieokreślone „kruszywo naturalne”. Potem wykonawca je wysypuje i rozplantowuje. Walec jest płatny osobno, więc może przyjedzie, a może nie. Na końcu mieszkańcy, jeżdżąc samochodami, mają dokończyć proces technologiczny.

To już nie jest zwykła naprawa drogi.

To gminny program aktywizacji kierowców: Urząd płaci wykonawcy, wykonawca rozsypuje, a mieszkańcy własnymi samochodami zagęszczają.

Jakość określona bardzo dokładnie

Najpiękniejsze zostawiono na koniec.

Gmina wybrała ofertę wyłącznie na podstawie ceny:

100 punktów za cenę. Zero punktów za jakość.

Prawo pozwala zastosować cenę jako jedyne kryterium, jeżeli w opisie zamówienia określono wymagania jakościowe dotyczące co najmniej jego głównych elementów.

Urząd napisał więc:

„Zamawiający zastosował kryterium ceny jako kryterium o wadze przekraczającej 60%, gdyż w opisie przedmiotu zamówienia określił wymagania jakościowe odnoszące się do co najmniej głównych elementów składających się na przedmiot zamówienia”.

Czyli Gmina oficjalnie zapewnia, że jakość została określona.

Gdzie?

Tego już nie określiła.

Nie wiadomo, czy 2 000 ton ma być żwirem, pospółką czy piaskiem. Nie ma frakcji, uziarnienia, norm ani mierzalnych zasad odbioru. Materiał ma być po prostu „odpowiedni”, „spoisty” i najlepiej, żeby sam się zagęścił.

Jakość została więc określona wyjątkowo precyzyjnie: ma być dobra. Cena natomiast – co do grosza.

I być może dlatego po każdej naprawie droga przez chwilę wygląda inaczej, ale niekoniecznie lepiej.

Bo kiedy zamawia się 2 000 ton czegoś, nie określa dokładnie czego i liczy na samozagęszczanie, efekt również może być… naturalny.

Kupujemy coś. Sypiemy gdzieś. Zagęści się samo.

Patrzymy. Pytamy. Liczymy. I tym razem także sprawdzamy, co właściwie leży pod kołami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *