
Minęło już ponad 48 godzin. Emocje opadły, więc można spokojnie podsumować tegoroczny RockWater.
Spokojnie nie oznacza jednak bezkrytycznie.
Bo historia tegorocznego RockWater nie zaczęła się w miniony weekend.
Zaczęła się wiele miesięcy wcześniej.
Już w ubiegłym roku, najpóźniej w październiku, działała komisja powołana do organizacji tegorocznego potworka.
Potem nadszedł luty.
Wójt Michał Skubis obwieścił konsultacje dotyczące organizacji RockWater 2026. Do pomocy ściągnął nawet swojego ojca.
I tutaj robiło się naprawdę ciekawie.
W niewielkiej gminie, gdzie urząd i najwięksi miejscowi pracodawcy mają naturalnie duży wpływ na życie mieszkańców, trudno oczekiwać, że każdy bez najmniejszego skrępowania wstanie i powie:
„Panowie, ten pomysł jest bez sensu”.
Zwłaszcza jeżeli następnego dnia trzeba wrócić do pracy.
Ja mam pod tym względem pewien komfort.
Żaden z nich nie jest moim przełożonym.
Od żadnego z nich nie zależy moje zatrudnienie.
Dlatego mogę powiedzieć to bez oglądania się za siebie:
Panowie, ten pomysł był bez sensu.
I może właśnie dlatego ten tekst będzie trochę ostrzejszy.
Bo w małej gminie bardzo łatwo powiedzieć:
„Po co się wychylać?”
Ktoś pracuje tu. Ktoś tam. Ktoś ma rodzinę zatrudnioną w jednostce gminnej. Ktoś jutro będzie musiał pójść do nadleśnictwa. Ktoś po prostu nie chce sobie robić problemów.
I w pewnym momencie powstaje sytuacja, w której wiele rzeczy mówi się przy stole, przez telefon albo sąsiadowi przez płot.
Ale publicznie zapada cisza.
Wróćmy więc do konsultacji
Było momentami nawet erotycznie, kiedy jeden z panów zaczął rozprawiać o męskich jajach.
Było też wesoło, kiedy Wójt biegał i sam rozpoczynał oklaski, najwyraźniej próbując zachęcić publiczność do pójścia w jego ślady.
Ale najlepsze przyszło później.
Z wypowiedzi podczas spotkania wynikało, że zasadnicze decyzje dotyczące imprezy już wcześniej zapadły, a przynajmniej jeden zespół prawdopodobnie był już zakontraktowany. Jeśli nie większość.
I wtedy pojawia się dość oczywiste pytanie:
To co właściwie konsultowaliśmy?
Bo konsultacje mają sens wtedy, kiedy można jeszcze coś zmienić.
Jeżeli decyzja została już podjęta, to nie są konsultacje.
To jest prezentacja decyzji.
Można oczywiście posadzić ludzi na krzesłach, dać im mikrofon, pozwolić mówić i nazwać to konsultacjami.
Tylko od samej nazwy konsultacjami się to jeszcze nie staje.
Potem zapadła cisza
Z czasem zaczęły docierać informacje o tarciach wewnątrz komisji, odejściach i ostatecznym przekazaniu organizacji imprezy GOK-owi. Komisji tak tajnej, że nikt nie wie kto tam ustalał te głupoty.
Termin RockWater zbliżał się nieubłaganie.
A wokół wydarzenia?
Cisza.
Reklamy praktycznie nie było.
Informacji w internecie niewiele.
W terenie podobnie.
Gdzieś pojawiały się pojedyncze zajawki. Coś można było znaleźć bardzo nisko na stronie GOK. Coś wrzuciło Radio 5.
Jak na wydarzenie, które miało być jedną z największych imprez promujących gminę, wyglądało to zastanawiająco skromnie.
I nagle, tuż przed koncertem, pojawiło się to.
To chyba miała być odpowiedź na coraz częściej pojawiające się pytanie:
po jakiego grzyba organizujemy swoją imprezę dokładnie wtedy, kiedy obok Augustów organizuje własną?
Wiele osób pytało, dlaczego zamiast ze sobą konkurować, nie można było po prostu uzgodnić terminów.
I odpowiedź na tej rolce była naprawdę osobliwa.
Jeden zaprasza do siebie.
Drugi zaprasza do siebie.
Obie imprezy odbywają się praktycznie równocześnie.
Obaj walczą o tego samego turystę.
Ale…
współpracujemy.
No dobrze.
„Dzban sierpnia” ma pierwszego bardzo poważnego kandydata.
A potem trzeba było zbudować sukces
Pojawił się kolejny materiał.
I zaczęła powstawać opowieść o skali wydarzenia.
O ludziach.
O zainteresowaniu.
O tym, jak będzie pięknie.
W pierwszej wersji tego tekstu napisałem:
„Żałosna próba pisania narracji o tysiącach uczestników”.
Ale wiecie co?
Nie będę Was przekonywał.
Obejrzyjcie film i sami oceńcie przekaz.
Bo czasami najlepszą formą polemiki jest po prostu naciśnięcie „play”.
A potem nadszedł pierwszy dzień imprezy.
I sukces najwyraźniej trochę wyparował.
Za to pojawiło się coś innego.
Koszulka.
Tatozaur.
Trzeba przyznać — w świetle tego, co wydarzyło się później, wybór grafiki okazał się niemal proroczy.
Wójt zapomniał tylko o jednej rzeczy
Oficjalne zdjęcia z koncertu i pojedyncze filmiki publikowane przez organizatorów wyglądały inaczej niż materiały z poprzednich lat.
Kadry były dość starannie dobrane.
I zaczęły wzbudzać pytania.
Wójt najwyraźniej liczył, że odpowiednio dobrane zdjęcia i filmiki wystarczą do zbudowania obrazu kolejnego wielkiego sukcesu.
Tylko że nasz wielki TikToker, przy całym swoim parciu na szkło i niezachwianej wierze we własny przekaz, zapomniał o jednej drobnej rzeczy.
To nie jest XX wiek.
Dzisiaj prawie każdy ma smartfona.
Każdy robi zdjęcia.
Każdy nagrywa.
I ludzie wrzucają te materiały do internetu.
Dlatego wcześniej czy później oficjalny przekaz można zestawić z tym, co nagrali zwykli uczestnicy.
I zaczęły pojawiać się właśnie takie materiały.

I właśnie dlatego nie zamierzam nawet pisać, ilu ludzi tam było.
Popatrzcie.
Zatrzymajcie zdjęcie.
Spójrzcie na teren.
Spójrzcie na publiczność.
Spójrzcie na przestrzeń przed sceną.
A potem sami odpowiedzcie sobie na pytanie:
czy obraz odpowiada opowieści o sukcesie?
Tutaj naprawdę nie potrzeba mojego komentarza.
Obraz potrafi być wyjątkowo złośliwy.
A teraz skończmy z zabawą. Policzmy pieniądze.
Bo można zrobić słabą imprezę.
Można źle dobrać termin.
Można nie trafić z artystami.
Można popełnić błąd w promocji.
Każdemu może się zdarzyć.
Raz.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy podobny eksperyment prowadzimy przez kolejne lata za publiczne pieniądze.
Dlatego RockWater należy wreszcie policzyć nie lajkami.
Nie rolkami Wójta.
Nie liczbą postów.
Nie odpowiednio wykadrowanymi zdjęciami.
Tylko złotówkami.
Ile kosztowała pierwsza edycja?
Ile druga?
Ile trzecia?
W roboczych obliczeniach wychodzi mi, że przez trzy lata mogła to być kwota zbliżająca się do 800 tysięcy złotych. Tę liczbę na razie traktuję jako roboczą — dokładnie tak została opisana również w obecnej wersji tekstu.
Zanim jednak napiszę:
„RockWater kosztował mieszkańców 800 tysięcy złotych”
— chcę mieć tę kwotę policzoną co do złotówki.
Bo tutaj kończy się satyra.
Tutaj zaczynają się dokumenty.
I kiedy będziemy mieli ostateczną kwotę, chciałbym otrzymać odpowiedź na kilka bardzo prostych pytań.
Ilu turystów dzięki RockWater przyjechało do Gminy Płaska?
Ilu zostało na noc? Chociaż na jedną.
Ile dodatkowych noclegów sprzedali dzięki tej imprezie lokalni przedsiębiorcy?
Ile pieniędzy uczestnicy zostawili w miejscowych sklepach, gastronomii, agroturystyce i innych firmach?
Jaki był rzeczywisty zasięg promocyjny wydarzenia?
I najważniejsze:
co Gmina Płaska otrzymała w zamian za wydane pieniądze?
Bo promocja gminy nie polega na tym, żeby wydać pieniądze na promocję.
Promocja ma przynieść efekt.
Na razie pieniądze potrafimy policzyć bardzo konkretnie.
Znacznie trudniej policzyć korzyści.
I właśnie to powinno dać do myślenia.
„Ale przecież dostaliśmy dotację!”
Już słyszę ten argument.
Były dotacje.
Owszem.
Tylko że dotacja nie jest magicznym workiem pieniędzy spadającym z nieba.
Jeżeli impreza wymaga wkładu własnego gminy, pracy ludzi, infrastruktury, przygotowania, zabezpieczenia i kolejnych wydatków, nadal mamy pełne prawo zapytać:
czy warto było?
Bo dotacja nie powoduje automatycznie, że głupi wydatek staje się mądrym wydatkiem.
I nie powoduje, że impreza bez efektu nagle staje się sukcesem.
Każda złotówka wydana tutaj jest złotówką, której nie wydamy gdzie indziej.
Bo jak nam dali na to, to nie dostaniemy na coś innego.
Na obiady dla dzieci.
Na lepszy dowóz do szkoły.
Na pomoc osobom potrzebującym.
Na drogi. Tutaj akurat nie trafiłem, bo te wyremontowane dzięki tandemowi Skubis-Juszkiewicz raczej oddajemy za darmo zostawiając sobie długi. Nawet spadek można odrzucić, jak zadłużenie przewyższa masę spadkową, a u nas ekonomiści wiejscy stwierdzili, że długi są dobre.
Na wodę. Tutaj też nie trafiłem, bo trucie mieszkańców i awarie w zimę raczej będą się powtarzać.
Na dziesiątki drobnych spraw, na które w niewielkiej gminie wiecznie brakuje pieniędzy.
Dlatego odpowiedź:
„ale dostaliśmy dotację”
nie kończy dyskusji.
Ona ją dopiero zaczyna.
Bo pozostaje pytanie:
czy publiczne pieniądze zostały wydane rozsądnie?
Panie Wójcie, rzeczywistość bywa brutalna
Płaska nie jest Augustowem.
Nie jest Suwałkami.
Nie jest nawet Sejnami.
I nie ma w tym absolutnie niczego obraźliwego.
Każda z tych miejscowości dysponuje innym budżetem, inną bazą noclegową, innym zapleczem, innym ruchem turystycznym i innymi możliwościami promocji.
Problemem nie jest to, że jesteśmy mniejsi.
Problemem jest udawanie przez Pana, że nie jesteśmy. Problemem jest chora ambicja.
Tak rzeczywistość pokazuje środkowy palec tym, którzy zamiast mierzyć siły na zamiary, próbują grać w lidze, do której nie mają ani budżetu, ani zaplecza, ani marketingu.
Nie wystarczy uwierzyć, że Płaska będzie konkurowała z Augustowem.
Nie wystarczy powiedzieć to do kamery.
Nie wystarczy zrobić rolki.
Nie wystarczy założyć odpowiedniej koszulki.
Turysta od tego nie zmieni planów.
Jeżeli Augustów organizuje w tym samym terminie duże wydarzenie skierowane praktycznie do tego samego odbiorcy, to nie trzeba napinać muskułów i udowadniać, kto ma większe „jaja”.
Trzeba zrobić coś znacznie mniej widowiskowego.
Otworzyć kalendarz.
Zadzwonić.
Porozmawiać.
I wybrać taki termin, żeby turysta mógł w piątek pojechać do Augustowa, a w sobotę przyjechać do Płaskiej.
Albo odwrotnie.
To właśnie nazywa się współpracą.
Konkurowanie z Augustowem o tego samego turystę, w tych samych godzinach, a następnie nagranie filmu, w którym każdy zaprasza na swoją imprezę, i nazwanie tego współpracą…
Cóż.
Wróćmy do „Dzbana sierpnia”.
A Tatozaur?
Panie Wójcie, muszę Panu przyznać jedno.
Zakładając po pierwszym dniu tę koszulkę, wykazał się Pan niemal profetycznym wyczuciem.
Bo dinozaury przez bardzo długi czas dominowały na Ziemi.
Były wielkie.
Były silne.
I zapewne też wydawało im się, że tak będzie zawsze.
A potem rzeczywistość powiedziała:
sprawdzam.
I dinozaury wymarły.
I chyba właśnie tutaj znajduje się największa lekcja z trzech lat RockWater.
Bo problem nie polega nawet na tym, że tegoroczna impreza mogła nie wyjść tak, jak zakładano.
Każdemu może nie wyjść.
Problem polega na tym, że przez trzy lata próbowano udowodnić, że musi wyjść.
Zamiast po pierwszej edycji usiąść.
Policzyć.
Sprawdzić frekwencję.
Zapytać przedsiębiorców.
Zbadać efekt promocyjny.
Porównać koszty z korzyściami.
I uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie:
czy taki model promocji Gminy Płaska w ogóle ma sens?
Bo czasami największym błędem nie jest podjęcie złej decyzji.
Największym błędem jest brak odwagi, żeby powiedzieć: pomyliliśmy się.
I tu wracamy do początku
W małej gminie łatwo stworzyć atmosferę, w której wszyscy kiwają głowami.
Znacznie trudniej znaleźć kogoś, kto powie:
„Król jest nagi”.
Ja mogę sobie pozwolić na luksus powiedzenia tego głośno.
I jeżeli dzięki takim tekstom choć kilka osób zrozumie, że można krytykować Wójta, można zadawać mu niewygodne pytania, można żądać rozliczenia publicznych pieniędzy i nie trzeba przy tym spuszczać wzroku, to warto je pisać.
Bo warto przypomnieć jedną podstawową rzecz:
Wójt nie jest właścicielem Gminy Płaska. Nawet jeżeli jest o tym codziennie w domu przekonywany.
Nie jest jej prezesem.
Nie jest jej monarchą.
Nie jest też człowiekiem, któremu mieszkańcy mają być wdzięczni za to, że wydaje ich pieniądze.
Jest wybranym przez mieszkańców urzędnikiem.
I mieszkańcy mają pełne prawo powiedzieć:
„To było źle zorganizowane”.
„To kosztowało za dużo”.
„Nie zgadzamy się”.
„Następnym razem zróbcie to inaczej”.
Mają również prawo się z tego śmiać.
Tak, Panie Wójcie.
Śmiać.
Bo funkcja publiczna nie daje immunitetu od krytyki, ironii ani satyry.
A świat się od tego nie zawali.
A RockWater?
Cóż.
Nie pomogły wielomiesięczne przygotowania.
Nie pomogły konsultacje.
Nie pomogła promocja na ostatnią chwilę.
Nie pomogło konkurowanie z Augustowem.
Nie pomogły filmiki.
Nie pomogło odpowiednie kadrowanie.
Nie pomogło zaklinanie rzeczywistości.
Nie pomogła nawet koszulka Tatozaura.

Dinozaury wymarły.
I być może po trzech latach nie potrzeba kolejnej edycji tego samego eksperymentu.
Potrzeba czegoś znacznie trudniejszego.
Kalkulatora.
Policzenia kosztów.
Policzenia efektów.
I odrobiny odwagi, żeby spojrzeć na wynik.
Bo publiczne pieniądze mają jedną paskudną cechę:
wcześniej czy później ktoś może zapytać, na co właściwie zostały wydane.
A wtedy nawet najlepiej wykadrowana rolka nie pomoże.
Tatozaur też nie.