NIE CHODZI O BŁĘDY. CHODZI O TO, ŻE NIKT NIE CZYTA

Po ostatnim wpisie ktoś zapytał mnie, czy naprawdę warto robić tyle zamieszania. Przecież — jak stwierdził — sam wiem, że i tak nic się nie zmieni.

Gdyby chodziło wyłącznie o literówkę — nie warto.

Każdemu może się zdarzyć.

Problem zaczyna się wtedy, gdy instytucja publiczna otrzymuje niejasny komunikat, przepisuje go razem z błędami, dokłada własny błąd i publikuje bez sprawdzenia, czy mieszkańcy w ogóle będą wiedzieli, czego ta informacja dotyczy.

Cały proces widać na poniższym zestawieniu: po lewej informacja PGE, po prawej efekt pracy urzędu.

Najśmieszniej wygląda fragment, gdzie PGE zgubiło literę „r” w nazwisku Prądzyńskiego. Gmina jej nie odnalazła, za to zgubiła jeszcze ogonek przy „ą”.

Nie będę ponownie tłumaczył każdego przecinka, Paniewa, hydroforni i numerów stacji transformatorowych. Wszystko widać na zestawieniu.

Nie chodzi też o konkurs ortograficzny.

Chodzi o prostą zasadę: informacja urzędowa ma być sprawdzona, zrozumiała i użyteczna dla mieszkańca.

Jeżeli PGE przesyła niejasny materiał, urząd nie jest kserokopiarką. Powinien ustalić, co właściwie oznacza otrzymany komunikat, których mieszkańców dotyczy i jakie będą praktyczne skutki wyłączenia. A przede wszystkim powinien poprawnie podać nazwę ulicy w miejscowości, w której sam urzęduje.

To jest właśnie praca urzędu.

Nie samo naciśnięcie przycisku „opublikuj”.

Pani sołtys potrafiła sprawdzić, że hydrofornia ma mieć agregat i woda powinna popłynąć. Urząd mógł zrobić to samo przed publikacją.

Dało się wykonać telefon.

Nie było potrzebne nadzwyczajne posiedzenie Rady Gminy, ekspertyza Polskiej Akademii Nauk ani międzynarodowa pomoc humanitarna.

Wystarczyło przeczytać, pomyśleć i zapytać.

Mam dość urzędniczego debilizmu, bezmyślności i bylejakości nie dlatego, że przeszkadza mi jedna literówka. Mam ich dość, ponieważ za skutki takiego podejścia płacę z własnych podatków.

W prywatnej firmie materiał wysłany klientom bez przeczytania świadczy o jakości pracy konkretnego człowieka i jego przełożonego.

W urzędzie najwyraźniej wystarczy, że komunikat się pojawił.

Czy jest poprawny?

Czy jest zrozumiały?

Czy odpowiada na podstawowe pytania mieszkańców?

To już widocznie szczegóły techniczne.

TY PŁACISZ. ON NAWET NIE CZYTA.

Mieszkańcy zauważyli przy okazji, że w Płaskiej rodzaj męski ma ostatnio wyjątkowo ciężki czas.

Najpierw jeden z panów publicznie poszukiwał u drugiego męskich jaj.

Później bohater poprzedniego wpisu zobaczył napis „PŁASKA” i tak się rozczulił, że zaczął mizdrzyć się do znaku. Nie zauważył tylko drobnego szczegółu: chociaż Płaska jest rodzaju żeńskiego, znak pozostaje rodzaju męskiego.

Teraz ktoś spojrzał na stojącą przed urzędem nowoczesną rzeźbę generała Ignacego Prądzyńskiego. Rzeźba jest tak nowoczesna, że bez podpowiedzi trudno ustalić, kogo właściwie przedstawia.

Najwyraźniej autor komunikatu uznał więc, że skoro z pomnika trudno odczytać płeć przedstawionej postaci, z gramatyki również nie ma takiej potrzeby — i przedstawił generała mieszkańcom jako nieodmienną „panią Generał”.

Męska część mieszkańców może zatem zacząć odczuwać lekki niepokój. Nigdy nie wiadomo, kto będzie czegoś w nich szukał, kto zacznie się do nich mizdrzyć ani za kogo zostaną uznani w następnym gminnym komunikacie.

Zanim ktoś zapyta: nie, nie mam dowodów, że są to opóźnione skutki nadmiaru glinu w wodociągu.

Na razie najbardziej prawdopodobną przyczyną pozostaje zwyczajny niedobór pomyślunku.

W PŁASKIEJ RODZAJ MĘSKI MA OSTATNIO WYJĄTKOWO CIĘŻKI TYDZIEŃ.

Generała urząd nie odmienił.

Odpowiedzialności zresztą też nie.

Tak właśnie działa gminna „WSPÓLNA SPRAWA”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *