
Przepraszam za mocny język, ale czasami człowiekowi naprawdę nóż się w kieszeni otwiera.
Aż prosi się o dobrą taczkę — choć niekoniecznie do wożenia żwiru.
Mieszkańcy od około pół roku mają problem na skrzyżowaniu ulic Kąty i Orlej. Nie chodzi o budowę mostu, kilometra asfaltu ani wielomilionową inwestycję.
Mówimy łącznie o może 5 m² powierzchni wymagającej wyrównania.
Chodzi o wyrównanie skrzyżowania albo wysypanie kilku taczek żwiru.
Trzy taczki żwiru. Pół roku czekania.
I żeby było jasne: Gmina nie musi dopiero szukać wykonawcy, organizować przetargu ani miesiącami przygotowywać dokumentacji. Ma podpisaną umowę z firmą odpowiedzialną za utrzymanie dróg.
Firma jest.
Umowa jest.
Pieniądze są.
Tylko wykonanej pracy nie widać.
Mieszkańcy płacą podatki. Gmina zawiera umowę na utrzymanie dróg. Z gminnej kasy wychodzą pieniądze. Tymczasem niewielka naprawa przez pół roku przerasta możliwości urzędu i jego wykonawcy.
Umowa na utrzymanie dróg nie jest dekoracją do urzędowej szafy. Jeżeli płacimy firmie za wykonywanie określonych prac, mamy prawo zobaczyć ich rezultat.
Droga ma zostać naprawiona.
Panie Wójcie, czy sądzi Pan, że pozostawiając to skrzyżowanie w takim stanie, karze Pan mnie?
Ja nawet tamtędy nie jeżdżę.
Karze Pan mieszkańców, którzy codziennie korzystają z tej drogi. Karze Pan również wszystkich podatników, którzy płacą za jej utrzymanie, a następnie przez pół roku oglądają te same dziury.
Najbardziej bulwersuje właśnie ta podwójna rzeczywistość.
Kiedy mieszkaniec zgłasza problem, nagle nie ma człowieka, sprzętu, materiału albo odpowiedniej pogody. Być może zaraz usłyszymy, że pracownik odpowiedzialny za drogi jest na urlopie.
A co to obchodzi mieszkańców?
Jeżeli pracownik idzie na urlop, należy zapewnić zastępstwo. Tak działa normalnie zarządzana firma, instytucja i urząd.
Gmina nie może przestawać funkcjonować dlatego, że nasz lokalny „miszcz” od dróg wyjechał odpocząć. Zresztą skoro dziury są tam od pół roku, to również wtedy, gdy był w pracy, niewiele w tej sprawie zrobił.
Za to gdy przychodzi czas na zapłatę, wszystko zaczyna działać sprawniej: dokumenty krążą, podpisy się pojawiają, przelew wychodzi.
Z jednej strony widzimy butę, arogancję i lekceważenie problemów wielokrotnie zgłaszanych przez mieszkańców. Z drugiej strony co chwilę słyszymy zaproszenia na kolejne uroczystości i imprezy. Są przemówienia, uśmiechy, fotografie i ręce złożone z niewinnością dziecka przystępującego do pierwszej komunii.
Tylko droga nadal pozostaje nienaprawiona.
Pozostaje również poważniejszy problem ulicy Kąty. Nie wszyscy kierowcy wiedzą, że na fragmencie drogi poruszają się po terenie prywatnym, a nie po prawidłowo uregulowanej drodze gminnej.
Co stanie się, jeżeli dojdzie tam do kolizji, potrącenia człowieka albo innego nieszczęścia? Jaki dokładnie status ma ten odcinek? Kto odpowiada za jego utrzymanie i oznakowanie? Czy nie pojawią się problemy z ustaleniem odpowiedzialności oraz wypłatą odszkodowania? Bo wg mnie przepisy Kodeksu Prawo o Ruchu Drogowym tam nie obowiązują.
Na te pytania trzeba odpowiedzieć przed wypadkiem, a nie dopiero wtedy, gdy komuś stanie się krzywda.
Ale bal musi trwać. Imprezy się odbywają, propaganda sukcesu działa, zdjęcia powstają. Tylko kilka taczek żwiru od pół roku nie może odnaleźć drogi na skrzyżowanie Kąty–Orla.
Nie wzywam do agresji ani samosądów. Wzywam do publicznego rozliczenia władzy i wykonawcy.
Dlatego pokażcie umowę, zgłoszenia, protokoły odbioru i faktury. Niech mieszkańcy zobaczą, za jakie prace zapłacili i gdzie można zobaczyć ich wykonanie.
Człowiek ma prawo wyrazić złość, kiedy przez pół roku widzi przed sobą beton — nie na drodze, lecz w podejściu do mieszkańców.
Firma jest. Umowa jest. Pieniądze wychodzą. Droga nadal nie jest naprawiona.
Może więc rzeczywiście przydałaby się porządna taczka.
Nie do żwiru. Do wywiezienia tej bezczynności.
A jak rozwiązywano podobne problemy w czasach opisanych w szkolnej lekturze „Chłopi” — zainteresowani mogą sobie przypomnieć sami.
My ograniczmy się do publicznego rozliczenia władzy.