🏆 DROGOWA SZTUKA NOWOCZESNA, CZYLI „JAK ZROBIĆ, ŻEBY ZARAZ ROBIĆ JESZCZE RAZ” 🏆

Na naszych drogach pojawiły się dwa najnowsze osiągnięcia lokalnej myśli technicznej. Dzieła śmiałe, nowatorskie i — co najważniejsze — dające realną szansę, że już niedługo będzie można zapłacić za ich wykonanie ponownie.

SPOWALNIACZE DLA WYJĄTKOWO UCZCIWYCH KIEROWCÓW

Pierwsze osiągnięcie to progi zwalniające krótsze od szerokości zabezpieczanej drogi i pozbawione skutecznych zabezpieczeń po bokach.

Kierowca przestrzegający zasad zwolni i przejedzie przez próg. Kierowca, który urządza rajdy obok płotów mieszkańców, ominie go poboczem i pojedzie dalej.

Czyli rozwiązanie działa znakomicie — pod warunkiem, że korzystają z niego wyłącznie osoby, które i bez progu jeździły rozsądnie.

Bezpieczeństwo rozwiązane. Przynajmniej na papierze.

Wystarczyłoby dopasować długość progu do szerokości przejazdu, a po bokach zastosować właściwe urządzenia bezpieczeństwa ruchu, ustawione poza skrajnią drogi, żeby miejscowi rajdowcy nie mogli objeżdżać przeszkody poboczem.

Ale po co?

Próg położony, pieniądze wydane, temat odhaczony. Można wrócić do urzędu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. To, że kierowcy nadal omijają próg i rozpędzają się przy ogrodzeniach mieszkańców, jest już najwyraźniej problemem kierowców, mieszkańców, ogrodzeń i praw fizyki.

Na pewno nie urzędnika.

WYRÓWNANIE, KTÓRE WYMAGA WYRÓWNANIA

Drugim osiągnięciem jest „wyrównanie” wyjazdu z ulicy Kąty na ulicę Orlą.

Najpierw były dziury. Następnie ktoś przeciągnął nawierzchnię łyżką koparki, zabierając przy okazji ciemną ziemię z pobocza. Potem materiał wyglądający na ziemię został rozłożony bezpośrednio przed krawędzią asfaltu.

Po co stosować odpowiednie kruszywo drogowe, prawidłowo wyprofilować najazd i mechanicznie go zagęścić, skoro można zgarnąć ziemię z pobocza i liczyć, że mieszkańcy nie zauważą różnicy?

Ziemia, kruszywo — wszystko przecież leży na ziemi. Prawie to samo.

A że dziury nadal zostały?

To nawet lepiej. Gdyby naprawiono wszystko, ktoś mógłby jeszcze zapytać, po co nam urzędnik odpowiedzialny za drogi. Tymczasem dziury gwarantują mu stałe zajęcie, a mieszkańcom pewność, że temat będzie wracał.


To prawdziwe płaszczańskie perpetuum mobile:

najpierw robimy na odwal, później deszcz przeprowadza odbiór techniczny, następnie wszystko się rozpada, a na końcu jeszcze raz płacimy za tę samą robotę.

Genialne.

Pozostaje tylko pytanie, kto zlecił takie wykonanie i kto zamierza je odebrać. Możliwości są dwie: albo nikt nie pofatygował się na miejsce, albo ktoś zobaczył efekt i uznał, że właśnie tak powinno wyglądać połączenie drogi gruntowej z asfaltem.

Trzeciej możliwości właściwie nie ma. Chociaż jest: nikt niczego nie sprawdzi, ale dokumenty i przelew jakoś odnajdą właściwą drogę.

DZIEŃ WYPŁATY — DZIEŃ DOBREGO NASTROJU

Dziś podobno przypada dzień wypłaty wójta.

To dobra wiadomość, ponieważ gminna wypłata — w przeciwieństwie do gminnych robót drogowych — zapewne zostanie wykonana terminowo, w pełnej wysokości i bez uzupełniania braków ziemią zebraną z pobocza.

Może więc dobry nastrój sprawi, że wójt zleci swoim urzędnikom wizję lokalną, zanim pierwszy większy deszcz sam wystawi ocenę wykonanym pracom.

Warto byłoby sprawdzić:

  • czy progi rzeczywiście zabezpieczają całą szerokość przejazdu,
  • czy nie można ich bez problemu omijać poboczem,
  • czy wyjazd z Kątów na Orlą wykonano z odpowiedniego materiału drogowego,
  • oraz czy osoba odpowiedzialna za odbiór prac widziała je na miejscu, czy jedynie siłą urzędniczej wyobraźni.

Może tym razem uda się coś zrobić zgodnie ze sztuką, porządnie i za pierwszym razem.

Byłaby to miła odmiana. Mogłoby się nawet okazać, że publiczne pieniądze nie muszą służyć do dwukrotnego finansowania tej samej fuszerki.

Mieszkańcy prosili o poprawę bezpieczeństwa i wyrównanie wyjazdu, a nie o kolejny odcinek programu:

„BYLE WYGLĄDAŁO DO PIERWSZEGO DESZCZU”

A NA KONIEC — „MISZCZ” PŁASKIEJ

Na zakończenie historia miejscowego herosa, który po raz drugi złamał znak „Płaska” i wrzucił go w bagno.

Tak, po raz drugi.

Za pierwszym razem najwyraźniej zabrakło mu poczucia spełnienia. Inni pozostawiają po sobie domy, firmy, drzewa albo przynajmniej dobre wspomnienia. On postanowił pozostawić po sobie ponownie złamany znak drogowy.

Każdy mierzy swoje ambicje własną miarą.

Trzeba jednak przyznać, że przeciwnika wybrał rozsądnie. Znak nie odda. Nie przestawi nosa, nie wyśmieje i nie zapyta, dlaczego dorosły człowiek urządza sobie pojedynek z kawałkiem blachy.

Jak się boisz, to najlepiej walczyć ze znakiem drogowym?

Przy takim doborze przeciwnika nawet największy miejscowy nieudacznik może przez chwilę poczuć się wojownikiem. Chociaż męskość takiego bohatera raczej opada… przepraszam — upada.

Mniej więcej do poziomu znaku leżącego w bagnie.

Wyobrażam sobie ten wielki triumf: znak pokonany, bohater ociera pot z czoła, żaby kumkają, wilcy wyją, sowy pohukują, a cała puszcza wstrzymuje oddech przed człowiekiem, który właśnie osiągnął szczyt swoich możliwości.

Przez krótką chwilę nie jest nieudacznikiem ani niedorajdą.

Jest pogromcą oznakowania drogowego.

Trochę to trwało, trochę się namęczył, ale ostatecznie wstał zwycięski. Ręce uniesione, pierś wypięta, rozum bez zmian.

WYGRAŁ ZE ZNAKIEM. DRUGI RAZ.

Chociaż istnieje jeszcze jedna możliwość.

Może to wcale nie była walka, tylko nocny trening pole dance?

Ciemny las, żadnych przypadkowych widzów, on i wymarzona rura. Nasz „miszcz” wił się wokół słupka, a między drzewami niosło się radosne:

„Wyginam śmiało ciało!”

Niestety, zabrakło techniki. W pole dance człowiek powinien kręcić się wokół rury, a nie wyrywać ją z ziemi, przewracać się razem z nią i kończyć występ w bagnie.

Ale każdy artysta ma własny finał. Jeden schodzi ze sceny przy aplauzie publiczności. Drugi wynosi rurę i ląduje z nią w krzakach.

Talent być może był. Zabrakło jedynie równowagi, koordynacji i — jak zwykle — rozumu.

Ale zaraz…

A co, jeśli nasz „miszcz” wcale nie walczył ze znakiem i nie ćwiczył pole dance?

Nie, to niemożliwe.

Chociaż… może nie zauważył, że znak jest rodzaju męskiego?

Może w jego głowie kotłowała się tylko jedna myśl, rozpalająca serce i odbierająca ostatnie resztki rozsądku:

PŁASKA

Może więc nie była to walka ani występ artystyczny, lecz romantyczne zapasy w błocie z obiektem westchnień?

Namiętność tak wielka, że aż słupek nie wytrzymał, znak pękł, a zakochani razem wylądowali w bagnie.

Tylko uczucie wyjątkowo źle się zestarzało. Kiedy błoto opadło, a emocje nieco ostygły, okazało się, że „Płaska” była jedynie nazwą miejscowości, a upragniony obiekt jest jednak…

ZNAKIEM. RODZAJ MĘSKI.

Miszczu, następnym razem, zanim rzucisz się komuś lub czemuś w ramiona, sprawdź przynajmniej rodzaj gramatyczny. Jeszcze raz pomylisz miłość z oznakowaniem drogowym i ponownie możesz wtopić.

Dosłownie.

Może więc nie widzieliśmy aktu wandalizmu, lecz wielki płaszczański spektakl: trochę sportu walki, odrobina pole dance i gwałtowny romans zakończony w bagnie.

Niezależnie jednak od tego, czy była to walka, taniec, czy wielka miłość, znak nie należał do naszego artysty.

Za jego naprawę nie powinni płacić mieszkańcy. Powinien zapłacić sprawca.

Człowiek niszczący wspólną własność nie jest buntownikiem, twardzielem ani bohaterem. Jest zwykłym szkodnikiem, który swoją bezmyślność i potrzebę popisywania się finansuje z cudzych pieniędzy.

Dlatego należy ustalić sprawcę i obciążyć go pełnymi kosztami zakupu, transportu oraz ponownego ustawienia znaku. Skoro tak bardzo chciał po raz drugi zapisać się w historii Płaskiej, powinien otrzymać pamiątkę w postaci rachunku.

Niech zapłaci za całość swojego zwycięstwa, występu albo wielkiej miłości — do ostatniej śruby.

Jaka odwaga, taki przeciwnik. Jaki taniec, taka scena. Jaka miłość, taki finał: nieruchomy znak w bagnie.

WYGRAŁ ZE ZNAKIEM.

TERAZ NIECH PRZEGRA Z RACHUNKIEM.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *